Główna Wielkie pranie mózgów. Rzecz o polskich mediach

Wielkie pranie mózgów. Rzecz o polskich mediach

0 / 0
Jak bardzo podobała Ci się ta książka?
Jaka jest jakość pobranego pliku?
Pobierz książkę, aby ocenić jej jakość
Jaka jest jakość pobranych plików?
W swojej nowej książce Piotr Szumlewicz pokazuje mechanizmy rządzące polskimi mediami. Wielkie pranie mózgów to zbiór błyskotliwych, świetnie napisanych felietonów. Każdy dotyczy innego aspektu funkcjonowania mediów.
Autor odsłania pustkę świata, który szczegółowo zbadał od wewnątrz. Piętnuje brak wiedzy znanych dziennikarzy i obnaża głupotę celebrytów namaszczonych przez zaprzyjaźnione media. Przedstawia świat dziennikarski jako autorytarną, bezrefleksyjną władzę, która tępi krytyczne myślenie, wypiera z debaty publicznej kluczowe tematy, reprodukuje i umacnia najbardziej szkodliwe stereotypy. Książka z jednej strony stanowi odważną krytykę polskiego dziennikarstwa, a z drugiej jest przenikliwą analizą wpływu mediów na świadomość społeczną.
Kategorie:
Rok:
2015
Wydanie:
1
Wydawnictwo:
Czarna Owca
Język:
polish
ISBN 13:
9788380151635
Plik:
EPUB, 1,57 MB
Ściągnij (epub, 1,57 MB)

Możesz być zainteresowany Powered by Rec2Me

 

Najbardziej popularne frazy

 
0 comments
 

To post a review, please sign in or sign up
Możesz zostawić recenzję książki i podzielić się swoimi doświadczeniami. Inni czytelnicy będą zainteresowani Twoją opinią na temat przeczytanych książek. Niezależnie od tego, czy książka ci się podoba, czy nie, jeśli powiesz im szczerze i szczegółowo, ludzie będą mogli znaleźć dla siebie nowe książki, które ich zainteresują.
2

Efekt Lucyfera

Język:
polish
Plik:
PDF, 5,53 MB
0 / 0
Spis treści




Okładka



Strona tytułowa



Strona redakcyjna



Zatrudniony przez Facebooka



Po pierwsze kręć się



Feudalizm medialny



Homo woronicus



Kaprys



Bubki i klerycy



Krewniak prezydenta



Mafia i TVP



Obiektywizm, czyli obiegowe komunały



Świat Franza Kafki



Politycy na Woronicza



Zawód: dyrektor



Ślady rozsądku, czyli związki zawodowe



Świat bez etatów



Prezydencka prowokacja



„Oszczędności”



Biedny premier



Pochwała nepotyzmu



Prezenter i pielęgniarka



Hanna Lis i ekspedientka ze spożywczego



Fetysz przedsiębiorczości



Konserwatyzm ponad podziałami



Gorący temat



„Wyborcza” rządzi



Konformizm i indywidualizm



Kult oglądalności



Twarz butów



Reklamowy brak logiki



Nie ma mowy o krytyce



Co to jest R… anda?



Ogłupiające setki



Dziennikarstwo, czyli sztuka niewiedzy



Zamyślony Tomasz Lis



Jak zostałem Pawlikiem Morozowem



Fantazje o normalnym człowieku, czyli kto jest idiotą



Bez PKB i długu ani rusz



Pochwała chamstwa



Być jak Monika Olejnik



Media nie dla społeczeństwa



Lewacka „Gazeta Wyborcza”



Pracuj u siebie



Cud transformacji



Leszek Balcerowicz – król ignorancji



Elita narodu, czyli przedsiębiorcy



Roszczeniowi związkowcy



Debata prezydencka, czyli tryumf dziennikarzy



Biznes i media



„Eksperci”, czyli lobbyści banków



Tabloidy nie są neutralne



Skandale zamiast polityki



Nowe aspiracje i straszak PRL-u



Kult historii



Dumni i pogardliwi



Warszawocentryzm



Zwolnieni z refleksji



Patriarchalna misja



Misyjny konserwatyzm seriali1



„Za wiele o Żydach”



Wojewódzki i Rydzyk w jednym stoją domu



Ekspansywna hipokryzja



Antykomunistyczna licytacja



Seks groźniejszy niż seksizm



Nieszkodliwy antysemityzm Radia Maryja



Wskaż różnicę między Tadlą a Rutowicz



Mądre czytanie z promptera



Pytanie na śniadanie



Być sobą jak Jolanta Kwaśniewska



Tylko kobiety mają płeć



Frakcje „prawdy” i „normalności”



Cenzura patriotyczna



Jak Niemiec nas obraził



Gej nie może ; być patriotą!



Książę manipulacji – Jan Pospieszalski



Dziennikarze idą na wojnę



Katastrofa mediów w Smoleńsku



Z faszystami przeciwko Rosji i komunizmowi



„Argumenty” prawicy, czyli kula w łeb



„Kompromis”, czyli dyktat prawicy



Swojski Korwin-Mikke



Prawicowe świry są trendy



Kto prześladuje katolików?



Monopol na niepokorność



Musimy być zadowoleni



Celebryci kochają dzieciaki



Owsiak, czyli społeczeństwo litości



Jan Paweł II, czyli zakaz krytyki



Papieskie obrazki1



Dobry wieczór, wielebny Franciszku!



Msza dobra na wszystko, czyli misyjna indoktrynacja



Nie porównuj Rydzyka do Toma Cruise’a!



Autorytet dobry na wszystko



Ludzie wolności1



Kajeciki



Dziennikarze lubią władze



Drugie śniadanie mistrzów, czyli król jest nagi



Ojczysty panteon



Hierarchia autorytetów



Celebrowanie celebrytów



Media psują politykę



Zwolniony SMS-em



Przypisy końcowe





Redakcja

Krystyna Podhajska



Projekt okładki

Mariusz Banachowicz



Zdjęcie na okładce

© Mopic/Shutterstock



Korekta

Małgorzata Denys, Ewa Jastrun



Text © by Piotr Szumlewicz, 2015

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2015



Wydanie I



Książka dostępna także w formie e-booka



ISBN 978-83-8015-163-5





Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl



Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.





Zatrudniony przez Facebooka


W Telewizji Polskiej zostałem zatrudniony za pośrednictwem Facebooka. Człowiek o nieznanym mi nazwisku i niemający zdjęcia profilowego napisał, żebym następnego dnia przyszedł do siedziby telewizji. Gdy próbowałem się dowiedzieć, jaka to telewizja i po co mam przychodzić, odpisał, że podpiszę umowę i zostanę przyjęty do pracy. Zapytałem, jaką umowę i co będę robić. Wysłał emotikon „uśmiechnięta gęba” i odpowiedział, że na miejscu wszystkiego się dowiem. Tak się zaczęła moja przygoda z TVP.





Po pierwsze kręć się


Następnego dnia przyszedłem do nowego budynku TVP. Odniosłem wrażenie, że wszyscy zostali poinformowani o moim przybyciu, że wszyscy wiedzą, kim jestem. Część osób uśmiechała się do mnie znacząco, część mi się kłaniała, część patrzyła na mnie wyraźnie wrogo, choć nikogo nie znałem. Zostałem wprowadzony do dużego pokoju szefa TVP2, który przywitał się ze mną po bratersku i powiedział: „Potraktuj tę pracę jako płatne stypendium”. Na widok mojego zakłopotania dodał: „Pokręć się tu, Piotrek. To podstawowa rzecz w TVP”. Po kilku miesiącach załapałem, o czym mówił. Odkryłem, że bez znajomości, powiązań koleżeńskich, politycznych lub biznesowych trudno tu osiągnąć jakąkolwiek pozycję. W telewizji publicznej najważniejsze są nieformalne kontakty, znajomości, przelotne rozmowy przy kawie. To dzięki nim zawiera się kontrakty, dogaduje szczegóły współpracy, otrzymuje prawo prowadzenia programów. Istnieje nieprzejrzysta, ale dla wszystkich intuicyjnie zrozumiała forma komunikacji, dzięki której każdy wie, kto jest kim, kto jest pod kim i nad kim, na kogo trzeba uważać, kogo warto znać. Od początku zostałem włączony do sieci układów, chociaż nie miałem pojęcia, jaka jest moja realna pozycja, do jakiej frakcji należę i kto jest moim wrogiem. Już pierwszego dnia nieznani mi ludzie mówili, że wiedzą, do którego mam iść pokoju i po co, konstatowali, że jestem od jakiegoś człowieka, którego nazwiska nie znałem, wymieniali porozumiewawcze spojrzenia, słysząc udzielane przeze mnie nieufne odpowiedzi. Nie miałem wpływu na zajmowaną pozycję, decydował o tym jakiś wewnętrzny system. Sam fakt, że różnej maści dyrektorzy witali się ze mną, miał mi dawać poczucie, że jestem potrzebny, chociaż nie otrzymałem żadnych istotnych zadań do wykonania ani godnej zapłaty. Przekonałem się potem, że o wszystkich mianowaniach i nobilitacjach decydowały stosunki władzy i prestiżu. Najważniejsi byli ci, którzy najlepiej odnajdywali się w tym systemie i czerpali z tego profity. Istotne cechy pozwalające awansować i zdobyć silną pozycję w tej skomplikowanej sieci to konformizm i brak krytycyzmu wobec autorytetów, niezbędne okazują się również znajomości. Kompetencje oraz zdolności twórcze praktycznie są pozbawione znaczenia.





Feudalizm medialny


W polskich mediach nie liczą się kompetencje, wiedza ani zdolność zainteresowania widza. O wiele istotniejszą rolę odgrywają powiązania rodzinne, biznesowe i koleżeńskie. Dlatego w TVP rzadko przeprowadzane są konkursy otwarte, a castingi na nowych prezenterów lub prowadzących programy publicystyczne – prawie nigdy. Każdy szef kanału ma grupę znajomych celebrytów, którym musi dać audycję niezależnie od tego, jaki poziom prezentują; nie ma znaczenia nawet to, czy przyciągną widownię. Kiedyś zaproponowałem szefowi TVP2 przeprowadzenie konkursu na stanowisko prowadzącego program publicystyczny. Żachnął się nerwowo: „Zgłosiłoby się dużo kandydatów, których trzeba by było testować”. Dlatego wolał wybrać jednego z czterech kiepskich prezenterów, których miał pod ręką i których akceptował jego układ biznesowo-partyjny. Takie mechanizmy działają we wszystkich największych polskich mediach. Świat dziennikarski jest zamknięty. Poza tym coraz częściej znajomość, a tym bardziej pokrewieństwo z celebrytą zapewnia uznanie, wysokie dochody i karierę medialną. Przykład idzie z góry, rozlewa się po wszystkich podkomórkach największych mediów i dociera niżej, także do mediów o mniejszym zasięgu i małych mediów tematycznych.

W telewizji panuje niezwykle napięta atmosfera, pracownicy traktują siebie nawzajem jak konkurentów w staraniach o stabilny etat i dostęp do dobrze płatnych projektów. Walka toczy się nieustannie, nad każdym wciąż wisi groźba wypadnięcia z obiegu. Dlatego każdy podejmuje wysiłki, aby zdobyć pozycję tak wysoką, żeby nikt nie mógł mu zaszkodzić i żeby powszechnie zabiegano o jego poparcie. Jak to zrobić? Oczywiście najlepiej gdzieś na szczycie hierarchii mieć mocne plecy. Jeżeli ich brak, warto przynajmniej sprawiać wrażenie, że się je ma. Im więcej ludzi uważa cię za kogoś ważnego i o rozległych znajomościach, tym większe szanse, że zajdziesz wysoko. Są w telewizji publicznej ludzie, którzy sprawianie takiego wrażenia opanowali do perfekcji.





Homo woronicus


Telewizja publiczna ma wielu mieszkańców. Ci, którzy najdłużej w niej żyją i są do niej najbardziej przywiązani, to Homo woronicusy. Homo woronicus wiąże swoje życie prywatne i zawodowe z TVP, żyje w niej, poznaje przyjaciół, kochanków, wrogów, tworzy w niej rodzinę, przejmuje się jej wzlotami i upadkami. Ciągle boi się o swój los, czeka na telefony, spotkania, SMS-y od podwładnych i znajomych. Połowę czasu pracy zajmuje mu budowanie kontaktów, zdobywanie plotek oraz ich dystrybuowanie, udział w naradach formalnych i nieformalnych. Praca przy konkretnym programie odgrywa zazwyczaj drugorzędną rolę i zajmuje relatywnie mało czasu.

Nie każdy Homo woronicus ma umowę na etat. Niektórzy przez dłuższy okres nie mają w TVP żadnej pracy. Być może tych ostatnich jest najwięcej. Są jak sępy w klatce, które latają wokół łupu odgrodzonego od nich grubą kratą. Łakną plotek, szukają informacji o nowych programach, zwolnieniach, restrukturyzacjach, wypatrują znajomych twarzy, budują nowe koalicje. Im częściej czegoś się dowiadują, im częściej ktoś ich zaprasza na kawę albo na niezobowiązującą rozmowę, im więcej mają dyrektorskich numerów telefonów w swoich kajecikach, im więcej osób chce z nimi spiskować, tym większą zyskują pewność siebie i tym większą mogą mieć nadzieję, że zostaną zaproszeni do jakiegoś projektu lub dostaną nobilitującą posadę.

Homo woronicus ma podgatunek. Jest nią Homo woronicus placus, czyli osoba pracująca w siedzibie TVP na placu Powstańców Warszawy. To odmiana woronicusa bardziej nerwowa, dynamiczna, mająca więcej obowiązków, bardziej zapracowana i częściej obgadująca osoby, z którymi rozmawiała nawet pięć minut wcześniej. Na placu jest mniej dyrektorów i leniwie pijących kawę koordynatorów, więc bardziej uderza w oczy walka między reporterami, researcherami, wydawcami. Jednocześnie dominuje tam młoda generacja dziennikarzy, bliska TVN24. Są to zazwyczaj ludzie pozbawieni wiedzy i zdolności pogłębionej refleksji, których głównym zadaniem jest błyskawiczne zrobienie materiału na dowolny temat. Łatwo więc na placu znaleźć człowieka umiejącego w pół godziny zrobić materiał na temat, którego kompletnie nie rozumie. Niech to będzie wzrost bezrobocia. Scenka rodzajowa z życia pani Bogumiły, która właśnie straciła pracę, setka (czyli krótka wypowiedź do programu udzielona reporterowi) z odpowiednim ministrem, trzy setki z „ekspertami”, do tego ładne ujęcia szefa firmy pogrążonej w kryzysie i jeszcze ładniejsze szefa przedsiębiorstwa, które dobrze sobie radzi. Jeżeli na czele TVP Info stoi akurat osoba sprzyjająca rządowi, to w podsumowaniu pokazuje się firmę, która dobrze sobie radzi z kryzysem, a jeżeli dyrektor jest z nadania opozycji, materiał kończy wypowiedź zapłakanej pani Bogumiły. W obydwu przypadkach widz nie dowie się niczego o systemowych przyczynach wzrostu bezrobocia. Najprawdopodobniej twórca materiału w ogóle nie będzie wiedział, czym jest bezrobocie.





Kaprys


Jednym z centralnych miejsc w budynku na Woronicza jest „Kaprys”. Tu przychodzą członkowie różnych biur koordynacji, aby przy kawie przeprowadzić niezwykle pogłębioną analizę jakiegoś programu i zarobić po kilkaset złotych. Tu zbierały się na przykład wielce czcigodne gremia, aby napisać „merytoryczną” analizę programu opartą na jednej tezie mówiącej o tym, że prowadząca ma za duży dekolt. W „Kaprysie” koczują też pozbawione pracy Homo woronicusy, które liczą, że ktoś zechce jeszcze nawiązać z nimi współpracę. W nim bywają największe gwiazdy TVP, pusząc się dumnie. To legendarne miejsce opromienia swoją sławą odwiedzających je gości i nieco łagodzi ich frustracje.

Poza tym w „Kaprysie”, podobnie jak we wszystkich innych kawiarniach i restauracjach na terenie TVP, są zawierane różnego rodzaju sojusze i koalicje. Umiejętność plotkowania w „Kaprysie” i wiedza, z kim należy plotkować, w TVP liczą się bardziej niż jakiekolwiek kompetencje. Pijąc tam kawę, często przypominałem sobie słowa szefa TVP2 o tym, że jedną z kluczowych czynności w Telewizji Polskiej jest kręcenie się po jej krętych korytarzach. Niestety, nigdy nie nabyłem zdolności skutecznego kręcenia się, czyli chociażby wyłapywania odpowiednich plotek, które potem mógłbym wykorzystać do załatwiania swoich interesów.





Bubki i klerycy


W polskich mediach dominują dwa typy dziennikarzy: młode bezrefleksyjne bubki i doświadczeni klerycy. To elity dziennikarstwa – ludzie bez wiedzy i wizji, ale ze znajomościami, pewni siebie, dumni ze swojej niewiedzy i szybcy w działaniu, choć to działanie często nie ma żadnego sensu. Z roku na rok coraz bardziej ekspansywni są ci pierwsi, ale ci drudzy często zajmują kierownicze stanowiska i wybierają swoich następców. Oba rodzaje dziennikarzy wyznają podobne wartości, a ich kajeciki są wypełnione tymi samymi numerami telefonów, lecz istnieją między nimi istotne różnice.

Jeżeli kiedyś będziesz zwiedzał, Drogi Czytelniku, budynek TVP na Woronicza, najprawdopodobniej trafisz tam na bubków – młodych, niezwykle wyniosłych, dobrze ubranych i niemądrze wyglądających mężczyzn idących zwykle we dwóch lub we trzech w nieznanym ci kierunku. Im droższy garnitur i głupszy wyraz twarzy, tym większe prawdopodobieństwo, że to doradcy zarządu lub członkowie kadry kierowniczej. Spotkasz też kleryków – gorzej ubranych, za to rozgadanych, rozbieganych i sypiących mało śmiesznymi dowcipami reporterów.

Materiały tworzone przez obie grupy idealnie odtwarzają status quo: nie wnoszą niczego nowego, świadczą o braku jakiegokolwiek wglądu w badaną problematykę. Ci ludzie umieją czytać Wikipedię, nie wstydzą się mówić o sprawach, których nie rozumieją, i mają talent do wyrywania od namaszczonych przez siebie ekspertów pojedynczych zdań pozbawionych znaczenia, lecz mających wyrażać istotę danego problemu. Najlepsi dziennikarze to eksperci od wszystkiego, którzy nie mają wiedzy na żaden temat, ale posłusznie klepią przezroczyste frazesy. Sprawny, bezideowy i posłuszny bubek jest skarbem dla każdego zarządu telewizji.





Krewniak prezydenta


Na początku swojej kariery w TVP kontaktowałem się z wieloma osobami, które budowały wokół siebie aurę wpływowości. Organizowały one spotkania z celebrytami, a bycie zaproszonym przez nie na wino uchodziło wśród przeciętnych pracowników telewizji za formę nobilitacji. Pewnego razu niespodziewanie zostałem zaproszony przez człowieka, który przedstawił się jako krewny prezydenta RP, Bronisława Komorowskiego. Nie znałem go, więc nie wiedziałem, jaki jest cel zaproszenia na imprezę w wąskim gronie z udziałem szefa TVP2 i jednej z prezenterek „Pytania na śniadanie”. Z początku myślałem, że chodzi o przyjęcie mnie do jakiejś tajnej sekty, nieformalnej grupy nacisku tudzież wspólnoty erotycznej. Ale po pierwszym, drugim i czwartym winie nie działo się nic, co mogłoby wzbudzić moją podejrzliwość. Wreszcie po kilku godzinach swobodnej rozmowy obficie zakrapianej winem, do którego podano smaczne przekąski (za jedno i drugie płacił organizator), wszyscy zaczęli się rozchodzić. Wtedy tajemniczy krewny prezydenta RP oświadczył, że samochód BOR-u odwiezie mnie, dokąd chcę. Podniósł słuchawkę, powiedział, że dzwoni w imieniu „Ani Komorowskiej” i prosi o samochód. Po półgodzinie faktycznie przyjechał drogi samochód z eleganckim kierowcą, który udzielił kilkuzdaniowej odpowiedzi na pytanie, co słychać „u Bronka i Ani”. Posłusznie odwiózł mnie we wskazane miejsce, a ja wciąż nie wiedziałem, jaki był cel spotkania. Jeszcze kilka razy uczestniczyłem w tego typu imprezach, w ich wyniku nie dostałem jednak ani żadnej funkcji w TVP, ani żadnej propozycji współpracy. Tłumaczyłem sobie, że chodzi po prostu o koleżeńskie rozmowy. Za każdym razem odwoził mnie samochód BOR-u, do czego nawet przywykłem.

Sytuacja wyjaśniła się kilka miesięcy później. W TVP nastąpiła zmiana układu sił. Osoby, które deklarowały wsparcie dla mnie i które informowały mnie o zmianach we władzach telewizji, zostały zwolnione lub przesunięte na mniej istotne stanowiska. Również znany mi szef TVP2 stracił pracę. Tajemniczy „krewniak prezydenta” pozostał, ale momentalnie przestał się do mnie odzywać. Skończyły się zaproszenia na wino.

Wkrótce potem dowiedziałem się, że historia z krewnym prezydentem i kierowcą BOR-u była fikcją. Samochód w rzeczywistości należał do organizatora imprez, a kierowca był sąsiadem poproszonym o odgrywanie roli borowika. Inscenizacja miała służyć pokazaniu mi, że ów „krewniak Komorowskiego” jest kimś i że warto z nim utrzymywać kontakt. Realnie nie miał on mocnej pozycji i chwaląc się pokrewieństwem z prezydentem, zabiegał o moje poparcie. Liczył po prostu, że kiedyś mogę mu się przydać. Jest to jedna z wielu historii, które pokazują, jak wiele pracownicy TVP potrafią zrobić dla umocnienia swoich wpływów.

Warto dodać, że niektórzy myślą bardziej długoterminowo niż wspomniany „krewniak prezydenta” i są jeszcze bardziej obrotni. Często zdarzają się sytuacje, że jakiś sympatyczny „kolega” lub „koleżanka” próbuje doprowadzić do zwolnienia cię z pracy. Czy potem będzie cię unikać, przeprosi cię lub postara się o zadośćuczynienie? Nic z tych rzeczy! Gdy twoja pozycja się umocni, zadzwoni do ciebie, zapyta rytualnie, co u ciebie słychać, zaprosi cię na kawę i bez żadnych oporów oświadczy, że warto zapomnieć o przeszłości, by razem zainicjować nowe projekty. Po dwóch latach pracy w TVP nie zdziwiłem się, gdy życzenia świąteczne pierwsi przesyłali mi ludzie, którzy kilka miesięcy wcześniej zrobili wiele, aby się mnie pozbyć i nie dopuścić do realizacji jakichkolwiek moich projektów. Po prostu zauważyli, że moja pozycja na rynku medialnym nieco się umocniła. Musieli liczyć się z faktem, że wrócę do telewizji. A wtedy: „Wpadnij na kawę, Piotrek, porozmawiamy na spokojnie”.





Mafia i TVP


Pracę nad tą książką rozpocząłem tuż po kolejnym obejrzeniu Ojca chrzestnego, filmu tak subtelnie estetyzującego mafię. Zastanawiałem się, na jakich zasadach funkcjonowała mafia sycylijska, co było jej najsilniejszym spoiwem, jakie były podstawy lojalności szeregowych członków wobec najwyższych capi i donów. Według Coppoli to spoiwo tworzyła mieszanka pieniędzy i władzy. Bez nich lojalność, zaufanie, a nawet ważność więzów krwi traciły znaczenie. Michael Corleone umarł samotny na własne życzenie. Nikomu nie ufał i nikomu nie mógł ufać. Taka była zasada funkcjonowania mafii. Istniały jednak przekonania i idee, które deklaratywnie łączyły zdecydowaną większość organizacji mafijnych. Były to niechęć do komunizmu oraz przywiązanie do rodziny i Kościoła. Pod wieloma względami TVP jest podobna do tak pojmowanej mafii. Dziennikarze także nienawidzą komunizmu, którego symbol stanowi dla nich Polska Ludowa, i prześcigają się w deklarowaniu przywiązania do wartości rodzinnych, poszanowania dla autorytetu Kościoła i papieża Jana Pawła II. Kto nie respektuje tego zwięzłego zbioru przykazań, ten raczej nie ma szans na zaistnienie w tej instytucji. Oczywiście chodzi tutaj nie o przestępcze metody działania, ale o rodzaj deklarowanych wartości i stosunki zależności. TVP także ma swoje szare eminencje, swoich ojców chrzestnych, bardzo często wydawane są w niej wyroki, których wykonanie oznacza śmierć medialną. Zazwyczaj przyczyną wydania wyroku nie jest – podobnie jak w mafii – różnica poglądów, lecz brak lojalności wobec konkretnej grupy, do której przynależność deklarowało się przy zatrudnieniu w TVP.





Obiektywizm, czyli obiegowe komunały


Rzetelność i obiektywizm przekazu są w polskich mediach traktowane dosyć oryginalnie. Obiektywizm polega na bezrefleksyjnym odtwarzaniu obiegowych komunałów i umacnianiu uznawanych autorytetów. Zdaniem większości Piotr Kraśko i Tomasz Lis nie naruszają zasad obiektywizmu dziennikarskiego, gdy z natchnioną zadumą chwalą premiera, prezydenta lub kardynała Dziwisza.

Ta książka nie jest oskarżeniem konkretnych dziennikarzy. Dlatego unikam podawania nazwisk z wyjątkiem nazwisk osób powszechnie znanych opinii publicznej i tych, które w TVP odgrywają szczególnie istotną rolę. Nie twierdzę też, że Telewizja Polska jest szczególnie patologicznym czy nierzetelnym medium. Wręcz przeciwnie, zabiegałem o pracę tam i byłem dumny, że udało mi się ją dostać. Sądziłem, że jest to medium ważne, w którym istnieją większe niż w mediach komercyjnych szanse na przedstawienie istotnych treści. Dlatego rozziew między rzeczywistym funkcjonowaniem TVP a deklarowanymi obiektywizmem, rzetelnością i misyjnością wywołał moje oburzenie, które przyczyniło się do powstania tej książki.

Dziennikarze TVP niewiele się różnią od pracowników innych stacji telewizyjnych. Według mnie jednak w telewizji publicznej w szczególny sposób splatają się władza polityczna, medialna i ekonomiczna, przenikają się różne interesy i frakcje polityczne. Ponadto w TVP stawka w walce o władzę jest szczególnie wysoka, ponieważ łącznie kanały telewizji publicznej od lat mają najwyższą oglądalność.

Jak się szybko przekonałem, ta ciągła walka w niewielkim stopniu dotyczy tego, co najbardziej interesuje telewidza, czyli treści emitowanych audycji. W tej dziedzinie niezmiennie i niezależnie od tego, z czyjego nadania funkcjonuje zarząd telewizji, panują konserwatyzm i liberalizm gospodarczy.





Świat Franza Kafki


Rzeczywistość TVP ma w sobie wiele z rzeczywistości dzieł Franza Kafki. Przeciętni pracownicy zazwyczaj nie rozumieją, dlaczego są przenoszeni, zwalniani, krytykowani. Mogą się tylko domyślać, że za dotyczącymi ich decyzjami stoją tajemnicze, nieuchwytne szare eminencje. Część pracowników mechanicznie wykonuje jawnie bezsensowne czynności, mimo to jest wdzięczna, że ma możliwość pracy w telewizji. Na przykład pracując w TVP, dowiedziałem się, że jedna z członkiń biura programowego publicystyki, aby utrzymać się w pracy, przygotowała szkolenia dla placówki działającej w obrębie telewizji, która w międzyczasie… przestała istnieć. Poczucie wyobcowania wzmacnia fakt, że wszyscy są tak przestraszeni, iż akceptują ten system. Nawet jeżeli domyślają się intencji kryjących się za decyzjami władz, milczą na ten temat. O tym, kto naprawdę rządzi w TVP, wiedzą nieliczni. Nie wie tego również większość dyrektorów. Dlatego czasem można zobaczyć, że któryś z nich zdenerwowany odbiera telefon, po czym prędko podejmuje decyzje sprzeczne z dotychczasowymi.





Politycy na Woronicza


W telewizji publicznej pracuje olbrzymia liczba dyrektorów. Jest ich ponad trzystu, z czego znaczna część nie ma jasno określonych obowiązków i pełni swoją funkcję z powodów politycznych. Po prostu muszą mieć wysokie stanowisko ze względu na znajomość z konkretnym posłem czy ministrem lub z uwagi na istotną rolę odgrywaną w środowisku biznesowym. Dyrektorzy TVP często są bezpośrednio powiązani ze światem polityki. Dlatego afera ze spółką Elewarr i dyskusja o czerpaniu przez polityków korzyści finansowych z udziału w spółkach skarbu państwa dotyczy także TVP. O dziwo, nikt się tymi powiązaniami nie interesuje. Za prezesury Juliusza Brauna nastąpił desant ludzi pracujących wcześniej na wysokich stanowiskach w ministerstwie kultury. Wiceprezesem telewizji został Marian Zalewski, niedawny… wiceminister rolnictwa z ramienia PSL-u, o którym wciąż w Wikipedii możemy przeczytać, że jest „polskim politykiem”.

Świat polityki i świat dziennikarstwa przenikają się zresztą w telewizji publicznej na wielu poziomach. Gdy telewizją rządziło SLD, Leszka Millera witały jak króla wielkie delegacje, wcześniej ustaliwszy z nim pytania do rozmowy. Podobnie było za prezesury Bronisława Wildsteina, który nie krył się z poparciem dla Jarosława Kaczyńskiego. Sytuacja nieco się zmieniła za rządów Juliusza Brauna. Platforma wprowadziła do TVP ludzi współpracujących bezpośrednio z rządem, więc wizyty polityków PO w programach publicystycznych nie budzą tak wielkiej ekscytacji. Każdy wydawca bez zbędnych poleceń wie, w jakim stopniu ma być posłuszny wobec zaproszonego gościa. TVP zawsze jest upartyjniona, ponieważ jej władze pośrednio są wybierane przez parlament. Naciski polityków na dziennikarzy, zgodnie z powszechną intuicją, są duże i bezpośrednie. Na przykład polityk określonej partii dzwoni do szefa stacji lub wydawcy konkretnej audycji z żądaniem, aby konkretnego dnia o konkretnej porze zaproszono go do programu. Różnice między poszczególnymi zarządami w TVP polegają na doborze gości do programów publicystycznych. Gdy w TVP Info rządziły osoby związane z SLD, kanał relacjonował na żywo wszystkie konferencje Grzegorza Napieralskiego. Gdy władzę przejął człowiek z nadania PSL-u, stacja zaczęła relacjonować udział w dożynkach premiera Waldemara Pawlaka i ministra Marka Sawickiego. Poza tym praktycznie nic się nie zmieniało.

Program „Gorący temat”, w którym pracowałem, oficjalnie był uznawany za SLD-owski, co oznaczało, że jego gośćmi częściej byli Grzegorz Napieralski i Włodzimierz Czarzasty niż choćby Jarosław Kaczyński i Adam Hofman. Na próżno sprzeciwiałem się zapraszaniu polityków SLD częściej niż polityków innych opcji. Nikt nie rozumiał, dlaczego to robię, i nikt mnie nie popierał.





Zawód: dyrektor


Jawne upolitycznienie TVP stanowi mniejszy problem niż panujące tam stosunki pracy. Od wielu lat telewizja publiczna dąży do zrealizowania pomysłu, który pojawia się we wszystkich rywalizujących między sobą obozach. Gdyby to się udało, etatowymi pracownikami TVP byliby wyłącznie… dyrektorzy i prezesi. Inni byliby zatrudniani na umowę o dzieło lub na umowę zlecenie. Już teraz dziesiątki pracowników są zmuszane do zakładania własnych firm albo podpisuje się z nimi umowy o dzieło, chociaż ich praca spełnia większość kodeksowych kryteriów umowy o pracę. Okazuje się więc, że patologie obecne na polskim rynku pracy mają odzwierciedlenie w telewizji publicznej. Zresztą nawet ci, którzy mają etaty, otrzymują zazwyczaj niskie wynagrodzenie – na poziomie płacy minimalnej, czasem nawet poniżej. Pracownicy mediów to średnio bardzo dobrze zarabiająca grupa zawodowa, ponieważ w telewizji płaci się honoraria za każdy program. Niemniej niska podstawa wynagrodzenia pomaga dyrekcji trzymać pracowników w szachu. Jeżeli któryś nie będzie posłuszny, nawet nie trzeba go będzie zwalniać: wystarczy, że zabierze mu się honoraria. Z systemu honoraryjnego wyłączeni są jedynie dyrektorzy, których dochody są bardzo wysokie, oraz niektórzy pracownicy administracji, których dochody są bardzo niskie.

Dyrektor to nie tylko stanowisko zajmowane czasowo przez określoną osobę. Dyrektor to w największych stacjach telewizyjnych (także w radiu i prasie) zawód wykonywany często przez cały okres kariery zawodowej. Wielu dyrektorów w TVP nie pełni swoich funkcji z powodu kompetencji ani osiągnięć. Nie jest nawet tak, że każdy obóz polityczno-medialny ma swoich ekspertów, którzy zajmują stanowiska kierownicze, gdy ich opcja dochodzi do władzy. W praktyce kluczową rolę odgrywają zawodowi dyrektorzy, którzy obejmują najwyższe stanowiska ze względu na powiązania biznesowe lub partyjne. Aby zweryfikować prawdziwość tej hipotezy, wystarczy przyjrzeć się karierom medialnym wielu dyrektorów. Część z nich krąży po stanowiskach dyrektorskich w telewizji, zajmując funkcje niemające ze sobą nic wspólnego. Gdy ktoś trafi do tego obiegu, rzadko z niego wypada, niezależnie od jakości swojej pracy. To, czy będziesz dyrektorem, zależy w mniejszym stopniu od twoich kompetencji, a w większym – od tego, czy już pełniłeś funkcje kierownicze. Nieliczni dyrektorzy, którzy na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności tracą pracę, natychmiast znajdują zatrudnienie na kierowniczym stanowisku poza TVP. Szef TVP z nadania PiS, Romuald Orzeł, po odejściu z telewizji został pracownikiem jednego ze SKOK-ów. Szef TVP2 z nadania SLD, Rafał Rastawicki, został doradcą zarządu… PKP Cargo. Wszak wiadomo, że każdy kompetentny dziennikarz zna się na zarządzaniu instytucjami bankowymi i na funkcjonowaniu kolei. Kasta dyrektorów jest mała i trudno się temu dziwić, skoro w większości konkursów na dyrektora stawiany jest warunek, by kandydat na to stanowisko wcześniej był… dyrektorem. Warunek ten musi być zawsze przestrzegany. Odstępstwa zdarzają się w sytuacjach, gdy kandydat jest wyjątkowy – czytaj: namaszczony przez partię lub jedną z telewizyjnych szarych eminencji, które wolą nie zajmować stanowisk kierowniczych, lecz sterować telewizją za pośrednictwem zaufanych ludzi.

W Telewizji Polskiej polityka zatrudnienia pozbawiona jest jakiegokolwiek sensu. Zwalnia się dziesiątki profesjonalnych montażystów, dźwiękowców, kamerzystów, wydawców i podpisuje milionowe kontrakty z ignorantami kreowanymi na wielkie gwiazdy. Kolejne zarządy lansują politykę zatrudnienia opartą na braku stabilności, stresie, rywalizacji między poszczególnymi pracownikami. Brakuje natomiast troski o stabilność i poprawę jakości programów. Dlatego każda krytyczna uwaga jest traktowana jako próba odebrania komuś stanowiska, a nie jako wyraz troski o dobrą jakość wspólnie robionego programu. Na takim podejściu tracą oczywiście wszyscy, przede wszystkim widzowie.





Ślady rozsądku, czyli związki zawodowe


Związki zawodowe w TVP są stosunkowo silne. O ile w Polsce poziom uzwiązkowienia wynosi około 15 proc., a w firmach prywatnych około zera, o tyle w telewizji związków jest dużo i mają głos, choć ich rola wydaje się bardzo ograniczona. Pracując w TVP, zauważyłem, dlaczego ma sens ochrona prawna pracowników kierujących związkami zawodowymi. Gdyby nie ona, przywódca związku Wizja (najsilniejszego w TVP) zostałby zwolniony z pracy dzień po tym, jak skrytykował prezesa za obniżkę wynagrodzeń pracowników etatowych stacji.

Wbrew obiegowym przekonaniom związkowcy w znacznie większym stopniu niż kolejne zarządy dbają o interes firmy. Związki zawodowe wielokrotnie krytykowały honoraria gwiazdorskie, które co roku pochłaniają miliony z budżetu. Związkowcy kwestionowali też sens zatrudniania na wysoko płatnych stanowiskach kierowniczych kilkuset osób, których praca w dużej mierze polega na naradach przy kawie w „Kaprysie”. Ich zdaniem dyrektorów i prezesów mogłoby być pięć razy mniej, natomiast należałoby utrzymać na stabilnych etatach kompetentnych, doświadczonych montażystów i scenarzystów. Niestety, polityka zarządu idzie w odwrotnym kierunku. Ekipa Juliusza Brauna zwolniła wielu pracowników i podpisała wiele kontraktów gwiazdorskich, umocniła rolę firm zewnętrznych i utrzymała setki osób na stanowiskach kierowniczych.





Świat bez etatów


Kilka lat temu na ekranach kin pojawił się film W chmurach z George’em Clooneyem w roli głównej. Głównym bohaterem filmu jest człowiek, który zawodowo zajmuje się przekazywaniem ludziom informacji o zwolnieniu ich z pracy. Zastępuje w tej nieprzyjemnej roli szefów, którzy nie chcą się stresować spotkaniem z załamanymi pracownikami. Film opisuje bezduszną rzeczywistość amerykańskiego kapitalizmu i opowiada o zarządzaniu porażką, ponieważ bohater oczywiście robi wszystko, aby zwalniani pracownicy uwierzyli, że wyrzucenie ich z pracy nie jest klęską życiową, lecz szansą na nowy początek. W dalszej części filmu pojawia się jeszcze bardziej cyniczne rozwiązanie: pracownicy są zwalniani przez Skype’a, dzięki czemu firma może zaoszczędzić na biletach lotniczych ekspertów od zwolnień.

Mimo wszystko świat przedstawiony w filmie wydaje się nieomal sielankowy w porównaniu z rzeczywistym światem polskich mediów. Tam jeszcze zatrudniano ludzi na etat, czego w polskich mediach praktycznie już się nie robi. (Polska jest krajem Unii Europejskiej o najwyższym odsetku umów zawieranych na czas określony). Pracodawcy nie stresują się zatem przekazaniem pracownikowi złej nowiny, a jedynie czekają, aż skończy mu się umowa. Większość pracowników mediów zatrudniona jest na umowy honoraryjne i dziękuje na kolanach, gdy w ogóle otrzymuje zlecenia.





Prezydencka prowokacja


Najwyraźniej prezydent RP odgrywa istotną rolę w rozgrywkach wewnątrz TVP. Przygoda z jego „krewniakiem” pokazała mi, że znajomość z głową państwa jest w telewizji wysoką stawką. Wydaje się, że i przyjaźń z prezydentem może się przydać… Otóż któregoś dnia Paweł Miter, młody mieszkaniec Wrocławia, postanowił bez wysiłku zrobić karierę w TVP. Pomysłowy młodzian skorzystał ze strony internetowej, za pomocą której można wysyłać e-maile, wpisując jako nadawcę, kogo się chce. Miter założył sobie konto o adresie „Jacek.Michałowski@prezydent.pl” i przedstawiwszy się jako szef kancelarii prezydenta Komorowskiego, napisał do ówczesnego prezesa telewizji, że proponuje stworzenie autorskiego programu w TVP, w którym młodzi ludzie mogliby mówić o swoich problemach. Prezes przyjął propozycję przychylnie. Następnie Miter napisał do władz TVP, że liczy na kontrakt i zarobki rzędu siedemnastu tysięcy złotych brutto miesięcznie. Poinformowano go, że sytuacja telewizji nie jest łatwa, więc może otrzymywać co miesiąc… trzynaście tysięcy złotych. Wkrótce potem młody gwiazdor podpisał umowę wstępną na trzy miesiące opiewającą na trzydzieści dziewięć tysięcy złotych, dostał przepustkę otwierającą mu wszystkie drzwi w TVP i prawo korzystania z samochodu służbowego. Fakt zatrudnienia na zlecenie polityczne przyjęto w TVP jako oczywistość. Oszust załatwił więc sobie w kilka dni intratny kontrakt na własny program. Ostatecznie do finalizacji umowy nie doszło, bo jeden z kierowników TVP1 negatywnie zaopiniował program i zdemaskował spryciarza.

Jaki wniosek wypływa z tej historii? Wbrew opinii niektórych komentatorów cała sprawa bynajmniej nie ośmiesza telewizji. Mało brakowało, aby młody człowiek zrealizował program prawdopodobnie równie słaby, jak większość pozostałych. Miał on polot i odwagę, umiał grać rolę gwiazdora. Jaka jest różnica między gwiazdorem a osobą udającą gwiazdora? Żadna. Jeżeli prezes TVP i dziesięciu dyrektorów uznałoby Pawła Mitera za gwiazdora, wkrótce by się nim stał. A zarobki w wysokości trzynastu tysięcy złotych miesięcznie mogą bulwersować tylko osoby niezorientowane w realiach polskich mediów. Największe „gwiazdy”, które nie mają wiedzy na żaden temat, podpisują kontrakty na kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie.





„Oszczędności”


Pod koniec lata 2012 roku zarząd TVP ogłosił, że w ramach oszczędności zamierza zwolnić około trzystu pracowników. Prezes telewizji publicznej Juliusz Braun poinformował, że jesienią 2012 roku zostaną zrealizowane tylko dwa nowe spektakle teatralne. TVP nie będzie relacjonować festiwali takich jak Transatlantyk w Poznaniu czy Karuzela Cooltury w Świnoujściu. Ograniczy również produkowanie programów dla dzieci. „Są drogie, 10 minut animacji kosztuje 400 tys. zł”1 – uzasadnił Braun. TVP nie zdecydowała się też na transmisje z paraolimpiady, chociaż byłyby wielokrotnie tańsze niż relacje z większości imprez sportowych. Jednocześnie przedłużono kontrakt z Hanną Lis otrzymującą kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie za prowadzenie „Panoramy”. Gwiazdorskie kontrakty opiewające na podobne kwoty mają też między innymi Tomasz Lis, Piotr Kraśko i Krzysztof Ziemiec. Według nieoficjalnych doniesień „Super Expressu” wynagrodzenia gwiazdorów show „Bitwa na głosy” wyniosły blisko dwa miliony złotych. Wkrótce potem na wizji w TVP z kontraktami gwiazdorskimi pojawili się Beata Tadla i Tomasz Sekielski. Koszty czterdziestu pięciu odcinków programu Sekielskiego według doniesień medialnych miały wynieść trzy i pół miliona złotych.

Telewizja publiczna zwalnia setki ludzi i rezygnuje z nielicznych programów, które miały cokolwiek wspólnego z pojęciem misji. W tym samym czasie wydaje miliony na grupę gwiazdorów, których najważniejsze zadanie polega na poprawnym przeczytaniu kilkunastu zdań z promptera. Takie postępowanie prowadzi do pogorszenia oferty programowej telewizji, a do tego jest nieetyczne i nieracjonalne ekonomicznie. Jest też sprzeczne z rekomendacjami Najwyższej Izby Kontroli, w której raporcie z 2012 roku o TVP napisano: „Zawieranie drogich długoterminowych «kontraktów gwiazdorskich» nie znajduje uzasadnienia, zważywszy na trudną sytuację finansową Spółki”2.

Kluczowym argumentem za gigantycznymi honorariami dla gwiazd są wyniki oglądalności programów TVP. Ciekawe jednak, że sukcesy telewizji prawie nigdy nie przekładają się na podwyżki dla szeregowych pracowników. Może zarząd TVP powinien przygotować eksperymentalne wydanie „Wiadomości” przygotowane bez kamerzystów, scenarzystów i wydawców? Wszak Ziemiec czy Tadla poradzą sobie sami!





Biedny premier


Przy okazji dyskusji nad finansowaniem drogich sukienek żony premiera z pieniędzy partyjnych lub budżetowych Tomasz Lis błysnął intelektem. „Nie bądźmy dziadowskim krajem. Jeżeli pensja premiera jest poniżej pieniędzy dobrego reportera «Faktów» czy «Wydarzeń», to jest to kuriozum. Premier musi zarabiać 40–50 tys. złotych. I nie będziemy mieli takich śmiesznych dyskusji”3 – ogłosił dziennikarz zarabiający jeszcze więcej niż „dobry reporter «Faktów» czy «Wydarzeń»”. Średnia krajowa wciąż wynosi mniej niż cztery tysiące złotych miesięcznie, a prawie 70 proc. Polaków zarabia poniżej tej kwoty. Zarobki premiera, które wynoszą około dziewiętnastu tysięcy złotych miesięcznie, to kwota nieosiągalna dla 99 proc. polskiego społeczeństwa. W tej sytuacji wydaje się raczej, że to nie premier ma zbyt niską pensję, tylko reporterzy i dziennikarze o wiele za wysoką. Wypada zgodzić się z Lisem, że premier nie powinien zarabiać mniej niż dziennikarze i reporterzy serwisów informacyjnych. Dlatego warto zastanowić się nad radykalnym obniżeniem ich wynagrodzeń.





Pochwała nepotyzmu


W połowie stycznia 2013 roku przez polskie media przetoczyła się fala oburzenia, gdy wyszło na jaw, że Prezydium Sejmu wypłaciło sobie premie o łącznej wysokości dwustu czterdziestu pięciu tysięcy złotych. Podobne oburzenie wywołała afera taśmowa: ujawnienie, że politycy związani z PSL-em czerpali wysokie profity z pracy w spółce należącej do skarbu państwa.

Jednocześnie dziennikarze i politycy oburzający się na nadużycia w sektorze publicznym nigdy nie zwracają uwagi na patologie w sektorze prywatnym, które dotyczą o wiele większych kwot. Politycy wszystkich opcji gremialnie potępili premie dla Prezydium Sejmu, a zarazem zdecydowana większość z nich w przeszłości głosowała za obniżaniem podatków dla najbogatszych, dzięki czemu milionerzy zyskiwali sumy wielokroć wyższe niż premie marszałkini Ewy Kopacz i jej zastępców. Trudno też w Polsce znaleźć dziennikarza, który jako aferę przedstawiłby wypłacanie sobie wielusettysięcznych premii przez prezesów prywatnych firm, które przynoszą straty i zwalniają pracowników. Wszyscy chwalą firmy prywatne i traktują je jako lepsze od państwowych, a gdy instytucje publiczne zaczynają działać na podobnych zasadach, zewsząd spotyka je potępienie.

Marszałkini Kopacz uznała – zgodnie z poglądami rozpowszechnionymi wśród polskich elit biznesu – że kierownictwu należy się wysoka premia, nawet jeśli firma kiepsko działa. Trudno w tym kontekście zrozumieć ataki ze strony obrońców przedsiębiorczości i kreatywności. Marszałkini Sejmu po prostu okazała się bardzo przedsiębiorcza. W sektorze prywatnym nie obowiązuje też ustawa kominowa, więc zarobki prezesów mogą być dowolnie wysokie. To, co w sektorze publicznym stanowi patologię, w sektorze prywatnym jest prawidłowością. Tam na porządku dziennym są kolesiostwo, nepotyzm, olbrzymie rozwarstwienie dochodów, tylko nazywa się je „przedsiębiorczością”, „siecią kontaktów”, „wynagrodzeniami motywacyjnymi”. Większość dziennikarzy nie przygląda się krytycznie funkcjonowaniu przedsiębiorstw prywatnych, a zarazem niezmiennie atakuje sektor publiczny. Funkcjonowanie samych mediów nie jest wyjątkiem. Krytykuje się zatrudnianie ludzi w TVP po znajomości, a podobne zjawiska w TVN-ie nie są przedmiotem dyskusji. Dotyczy to również olbrzymich nierówności dochodowych w obrębie telewizji oraz stronniczości przekazu.

Pod tym względem bardzo uczciwy był komentarz na temat afery taśmowej „eksperta” większości mediów, Roberta Gwiazdowskiego: „Jak ojciec chce zrobić z syna prezesa swojej firmy, to wszystko jest w porządku. Nie robi się żadnych konkursów, gdy się kogoś zna i ma do niego zaufanie”4. W sektorze publicznym jest inaczej. „Któż jak nie syn ministra potrafiłby się wczuć najlepiej? Ale ministrowi nie wypada go powołać, więc musimy bohatersko walczyć z problemem, który jest nieznany w ustroju pozbawionym własności państwowej”5. Dlatego, zdaniem tego mędrca, warto sprywatyzować wszystkie przedsiębiorstwa i dać im pełną swobodę działania. Kierownicze stanowiska będą jawnie rozdawane krewnym i znajomym, nie będzie pułapu wynagrodzeń, nie będzie żadnych konkursów ani kontroli – ku zadowoleniu wszystkich. To stuknięci socjaliści wymyślili „nepotyzm” i zamiast chwalić zatrudnianie krewnych, upierają się bez sensu, aby liczyło się coś tak nieistotnego jak kompetencje.

Podobnie trudno zrozumieć oburzenie większości komentatorów tak zwaną aferą Marcina Plichty. Plichta był wzorcowym bohaterem polskich liberałów, który wykorzystał wszystkie możliwe przywileje stworzone przez państwo przyjazne przedsiębiorcom. Zgodnie z życzeniami ekspertów Business Centre Club, Centrum Adama Smitha i większości brylujących w mediach ekspertów ekonomicznych Plichcie nikt nie przeszkadzał w prowadzeniu biznesu, nikt go nie kontrolował, nie zmuszał do przesyłania sprawozdań z działalności. Krótko mówiąc, wolny rynek w czystej postaci!

Pod tym względem bardzo konsekwentny był nieoceniony Leszek Balcerowicz, który zawsze potrafi stanąć w obronie ludzi naciągających państwo i unikających płacenia podatków. Guru polskich liberałów, dowiedziawszy się o całej sprawie, uznał, że za stratę pieniędzy odpowiadają… ludzie, którzy zainwestowali w Amber Gold. Przestrzegł jednocześnie przed zaostrzeniem prawa, które miałoby w przyszłości przeciwdziałać podobnym oszustwom. To się nazywa konsekwencja! Niech ludzie bankrutują, bieda i bezrobocie rosną, poziom życia się obniża, byle tylko przedsiębiorcy mogli robić, co im się żywnie podoba. Tako rzecze Balcerowicz.





Prezenter i pielęgniarka


W Polsce wiele sytuacji w sferze finansów przeczy elementarnym zasadom sprawiedliwości. Jedną z nich są kilkusetkrotne różnice w wysokości dochodów poszczególnych pracowników. Wmawia się nam, że praca prezentera telewizyjnego jest warta kilkadziesiąt razy więcej niż praca pielęgniarki, a praca słynnej modelki – kilkanaście razy więcej niż praca premiera. Trudno też zrozumieć, dlaczego istnieją olbrzymie różnice w zarobkach osób zatrudnionych na bardzo podobnych stanowiskach. Wreszcie niełatwo pojąć, że spekulacja wirtualnymi pieniędzmi prowadzi do realnych kryzysów, w których wyniku setki tysięcy ludzi tracą dorobek życia.

Na polskim rynku pracy obowiązuje zasada, że ludziom przedsiębiorczym i przebojowym z racji ich talentów należą się wysokie profity, chociaż życie codzienne społeczeństwa opiera się na innych niż konkurencja wolnorynkowa zasadach: elementarnej empatii, wzajemności, zaufaniu, współpracy. Bez nich życie społeczne stałoby się wojną każdego z każdym. Niewielu z nas przyzna wprost, że nasze interakcje powinny się opierać na bezwzględnej konkurencji, cynizmie, wsparciu udzielanemu najsilniejszym. Powszechna intuicja podpowiada raczej, że należy pomagać ludziom biednym, chorym i tym, którzy znajdują się na dole hierarchii społecznej. Jak pisze Gerald Cohen: „Każdy system, który oferuje wysokie nagrody dla jednostek obdarzonych nadzwyczajnymi talentami i tworzących wysoce produktywne spółki, z natury rzeczy generuje niesprawiedliwość”6. Warto zwrócić uwagę, że w Polsce w ciągu ostatnich lat coraz więcej obszarów życia społecznego opiera się na dowartościowywaniu ludzi utalentowanych i przedsiębiorczych. W ten sposób działają różnego rodzaju granty, stypendia i dofinansowania. Osoby o cechach pozwalających im osiągnąć sukces w systemie opartym na wolnej konkurencji otrzymują dodatkowe wsparcie od państwa. Tymczasem ludzie nieprzedsiębiorczy, czyli tacy, którzy nie mają pieniędzy, znajomości, kontaktów, umiejętności sprzedania się, zazwyczaj nie osiągną wysokiej pozycji społecznej, nawet jeżeli są kompetentni, godni zaufania, nastawieni na współpracę.

Obecny kapitalizm to wytwór określonych układów sił politycznych i niezwykle niesprawiedliwy system organizacji społecznej. Trudno się w tej sytuacji dziwić, że elity finansowe, medialne i polityczne robią wiele, aby ukryć fakt arbitralnego kształtowania gospodarki. W dominującym dyskursie rozwarstwienie traktuje się jako naturalne i sytuuje się je poza obszarem debaty publicznej. Media głównego nurtu i czołowe autorytety uparcie przekonują, że nie ma alternatywy dla istniejących form władzy, dla stosunków własności i dla nierówności, a wszelkie próby ich podważenia pchnęłyby nas w mroczną otchłań totalitaryzmu.





Hanna Lis i ekspedientka ze spożywczego


Tego samego dnia, gdy się dowiedziałem, że Hanna Lis poprowadzi kolejny program w TVP, obserwowałem w sklepie zmęczoną młodą kobietę, która kroiła ser. Przeprosiła, że robi to wolno, ale wcześniej podczas pracy dość mocno się skaleczyła.

Powiedziałem do niej:

– Hanna Lis za kilka minut programu ma dwa albo trzy tysiące złotych, a przecież pani pracuje ciężej od niej.

Popatrzyła na mnie lekko osłupiała. Sprawnie zapakowała ser i podała mi go z uśmiechem.

Nie dość, że większa profesjonalistka od Lis, to jeszcze o wiele od niej sympatyczniejsza.





Fetysz przedsiębiorczości


Jednym ze słów modnych wśród polskich dziennikarzy i często używanym jako nazwa najważniejszej zalety polskiego kapitalisty jest przedsiębiorczość. Przedsiębiorczość to postawa wobec świata, która przenika coraz więcej obszarów życia społecznego. Jest ona też wpajana młodym ludziom przez system szkolnictwa (kilka lat temu wprowadzono do szkół obowiązkowy przedmiot podstawy przedsiębiorczości) i media. Pokolenie dwudziesto- i trzydziestolatków jest siłą napędową upowszechniania nowych wzorców oraz głównym ich wyrazicielem, ale przenikają one też do ludzi starszych, często powodując u nich frustrację. Ludzie wychowani w PRL-u mają podejście egalitarno-kolektywistyczne, mimo to wychowują swoje dzieci w duchu daleko posuniętego indywidualizmu i egoizmu. Przedsiębiorczość staje się uwewnętrznionym od dzieciństwa podejściem do świata, którego brak jest źródłem kompleksów i wstydu. Młodzi ludzie rzadko walczą zbiorowo o swoje interesy, raczej starają się indywidualnie wynegocjować jak najlepszy kontrakt. Starsi pracownicy, wychowani w PRL-u, mają na ogół większą śmiałość w ocenianiu przełożonych niż ludzie młodzi, są bardziej skorzy do zabierania głosu i sprzeciwiania się decyzjom, które uderzają w ich interesy. Istotnymi elementami ich podejścia do świata były stabilność, konsekwencja, rutyna, całościowy projekt życiowy. Na tych elementach opierały się życie codzienne i praca w PRL-u. Mimo to niektórzy z nich w nowy sposób podchodzą do sprawy kariery zawodowej.

Kultura przedsiębiorczości kwestionuje stare wartości i nie oferuje nic w zamian. Produkuje więc już na starcie wielu biernych przegranych, którzy jej nie rozumieją i nie akceptują, choć często przekazują nowe wzorce swoim dzieciom, wierząc, że dzięki tym wzorcom dzieciom będzie się dobrze powodzić. Sukces liberalnej gospodarczo Platformy Obywatelskiej od początku polegał właśnie na tym, że ludzie uwewnętrznili neoliberalne aspiracje oraz wartości i nawet jeżeli są one źródłem ich frustracji, wstydzą się tego. Takich ludzi jest większość, ale dominująca kultura podsuwa pomysły, jak sobie radzić z porażką. Mamy więc tutaj do czynienia z zarządzaniem porażką, wmawianiem społeczeństwu, że system jako taki jest dobry, i obarczaniem winą za niepowodzenia losu lub indywidualnych wad.

Produktem ubocznym działania systemu są jego konserwatywni wrogowie. Do nich zaliczają się słuchacze Radia Maryja, którzy zbudowali silny ruch społeczny, pozornie będący negacją współczesnej rzeczywistości, ale zupełnie niegroźny dla neoliberalnych stosunków władzy. Spoiwem ich życia nie są obrona własnych interesów, stabilne zatrudnienie ani nawet silne więzi rodzinne. Jest nim wspólnota religijna. Dzięki temu niezadowolenie z kultury przedsiębiorczości jest kanalizowane w sposób zupełnie niegroźny dla elit neoliberalnych. Niechęć grup, które straciły na transformacji, zwraca się przeciwko gejom lub feministkom, nie zaś przeciw pracodawcom i neoliberalnemu państwu. Dziennikarze należą do najważniejszych strażników tego porządku.





Konserwatyzm ponad podziałami


Wieść niesie, że istotną rolę w TVP odgrywa Ordynacka: tajemnicze, niezwykle wpływowe stowarzyszenie kojarzone z SLD, ale grupujące ludzi o różnej orientacji politycznej. Na Woronicza o Ordynackiej krążą mity. Może się wydawać, że nieustanne roszady we władzach telewizji to wynik konfliktów w obrębie Ordynackiej, na przykład między Ordynacką-SLD a Ordynacką-PO albo Ordynacką-PO a Ordynacką-PiS. Każdy obóz polityczny ma jednak ludzi, którzy niezależnie od rozdania zajmują stanowiska kierownicze. Warto powtórzyć, że te walki frakcyjne nie mają praktycznie żadnego wpływu na zawartość programową TVP. Niezależnie od tego, która Ordynacka rządzi, dominuje przekaz neoliberalno-konserwatywny. Na głównego wroga Ordynackiej kreuje się „Gazeta Wyborcza”, która z bliżej nieznanych przyczyn – być może osobistych – nie lubi Włodzimierza Czarzastego, przywódcy Ordynackiej. Trudno jednak dostrzec różnice merytoryczne między obozem Michnika a obozem Czarzastego.

Gdy przychodziłem do TVP, myślałem, że ścierają się tam różne wizje programów informacyjnych i publicystycznych. Lewica nagłaśnia tematy związane z biedą, bezrobociem, dyskryminacją, rozwarstwieniem społecznym, prawica kultywuje autorytety, religię, historię, liberałowie wychwalają rynek i przedsiębiorczość. Myliłem się. Wszystkie ekipy zgadzają się co do podstawowych kwestii, uznają te same autorytety, mają podobną liberalną wizję gospodarki, kochają papieża i Leszka Balcerowicza, unikają krytycznych pytań pod adresem premiera i prezydenta. Niezależnie od tego, czy prezesem telewizji jest kojarzony z Ordynacką Bogusław Piwowar, czy łączony z „Gazetą Wyborczą” Juliusz Braun, przekaz TVP jest identyczny: służalczość wobec Kościoła splata się z bezkrytycznym podejściem do wielkiego kapitału, wsparciem dla drogich w produkcji show, gigantycznymi honorariami dla celebrytów i nadawaniem ultrakonserwatywnych seriali zwanych „misyjnymi”.





Gorący temat


Po kilkunastu rozmowach z różnymi dyrektorami i szarymi eminencjami zostałem przydzielony do programu publicystycznego „Gorący temat”. Była to siedmiominutowa rozmowa z politykami na bieżące i – jak wskazywał tytuł – najżywiej poruszające opinię publiczną tematy. Gościa wybierano codziennie rano. Przygotowanie programu od początku mnie zadziwiało. Oto bowiem o dziesiątej rano rozpoczynała się narada sześciu osób dotycząca tego, kogo zaprosić. Jak się potem dowiedziałem, co najmniej dwie z nich były z biura programowego publicystyki TVP2 (łącznie zatrudniano w nim sześciu pracowników). Każda miała etat z pensją na poziomie około dziesięciu tysięcy złotych miesięcznie, a ich jedynym obowiązkiem był nadzór nad… dwoma krótkimi programami. Przez pierwsze dni trudno mi było dociec, na czym polega ów nadzór. Potem odkryłem, że chodzi o wyniosłe przytakiwanie głową oraz o picie kawy w „Kaprysie”.

Oczywiście wszyscy uczestnicy zebrań nieustannie podkreślali swoją mądrość i swoje doświadczenie. Wśród osób tworzących program znajdowała się jego producentka, której jedynym obowiązkiem było przynoszenie raz na miesiąc kwitów do podpisania przez wydawców i osoby prowadzące program. Kiedyś zaprosiła mnie do „Kaprysu” i rozbrajająco szczerze oświadczyła, że jej dochody za „Gorący temat” (oprócz niego produkowała kilka innych programów) są najwyżej dwa razy wyższe od moich i wynoszą dwieście pięćdziesiąt złotych za odcinek. Skoro stawka była tak „niska”, trudno się dziwić, że producentka nie fatygowała się na poranne spotkania i zazwyczaj nie było jej podczas emisji programu. Co ciekawe, w zebraniach prawie nigdy nie brał udziału dziennikarz prowadzący. Ten przychodził pół godziny przed emisją i niezbyt interesował się programem. Był przekonany, że jest tak mądry i zawsze tak dobrze przygotowany, że nie musi robić niczego dodatkowo.





„Wyborcza” rządzi


Najbardziej rzucającą się w oczy osobą w „Gorącym temacie” był szef publicystyki: mocno zbudowany macho, znacząco chrypiący zgodnie ze stylistyką lat sześćdziesiątych, aspirujący do bycia Zbyszkiem Cybulskim i Mariuszem Pudzianowskim zarazem. Uwielbiał przeklinać, słowo „kurwa” wypowiadane w każdym zdaniu miało podkreślać jego męskość i charyzmę. Przeklinał i chrypiał, ale mówił niewiele. Na zebraniach zawsze siedział u szczytu stołu z nieodłączną „Gazetą Wyborczą”. Nie był to zresztą przypadek, gdyż właśnie „Wyborcza” wyznaczała, co jest ważne i czego powinien dotyczyć „Gorący temat”.

Każde zebranie miało ten sam scenariusz. Na starcie szef chrząkał, mruczał, chrypiał i przeklinał, co było sygnałem, by obecni zgłaszali propozycje. Po serii rytualnych chrząknięć szef otwierał „Wyborczą”. Jej strona tytułowa sugerowała, o czym zrobimy bieżący program. Zastanawiało mnie, dlaczego dziennik o sprzedaży poniżej trzystu tysięcy egzemplarzy stanowi stały punkt odniesienia dla programu oglądanego przez ponad milion osób. Potem zrozumiałem, że chodzi o wzorce prestiżu i uznania utrwalone w środowisku. Przypuszczam, że nawet gdyby sprzedaż tej gazety spadła o połowę, nadal stanowiłaby ona punkt odniesienia dla znacznej części wydawców. W dziennikarstwie reguły gry zmieniają się bardzo wolno, większość jest niechętna jakimkolwiek zmianom układu sił. Dotyczy to nawet wielu wrogów Adama Michnika, którzy lubią walczyć z nim jako z hegemonem dyktującym warunki gry. Partyzantka jest wszak romantyczna i dobrze wpisuje się w historię Polski.

W zebraniach „Gorącego tematu” brali udział w większości wyznawcy układu sił zdefiniowanego przez „Wyborczą”, spory zatem trwały krótko. Pozostali uczestnicy spotkań nie mieli wpływu na podejmowane decyzje, więc zazwyczaj zapraszano gości, o których pisała „Wyborcza”. Szef każdorazowo musiał okazać swoją władzę, dlatego odrzucał pierwsze propozycje i aprobował trzeciego lub czwartego gościa.





Konformizm i indywidualizm


Zanim zacząłem pracę w TVP, nie mogłem pojąć, jak to możliwe, że dziennikarze wszystkich kanałów telewizyjnych zajmują się dokładnie tymi samymi tematami, i to w tej samej kolejności. Dziwiłem się, myśląc, że konkurujące ze sobą kanały będą wybierać inne tematy albo przynajmniej pokazywać różne aspekty tej samej sprawy. Widząc, że tak się nie dzieje, doszedłem do wniosku, że istnieje jakiś nieznany szerszej publiczności układ oparty na bezpośrednich kontaktach między szefami poszczególnych mediów. Dopiero po kilku miesiącach pracy w TVP odkryłem rozwiązanie tej zagadki. Otóż zdecydowana większość dziennikarzy jest sformatowana według tych samych reguł, myśli tymi samymi schematami, które każą im wybierać takie, a nie inne tematy. Po kilku miesiącach pracy w TVP mogłem bez problemów przewidzieć, jak będą wyglądały dobór i kolejność tematów w „Faktach”, „Wiadomościach”, „Wydarzeniach” i kto będzie gościem w najważniejszych programach publicystycznych. Oczywiście dotyczyło to też „Gorącego tematu”. Od różnic światopoglądowych i politycznych deklarowanych przez dziennikarzy poszczególnych stacji i programów ważniejsze są ukryte podobieństwa. W pracy wydawców, reporterów i prowadzących widzę zabawną dla mnie sprzeczność. Lubią oni powtarzać, że zależy im na materiałach newsowych, których nie ma w innych mediach, a zarazem wartość danej informacji mierzą na postawie tego, czy… pojawia się ona w innych mediach. Chodzi więc ostatecznie o szukanie newsów, ale tylko takich, o których piszą inni. Zacytuję tu Pierre’a Bourdieu: „Kiedy każdy patrzy na drugiego, by ubiec resztę, zrobić to przed innymi lub inaczej niż inni, kończy się to robieniem przez wszystkich tego samego”7. Co jest wynikiem istnienia tej matrycy, w którą wpisuje się zdecydowana większość dziennikarzy? Cenzura wewnętrzna decydująca o sposobie działania polskich mediów. „To, że dziennikarze (którzy mają zresztą wiele cech wspólnych, co wynika z ich podobnego położenia, jak również pochodzenia i wykształcenia) czytają jedni drugich, że oglądają siebie nawzajem, że spotykają się stale podczas debat, w których widzimy wciąż te same twarze, prowadzi do zamknięcia i – nie bójmy się tego słowa – do cenzury. Ta cenzura jest równie skuteczna, jak cenzura stosowana przez biurokrację centralną, wynikająca z umyślnej interwencji politycznej – lub może nawet skuteczniejsza, gdyż pozostaje bardziej niewidoczna”8.

Ta ukryta cenzura decyduje zarazem o jednej z głównych cech polskiego dziennikarstwa – konformizmie. Ważnym elementem przekazu najbardziej uznanych polskich publicystów i prezenterów jest brak krytycyzmu oraz bezmyślny stosunek do obiegowych frazesów powtarzanych przez całe środowisko. Kręgi dziennikarskie łączą zatem dwie, wydawałoby się sprzeczne, cechy: dążenie do indywidualnego sukcesu i zrobienia indywidualnej kariery ze skłonnością do myślenia stadnego, które sprawia, że dziennikarze rywalizujący między sobą o prestiżowe funkcje zazwyczaj niczym się od siebie nie różnią. Dlatego ostatecznie konkurencja w polskim świecie medialnym funkcjonuje „[…] między dziennikarzami lub dziennikami, które są podporządkowane tym samym ograniczeniom, które zdają się na te same sondaże i na tych samych reklamodawców”9. Przedstawiciele największych mediów wiedzą lub intuicyjnie czują, że bardzo niewiele się od siebie różnią, i dlatego sztucznie wyolbrzymiają różnice między sobą mające zazwyczaj podłoże personalne.





Kult oglądalności


Jednym z kluczowych pojęć dla dziennikarzy prawie wszystkich kanałów telewizyjnych jest „oglądalność” – swoisty fetysz w TVP. Jak pisał ponad dwadzieścia lat temu Bourdieu w znacznie przecież mniej niż współczesna Polska skomercjalizowanej Francji: „Oglądalność jest panującym nad sumieniami, sekretnym Bóstwem tego świata, w którym spadek o jeden punkt w telemetrycznej hierarchii oznacza natychmiastową śmierć”10. Dlatego tematy i goście są dobierani w ten sposób, aby przyciągali dużą widownię. Warto pamiętać, że chodzi nie o oglądalność wśród wszystkich Polaków i Polek, ale przede wszystkim o oglądalność w jedynej ważnej grupie, na której zależy reklamodawcom, czyli grupie osób w wieku 16–49 lat (najlepiej dobrze sytuowanych materialnie). Szefowie kanałów codziennie otrzymują wykresy z danymi dotyczącymi oglądalności w całym społeczeństwie i w grupie 16–49. Interesują ich wyłącznie te drugie. Drogi Czytelniku, jeżeli jesteś dzieckiem lub skończyłeś pięćdziesiąty rok życia, nie liczysz się, jesteś nikim. A jak zrobić program pod telewidzów z najważniejszej grupy docelowej? Krótki przepis na dużą oglądalność wygląda w TVP tak: zatrudnić możliwie wielu celebrytów, wydać na nich możliwie dużo pieniędzy, mieć pomysł możliwie zbliżony do programów emitowanych w TVN-ie. Co ciekawe, ten prosty przepis kompletnie się nie sprawdza, ponieważ wielkie show Telewizji Polskiej, na czele z „Bitwą na głosy”, a wcześniej z programem „Opowiedz nam swoją historię”, regularnie przegrywały z konkurencją, chociaż pochłaniały olbrzymie pieniądze.





Twarz butów


Polski celebryta coraz częściej jest dodatkiem do towaru, który reklamuje. Kiedyś gwiazdą była osoba śpiewająca na estradzie, grająca w filmach, występująca w teatrze. Celebrytami byli aktorzy filmowi, piosenkarze, dziennikarze. Potem ambitne role zostały zastąpione występami w tasiemcach serialowych typu M jak miłość i Klan. Dość szybko się okazało, że polskie elity twórcze mogą zejść o wiele niżej. Elementem ich kariery stało się uczestniczenie w show piosenkarskich lub tanecznych. Jako jurorzy pogardliwie prychają, udają wzruszenie, wyzywają uczestników od grubych, chudych albo nieudolnych oraz z poważnym wyrazem twarzy udają ekspertów. Generalnie robią wszystko, aby podkreślić swoją wyższość nad utalentowanymi ludźmi, których mają wyłowić.

Nie koniec na tym. „Taniec z gwiazdami” lub „The Voice of Poland” też się może znudzić. Obecnie największe polskie gwiazdy teatru i kina coraz częściej robią kariery głównie jako dodatki do towarów. Reklamują konta bankowe, ubezpieczenia, ubrania. Gwiazda TVN, Maja Sablewska, została „twarzą butów”. I to nie byle jakich butów, lecz „butów z charakterem”! Jakie kompetencje lub cechy trzeba mieć, aby pasować do butów z charakterem? Cóż, Maja Sablewska najwyraźniej ma to coś, czego nie mają inni. Z kolei Borys Szyc idealnie odnalazł się jako twarz niedrogiego dezodorantu, a Piotr Adamczyk jako twarz banku.





Reklamowy brak logiki


W największych mediach kluczową rolę odgrywają reklamy. Do nich producenci i wydawcy dostosowują materiały i pod nie tworzą ramówkę. Tak rynek reklamowy kształtuje przekaz, nie używając bezpośrednich nacisków ani cenzury.

To tylko jeden z aspektów sprawy. Innym jest budowa spotów, coraz częściej stająca się wzorcem podczas konstruowania programów publicystycznych, materiałów informacyjnych i filmów fabularnych. Dotyczy to przede wszystkim dwóch elementów występujących w większości polskich reklam. Pierwszym są nadużycia, manipulacje, kłamstwa: pokazywanie preparatów pomocniczych jako błyskawicznie leczących różne dolegliwości, kremów jako natychmiast odmładzających skórę, suplementów diety jako ekspresowych spalaczy niechcianego tłuszczu. Przekaz takich reklam jest jasny, ale oparty na nieprawdzie lub daleko posuniętej przesadzie. W wielu krajach tego typu reklamy są zakazane, a firmy, jeżeli je tworzą i pokazują, płacą za to wysokie kary. W naszym kraju taki rodzaj przekazu jest dopuszczalny. Mass media uwielbiają proste, populistyczne rozwiązania i eksponowanie nawet najbardziej absurdalnych wyobrażeń jako faktów (np. tak zwane cuda papieskie).

Drugim elementem, co najmniej równie szkodliwym jak poprzedni, jest wpisany w scenariusz reklamy brak logiki. Coraz więcej spotów składa się z luźno powiązanych ze sobą scen, z których większość nie ma nic wspólnego z reklamowanym produktem. Widzimy więc atrakcyjną, seksownie ubraną kobietę, która kręci pupą, a pod koniec filmiku dowiadujemy się, że zachwala się w nim kawę lub margarynę. Oglądamy dziką puszczę, a w ostatniej scenie słyszymy, że mamy korzystać z określonej telefonii komórkowej albo banku. Brakuje rzeczowych argumentów wyjaśniających, dlaczego mamy pić kawę określonej firmy albo używać konkretnej margaryny. Najważniejszy (i jedyny) powód jest taki, że kupują je ludzie znani: aktor, piosenkarz, modelka.

Przemysł reklamowy opiera się na zbitce autorytaryzmu i braku logiki. Mamy akceptować całość przekazu, kupować towar wraz z wytworzoną dla niego otoczką i nie zastanawiać się nad sensem lub brakiem sensu. Ostatecznie media narzucają nam taki sposób patrzenia na rzeczywistość. Trudno się dziwić, że z tego samego pakietu wyobrażeń, stereotypów, obrazów korzystają autorzy wielu produkcji medialnych. Niemal cały przekaz mass mediów jest budowany na kulcie bezmyślnie akceptowanych autorytetów, nieznośnej powtarzalności figur, argumentów, symboli. Reklamy są nie tylko coraz dłuższymi przerywnikami między programami, lecz także ich dopełnieniem.

Zasady rządzące rynkiem reklamowym przeniknęły do debaty publicznej. Jedną z głównych strategii dziennikarzy prawicowych, z którymi dyskutowałem w prowadzonym przeze mnie w Superstacji programie „Ja panu nie przerywałem” oraz w innych programach, było przyczepianie mi etykietek „bolszewika”, „antyklerykała”, „obrońcy Korei Północnej”, „fana generała Jaruzelskiego”. Moi adwersarze nie umieli przedstawić ani jednego argumentu uzasadniającego te skojarzenia. Po prostu powtarzali te same ograne sformułowania, wierząc, że wychowany na reklamach widz nie będzie się zastanawiał, czy są one sensowne, natomiast stopniowo zacznie mnie z nimi kojarzyć. Często Piotr Gursztyn i Tomasz Sommer chwalili Kościół, przedsiębiorczość, kapitalizm, nie siląc się na argumentację. Mówiąc o wartościach katolickich lub o własności prywatnej, przedstawiali je jako dobre towary, które warto kupować w pakiecie. Na przykład Gursztyn lubił powtarzać, że życie katolików jest ciekawe, a ateiści są nudni. Trudno stwierdzić, co miał na myśli, bo nigdy tego nie wyjaśnił, ale chodziło o wywołanie wrażenia, zgodnie z którym katolicyzm jest fascynujący w tym samym sensie jak chipsy lub zupa w torebce. Zabawne, że narzekający na upadek wartości i tryumf konsumpcjonizmu konserwatyści często sami traktują tradycję i religię jak towary.





Nie ma mowy o krytyce


Pewnego dnia gościem „Gorącego tematu” był Antoni Macierewicz. Pojawił się dwie minuty przed programem, a zaledwie trzydzieści sekund przed rozpoczęciem emisji poszedł do toalety. Przerażona mina prowadzącego nie zapowiadała niczego dobrego. Niestety, wszystko potoczyło się zgodnie z najczarniejszym scenariuszem. Na początek zdumieni widzowie zobaczyli prowadzącego, który błądził po planie przerażonym wzrokiem i wreszcie wykrztusił słowo „kamera”. Biedaczyna miał pecha, bo wysiadła sygnalizacja informująca o tym, że program właśnie się rozpoczął. Potem było coraz gorzej. Po krótkim materiale filmowym Macierewicz zarzucił prowadzącemu tendencyjny dobór cytatów, manipulację i kłamstwo. Nie miał racji, ale zaatakowany zaczął się jąkać, co Macierewicz doskonale wykorzystał. Stwierdził, że prowadzący należy do spisku obejmującego rząd, opozycję z wyjątkiem PiS-u i telewizję publiczną. Co prawda, Macierewicz w większości spraw się mylił lub bronił jakichś fantastycznych teorii, ale – jeśli oceniać to z punktu widzenia odbiorców programu – zmiażdżył prowadzącego chociażby w ten sposób, że praktycznie nie pozwolił mu dojść do słowa. Mimo to po programie prowadzący nie stracił dobrego humoru.

– Nieźle było, co? – zapytał rezolutnie.

– Oni chyba, kurwa, przechodzą jakieś szkolenia medialne – burknął Szef.

– Było źle. Zagadał cię i nie umiałeś zadać mu trudnych pytań – powiedziałem zgodnie z prawdą.

Prowadzący zbaraniał:

– Ty pisowcu! – wrzasnął wściekle i wyszedł.

„Kaczyński by się zdziwił”, pomyślałem zaskoczony i rozejrzałem się po pustym już studiu. Nikt nie chciał rozmawiać o poprawie jakości programu.

Innym razem ten sam dziennikarz prowadził rozmowę z Józefem Oleksym. Przed programem zaproponowałem mu serię pytań dotyczących bieżących problemów związanych z biedą, bezrobociem, stanem służby zdrowia. Niestety, jak zwykle cały zespół uważał, że nie są to kwestie godne zainteresowania. Prowadzący skwapliwie zgodził się z opinią twórców programu, ale postanowił wnieść jakiś swój wkład.

– Zbliża się druga tura wyborów prezydenckich. Poprze pan Bronisława Komorowskiego, czyż nie?

– Nie wiem. Mam dystans do obydwu kandydatów [Komorowskiego i Kaczyńskiego] – odparł spokojnie Oleksy.

– Czy nie przeciwstawi się pan szaleństwu Kaczyńskiego? – kontynuował prowadzący.

– Co pan tak uparcie próbuje ode mnie wydobyć deklarację poparcia dla Komorowskiego? – zdziwił się były premier.

– Ależ ja tylko pytam! – żachnął się prowadzący.

Jako że w całym programie padło właściwie tylko jedno pytanie, a raczej postawiono tezę o wyższości Komorowskiego nad Kaczyńskim, po emisji asertywnie i spokojnie wyraziłem swoją opinię:

– Nie powinniśmy stawać po żadnej ze stron, a jedynie zadawać trudne pytania.

– Byłem obiektywny – warknął prowadzący i wyszedł, jak zwykle zadowolony z siebie.

W TVP nie jest możliwa merytoryczna krytyka pracy prowadzących ani rozmowa na temat zawartości programów publicystycznych. Najważniejsze osoby, czyli dyrektorzy i prezenterzy, są absolutnie przekonani o swojej doskonałości i każdą uwagę krytyczną traktują jako zamach na swój autorytet oraz próbę usunięcia ich z pracy. Wszyscy uznają za naturalne popieranie przez dziennikarzy przedstawicieli określonych opcji politycznych.





Co to jest R… anda?


Przez jakiś czas byłem doradcą władz „Panoramy”, jednego z głównych programów informacyjnych emitowanych codziennie w TVP2. Na początku powiedziano mi, że muszę się wiele nauczyć. Szef „Panoramy” polecił, abym najpierw pojechał z researcherami na zdjęcia i zobaczył, jak się robi materiały. Przeprowadziłem już wiele wywiadów, ale pomyślałem, że może tu robi się to w wyjątkowy sposób… Materiał dotyczył ludobójstwa, mieliśmy nagrywać wypowiedzi uczestników konferencji poświęconej temu tematowi. W drodze z zamyślenia wyrwało mnie pytanie researcherki:

– Co to jest ludobójstwo?

Spojrzałem na nią spod oka. Wyraz jej twarzy nie pozostawiał wątpliwości – nie chciała pogłębić wiedzy, potrzebowała podstawowych informacji. Nie dała mi jednak możliwości udzielenia odpowiedzi, tylko zadała drugie pytanie:

– Co to jest R… anda? Ruanda?

– Taki kraj… – odpowiedziałem nieco skonsternowany.

– I ma jakiś związek z ludobójstwem?

Przytaknąłem. Researcherka przez chwilę grzebała w notatkach, co sprowokowało jeszcze jedno pytanie:

– Tam było to ludobójstwo w 1915 roku?

– Nie – odpowiedziałem, wciąż nieco zaskoczony poziomem wiedzy koleżanki, która miała mi pokazać, jak się robi materiał.

Tymczasem ona dziarsko przerzucała papiery, zadając kolejne pytania:

– Kurdowie, Ormianie… To były lata 90.? Czy oni brali udział w tym ludobójstwie?

Wreszcie chyba coś jej zaświtało, gdy spojrzała na mnie, bo zaproponowała:

– A może ty mógłbyś nagrać te setki?

Oboje odetchnęliśmy z ulgą.





Ogłupiające setki


Cechą stabloidyzowanych mediów jest skrócenie przekazu. Wypowiedź eksperta lub polityka nie może trwać dłużej niż piętnaście sekund, musi być mocna, dosadna i niezbyt skomplikowana. Media wymuszają upraszczanie przekazu i udzielanie krótkich odpowiedzi na krótkie pytania. Oczekują też bardzo często odpowiedzi na pytanie źle postawione lub pozbawione sensu.

Nagrywanie setek to dość osobliwa część obowiązków researcherów i reporterów. Prawie każdy materiał serwisu informacyjnego musi mieć kilka wypowiedzi ekspertów. Udział ekspertów w materiale ma jedynie uwiarygodnić przekaz narzucony przez twórców serwisu. Zazwyczaj setki niewiele wnoszą i składają się z jednego, dwóch zdań, często wyrwanych z kontekstu. Reporter z góry wie, co chce usłyszeć, i dlatego podczas nagrania czeka, kiedy ekspert wypowie oczekiwaną frazę. Wydawało mi się, że wszyscy uczestnicy rytuału nagrywania setki oszczędziliby czas, gdyby researcher poprosił eksperta o wypowiedzenie konkretnego zdania. W ten sposób oszczędziliby również nerwy. Kiedyś znana profesor genetyk przez kwadrans wypowiadała się dla jednego z serwisów informacyjnych. Gdy obejrzała materiał, ze zdumieniem przekonała się, że z jej wypowiedzi ocalało jedno zdanie: „Genetyka jest bardzo ważną nauką”.





Dziennikarstwo, czyli sztuka niewiedzy


Coraz więcej dziennikarzy to młodzi ludzie tuż po studiach dziennikarskich. Poziom, jaki prezentują, oraz przebieg ich kariery sugerują, że warto się zastanowić nad likwidacją wydziałów dziennikarstwa w obecnym kształcie. Ich absolwenci mają ogólne kompetencje oraz wiedzę na temat historii mediów, natomiast nie wiedzą prawie nic na temat polityki zagranicznej, gospodarki, historii, nauk ścisłych. W związku z tym, kiedy trafiają na przykład do TVP, są zazwyczaj sprawni technicznie i… to wszystko. Jak wspominałem, potrafią szybko zmontować materiał na dowolny temat, ale o dramatycznie niskim poziomie merytorycznym.

Wydaje się, że dziennikarstwo powinno być jedynie specjalizacją wybieraną po dwóch, trzech latach studiów na innych kierunkach lub studiami podyplomowymi. Wtedy absolwent wydziału fizyki mógłby zostać dziennikarzem specjalizującym się w programach naukowych, absolwent ekonomii – dziennikarzem gospodarczym itd.

W obecnej sytuacji trudno się dziwić, że studenci kierunków dziennikarskich w corocznych rankingach na najlepszego prezentera wybierają takie tuzy intelektu jak Tomasz Lis czy Monika Olejnik. Wiedza Lisa o gospodarce i polityce społecznej jest zbliżona do tej, jaką ma przeciętny student dziennikarstwa.





Zamyślony Tomasz Lis


Program Tomasza Lisa to kwintesencja polskiego dziennikarstwa. Przykładowa audycja: Najpierw ulubieniec prowadzącego Tomasz Terlikowski i dla przeciwwagi Kazimiera Szczuka z Katarzyną Piekarską rozmawiają o tym, czy środki antykoncepcyjne powinny być dostępne w każdej aptece (z programu wynika, że prawda oczywiście leży pośrodku). Potem pojawia się wielki mędrzec Tadeusz Mazowiecki – prowadzący dba, aby nie zadać jednego pytania, na które odpowiedź wymagałaby od gościa wysiłku. Jest z tym kłopot, bo Mazowiecki nie ma za wiele do powiedzenia. Wreszcie wielki finał: Halina Mlynkova i Łukasz Nowicki opowiadają dwumilionowej widowni, że… nie chcą być obecni w mediach i zamęczani przez dziennikarzy (Lis słucha zamyślony). Złożyli wniosek rozwodowy i media ośmieliły się o tym napisać. Zapomnieli dodać, że najpierw udzielili pięciuset wywiadów o swoim idealnym małżeństwie. Na końcu zamyślenie Lisa sięga zenitu – czyżby coś mu nie pasowało? Nie, to tylko kłopot z budową sensownego zdania. Koniec.





Jak zostałem Pawlikiem Morozowem


Miałem wnieść do „Panoramy” coś nowego, by poprawić jej jakość. Zatem po kilkunastu dniach przedstawiłem szefowi swoje pomysły: wyodrębnienie w redakcji działów (kraj, świat, gospodarka, kultura – dziwiło mnie, że każdy reporter i researcher w „Panoramie” jest od każdego tematu, czyli w praktyce od niczego), szkolenia dla reporterów, więcej materiałów społecznych. Do listy dołączyłem kilka pomysłów na programy związane z biedą, wykluczeniem społecznym, rynkiem pracy. Nie dostałem odpowiedzi. Wobec tego zgłosiłem te pomysły na zebraniu. Zaraz po zebraniu szef „Panoramy” w cztery oczy poprosił mnie, abym nie mówił publicznie o swoich pomysłach, bo stosunki w redakcji są napięte, i żebym te pomysły przesyłał jemu. Wysłałem więc do niego dość obszerny e-mail dotyczący jakości emitowanych materiałów. Powtórzyłem swoje uwagi o utworzeniu działów w redakcji oraz skrytykowałem dwa programy. Jeden dotyczył rosyjskiej konferencji związanej z katastrofą smoleńską. Reporter sugerował, że konferencja to spisek Rosjan uknuty w środku nocy. Trudno było nie uznać tego materiału za tendencyjny. W drugim reporterka mówiła, że Polacy powinni stanowić jedność i nie kłócić się o takie sprawy jak katastrofa smoleńska. Zasugerowałem, że rzetelny dziennikarz nie powinien używać dużych kwantyfikatorów, a do tego mówić Polakom, co powinni robić.

Następnego dnia szef w obecności reporterów odczytał mój e-mail i oświadczył oskarżycielsko, że „krytykuję” reporterów „Panoramy”. Nikt nie zainteresował się merytoryczną stroną zagadnienia. Uznano, że moja krytyka jest „podła”. Autor materiału o konferencji w sprawie katastrofy smoleńskiej przysłał mi e-mail: „Pawlik Morozow – była kiedyś taka postać – poczytaj”. Wkrótce potem dowiedziałem się, że tym strasznym atakiem pozbawiłem się szansy wpływania na kształt „Panoramy”. Jeszcze wiele razy przekazywałem szefowi swoje uwagi, ale do jakiejkolwiek rozmowy na ich temat nie doszło. Oczywiście w samym programie ani w redakcji nic się nie zmieniło.





Fantazje o normalnym człowieku, czyli kto jest idiotą


Od początku pracy w TVP pełen entuzjazmu i dobrych chęci zgłaszałem propozycje tematów, sugerowałem zapraszanie różnych gości. Potem stopniowo docierało do mnie, że rzadko są one przyjmowane, a zazwyczaj nikt nie zwraca na nie uwagi.

– Dzisiaj GUS ogłosił, że znacznie wzrosło bezrobocie – oświadczyłem któregoś dnia na zebraniu „Gorącego tematu”. – Może zaprosimy ministra pracy?

Rozejrzałem się po sali i nie dostrzegłem reakcji. Szef spojrzał skrzywiony i burknął:

– Kurwa, kogo to obchodzi?

Niezrażony brnąłem dalej:

– Sytuacja na rynku pracy jest ważna dla milionów ludzi.

Szef miał chyba dosyć rozmowy, bo patrząc w okno, wychrypiał:

– Jakieś inne propozycje?

Irytacja szefa wiązała się z powszechnym wśród dyrektorów, wydawców i prowadzących zbiorem wyobrażeń na temat „przeciętnego widza”. Przeciętny widz według nich nie interesuje się poziomem wynagrodzeń, służbą zdrowia, systemem emerytalnym ani biedą. A nawet jeżeli się interesuje, to nie ulega wątpliwości, że te tematy są dla niego zbyt trudne. Jeżeli usłyszy o bezrobociu, natychmiast przerzuci się na inny kanał. A kiedy zobaczy Stefana Niesiołowskiego i Adama Hofmana podczas zażartej kłótni, z pewnością nie odejdzie od telewizora. Nie ma żadnych danych, które potwierdzałyby, że ludzie wolą oglądać personalne pyskówki niż debaty dotyczące rynku pracy i służby zdrowia, lecz wydawcy oraz szefowie wiedzą lepiej i bronią swojego zdania niezależnie od faktów. Gdy oglądalność spada, mimo częstego pokazywania chamstwa i jatek personalnych, szefowie są przekonani, że trzeba podkręcić poziom agresji. Gdy dyskusje merytoryczne mają wysoką oglądalność, wydawcy tłumaczą to specyfiką dnia, przypadkiem albo faktem, że w programie brała udział znana postać. Takie podejście sprawia, że wydawcy mocno akcentują i nagłaśniają spory personalne w programach. Nie przejdzie im nawet przez myśl, że może po prostu telewidzowie lubią słuchać o ważnych dla nich sprawach, takich jak godna płaca, stabilna praca, pewna emerytura albo dostęp do bezpłatnej służby zdrowia. Skąd taka niechęć do rzeczowych rozmów? Wytłumaczenie jest brutalnie proste. Pracownicy mediów zazwyczaj nie znają się na najistotniejszych kwestiach społeczno-ekonomicznych i projektują swoją ignorancję na społeczeństwo. Przeciętny wydawca, a tym bardziej prowadzący dba jedynie o swój wizerunek zewnętrzny. Uwielbia podkreślać swoją wyższość. Udaje, że to nie on jest imbecylem, ale że widownia nie dorosła do tego, by rozumieć poważne tematy.

Jak zauważył Bourdieu, typowy dziennikarz „[…] nie daje do zrozumienia, że sam jest idiotą, tylko sugeruje, że nie zrozumie tego typowy widz, który z definicji jest idiotą”11.





Bez PKB i długu ani rusz


Kiedy gośćmi „Gorącego tematu” byli ekonomiści, prowadzący powtarzali za innymi mediami pytania o Produkt Krajowy Brutto, dług i deficyt. Było dla nich oczywiste, że te tematy – a nie poziom płac i wskaźniki zatrudnienia – są ważne dla gospodarki, państwa i obywateli. Na próżno argumentowałem, że PKB może nijak się mieć do problemów większości społeczeństwa i że byłoby warto pytać gości, czy w ogóle wiedzą, co to jest PKB. W odpowiedzi słyszałem rytualne: „Oj Piotrek, Piotrek”.

Z czego to wynikało? Wydawcy i dziennikarze TVP o wzroście PKB albo o długu wiedzieli równie mało, jak o poziomie płac albo wysokości bezrobocia. Te pierwsze tematy były jednak poruszane przez podziwianych przez nich guru: Jana Krzysztofa Bieleckiego i Leszka Balcerowicza. Dobór tematów miał zatem mieć charakter misyjny, w praktyce dowodził tylko uprawiania bezmyślnego kultu autorytetów. Jeśli coś jest ważne dla Balcerowicza, musi być też ważne dla telewidzów! Bieda i bezrobocie nigdy Balcerowicza nie interesowały.





Pochwała chamstwa


Szef mógłby się zgodzić na program dotyczący bezrobocia tylko wtedy, kiedy zobaczyłby ten temat na pierwszej stronie „Wyborczej”. Niestety, „Wyborcza” pisze o tym zazwyczaj dopiero na czwartej stronie. Zdaniem szefa oznacza to, że bezrobocie nie jest godne zainteresowania. Między innymi dlatego nigdy głównym przedmiotem rozmowy w „Gorącym temacie” nie były na przykład bieda, wykluczenie, nierówności społeczne i głód w Afryce. Z perspektywy przeciętnego wydawcy najcenniejszy gość to chamski, agresywny ignorant o znanym nazwisku. Taki gość odpowiada też osobie prowadzącej, która nie musi się wysilać, bo jej jedynym zadaniem jest sprowokowanie go do wypowiedzenia kilku inwektyw. Gwiazdy publicystyki opracowały niezmienny patent na scenariusz programu. Zazwyczaj zapraszają dwóch gości, którzy nie znoszą się do tego stopnia, że szybko zaczynają się kłócić i nie pozwalają prowadzącemu dojść do głosu. Dlatego jednym z ulubionych gości „Gorącego tematu” był Stefan Niesiołowski. Nigdy nie miał nic do powiedzenia, ale zawsze kogoś obrażał. Cała ekipa była zachwycona, słysząc, że nazywa on Jarosława Kaczyńskiego durniem albo bandytą. Podobne reakcje wywoływał zresztą Joachim Brudziński, używając obraźliwych określeń rządu. Wydawcy i szefowie po cichu liczyli, że potem o awanturze napisze Polska Agencja Prasowa czy – nieosiągalne marzenie – „Gazeta Wyborcza”.





Być jak Monika Olejnik


TVN, a szczególnie TVN24 jest w TVP drugim stałym punktem odniesienia, niemal równie ważnym jak „Gazeta Wyborcza”. Być jak Jarosław Kuźniar, Bohdan Rymanowski i Monika Olejnik… Ach, chciałby Homo woronicus do raju! Mniejsza o to, że TVN24 ma oglądalność kilkakrotnie mniejszą niż TVP1 czy TVP2. Ale ten prestiż…

Niestety, gdy wydawcy TVP (coraz częściej ściąga się ich zresztą z TVN-u) próbują upodabniać swoje audycje do TVN-owskich, zawsze widać, że to imitacja. Jedynym dziennikarzem równie populistycznym jak dziennikarze TVN-u jest Tomasz Lis. W szczytowym okresie swojej kariery pracował on u boku Moniki Olejnik…

Okazuje się, że znaczna część wydawców i montażystów to ludzie starsi, którzy nie lubią partactwa, intuicyjnie gardzą powierzchownymi setkami i ostatecznie powstaje coś bardziej pogłębionego i mniej populistycznego niż produkcje TVN24 dotyczące podobnych spraw.





Media nie dla społeczeństwa


Polskie media nie odzwierciedlają przekonań Polaków i dla dużej ich części nie mają zadowalającej oferty. Media są o wiele bardziej konserwatywne i liberalne gospodarczo niż całe polskie społeczeństwo. Według przedstawionej w 2011 roku Diagnozy Społecznej aż 39,7 proc. Polaków i Polek popierało otwarty egalitaryzm, czyli postawę łączącą równościowe podejście w gospodarce z liberalizmem w kwestiach światopoglądowych – można by ją określić mianem lewicowej. W Polsce takie podejście w polityce prezentuje jedynie lewe skrzydło SLD. W mediach – „Przegląd”, „Krytyka Polityczna”, „Bez Dogmatu”, „Recykling Idei”, „Dziennik Trybuna” i portal www.lewica.pl. Tymczasem w największych mediach nie ma żadnego programu telewizyjnego (nie mówiąc o stacji telewizyjnej), którego twórcom bliskie byłyby takie przekonania.

Z kolei 39,4 proc. Polaków broniło egalitarnego konserwatyzmu, czyli postawy łączącej wsparcie dla egalitarnych rozwiązań w polityce społeczno-ekonomicznej z konserwatywnymi przekonaniami w kwestiach obyczajowych. Takie podejście, przynajmniej co do retoryki, byłoby bliskie lewemu skrzydłu PiS. W mediach jest ono rzadko prezentowane – niektórzy widzą elementy tego typu myślenia w części programów Radia Maryja i Telewizji Trwam oraz u niektórych dziennikarzy prawicowych, choć rzadko zahaczają oni o wątki egalitarne. Ciekawe, że w ciągu ostatnich czterech lat o 10 punktów procentowych zwiększył się odsetek zwolenników otwartego egalitaryzmu i również o 10 punktów procentowych zmniejszył się odsetek konserwatywnych egalitarystów. 11,5 proc. polskiego społeczeństwa deklarowało poparcie dla otwartego liberalizmu, czyli postawy łączącej liberalizm ekonomiczny z progresywizmem obyczajowym – pogląd bliski Ruchowi Poparcia Palikota (w ciągu czterech lat odsetek osób deklarujących taki światopogląd wzrósł o 3 punkty procentowe). W mediach takie podejście jest obecne w części mediów Agory (Tok FM), w tygodniku „Nie”, w „Faktach i Mitach” i na portalu Racjonalista.pl. Wreszcie zaledwie 9,5 proc. Polaków deklarowało poparcie dla konserwatywnego liberalizmu, przez który twórcy raportu rozumieli syntezę liberalizmu ekonomicznego z konserwatywnymi poglądami w kwestiach obyczajowych. Takie podejście prezentuje natomiast ponad 90 proc. polskich dzienników, tygodników, stacji telewizyjnych i radiowych oraz największych portali internetowych. Okazuje się, że zdecydowana większość dziennikarzy reprezentuje poglądy 10 proc. Polek i Polaków, ponieważ łączy poglądy liberalne gospodarczo z konserwatywnymi światopoglądowo. Mimo nieustannej ofensywy liberalnych konserwatystów oraz ich totalnej dominacji w mediach odsetek zwolenników takiego światopoglądu w ciągu ostatnich czterech lat spadł o 1 punkt procentowy.

Warto zwrócić uwagę, że suma wyborców deklarujących poparcie dla poglądów antyegalitarnych (zarówno liberalnych, jak i konserwatywnych światopoglądowo) wynosi zaledwie 21 proc. Mimo to nie ma ani jednego programu w Telewizji Polskiej, który niósłby przekaz równościowy lub dotyczyłby negatywnych skutków nierówności społecznych. Podobnie jest w telewizjach prywatnych. Co więcej, dziennikarze i wydawcy zazwyczaj traktują równość jako relikt minionych czasów – nigdy jako cnotę czy pożądany cel zmian. Dotyczy to rozwiązań gospodarczych i tych związanych z codziennym życiem. Nierówności są traktowane jako cecha stosunków społecznych, wszelkie pomysły mające na celu zmniejszenie tych nierówności przedstawia się jako mroczny cień komunizmu. Nikt na poważnie nie zastanawia się też nad relacjami między wolnością, równością a solidarnością. Pełna wolność słowa oznacza przyzwolenie na mowę nienawiści wobec grup mniejszościowych. Brak surowych regulacji ruchu drogowego może prowadzić do wzrostu liczby wypadków. Brak rozbudowanego prawa pracy sprawia, że rozszerza się skala wyzysku i dyskryminacji pracowników. Innymi słowy istnieje napięcie między potocznie pojmowaną wolnością a elementarnymi intuicjami dotyczącymi równości i solidarności. Równość jest dla większości polskiego społeczeństwa wartością ważniejszą i bardziej priorytetową niż wolność. Tymczasem zdecydowaną większość dziennikarzy łączy wrogość wobec równości i solidarności. Liberalna część sceny medialnej i politycznej absolutyzuje indywidualizm oraz prawa jednostki, nie dostrzegając, że w społeczeństwie, w którym nie ma równości, większość jednostek nie może realizować swoich podstawowych potrzeb. Konserwatyści, tak dużo mówiący o wolności, nie mają nic przeciwko odbieraniu elementarnych praw gejom, kobietom i ateistom.





Lewacka „Gazeta Wyborcza”


Polska scena medialna i polityczna jest więc postawiona na głowie. Zdecydowana większość polityków i dziennikarzy deklaruje poglądy łączące konserwatyzm obyczajowy z liberalizmem gospodarczym. Mimo to część z nich uchodzi za… lewicowców. Skąd takie przekonanie? Stąd, że ich rodzice lub rodzeństwo współpracowali z minionym ustrojem. Ta dziwna identyfikacja sprawia, że wielu ultraprawicowych dziennikarzy traktuje „Gazetę Wyborczą” jako gazetę lewicową, chociaż od początku było to pismo broniące prawicowego rządu Tadeusza Mazowieckiego. To „Wyborcza” broniła ekspansji Kościoła katolickiego, daleko posuniętej prywatyzacji, komercjalizacji, cięć socjalnych i niższych podatków dla elit biznesu. Mimo to do dzisiaj uznawanie Adama Michnika za człowieka prawicy spotyka się wśród dziennikarzy „W Sieci” czy „Do Rzeczy” z uśmiechem politowania.

Inna sprawa, że bracia Karnowscy albo Paweł Lisicki raczej nie mają złudzeń co do poglądów Michnika, a identyfikują go z lewicą z przyczyn strategicznych. Zaszufladkowanie go jako lewicowca odbiera wiarygodność jakimkolwiek innym lewicowym poglądom w przestrzeni publicznej. Jeżeli Michnik jest człowiekiem lewicy, to wszystkie odcienie lewicy w znaczeniu zachodnim, lewica egalitarna i zarazem postępowa obyczajowo, w ogóle nie mieszczą się w ramach dyskursu publicznego uznawanego za sensowny. W konsekwencji cała przestrzeń publiczna jest tak zdefiniowana, że w punkcie wyjścia eliminowane są z niej lewicowe intuicje i rozwiązania. To, co uchodzi w Szwecji, Belgii i Francji za centrolewicowe, w Polsce przedstawiane jest jako powrót do mroków stalinizmu, jako zamach na konsensus w najważniejszych sprawach. Ów konsensus obejmuje daleko posunięty serwilizm wobec Kościoła, zachowanie status quo, jeśli chodzi o ograniczenie praw kobiet do aborcji, niechęć do własności publicznej oraz brak zgody na wyższe podatki dla firm i bogatych podatników.





Pracuj u siebie


Większość dziennikarzy TVP w swoich poglądach ekonomicznych i w swoim pojmowaniu hierarchii społecznej jest obecnie bliska Platformie Obywatelskiej. Pierwszą rzeczą, która uderza w dominującym przekazie medialnym i zarazem w retoryce partii Donalda Tuska, jest propaganda indywidualnego sukcesu i obietnica samorealizacji w prywatnym przedsiębiorstwie. Stabilne zatrudnienie w sektorze publicznym jest przedstawiane jako zbiór nudnych, monotonnych czynności realizowanych zgodnie z planem narzuconym przez przełożonych w ramach sztywnego podziału obowiązków zawodowych. Praca „u siebie” ma się stać obszarem indywidualnej samorealizacji, pozwalającym naprawdę „być sobą”. W praktyce przyjęcie tej perspektywy oznacza akceptację niskich płac, łatwego zwalniania z pracy i poświęcenia życia osobistego dla kariery zawodowej. Ten system pozornego upodmiotowienia i indywidualizacji kariery prowadzi do powszechnej utraty zaufania i zerwania więzi między pracownikami. Każdy walczy o własne interesy i nie ufa innym pracownikom, co oczywiście umacnia pozycję pracodawców.





Cud transformacji


Zgodnie z dominującą narracją większości dziennikarzy, polityków i dyżurnych ekspertów 4 czerwca 1989 roku Polska dokonała nagłego skoku do królestwa wolności. W PRL-u szpitale śmierdziały, szkoły się sypały, w sklepach nie było niczego poza octem, ludzie nie używali papieru toaletowego, krajobraz był zdominowany przez różne odcienie szarości. 4 czerwca dokonał się cud i nagle wszystkim zrobiło się weselej – świat stał się kolorowy, wszędzie zaczęło ładnie pachnieć, szkoły same się odbudowały. Według oficjalnych danych w latach 80. nie zanotowano chorób spowodowanych spożywaniem nadmiernych ilości octu, konsumpcja większości produktów żywnościowych była wyższa niż w latach 90., a w toaletach jakimś cudem pojawiał się papier. Co tam statystyki: autorytety i nowe gwiazdy dziennikarstwa wiedzą lepiej. W PRL-u były tylko ocet i kartki!

W rzeczywistości pozadziennikarskiej skutki polskiego „cudu gospodarczego” porażają. W latach 1990–1991 PKB spadło o prawie 18 proc.12, poziom inflacji wyrażał się w liczbach trzycyfrowych, w ciągu dwóch lat liczba bezrobotnych wzrosła do ponad dwóch milionów, a w pierwszym roku transformacji ponaddwukrotnie wzrósł odsetek ludzi żyjących poniżej minimum socjalnego (z 15 proc. w 1989 roku do 31 proc. w 1990 roku). W pierwszych dwóch latach transformacji doszło też do radykalnego spadku produkcji, spadku poziomu inwestycji w odnowę i rozbudowę aparatu wytwórczego, spadku wydajności pracy. Produkcja zmniejszyła się we wszystkich dziedzinach gospodarki narodowej. Płace realne spadły o 25 proc., przy czym płace realne rolników zmniejszyły się w ciągu dwóch lat o ponad połowę.

W sumie był to proces nietwórczej destrukcji, któremu nie towarzyszyły modernizacja technologiczna, wzrost wydajności ani wzrost popytu, następowała natomiast szybka pauperyzacja większości społeczeństwa. Transformacja doprowadziła też do wielu innych negatywnych zjawisk, o których dzisiaj mało kto mówi: znacznego spadku liczby bibliotek i domów kultury, gigantycznego spadku liczby przedszkoli i żłobków, olbrzymiego wzrostu liczby samobójstw, nasilenia alkoholizmu, prostytucji. Te zjawiska przez entuzjastów Leszka Balcerowicza są przedstawiane jako konieczne skutki przemian, za które państwo nie odpowiada. Masowa pauperyzacja, wykluczenie społeczne setek tysięcy ludzi, brak pracy i perspektyw życiowych, segregacja w edukacji, niedofinansowanie kultury – te kwestie nigdy nie interesowały guru polskiego liberalizmu.

Jak do tych faktów odnoszą się dziennikarze? Jedni po prostu je ignorują, udając, że one nie istnieją. Inni zakładają, że czymś tak błahym jak biblioteki, domy kultury, poziom ubóstwa i liczba samobójstw nie warto się zajmować. Ważne, że znikła cenzura, że odsunięto od władzy podłych komuchów. Taki wydźwięk ma większość audycji TVP i TVN-u. Wzorcowym wyrazem takiego postrzegania przemian był program „Świat i gospodarka” wyemitowany 8 czerwca 2013 roku w TVP Info. Prowadzący go Piotr Chęciński za wszelką cenę chciał dowieść, że zmiana ustrojowa oznaczała przejście od zacofania, prymitywizmu do gospodarki szybkiego rozwoju i poprawy warunków życia. W związku z tym pokazał wykres, z którego wynikało, że od 1990 roku pensje Polaków wzrosły… trzydzieści siedem razy. Dziwisz się, Czytelniku? I słusznie, bo redaktor nie poinformował, jak wyglądała dynamika realnych wynagrodzeń. Z danych GUS-u wynika, że do 2004 roku realne wynagrodzenia Polaków były niższe niż w 1980 roku. Jeszcze dzisiaj duża część społeczeństwa zarabia mniej niż trzydzieści lat temu. Chęciński z ociąganiem przyznał, że bezrobocie po 1989 roku zaczęło rosnąć, ale sam to sobie wytłumaczył: w PRL-u ludzie udawali, że pracują, a państwo udawało, że płaci. Trudno powiedzieć, co miał na myśli, skoro w ciągu pierwszych dwóch lat przemian nastąpił radykalny spadek wydajności pracy i jeszcze większy spadek produkcji. Gwoli uczciwości mógłby jednak poinformować telewidzów, że obecnie pracę ma o ponad trzy i pół miliona Polaków mniej niż w 1980 roku, choć ludności w wieku produkcyjnym jest obecnie o ponad trzy i dwie dziesiąte miliona więcej niż w 1980 roku!

Redaktor Chęciński jako przykład beznadziejności sytuacji w Polsce Ludowej podał fakt, że w PRL-u na mieszkanie czekało się kilkanaście lat. Zapomniał dodać, że dziś większości Polaków w ogóle nie stać na mieszkanie. Ponadto w latach 1945–1988 zbudowano prawie osiem milionów mieszkań, czyli sto siedemdziesiąt tysięcy rocznie – za Gierka budowano ponad dwieście pięćdziesiąt tysięcy mieszkań rocznie! To wciąż wynik nieosiągalny w III RP. W pierwszych latach przemian powstawało rocznie mniej niż sto tysięcy mieszkań. Chcąc podeprzeć swoje wypowiedzi opiniami Polaków, Chęciński pokazał krótką sondę na temat przemian przeprowadzoną wśród warszawiaków. Panie Redaktorze: Polska to nie tylko stolica!

Dziennikarzy raczej nie interesuje opinia mieszkańców popegeerowskich wsi na temat wspaniałości transformacji. Polscy dziennikarze i celebryci są wyjątkowo egoistyczną i nieempatyczną grupą. Ważne, że oni skorzystali na transformacji. Przecież wiadomo, że o narodzie świadczą jego elity. Zachwyt Piotra Kraśki, Tomasza Lisa czy Moniki Olejnik przemianami ustrojowymi ma więc oznaczać, że im transformacja pomogła. Reszty nikt nie pyta o zdanie.

Im więcej lat mija od początku przemian, tym bardziej są one celebrowane. 4 czerwca 2013 roku wszyscy dziennikarze największych stacji telewizyjnych świętowali z kotylionami wpiętymi w klapy marynarek, większość mediów w swoim logo umieściła znaczki „Solidarności”. Historię piszą zwycięzcy. Chociaż nasz model socjalizmu pozostawiał wiele do życzenia, obecny kapitalizm pod wieloma względami nie umie mu dorównać. No i wreszcie, chociaż mamy „wolne media”, ich gwiazdy wciąż częstują nas bzdurami, których wstydziliby się nawet najprymitywniejsi propagandziści minionego ustroju.





Leszek Balcerowicz – król ignorancji


Na straży liberalnego pojmowania gospodarki stoi nietykalny guru zdecydowanej większości polskich mediów, Leszek Balcerowicz. Co ciekawe, w tym samym stopniu kochają go dziennikarze „Gazety Wyborczej” i TVN-u, jak i Rafał Ziemkiewicz, nienawidzący przecież Adama Michnika i Moniki Olejnik. Media kojarzone z PO i znaczna część mediów łączonych z PiS-em jednoczą się w kulcie prawdziwego wodza pierwszych lat kapitalistycznych reform. Od początku transformacji Balcerowicz niezmiennie gra istotną rolę w polskim życiu publicznym. Dzieje się tak, chociaż kariera polityczna ojca polskich reform to pasmo porażek, pomyłek i tragicznych w skutkach błędów. Tym bardziej zadziwia, że wszystkie największe media albo uparcie przemilczają te porażki, albo często przedstawiają je jako sukcesy.

Obrońcy Balcerowicza lubią powtarzać, że nie było alternatywy dla neoliberalnych reform na początku lat 90. Tymczasem nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy proponował w tamtym okresie trzy scenariusze reform, z których Polska wybrała ten najdotkliwszy dla społeczeństwa. Przyjęta przez Balcerowicza strategia reform wcale nie była konieczna. Na przykład z niezrozumiałych przyczyn doprowadzono do prawie całkowitego zniesienia ochrony celnej, co spowodowało bankructwo wielu krajowych firm. Balcerowicz się uparł, aby zniszczyć sektor publiczny, więc podatki dla firm państwowych były dwukrotnie wyższe niż dla firm prywatnych. Zlikwidowano znaczną część infrastruktury socjalnej, zmniejszono wydatki na walkę z ubóstwem i wykluczeniem społecznym, masowe bezrobocie uznano za konsekwencję przemian wolnorynkowych. Tymczasem większość krajów regionu przeszła transformację o wiele łagodniej niż Polska. W Czechosłowacji, Słowenii, na Węgrzech stopa bezrobocia była niższa niż u nas, znacznie mniejszy był obszar biedy, mniejsze było też rozwarstwienie społeczne.

Po raz drugi istotną rolę w polskiej polityce Balcerowicz odgrywał w latach 1997–2000, kiedy ponownie objął funkcję wicepremiera i ministra finansów. Również wtedy skutki jego działań były boleśnie odczuwane przez dużą część społeczeństwa. W wyniku schładzania gospodarki doszło do znacznego spadku dynamiki wzrostu gospodarczego. Druga odsłona rządów Balcerowicza przyniosła też skokowy wzrost bezrobocia. W 1998 roku bez pracy pozostawało milion osiemset trzydzieści tysięcy osób, a po czterech latach – o milion trzysta tysięcy osób więcej. Zgodnie ze swoimi deklaracjami Balcerowicz nie podjął działań mających na celu przeciwdziałanie ubóstwu. W konsekwencji między 1997 a 2001 rokiem znacznie wzrósł odsetek osób żyjących poniżej minimum egzystencji i minimum socjalnego. W tym czasie rosło też rozwarstwienie dochodów, ograniczano wydatki socjalne i stopniowo komercjalizowano kolejne dziedziny życia społecznego. Zadłużenie kraju i deficyt sektora finansów publicznych znacznie wzrosły. Polityka cięć i schładzania nie przyniosła więc poprawy stanu finansów państwa. Fanom słynnego zegara długu publicznego Leszka Balcerowicza można zadać pytanie, w jakim stopniu do wzrostu zadłużenia przyczynił się jego twórca. Rząd Jerzego Buzka, w którym finansami sterował Balcerowicz, przeprowadził również cztery nieudane reformy, z których negatywnymi skutkami do dzisiaj kolejne władze nie mogą sobie poradzić. Reforma emerytalna prowadzi do radykalnego spadku wysokości emerytur, w dodatku przynosi gigantyczne koszty. Reforma służby zdrowia, zamiast poprawić, pogorszyła jakość świadczeń zdrowotnych. Polegała ona głównie na decentralizacji opieki zdrowotnej, w wyniku czego wzrosła różnica między poziomem świadczeń zdrowotnych zapewnianych przez biedne i bogate samorządy. Uruchomiła ona zarazem stopniowy proces komercjalizacji placówek medycznych i ograniczania bezpłatnego koszyka świadczeń. Reforma edukacji wprowadziła gimnazja i skróciła czas nauki w szkołach podstawowych. Od momentu jej przyjęcia rozpowszechniło się zjawisko segregacji w szkołach i podziału placówek na biedniejsze i bogatsze. Szkoły coraz bardziej się różnicują, bo ich sytuacja zależy od bogactwa samorządów. Wreszcie reforma administracyjna wprowadziła powiaty i miała na celu rozwój samorządności. Tymczasem jej bezpośrednim skutkiem był radykalny rozrost administracji oraz przenoszenie coraz większej liczby kompetencji na władze lokalne bez jednoczesnego ich dofinansowania.

Mało kto pamięta, że tuż przed kryzysem w Irlandii Balcerowicz zachwalał osiągnięcia irlandzkiego rządu; że republiki nadbałtyckie na kilka miesięcy przed gigantyczną zapaścią stanowiły dla niego wzorzec do naśladowania; że wielokrotnie wieszczył upadek krajów skandynawskich, podczas gdy te nieustannie przewodzą w rankingach dotyczących konkurencyjności, rozwoju technologicznego i wskaźników jakości życia. Od wielu lat Balcerowicz konsekwentnie wprowadza w błąd opinię publiczną, mówiąc o rzekomo wysokich wydatkach na zabezpieczenia społeczne w Polsce, chociaż te należą do najniższych w Unii Europejskiej. Podaje nieprawdziwe dane o olbrzymich obciążeniach fiskalnych, gdy te są o wiele niższe niż średnia unijna.

Od 1989 roku Balcerowicz dał się poznać jako dogmatyczny ideolog, który broni skompromitowanych idei, nie dbając o konsekwencje ich realizacji. Głównym obiektem jego ataków są adresaci świadczeń opieki społecznej, bezrobotni, samotne matki, pracownicy sektora publicznego. W każdym sporze trzymał stronę silnych przeciwko słabym, promował odwróconą redystrybucję: jego rozwiązania miały premiować tych, którzy osiągnęli sukces, i odbierać świadczenia tym, którym się nie udało.

Co na to wszystko czołowi dziennikarze? Czy pytają go o wszystkie jego błędy, kłamstwa i nadużycia? Niestety, nawet nie próbują z nim polemizować, podważać jego dogmatów, wykazywać luk w jego rozumowaniu. Traktują go jako nienaruszalny autorytet, chociaż trudno w Polsce znaleźć człowieka, który tak rzadko miałby rację.

Jak bowiem można bronić OFE w sytuacji, gdy tylko w ciągu roku straciły one dwadzieścia miliardów złotych, a ich obsługa jest o wiele droższa niż obsługa ZUS-u? Jak można bronić obniżki podatków w sytuacji, gdy rośnie deficyt finansów publicznych, a podatki w Polsce należą do najniższych w Europie? Jak można żądać cięć w wydatkach socjalnych, skoro te należą do najniższych w Europie, a wskaźniki ubóstwa do najwyższych? Jak można żądać obniżki zasiłków i zaostrzenia kryteriów ich przyznawania, skoro te są prawie najniższe i najbardziej selektywne w UE? Jak można żądać obniżki płacy minimalnej, skoro ledwie przewyższa ona minimum socjalne? Jak można dogmatycznie postulować prywatyzację przedsiębiorstw publicznych, które co roku przynoszą państwu wielomilionowe wpływy? Balcerowicz raczej nie odpowie na te pytania, ale dziennikarze mogliby przynajmniej próbować je zadać.





Elita narodu, czyli przedsiębiorcy


Innym przykładem rozpowszechnionej w największych mediach i wśród polityków ideologii wolnorynkowej jest stosunek do przedsiębiorców i biznesmenów. Politycy bardzo rzadko podwyższają podatki dla najbogatszych, nie zwracają uwagi na oszustwa dobrze sytuowanych Polaków. Zakłada się, że państwo nie powinno utrudniać działalności tym, którzy odnieśli sukces. Nawet jeżeli bogaci podatnicy naciągają kolejne rządy i omijają przepisy, większość mediów i polityków traktuje ich bardzo pobłażliwie. Dlatego gdy przedstawiciel biznesu jest zapraszany do studia telewizyjnego, nikt nie mówi o tym, że podatki dochodowe dla firm i przedsiębiorców należą do najniższych w Unii Europejskiej, a prawa pracownicze są masowo łamane. Uśmiechnięty dziennikarz pyta natomiast gościa, co chciałby otrzymać od rządu albo co mu przeszkadza w prowadzeniu biznesu. Obowiązującą normą w podejściu dziennikarzy do bizne