Główna Sztuka kochania

Sztuka kochania

0 / 0
Jak bardzo podobała Ci się ta książka?
Jaka jest jakość pobranego pliku?
Pobierz książkę, aby ocenić jej jakość
Jaka jest jakość pobranych plików?
Legendarny poradnik słynnej seksuolożki, który zapoczątkował rewolucję seksualną w Polsce. Nowe wydanie ze wstępem prof. Zbigniewa Izdebskiego.

Sztuka kochania nie zawiera recepty na miłość, nie jest też podręcznikiem technik seksualnych. Kochanie to piękne polskie słowo, które określa ciepły, serdeczny, pełen przyjaźni i harmonii seksualnej kontakt dwojga bliskich sobie ludzi. W książce autorka wykorzystała doświadczenia płynące z rozmów z pacjentami oraz z lektury mnóstwa listów. Wykorzystała również materiały i wnioski z dyskusji prasowych, w których wojowała uparcie o kulturę uczuć i seksu.
Rok:
2016
Wydawnictwo:
Agora
Język:
polish
ISBN 13:
9788326819315
Plik:
EPUB, 4,45 MB
Ściągnij (epub, 4,45 MB)

Możesz być zainteresowany Powered by Rec2Me

 

Najbardziej popularne frazy

 
1 comment
 
JoWx
Absolutely amazing book! Tears laughs the fight for woman’s rights to be pleasured and simply happy!
10 February 2021 (19:13) 

To post a review, please sign in or sign up
Możesz zostawić recenzję książki i podzielić się swoimi doświadczeniami. Inni czytelnicy będą zainteresowani Twoją opinią na temat przeczytanych książek. Niezależnie od tego, czy książka ci się podoba, czy nie, jeśli powiesz im szczerze i szczegółowo, ludzie będą mogli znaleźć dla siebie nowe książki, które ich zainteresują.
1

Wojny plemników. Niewierność. Konflikt płci oraz inne batalie łóżkowe

Rok:
2001
Język:
polish
Plik:
ZIP, 3,91 MB
0 / 0
2

Historia seksu

Rok:
1980
Język:
polish
Plik:
ZIP, 10,75 MB
0 / 0
Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym





WARSZAWA 2016





Redakcja: Paweł Goźliński

Korekta: Monika Paluch-Wójcicka

Okładka: Art director: Olka Osadzińska

Projekt okładki: Ola Niepsuj

Skład i przygotowanie do druku: ProDesGraf – Michał Wastkowski

Ilustracje: Bożena Bratkowska



WYDAWCA:



ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa



WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska



© by Agora SA, 2016

© by Watchout Productions, 2016

© by Krystyna Bielewicz, 2016



Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2016



ISBN: 978-83-268-1931-5 (EPUB), 978-83-268-1932-2 (MOBI)





Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.



Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki



Konwersja publikacji do wersji elektronicznej





Spis treści

Sztuka udanej miłości



Wstęp



Od autorki



Rozdział I. Dzieciństwo i okres dojrzewania



Narodziny uczuciowości



Biologiczne mechanizmy seksualne



Rozdział II. Miłość młodzieńcza



Odrębność świata uczuciowego i zmysłowego dziewcząt i chłopców



Antykoncepcja dla nastolatków



W poszukiwaniu wspólnego mianownika



Rozdział III. Zmysły



Wyobraźnia



Zmysł wzroku



Zmysł słuchu



Zmysł powonienia



Zmysł dotyku



Zmysł smaku



Rozdział IV. Pierwsze kroki we dwoje



Nie należy zaczynać zbyt wcześnie



Kiedy zacząć?



Miodowy miesiąc



Pierwszy stosunek



Rozdział V. Jak rodzi się rozkosz



Układ nerwowy



Krążenie krwi



Umięśnienie narządu rodnego



Mechanizm stosunku



Rozdział VI. Orgazm



Fizjologia orgazmu



Zespół orgazmu łechtaczkowego



Przypływy i odpływy



Czas trwania stosunku



Metoda tao



Rozdział VII. Mono; tonia wrogiem miłości



Różne warianty stosunku



Przegląd podstawowych pozycji przy stosunku



Zasady gry



Rozdział VIII. Metody zapobiegania ciąży



Nie tędy droga



Antykoncepcja



Najgorsze rozwiązanie



Różne metody antykoncepcyjne



Antykoncepcyjne środki dopochwowe



Spirala domaciczna



Tabletka antykoncepcyjna



Metoda komputerowa Bioself 110



Metoda krystalizacyjna PC-2000



Rozdział IX. Ciąża i seks



To trzecie



Harmonia seksualna



Rozdział X. ...A potem żyli długo i szczęśliwie



...A potem żyli długo i szczęśliwie



Rozdział XI. Antykoncepcja w cyklu życia kobiety



Wstęp



Zdrowie reprodukcyjne, seksualne i seksualność



Inicjacja seksualna – ból, stereotypy, antykoncepcja



Prezerwatywa – antykoncepcja i zdrowie seksualne



Metody antykoncepcji w cyklu życia kobiety



Antykoncepcja zawierająca hormony



Zakończenie



Przypisy





Sztuka udanej miłości





Sztuka kochania ukazała się po raz pierwszy czterdzieści lat temu. To w dziejach nauki, medycyny, ale też życia politycznego i społecznego w naszym kraju, cała epoka. Jesteśmy inni, żyjemy inaczej, inne są nasze potrzeby i inne możliwości ich zaspokojenia. A jednak czytając wciąż na nowo dzieło mojej przyjaciółki dr med. Michaliny Wisłockiej przekonuję się, nie bez zaskoczenia, ba, fascynacji, że w swoim najważniejszym przesłaniu to wciąż bardzo aktualna książka. Chociaż spełniła swoją rolę, zmieniając głęboko seksualną świadomość i uczuciowe życie Polaków, pomagając im znaleźć język otwartego mówienia o miłości i seksualności, należy ją polecać kolejnym pokoleniom czytelników. Nie tylko jako fascynujący dokument epoki, w której powstawała, ale jako wspaniałą lekcję miłości. Głębokiej, otwartej na potrzeby własne i potrzeby partnera, przygotowanej na dojrzewanie i zmianę, zdolnej przezwyciężać problemy. Miłości, bez której nie smakuje najlepszy nawet seks.

Może właśnie dlatego bano się tej książki jeszcze zanim się ukazała? Może jej rewolucyjny potencjał nie polegał tylko na tym, że przezwyciężała pruderię w mówieniu o erotyce. I nie tylko na równie odważnych, co precyzyjnych, opisach technik oraz pozycji seksualnych (choć to właśnie poświęcony im rozdział był z całą pewnością najintensywniej swego czasu czytany). Być może najważniejsze w Sztuce kochania i wpisanych w nią lekcjach dojrzewania do miłości, zbyt blisko kojarzyły się z dojrzewaniem do wolności? Jak inaczej wyjaśnić lęk przed wydaniem tej książki, która, biorąc pod uwagę poradniki seksualne ukazujące się w tamtych latach na świecie, nie była wcale wezwaniem do obyczajowej rewolucji. Kiedy powstawała, świat od dawna znał raport Alfreda Kinseya, który przewietrzył sypialnie i odsłonił głęboką lukę między pruderyjnymi normami społecznymi a prawdą o życiu seksualnym Amerykanów. Znane też były wyniki badań Williama Mastersa i Virginii Johnson (Michalina wykorzystywała je w swoich książkach), którzy stworzyli podwaliny terapii zaburzeń życia intymnego przyczyniając się do rozwoju współczesnej seksuologii.

Jednak w Polsce lat siedemdziesiątych seksuologia wciąż była co najwyżej dodatkiem do psychiatrii, ginekologii i położnictwa. Michalina Wisłocka, w swoim pisaniu łączyła praktyczną wiedzę ginekologiczną z najnowszymi ustaleniami nauki dotyczącymi zdrowia seksualnego człowieka. Już wtedy erotykę traktowała jako niezbędny element życia i zdrowego związku. Była w tym kontekście niezaprzeczalnie prekursorką. Warto jednocześnie podkreślić, że jej Sztuka kochania respektowała ówczesne obyczajowe i społeczne normy. „Starania moje o całość rodziny i szczęśliwe życie małżeństw polskich stanowiły całą treść mojej pracy lekarskiej” – często podkreślała Michalina i nie była to próba budowania alibi dla jej książek. Ona wierzyła z całego serca, że właśnie w rodzinie człowiek zrealizować może najpełniej swoje pragnienia i potrzeby. A mimo to recenzenci – z wyjątkiem jej mistrza, prof. Stefana Soszki, ginekologa, i młodszego kolegi Andrzeja Jaczewskiego, który dziś jest nestorem polskiej seksuologii i napisał wzruszający wstęp do niniejszego wydania Sztuki Kochania – nie pozostawili na pierwszej polskiej ars amandi suchej nitki. Dlatego książka Michaliny stała się przedmiotem szczególnej troski pruderyjnej – przynajmniej w deklaracjach – partii komunistycznej, która „aresztowała” rękopis. Zanim więc trafiła w ręce czytelników, Sztuka kochania przez cztery lata krążyła między gabinetami Komitetu Centralnego PZPR, podczytywana z wypiekami na twarzach przez sekretarzy i członków przeróżnych egzekutyw. W końcu jednak, dzięki staraniom Michaliny i wydawnictwa Iskry, udało się uzyskać zgodę Partii i wydać Sztukę... z ukrytej przed aresztowaniem drugiej kopii. W ten sposób światło dzienne ujrzał pierwszy w całych krajach demokracji ludowej popularny poradnik seksuologiczny.

A potem?

Potem zapanowało szaleństwo. Sztuka kochania natychmiast zniknęła z księgarń. Można ją było kupić – za bajońskie sumy – na bazarach. Czasami była to legalna, czasami piracka kopia. Oficjalnie od 1976 roku sprzedano ponad siedem milionów egzemplarzy poradnika Michaliny Wisłockiej. Ilu miał czytelników? Tego nikt nie zbadał. Bez wątpienia jednak był nie mniej popularny niż wszystkie szkolne lektury razem wzięte. Ale co najważniejsze – jak napisał trafnie profesor Andrzej Jaczewski – „nikt nie przyniósł Polakom tyle osobistego szczęścia, co Michalina Wisłocka swoją niezwykłą książką”.

Po Sztuce kochania powstawały kolejne książki Wisłockiej: Sztuka kochania w 20 lat później (1988) i Sztuka kochania: witamina M (1991). Tworzą one niezwykłą trylogię, której poszczególne tomy odpowiadają kolejnym etapom życia kobiety (drugi opowiada o miłości dojrzałej, trzeci skupia się na macierzyństwie) i różnym fazom rozwoju jej seksualności. Warto przy tym pamiętać, że autorka trzech „Sztuk kochania” nie miała specjalizacji z seksuologii w dzisiejszym rozumieniu. W jej czasach ta specjalizacja dopiero powstawała. Była ginekologiem (dyplom lekarza uzyskała w 1952 roku a stopień doktora nauk medycznych w 1969 roku) i to właśnie jej doświadczenie wyniesione z lekarskiego gabinetu, ze spotkań i rozmów z pacjentkami, z setek wspólnie z nimi rozwiązanych problemów dało jej wiedzę i motywację do ich napisania. Sprawiło również, że jej książki idealnie odpowiedziały na potrzeby pacjentek, które spotykała m.in. w kierowanej przez siebie, pierwszej w Polsce Poradni Świadomego Macierzyństwa w Warszawie.

To doświadczenie praktykującego ginekologa podpowiadało jej, że kobiety najbardziej potrzebują książki, która pozwoli im zrozumieć, a przede wszystkim zaakceptować swoje potrzeby, swoje ciało, swoją seksualność. Ale Michalina zwykła też mówić: „ślepy o kolorach nie napisze”. Jak to rozumieć? Najprościej: „jestem kobietą, a tylko kobieta zrozumie do końca potrzeby seksualne innych kobiet”. Co nie znaczy, że swoją Sztukę kochania pisała wyłącznie dla nich. Dobrze wiedziała – również odpowiadając na pytania czytelników popularnych czasopism, w których prowadziła rubryki z poradami na temat miłości, związków i seksu – że podstawą udanego życia intymnego jest rozumiejący się związek. To dlatego tak często podkreślała, że w rzeczywistości nie zajmuje się seksem, ale miłością. Bo choć człowiek z natury dąży do przyjemności, seks – jak rozumiała go Michalina – powinien być przede wszystkim formą wyrażania uczuć. Trochę ją nawet irytowało, że dla niektórych jej Sztuka kochania była przede wszystkim atlasem pozycji seksualnych, zestawem technik pozwalających otwarcie dawać i przyjmować rozkosz, katalogiem środków i metod antykoncepcyjnych. Zawsze miała jednak nadzieję, że czytelnicy odnajdą w jej pisaniu znacznie więcej. I znacznie więcej zrozumieją.

Dzięki temu, że Michalina Wisłocka wiele czasu poświęcała rozmowom z kobietami, tak dobrze je rozumiała. Nie tylko w kwestiach ich zdrowia seksualnego. Pytała je bowiem również o pracę, problemy w związkach, codzienność. W ten sposób tworzyła unikalną mapę seksuologicznej i kulturowej wiedzy, która swoim zasięgiem wykraczała poza polskie sypialnie. Lepiej niż ktokolwiek inny wiedziała, kim jesteśmy jako mężczyźni i kobiety. Co w polskiej rodzinie oznacza być mężem i żoną. Na ile miłość buduje związki, na ile pożądanie. Czy role płciowe pokrywają się z rolami społecznymi. Czy uprawiamy seks, czy też spełniamy obowiązki małżeńskie. A także na ile nasze życie intymne naznaczone jest lękiem wynikającym chociażby z braku świadomości i dostępu do środków antykoncepcyjnych.

W Sztuce kochania Michalina Wisłocka odpowiadała na wszystkie te zagadnienia. Nie zawsze wprost. Jednak jeśli uważnie wczytamy się w jej książkę, okaże się, że każde zdanie mówi przede wszystkim o tym, kim jesteśmy, jak żyjemy, jak nasze życie przeżywamy i jak chcielibyśmy je przeżywać. Dzisiaj niektóre z odpowiedzi doktor Wisłockiej mogą nam się wydać nieprzystające do doświadczeń ludzi XXI wieku. Pamiętajmy jednak, że świat pierwszych czytelniczek i – trochę rzadziej – czytelników Sztuki kochania, miał swoje bardzo wyraźne granice. Michalina nie pisała swoich książek dla czytelników epoki płynnej nowoczesności – wymienność ról społecznych i seksualnych była poza horyzontem socjalistycznej rzeczywistości. Wciąż powszechnie obowiązującym aksjomatem była rodzina i uświęcone nie tylko przez Kościół, ale również socjalistyczne państwo, małżeństwo. Michalina zresztą – jak już wspominałem – miała tradycyjne poglądy dotyczące życia w trwałych związkach, wzorców kobiecości i męskości, a także podziału ról w małżeństwie. Ale czy w latach 70. ubiegłego wieku był to przejaw konserwatyzmu? Był to raczej realizm, uwzględniający prawdę o życiowych postawach Polaków. Dlatego Michalina próbowała przede wszystkim uczyć, jak powinien dojrzewać i funkcjonować trwały, zdrowy związek i w jaki sposób partnerzy mogą w nim osiągnąć seksualną realizację.

Trzeba jednak otwarcie przyznać, że w Sztuce kochania mężczyźni traktowani są w dość szczególny sposób. Być może to konsekwencja własnych doświadczeń Michaliny, choć zapewne w co najmniej równym stopniu ukształtowały ten obraz opowieści jej pacjentek, które często przeżywały ogromne frustracje w swoich rodzinnych relacjach – nie tylko seksualnych. Przecież zadowolone z seksu ze swoimi mężami i narzeczonymi kobiety nie szukały pomocy w gabinecie Wisłockiej. A jednak – mimo ogromnej ilości nieszczęścia, z jakim miała do czynienia na do dzień, mimo setek opowieści o mężczyznach, którzy nie potrafią lub nie chcą dostrzec potrzeb swoich partnerek, a swoją frustrację zmieniają często w przemoc – Michalina broniła facetów. Przy okazji, niestety, wzmacniając dotyczące ich stereotypy. Mężczyzna w jej wizji to podporządkowany własnym popędom samiec, któremu trudno kontrolować własne odruchy. Nieszczęśnik, który nie jest w stanie samodzielnie poradzić sobie z własnym libido ani problemami. Dziś postęp medycyny stworzył szersze możliwości leczenia zaburzeń seksualnych u mężczyzn. Diagnozowanie oraz farmakologiczne leczenie zaburzeń erekcji i przedwczesnego wytrysku jest w medycynie praktyką coraz bardziej powszechną.

Ale – znów – mądrość Wisłockiej, która nie miała jeszcze narzędzi współczesnej medycyny, polega na tym, że z tak anachronicznego obrazu męskości i kobiecości jako swoistego wsparcia męskiego popędu, potrafiła wyciągnąć budujące wnioski. Umiała wskazać drogę, na której to, co może zniszczyć każdy związek, zaczyna go wzmacniać, a niekontrolowana seksualna energia zmienia się w przyjemność, zabawę, urozmaiconą, mówiącą w wielu językach (pomysły na seksualne gry brała Michalina i z Kamasutry, i z Pieśni nad pieśniami, i z japońskich gazet) ekspresję własnych uczuć. A także element budujący trwałość naszych związków. Pokazywała, jak można rozwijać naszą seksualność, by realizować własne potrzeby, ale nie kosztem drugiej osoby.

Jednak to, co najważniejsze, miała do powiedzenia kobietom. Kluczowe zdanie Sztuki kochania brzmi moim zdaniem następująco: „Nie ma kobiet oziębłych, są tylko kobiety nierozbudzone”. A nie było szansy na zmianę tego stanu rzeczy bez wzmocnienia w kobietach przekonania, że mają prawo do decydowania o własnym ciele, o własnej przyjemności, a także o własnej płodności. Przypomniał o tym w 2011 roku prof. Romuald Dębski, w czasie odsłaniania tablicy pamiątkowej przy ulicy Piekarskiej 5 na Starym Mieście w Warszawie, gdzie Michalina mieszkała przez wiele lat. Pod tym względem zresztą wciąż zostaje wiele do zrobienia, a w misji edukowania Polaków Michalina i jej książka mają dziś wspaniałych sprzymierzeńców. To prof. Mirosław Wielgoś, prezes Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego, kierownik Katedry Kliniki Położnictwa i Ginekologii i rektor Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, oraz dr Beata Wróbel, świetna ginekolożka i seksuolożka, współtwórczyni polskiej wersji Indeksu Funkcji Seksualnej Kobiety. Dopisali oni niezbędny z punktu widzenia aktualności Sztuki kochania rozdział dotyczący antykoncepcji. Musimy pamiętać bowiem, że Michalina tworzyła swoją książkę czterdzieści lat temu, kiedy tabletka antykoncepcyjna była wciąż źródłem nadziei i niemniejszego lęku. Również nasza wiedza o zdrowiu kobiety w różnych fazach jej życia jest dziś na zupełnie innym poziomie niż w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia w sytuacji, kiedy w medycynie istnieje termin seksuologii ginekologicznej – dziedziny już dość rozległej. XXI wiek to wiek powszechnie dostępnej, nowoczesnej i bezpiecznej antykoncepcji, o czym wciąż warto przypominać wiedząc, że tylko 30 proc. Polek ją stosuje, a 22 proc. badanych przeze mnie Polaków przyznaje, że podstawową metodą antykoncepcyjną jest dla nich stosunek przerywany, który wszak żadną antykoncepcją nie jest.

Bardzo się cieszę, że autorami tego rozdziału są tak wybitni specjaliści i wspaniali, wyczuleni na potrzeby pacjentów lekarze. Ich obecność na kartach nowego wydania Sztuki kochania to cudowna klamra i dowód na to, że Michalina, która żyła w poczuciu wykluczenia zarówno z własnego środowiska ginekologicznego, jak i niechęci ze strony niektórych seksuologów (no cóż, takie są skutki uboczne sukcesu i popularności), doceniona jest przez obydwa te środowiska. Jestem pewien, że Michalina byłaby szczęśliwa widząc, kto aktualizuje jej książkę, która – podkreślmy raz jeszcze – w swoich zasadniczych ustaleniach i tezach pozostaje niezmiennie bezcenną lekcją głębokiej miłości. Tym bardziej że, wbrew pozorom, życie intymne Polaków nie zmieniło się aż tak bardzo od czasów, kiedy próbowała je diagnozować i leczyć doktor Wisłocka. Bo choć twierdzimy zdecydowanie (z moich badań wynika, że nawet 80 proc. spośród nas), że jesteśmy zadowoleni z naszego pożycia, można z tego stwierdzenia wyciągnąć wcale nie tak oczywiste wnioski. Bo czy ten stan ogólnej satysfakcji nie świadczy również o tym, że czterdzieści lat po premierze Sztuki kochania wciąż jesteśmy w seksie po prostu mało wymagający?

Z całą pewnością przez te lata zmieniły się modele naszych seksualnych relacji. Jednak nadal zdecydowana większość Polaków pozostaje w związkach małżeńskich, choć 8 proc. także żyje w związkach równoległych, a 40 proc. internautów przyznaje się do zdrady. Wydaje się zatem, że w czasach internetu, facebooka, tindera, sporo się zmieniło. Z drugiej jednak strony coraz częściej wybieramy różne formy relacji intymnych, także życia w pojedynkę i często zmieniamy partnerów seksualnych.

Jednocześnie w ciągu ostatnich lat staliśmy się bardziej wymagający, jeśli chodzi o dobór partnerów – również seksualnych. To prawdziwa rewolucja w porównaniu z epoką, w której pisała swoją książkę Michalina Wisłocka. Polacy już nie poddają się presji otoczenia, pojęcia „starej panny” i „starego kawalera” odeszły do lamusa. Ale to akurat z całą pewnością ucieszyłoby Michalinę: w końcu zaczęliśmy wybierać bardziej świadomie ludzi, z którymi chcemy budować trwałe, głębokie relacje.

A jeśli chodzi o najpopularniejszy miernik interesującego życia seksualnego – czas stosunku? Dzisiaj Polacy deklarują, że współżyją około czternaście minut (pełny, deklarowany akt seksualny łącznie z grą wstępną to dwadzieścia osiem minut). Kilkanaście lat wcześniej kochaliśmy się dłużej. Kryzys? Tak. Tempo naszego życia jest tak duże, że niewiele czasu pozostaje nam na uprawianie miłości. Jednocześnie, co wynika z naszych najnowszych badań (z czerwca 2016 r.) aż 42 proc. kobiet i 29 proc. mężczyzn udaje orgazm. Michalina nie byłaby z tego powodu szczęśliwa, choć z drugiej strony to jeszcze jeden dowód, że wciąż potrzebujemy jej Sztuki kochania. Ci, którzy mieli szansę obejrzeć film dokumentalny Konrada Szołajskiego zrealizowany na 80 urodziny autorki, mogli się przekonać, że była niezwykłą osobą, która nie bała się rozmawiać o bardzo osobistych sprawach.

Gdy czytam po latach najgłośniejszą z książek Michaliny, przychodzi mi do głowy jeszcze jedno pytanie: czy autor seksuologicznego poradnika sam musi być osobą seksualnie spełnioną? Czy jego własna biografia ma wpływ na to, o czym i jak pisze? W wypadku dr Michaliny Wisłockiej odpowiedź ma swoje miejsce i czas. To Lubniewice, niewielka wczasowa miejscowość położona nad pięknymi jeziorami w województwie Lubuskim i lata pięćdziesiąte.

Michalina bardzo długo pozostawała w dość niezwykłym związku. Jej mężem był Stanisław Wisłocki, jej młodzieńcza miłość, biolog, ale również mężczyzna obdarzony wybujałym seksualnym temperamentem. Nie stanowili pod tym względem dobranej pary. Jednak Michalina znalazła – miała nadzieję, że trwałe – rozwiązanie tego impasu: życie w związku równoległym, którego trzecim elementem była przyjaciółka Michaliny, Wanda. Jednak po kilkunastu latach ten „układ idealny” rozpadł się, a Michalina, by wydobyć się z emocjonalnego kryzysu, wyjechała do Lubniewic. I tu przeżyła swoje wielkie przebudzenie, swoje „lato miłości”.

Miał na imię Jurek, był marynarzem i kaowcem w jednym z ośrodków Funduszu Wczasów Pracowniczych, w którym zatrzymała się Michalina. Gdyby nie on – możemy to stwierdzić z całą pewnością – nie byłoby Sztuki kochania. Nie byłoby doświadczenia erotycznej fascynacji, seksualnego rozbudzenia i spełnienia, które jest sensem i celem najpopularniejszej z jej książek.

To nie była miłość, która mogła zaowocować trwałym związkiem. A jednak ślad tamtych doświadczeń pozostał w Michalinie na zawsze. Uwielbiała swoje powroty do Lubniewic. Tak, jakby stamtąd czerpała energię na dalsze życie. Dlatego w 2013 r. w Lubniewicach, z okazji urodzin Michaliny, otworzyliśmy Park Miłości jej imienia. Magiczne miejsce. Mam nadzieję, że się jej w nim podoba.

Z tym wydarzeniem wiąże się jeszcze jedna historia. Na otwarcie Parku Miłości zaprosiliśmy także Krystynę Bielewicz, córkę Michaliny Wisłockiej. Tam spotkała się ona po raz pierwszy z Violettą Ozminkowski, która dwa lata później wydała biografię zatytułowaną Sztuka kochania gorszycielki. Książka ta była inspiracją do powstania filmu, w którym w rolę Michaliny Wisłockiej wciela się Magdalena Boczarska. Nie mogę się już doczekać jego premiery. Myślę, że Michalina również na nią czeka.



Prof. dr hab. n. hum. Zbigniew Izdebski





Wstęp





Byłem jednym z dwóch na dwunastu recenzentów, którzy uznali Sztukę kochania Michaliny Wisłockiej za pożyteczną i wartą wydania. Pewnie dlatego autorka poprosiła mnie o napisanie do niej wstępu. Po niebywałym sukcesie książki jestem z tego dumny, jak mało z czego.

Kiedy ukazywała się książka Michaliny Wisłockiej, byłem młodym lekarzem i dopiero zaczynałem zajmować się popularyzacją wiedzy seksuologicznej. Pamiętam, jakie wówczas panowało zacofanie i skrępowanie, by mówić o „tych rzeczach”. Prawie nikt z pacjentów poradni, w której pracowałem razem z dr Wisłocką, nie wiedział, co to jest orgazm, a ponad połowa kobiet w małżeństwie nie doznawała satysfakcji. Wiele kobiet traktowało seks jako ciężki, smutny małżeński obowiązek.

Nic dziwnego, że Sztuka kochania wywołała nie tylko poruszenie, ale w pewnych środowiskach chyba wręcz wstrząs. Nikt dotąd o „tych sprawach” nie pisał tak otwarcie, tak bezpośrednio i tak wiele. Wisłocka ze swoją książką była jak taran, uderzający w opory i zahamowania. Dokonała wyłomu, przez który potem już mogły wtargnąć inne – dziś już liczne – pozycje literatury seksuologicznej. Pojawiło się ich wiele – lepszych lub gorszych. Niektóre są tak śmiałe, że Sztuka kochania przy nich, to literatura dla pensjonarek. A jednak wciąż warto ją czytać.

Wrzawa, jaką wywołała książka Wisłockiej, była wielka. Myślę, że było to najważniejsze, najgłośniejsze i najpopularniejsze dzieło z dziedziny seksuologii, drukowane w ostatnim czterdziestoleciu. Ciekawa była jego recepcja. Uczeni, fachowcy, popularyzatorzy mieli mieszane uczucia, wielu nie kryło swych wątpliwości; nie wszystkim publikacja się podobała. Jednak książki naprawdę oryginalne zawsze wywołują zarówno żywiołowe sprzeciwy, jak i szczerą aprobatę.

Inaczej zareagowali zwykli, tak zwani szarzy odbiorcy. Tu, zwłaszcza wśród ludzi młodych, książka wywołała entuzjazm, stała się obowiązkową, poszukiwaną lekturą. Myślę, że największy oddźwięk znalazła u dwudziesto-, trzydziestolatków.

Horrendalne ceny na bazarach, dzikie kserokopie i pirackie przedruki są świadectwem zapotrzebowania na ten typ literatury, a także dowodzą, że autorka umiała trafić w społeczne zapotrzebowanie. I mimo zjadliwych, a często obraźliwych recenzji, mimo wybrzydzania różnych świętoszków, życie pokazało, kto miał rzeczywiście rację.

Najbardziej zjadliwe gromkie recenzje robiły wrażenie, jakby autorzy albo książki nie czytali (na pewno nie czytali jej uważnie, może z obrzydzenia?), albo jak gdyby pisali je obok, nie na temat. Mniejsza z nimi, popularność dzieła oraz – paradoksalnie – wspomniane recenzje na pewno stały się dla autorki źródłem satysfakcji. Mało kto może poszczycić się świadomością, że zdziałał tak wiele!

Mówiłem i wciąż mówię: nikt nie przyniósł Polakom tyle osobistego szczęścia, co Michalina Wisłocka swoją niezwykłą książką. Zarówno książka, jak i jej autorka powinny przejść do historii. Nie, na pewno przejdą!



Prof. dr hab. n. med. Andrzej Jaczewski





Od autorki





Sztuka kochania nie zawiera recepty na miłość, nie jest też podręcznikiem technik seksualnych.

„Kochanie” to piękne polskie słowo, które w moim odczuciu określa ciepły, serdeczny, pełen przyjaźni i harmonii seksualnej kontakt dwojga bliskich sobie ludzi.

Moja książka powstała w roku 1974, w wyniku piętnastoletniej pracy lekarskiej – naukowej oraz społeczno-publicystycznej. Wykorzystałam w niej doświadczenia płynące z rozmów z pacjentami oraz z lektury mnóstwa listów przychodzących do Poradni Korespondencyjnej Towarzystwa Świadomego Macierzyństwa i do miesięcznika „Zdrowie”; przez wiele lat odpowiadałam na te listy. Wykorzystałam też materiały i wnioski z dyskusji prasowych, w których wojowałam uparcie o kulturę uczuć i seksu.

Oczywiście w ogromnej większości udzielałam porad kobietom, co wynika z mojej specjalności podstawowej, jaką jest ginekologia, i stąd też książka mówi przede wszystkim o kobietach, chociaż przeznaczona jest dla obojga. Nie sądzę jednak, żeby to nastawienie było ujemną stroną książki, ponieważ w moim przekonaniu w kobiecych rękach leży kształt miłości i kultura życia uczuciowego rodziny.

Na koniec trochę o historii książki – bo ma ona swoją historię, i to niemałą. Przed pierwszym wydaniem w roku 1976, przesiedziała przez prawie cztery lata za kratkami w „Białym Domu”, uznana za zbyt gorszącą, pomimo wielkich starań cenzury, żeby ją „uskromnić”. Między innymi – czterokrotnie zmniejszano rysunki pozycji przy stosunku (pierwsze w Polsce, jakie ukazały się drukiem), aż osiągnęły wielkość znaczka pocztowego.

Ukazała się z „przyzwoitą” ślubną parą na okładce dzięki nowemu dyrektorowi Łukaszowi Szymańskiemu, który pojawił się w „Iskrach” i jak Cezar pod hasłem Veni, vidi, vici, wyzwolił książkę z zamknięcia. Od tego czasu, w siedmiu kolejnych nakładach i dodrukach, przekroczyła trzy miliony egzemplarzy. A ile wyszło w kserokopiach, nie da się zliczyć. Tłumaczona była w Ameryce, Czechosłowacji, Bułgarii, Rumunii, w Rosji w wielomilionowych nakładach i ostatnio w Chinach, chociaż kultura seksualna jest tam co najmniej o cztery tysiące lat starsza od naszej.

W obecnym wydaniu uzupełniłam znacznie rozdział Zmysł słuchu, dodając teksty historyczne o mowie miłosnej. Ponadto dodałam opisy rozmaitych gier i zabaw erotycznych w wodzie i na wakacjach oraz metody rozwiązywania problemów głodu seksualnego w życiu ludzi samotnych. Zmieniłam także rozdział o antykoncepcji, dodając nowe metody regulacji urodzin, które pojawiły się na świecie w ciągu ostatnich dwudziestu lat.

Mam nadzieję, że rozważania zawarte w obecnym wydaniu książki pozwolą trzeciemu już pokoleniu młodych małżeństw rozwiązać trudności oraz konflikty, z którymi nie potrafią sobie same poradzić. Pragnę, aby Sztuka kochania nadal odgrywała rolę doświadczonego przyjaciela kochających się par i wprowadziła do ich dnia powszedniego wiele radości.





Rozdział I





Dzieciństwo i okres dojrzewania





Narodziny uczuciowości



Wszelkie uczucia niełatwo dają się zamknąć w ramy ścisłego rozumowania. Od wieków ludzie próbują zdefiniować pojęcie miłości, z większym czy mniejszym powodzeniem. Inną definicję podaje filozof, inną etyk, psycholog lub poeta. Dla każdego z nich odmienne elementy składające się na miłość, są najbardziej godne uwagi i podkreślenia. Współczesna psychologia również podejmuje próby analizy istoty miłości, przy czym – dla jasności sprawy – dzieli zagadnienie na dwa zasadnicze aspekty. Pierwszy to miłość uczuciowa, polegająca na dążeniu do więzi z drugim człowiekiem. Drugi dotyczy biologicznego pożądania, czyli popędu do rozładowania napięcia seksualnego. Obydwa te wątki splatają się w sposób trudny do rozdzielenia w przebiegu całego życia ludzkiego.

Miłość łącząca dwoje kochanków nie pojawia się „z niczego”, ale jest konsekwencją całego ludzkiego życia. Nieomalże od okresu płodowego wszelkie doświadczenia uczuciowe rzutują na ostateczny kształt miłości w wieku dojrzałym.

Zacznijmy od pierwszego składnika miłości – od jej strony uczuciowej. Uczucie miłości, a właściwie jego istotna treść, to pragnienie przebywania w ścisłym kontakcie z istotą kochaną. Pierwszym okresem i narodzinami późniejszego kształtu miłości jest okres życia płodowego człowieka. Już znajdując się w łonie matki, dziecko połączone jest z nią bardzo skomplikowanymi więzami fizycznymi i uczuciowymi. Można by zapytać – skąd uczucia u płodu, który nie zaczął jeszcze żyć samodzielnie? W tej fazie miłości matki i dziecka po stronie matki leży cały ciężar miłości, dziecko natomiast zajmuje pozycję biorcy, który bez miłości i warunków fizycznych, jakie stwarza mu organizm matki, nie mógłby rozwijać się i żyć. Na pozór trudno mówić w tym okresie o jakimkolwiek kontakcie matki i dziecka. Myślę oczywiście o kontakcie psychologiczno-uczuciowym.

Wiedza współczesna rzuca jednak nowe światło na to zagadnienie. Warto tu wspomnieć o badaniach Artura i Margaret Liley, pary uczonych z Nowej Zelandii, którzy w 1960 roku opublikowali niezwykle interesujące obserwacje dotyczące zachowania się płodu w łonie matki. W czasie swoich badań wykonali wiele filmów, ukazujących rozwój „małego człowieka” w jamie macicy od pierwszych tygodni jego życia, aż do chwili urodzenia.

W pierwszych miesiącach ciąży płód, jak niewielka rybka, żwawo się porusza i „pływa” w wodach płodowych. Około trzeciego miesiąca otwiera oczy i zaczyna rozróżniać światło i ciemność, chętniej zwracając się w stronę jaśniejszą. Powyżej trzech miesięcy można zauważyć, że płód zaczyna słyszeć bicie serca matki lub odgłosy w jelitach, a także kuli się ruchem obronnym przy głośnych dźwiękach dochodzących ze świata zewnętrznego.

Zdenerwowanie, irytacja, gniew matki, jej krzyk lub gwałtowny lęk wyraźnie przyspieszają akcję serca dziecka. Można by powiedzieć, że przeżywa ono wraz z matką niebezpieczeństwa i groźby otaczającego świata. Fantazja? Naukowo stwierdzono przecież, że lęk czy irytacja matki powoduje zwiększone wydzielanie adrenaliny z nadnerczy do krwi krążącej. Hormon ten przez łożysko przedostaje się do krążenia płodu i przyspiesza tętno dziecka. Gdybyśmy jednak chcieli w ten sposób, wykładając przebieg procesów fizjologicznych, opisywać przeżycia uczuciowe dorosłego człowieka, okazałoby się, że większość reakcji manifestujących je, jest wynikiem takich czy innych bodźców neurohormonalnych.

Sądzę więc, że mogę sobie pozwolić na traktowanie tych objawów jako przejawu wspólnego przeżywania pewnych wydarzeń świata zewnętrznego przez osoby ściśle uczuciowo ze sobą związane. Dziecko już powyżej czwartego miesiąca ciąży zachowuje się jak mały człowieczek. Nie tylko porusza się, drapie po głowie i brzuszku, ale także bawi się palcami rączek i nóżek, otwiera oczy, ssie palec i wypluwa wody płodowe. Bardzo nie lubi leżeć na twardym i wypukłym kręgosłupie matki, ponieważ je uciska, stąd żywe ruchy płodu, gdy matka kładzie się wieczorem na spoczynek. Dziecko obraca się, zsuwając się z wypukłego kręgosłupa matki, i układa się wygodnie na boku. Sfilmowano również reakcję płodu siedmio- i ośmiomiesięcznego na próby wykonania zastrzyków śródmacicznych (robi się to celem ratowania życia dziecka przy zaburzeniach związanych z konfliktem grupy krwi Rh). Dzieciak wykręca się jak piskorz i broni rączkami, aby umknąć od igły i uniknąć bólu.

Wszystkie tego rodzaju obserwacje przyczyniły się do zasadniczej zmiany poglądu na zagadnienie początku życia dziecka. Formalnie zaczyna ono żyć po zaczerpnięciu pierwszego oddechu, a faktycznie przejawia wiele mechanizmów i czynności życiowych o dość dużej samodzielności jeszcze w życiu płodowym.

Patrząc na tę istotę żywą broniącą się, reagującą wyraźnie na rzeczy dla niej przyjemne czy nieprzyjemne, nie popełniam chyba wielkiego błędu, gdy mówię o miłości matki i dziecka w okresie płodowym. Ono jest w tym układzie przede wszystkim konsumentem, a ona – dawcą.

Proporcje dawania i brania w miłości zmieniają się stale w ciągu życia ludzkiego, przeważając to w jedną, to w drugą stronę. Już Balzac powiedział, że w miłości zawsze jest ten, który całuje, i ten, który jest całowany.

Ciąża jest dla kobiety wielką szkołą bezinteresownego uczucia, obejmującego cały tryb jej życia. Już wtedy przyszła matka może w pełni okazać, na co ją stać. Dziecko (w łonie matki) jest partnerem uwielbianym, dla którego chodzi się na spacer, żeby miało dużo tlenu, odżywia się specjalnie, żeby było zdrowe i silne, panuje nad sobą i hamuje swoje złe humory, aby było spokojne i pogodne. Dziecko odpowiada na troskliwość matki, rosnąc i rozwijając się w atmosferze sprzyjającej i spokojnej, zaś marniejąc i więdnąc w atmosferze zdenerwowania, krzyków i niepokoju matki. Zrozumienie pierwszej fazy miłości, jaką jest miłość do oczekiwanego dziecka w życiu kobiety, oraz znaczenie jej dla dalszego pełnego rozwoju człowieka, jest niezmiernie ważne i często niedoceniane.

Po urodzeniu niemowlęctwo jest dalszym ciągiem kształtowania się miłości matki i dziecka, zapoczątkowanej w życiu płodowym. Charakterystykę miłości macierzyńskiej zacytuję z książki O sztuce miłości amerykańskiego filozofa i psychologa Ericha Fromma.



Dziecko, chociaż żyje już teraz poza łonem matki, nadal całkowicie od niej zależy... Kiedy dziecko rośnie i rozwija się, nabiera zdolności postrzegania rzeczy takimi, jakie są; zadowolenie odczuwane przy ssaniu zaczyna być czymś innym niż sutka, pierś czymś innym niż matka. Wreszcie dziecko zaczyna odczuwać pragnienie, zaspokajające je mleko, pierś, matkę – jako różne, odrębnie istniejące przedmioty.

Dziecko uczy się, jak postępować z ludźmi: że matka się uśmiecha, kiedy jem, że weźmie mnie na ręce, kiedy płaczę.

Wszystkie te doznania krystalizują się i skupiają w jednym: jestem kochany. Jestem kochany, bo jestem dzieckiem matki. Jestem kochany, bo jestem bezradny. Jestem kochany, bo jestem ładny, cudowny. Jestem kochany, bo matka mnie potrzebuje. Wyrażając się bardziej ogólnie: jestem kochany za to, czym jestem – albo jeszcze dokładniej: jestem kochany, ponieważ jestem. Ta świadomość, że się jest kochanym przez matkę, jest bierna. Nic nie musisz zrobić, żeby być kochanym – miłość matki nie jest obwarowana żadnym warunkiem. Jedyne, co muszę zrobić, to być – być jej dzieckiem. Miłość matki jest szczęściem, jest spokojem, nie trzeba jej zdobywać, nie trzeba na nią zasługiwać. Ale fakt, że miłość macierzyńska nie jest niczym uwarunkowana, ma negatywną stronę. Na tę miłość nie tylko nie trzeba zasługiwać – ale także nie można jej zdobyć, wywołać ani nią kierować. Jeśli istnieje, jest błogosławieństwem; jeżeli jej nie ma, wydaje się, że całe piękno uszło z życia – i nie mogę uczynić nic, aby ją zrodzić.[1]



Ciepło i tkliwość uczucia macierzyńskiego wypełniającego życie niemowlęcia jest podstawą, z której rodzi się instynkt miłości, potrzeba więzi i intymnego kontaktu z drugim człowiekiem. Jak ogromnie ważny jest ten okres w życiu dziecka dla prawidłowego rozwoju jego uczuciowości w wieku dojrzałym, przekonuje nas wiele badań przeprowadzonych nad życiem zwierząt. Obserwacje zoologów wykazują, że niewykształcenie pewnych potrzeb i instynktów w określonym wieku zwierzęcia, powoduje kalectwo, obciążające całe jego dalsze życie.

W hodowli wydzielono kilkadziesiąt kurcząt zaraz po wykluciu się z jaj i karmiono je przez kilka tygodni, wkładając do dzioba pożywienie, podobnie jak ptaki w gniazdach karmią swoje pisklęta. Kurczęta karmione w ten sposób nigdy potem, po wyrośnięciu, nie potrafiły samodzielnie dziobać, musiały być karmione albo zdychały z głodu. Eksperyment ten wykazuje, że instynkt dziobania musi zostać wykształcony w pierwszych tygodniach życia ptaka.

Podobne badania przeprowadzono w Ameryce, izolując świeżo urodzone małpki i hodując je w oddzielnych klatkach, gdzie były karmione sztucznie i pozbawione od zarania życia kontaktów uczuciowych z matką i społecznych – z rówieśnikami. Małe rezusy, separowane od matek, zaczęły z upływem czasu wykazywać negatywne cechy takiego wychowania. Początkowo małpiątka siedzą, patrząc przed siebie, niezdolne do dalszego rozwoju i zainteresowania się czymkolwiek. Po kilku miesiącach pojawia się samoagresja, zaczynają się same szczypać, gryźć i uszkadzać swe ciało – w ten sposób objawia się u nich lęk; niejednokrotnie można to zaobserwować u ludzi, gdy gryzą palce ze zdenerwowania. W momencie kontaktu, gdy zbliża się do klatki człowiek lub inne zwierzę, dostają napadów szalonej agresji.

Niezdolne są do parzenia się, rzucają się na partnera z wściekłością i zagryzają się wzajemnie. Dorosłe przejawiają także całkowity brak uczuć macierzyńskich, co stwierdzono, wywołując u nich ciążę metodą sztucznej inseminacji. Gdy maluch po urodzeniu wspina się na matkę, szukając sutków, ona odrywa go z oburzeniem i rzuca w kąt, a gdy ponawia swe próby przytulenia się, matka traktuje go jak szmatę i ze złością szoruje nim podłogę w klatce. I tu już ujawniają się straszliwe skutki takiego wychowania. Matki te nie potrafią ani kochać, ani wychowywać swych dzieci – i tak zło przenosi się z pokolenia na pokolenie. W społecznościach ludzkich powoduje to stały wzrost agresji społecznej. Badacze wnioskują, że zwierzęta izolowane od miłości macierzyńskiej i wspólnoty z przedstawicielami swego gatunku, pozbawione zostały koniecznych warunków do rozwoju popędu seksualnego. Sam instynkt biologiczny, jak wynika z doświadczenia, nie wystarcza.

Pomijając już aspekt rozwoju uczuciowego matki kochającej i pielęgnującej swoje dziecko, dla dziecka miłość matki jest ogromnie ważną witaminą, konieczną do prawidłowego rozwoju. Witaminę tę profesor Władysław Szenajch, jeden z największych przyjaciół dzieci, nazwał „witaminą M”. Niemowlęta wychowane bez „witaminy M” wyrastają na ludzi pozbawionych instynktu miłości i potrzeby więzi z drugim człowiekiem. Można by przytoczyć wiele przykładów ukazujących, że nie jest to fantazja poetów i miłośników dzieci, ale rzeczywisty fakt.

Doktor Zofia Szymańska w Psychiatrii wieku dziecięcego przytacza obserwacje poczynione w dwóch żłobkach w Nowym Jorku: jednym – dla dzieci białych z zamożnych rodzin, i drugim – dla murzyńskich z dzielnicy ubogich. Żłobek „arystokratyczny” urządzony był luksusowo, starannie sterylizowany i odkażany. Dzieci były odbierane przez pielęgniarki, które myły je, przebierały i umieszczały w oddzielnych boksach, gdzie były z kolei przewijane, pielęgnowane i karmione wyjałowionymi mieszankami z butelek. Przez cały dzień nie wolno było nikomu z zewnątrz wchodzić do boksu, aby uniknąć infekcji. Dopiero wieczorem lub tylko na sobotę i niedzielę dzieci zabierano do domu.

W żłobku murzyńskim dla ludności ubogiej warunki były znacznie gorsze, nie było zbyt rygorystycznie przestrzeganej izolacji i sterylizacji. Dzieci bawiły się razem, we wspólnych pomieszczeniach, a w porze karmienia przychodziły matki i karmiły piersią swoje niemowlęta, pieszcząc je i bawiąc się z nimi.

Jaki był efekt tych dwóch metod wychowawczych? Zaskakujący! Pięciokrotnie większa śmiertelność w wytwornym żłobku, dzieci murzyńskie natomiast chowały się znakomicie i rozwijały prawidłowo. I tu dała znać o sobie „witamina M”.

Wrócę jeszcze do eksperymentu, w którym małpki siedzą i patrzą tępo przed siebie, niezdolne do żadnych zainteresowań i rozwoju. Wydaje się, że jakaś niewydolność mózgu – być może nie do naprawienia – ujawnia się w tym systemie wychowania. Jak widać z następnych punktów doświadczenia, można przypuszczać, że występują u nich uszkodzenia nie tylko psychiczne i uczuciowe, ale i morfologiczne – bo skąd się bierze ta niewydolność mózgu? Czy bliskość rodzicielki ma również jakieś znaczenie biologiczne?

Według spostrzeżeń pewnej grupy badaczy angielskich bliski – skin to skin (skóra przy skórze) – kontakt jest potrzebą mózgu. Mózg reaguje pierwszy na oddzielenie od matki i produkuje substancję blokującą możliwość wzrostu i rozwoju noworodka. W centrum medycznym Uniwersytetu Północnej Kalifornii obserwowano czynność enzymatyczną organizmu noworodków szczurzych. Już po półgodzinie ich separacji od matki następował wyraźny spadek aktywności jednego z enzymów. Jest to enzym konieczny do wytwarzania kwasów nukleinowych w takich organach ciała jak serce, mózg, płuca, śledziona. Po upływie kilku godzin następowało nieomal wyłączenie produkcji. Enzym konieczny do syntezy białek, służących do budowy tkanek, przestawał być produkowany. Organizm szczurząt, pozbawiony kontaktu z ciałem matki, wybitnie zmniejszał wytwarzanie hormonu wzrostu, chociaż nie cierpiały one na brak pożywienia. Było zastanawiające, że organizm sam hamował możliwość wzrostu. Stawiano sobie pytanie – w jaki sposób?

Po dziesięciu latach badań nad zmianami, jakie zachodzą w produkcji enzymów, białek budulcowych i hormonów w organizmie myszek pozbawionych matki, grupa naukowców z centrum medycznego w Durham znalazła odpowiedź. Mózg produkuje mianowicie substancję, zwaną betaendorfiną, która całkowicie zmienia reakcje całego organizmu na dwa stymulatory rozwoju – insulinę i hormon wzrostu. Okazało się, że podając betaendorfinę małym szczurom wychowanym przez matkę, osiąga się dokładnie taki sam negatywny efekt, jak przez oddzielenie ich od matki.

Potwierdzałoby to hipotezę o roli tej substancji w blokowaniu rozwoju. „Kontrola mózgu nad całym organizmem sięga znacznie dalej, niż sądziliśmy – powiedział jeden z badaczy na dorocznym spotkaniu amerykańskich neuropsychologów w San José. – Tylko pomyśleć, że substancja wydzielana przez mózg może zmienić tak naturalne dążenie organizmu, jakim jest wzrost i rozwój”. Uczeni próbowali również różnych metod przywrócenia zdolności do syntezy białka i przybierania na wadze. Jedną z nich jest ponownie połączenie z matką – efekt natychmiastowy. Drugą – naśladowanie jej dotyku.

W przypadku małych szczurów najlepiej byłoby je lizać dość często, jak to robi matka. Mówi autor doświadczenia: „Staraliśmy się więc wymyślić coś, co by dotyk matki imitowało. Zaobserwowaliśmy, że gładzenie małych zwierzątek wilgotnym pędzelkiem daje zbliżone efekty”. Prawdopodobnie kombinacja szorstkiego języka matki i jego nacisku na skórę jest biologicznym sygnałem opiekuńczym. Skoro istnieje opieka, warto się rozwijać.

Nasuwają się pytania, skąd mózg wie, że jego dwu- czy dwunastodniowy właściciel jest głaskany? Jaki proces zachodzi między skórą a mózgiem? O tym neuropsycholodzy na spotkaniu w San José nie mówili. Natomiast w czasopiśmie „Science News” (czerwiec 1985) znajduje się sprawozdanie z badań prowadzonych w jednym ze szpitali bostońskich. Tytuł notatki: Dotyk na poziomie molekularnym dowodzi, że w analizie naszych doznań jesteśmy już blisko określenia roli poszczególnych chemicznych cząstek w organizmie.

Badacze mówią dalej: „Jeśli jakiś obiekt dotyka twojej skóry – długopis, który trzymasz w palcach, czy dłoń ściskająca twoje ramię – nerwy czuciowe wysyłają wiadomość do twego mózgu”. Co wprawia te nerwy w stan pobudzenia? Znajdujące się na skórze receptory czuciowe są wrażliwe na dotyk, pod którego wpływem występują zmiany w przepuszczalności ich dla jonów sodu. Rozpoczyna to zjawisko, polegające na rozładowaniu elektrycznym komórki nerwowej, co powoduje przesłanie sygnału drogą nerwów do mózgu. Sygnał ten stanowi informację o dotknięciach czy głaskaniu i uruchamia następne mechanizmy nerwowe. Schodząc na poziom molekularny, można uzasadnić przekonanie, które większość matek wyczuwa intuicyjnie, że głaskanie wchodzi również w skład tej najważniejszej dla rozwoju i życia dziecka „witaminy M”.

Przy założeniu, że „witamina M”, czyli miłość matki, jest tak niezbędna do życia, każda separacja matki od dziecka, szczególnie małego, staje się dla niego wielkim dramatem. W społeczeństwach cywilizowanych separacja ta obejmuje coraz wcześniejszy okres życia dziecka: żłobek, potem przedszkole, szkoła i – w związku z różnymi godzinami zajęć szkolnych – świetlica. W rezultacie dziecko w domu tylko sypia. I tak do wieku szesnastu-osiemnastu lat kontakt z rodzicami, głównie z matką, redukuje się w najlepszym wypadku do dwóch-trzech godzin dziennie. Ponadto rodzice nieuświadamiający sobie wartości tych kilku godzin dla prawidłowego rozwoju i dojrzewania sfery uczuciowej, a nawet fizycznej i psychicznej dziecka, lekceważą te możliwości kontaktu, wypełniając wolny czas oglądaniem telewizji. Ojciec, który zarabia na dom, jest prawie w ogóle nieuchwytny. Robimy wszystko dla osiągnięcia dóbr materialnych i statusu życiowego, natomiast prawie nic dla przyszłego rozwoju naszych dzieci.

Oglądałam kiedyś w telewizji serial policyjny 997. Niejednokrotnie patrzyłam z przerażeniem, jak grupy nastolatków napadają na swych rówieśników i wciągają ich do bramy lub na klatki schodowe, by ukraść dżinsy i kurtki. Dochodzi wówczas często do pobicia. Rabunek? Niestety, nie tylko. Bo nawet w sytuacji, gdy napadnięty nie broni się i bez oporu oddaje swoje rzeczy, katują go bezlitośnie, nierzadko zabijając. Więc w czym rzecz? Okazuje się, że rabunek jest tu mniej ważny, niż wyżywanie się w bestialskiej nienawiści do tych bardziej uprzywilejowanych przez życie.

Popatrzmy, jak te sprawy wyglądały historycznie. W angielskich filmach i powieściach kryminalnych bohaterem, a nierzadko obiektem mordu, jest dziecko. Wczesna separacja dzieci od rodziców wpływa ujemnie nie tylko na rozwój dziecka, ale również na miłość rodzicielską, i klimat taki nie wykształca w społeczeństwie serdecznego, opiekuńczego stosunku do dzieci. Często nastawienie bywa wrogie lub patologicznie zboczone. Pamiętam swoje dziecinne lektury, Dawida Copperfielda, Olivera Twista Dickensa czy Tajemniczego opiekuna Mary Webster, w których autorzy opisują ponure i pozbawione miłości dzieciństwo małych bohaterów, nierzadko potem wciąganych w orbitę działalności przestępczej dorosłych.

Następnym etapem rozwoju uczuciowości dziecka, które wychodzi z ciepłego gniazda miłości macierzyńskiej w wieku lat sześciu lub siedmiu, jest rozwijający się w tym okresie kontakt uczuciowy z ojcem i rodzące się więzy przyjaźni z rówieśnikami w szkole. Miłość ojcowska ma już inny charakter niż miłość matki, nie polega bowiem na dawaniu stale i bez rachunku, jest natomiast miłością za coś, miłością, na którą trzeba zasłużyć.

Tu wrócę jeszcze do książki Ericha Fromma, który równie trafnie określa rolę miłości ojcowskiej, jak i macierzyńskiej w prawidłowym rozwoju dziecka:



Aby zrozumieć to przesunięcie punktu ciężkości z matki na ojca, musimy przyjrzeć się zasadniczym różnicom między miłością ojca a miłością matki... (Oczywiście, mówiąc tu o miłości macierzyńskiej i ojcowskiej, mówię o jej «typach idealnych» (...) i nie zakładam, że każdy ojciec i każda matka kochają w ten sam sposób. Mam na myśli matczyny i ojcowski pierwiastek reprezentowany w osobach matki i ojca).

Niczym nieuwarunkowana miłość odpowiada jednej z najgłębszych tęsknot nie tylko dziecka, lecz każdej ludzkiej istoty; z drugiej strony sytuacja, w której jest się kochanym z powodu własnych zasług, dlatego że się na miłość zasługuje, zawsze budzi wątpliwości: a może nie zadowoliłem osoby, o której miłość zabiegam? A może to, a może tamto? – zawsze istnieje obawa, że miłość może zniknąć. Co więcej, «zasłużona» miłość łatwo pozostawia gorzkie uczucie, że nie jest się kochanym dla siebie samego, ale jedynie dlatego, że sprawia się przyjemność, że ostatecznie zbadawszy rzecz dokładnie, okaże się, iż w ogóle się nie jest kochanym, lecz używanym. Nic więc dziwnego, że wszyscy tęsknimy gorąco do miłości macierzyńskiej i jako dzieci, i jako dorośli.

Stosunek do ojca jest zupełnie inny. Matka jest domem, z którego wychodzimy, jest naturą, glebą, oceanem; ojciec nie reprezentuje naturalnego domu. W pierwszych latach życia jego kontakty z dzieckiem są bardzo ograniczone, a jego znaczenia dla dziecka w tym pierwszym okresie nie da się porównać ze znaczeniem, jakie odgrywa matka. Ale podczas gdy ojciec nie reprezentuje naturalnego świata, reprezentuje on drugi biegun ludzkiego istnienia: świat myśli, przedmiotów, które są dziełem rąk ludzkich, świat prawa i ładu, dyscypliny, podróży i przygody. Ojciec jest tym, który uczy dziecko, który wskazuje mu drogę w świat. (...) Miłość ojca jest miłością uwarunkowaną. Jej zasadą jest «kocham cię, ponieważ spełniasz moje oczekiwania, ponieważ wypełniasz swój obowiązek, ponieważ jesteś taki jak ja».

W obwarowanej warunkami miłości ojcowskiej odnajdujemy tak samo, jak w niczym nieuwarunkowanej miłości macierzyńskiej, aspekt negatywny i pozytywny. Tym negatywnym aspektem jest fakt, że na miłość ojcowską trzeba zasłużyć, że można ją utracić, jeżeli nie spełni się oczekiwań. W naturze miłości ojcowskiej tkwi fakt, że posłuszeństwo staje się główną zaletą, a nieposłuszeństwo głównym grzechem – karą jest odebranie ojcowskiej miłości. Ale pozytywna strona tej miłości jest również ważna. Jeżeli miłość ojca uzależniona jest od jakichś warunków, mogę coś zrobić, aby ją zdobyć, mogę na nią zapracować; miłość ojca nie leży, tak jak miłość macierzyńska, poza zasięgiem mojej kontroli.[2]



Nawiązywanie przyjaźni jednopłciowych zaczyna się zwykle w wieku szkolnym, między siódmym a siedemnastym rokiem życia. Przyjaźń wyrabia nawyki dawania i brania między bliskimi sobie ludźmi, uczy wymiany świadczeń na równych prawach partnerskich, stwarza w psychice dorastającej młodzieży potrzebę wspólnego przeżywania rzeczy ważnych w życiu. Przyjaźń kształtuje również poczucie odpowiedzialności za drugiego człowieka. Rola rodziców w tym okresie polega na dyskretnym nadzorze z daleka oraz dawaniu coraz większej swobody i samodzielności dorastającym chłopcu czy dziewczynie.

Wreszcie, na zakończenie długiego i pracowitego procesu rozwijania się uczuciowości oraz potrzeby więzi, w psychice człowieka pojawia się miłość do przedstawiciela płci odmiennej. Miłość mężczyzny i kobiety staje się syntezą wszelkich form przeżywanych dotąd, pragnieniem i realizacją wspólnoty fizycznej i uczuciowej.

Oczywiście w każdym z nas drzemie pragnienie miłości „takiej jak u mamy” – niczym nieuwarunkowanej, miłości tylko za to, że istnieję w życiu drugiego człowieka. Niewątpliwie jest to ideał, do którego wzdychamy całe życie, ale niestety, nigdy miłość nie powraca w tej formie, a przede wszystkim nie powinna powracać – ponieważ jest to forma infantylna, odpowiednia dla niemowlęcia. Miłość taka, gdyby istniała, budziłaby stały niepokój, ponieważ nie mamy wpływu na jej trwanie oraz na to, aby dotyczyła właśnie nas.

Miłość dojrzała bliższa jest raczej miłości ojcowskiej, ponieważ każdy z kochanków ma własny świat zainteresowań i poglądów, które partner musi poznać, polubić, zrozumieć, nauczyć się postępować tak, aby zasłużyć na miłość, a także rozwijać ją stale według swojej woli i chęci. Mamy tu możliwość budowania, upiększania, wzbogacania wzajemnego stosunku oraz przyjęcia pełnej odpowiedzialności za jego walory i wartość. Szukając metod i form wzbogacających wzajemne uczucia, mamy spokojną pewność, że kształt miłości leży w naszych rękach.

Istnieje jednak zasadnicza różnica między miłością ojcowską a miłością między kochankami. Sytuacja bowiem nie powinna układać się w ten sposób, że jeden z partnerów stara się, pracuje i usiłuje zasłużyć na miłość, drugi natomiast nagradza go albo karze w zależności od wysiłku, jaki włożył w swoje zabiegi. Miłość powinna przypominać raczej więzy przyjaźni, w której partnerstwo jest równo podzielone między kochankami i obydwie strony są jednocześnie dawcami i biorcami uczuć.

Fromm nie podkreśla: „Kocham cię, bo jesteś mi potrzebny”, ale: „Jesteśmy sobie potrzebni, ponieważ się kochamy”, a sformułowania te różnią się od siebie w sposób zupełnie zasadniczy. Dwoje kochających się ludzi tworzy zamknięty krąg, zawierający syntezę dotychczasowych doświadczeń życiowych wspólnoty fizycznej i uczuciowej.

Analizując kolejne etapy rozwoju uczuć człowieka, od jego poczęcia aż po wiek dojrzały, spostrzegamy zaskakującą zbieżność historii rozwoju uczuciowości w życiu poszczególnego człowieka z historią rozwoju miłości między kochankami. Narodziny miłości przypominają okres niemowlęctwa i napawają nas radosnym zdumieniem, dlaczego właśnie ja jestem kochany, pomimo że tylu jest piękniejszych, mądrzejszych, elegantszych ode mnie. Tajemniczy moment narodzin miłości, kiedy żaden z kochanków nie potrafi powiedzieć, za co i dlaczego pokochał właśnie tę kobietę czy mężczyznę, przypomina niczym nieuwarunkowany okres miłości matki do dziecka. Kochamy za to, że jest! Ale już po pierwszych chwilach upojenia i oczarowania sobą, następuje faza zapracowywania na miłość, starannego, pełnego wyrzeczeń budowania więzi.

Dojrzała forma miłości, po przebyciu tych dwóch etapów, osiąga okres partnerstwa, to znaczy harmonijnej przyjaźni opartej na wzajemnym zrozumieniu, na poczuciu odpowiedzialności za drugiego człowieka, trosce o jego dobre samopoczucie tak fizyczne, jak i psychiczne, nie tylko w dziedzinie seksualnej. Jednakże, moim zdaniem, udane współżycie seksualne stwarza najkorzystniejsze podłoże dla rozwoju wszystkich wyżej wymienionych walorów i więzi łączącej dwoje ludzi





Biologiczne mechanizmy seksualne

Drugim, równie potężnym i ważnym składnikiem miłości jak uczucie, jest pociąg seksualny, tworzący nurt biologicznego pożądania. Nauka nazwała go popędem do rozładowania napięcia seksualnego.

Strona fizyczna miłości jest nie mniej skomplikowanym mechanizmem niż jego strona uczuciowa. Miłość fizyczna ma także swoje narodziny, a jej rozkwit i trwanie wymagają wielu niezbędnych warunków do prawidłowego rozwoju. Podobnie jak sprawy kształtowania się uczuciowości, tak i rozwój wrażliwości seksualnej umożliwiającej pełne przeżywanie wrażeń fizycznych w życiu człowieka, jest od wielu dziesiątków lat tematem dociekań naukowych.

Zastanawiano się, czy dążenie do kontaktu seksualnego jest sprawą biologiczną wrodzoną, czy też nabytą? Czy każdy ma w sobie instynkt, który w odpowiednim wieku poucza go, co i jak należy robić, czy też są to sprawy wyuczone, związane z wychowaniem przez rodziców lub otaczającą społeczność?

Wykryto liczne mechanizmy, wpływające na budzenie się, rozwój lub zanik popędu seksualnego. Badania w tej dziedzinie idą w wielu kierunkach. Socjologia próbuje wyjaśnić wpływ warunków środowiskowych i obyczajowych na życie seksualne. Anatomia bada strukturę różnych części narządów płciowych, tkanek otaczających układ nerwowy i naczyniowy. Fizjologia zajmuje się funkcją narządów płciowych, układu nerwowego, a także wpływem czynności wydzielniczej gruczołów dokrewnych na rozwój życia płciowego. Psychologia wreszcie bada wzajemne powiązania między świadomością i psychiką ludzką a życiem seksualnym.

Rolę budowy anatomicznej oraz budowy narządów rozrodczych omówię dokładnie w dalszych rozdziałach. Także układ nerwowy oraz drogi przewodzenia bodźców i wrażeń będą przedmiotem dalszych rozważań. Rozpocznę od analizy wpływu czynności hormonalnej gruczołów płciowych na mechanizm rozwoju popędu seksualnego u człowieka. Zagadnienie to interesuje mnie od wielu lat i poświęciłam mu większość swoich dociekań i zainteresowań naukowych. Również próba wyjaśnienia linii kształtowania się popędu seksualnego u człowieka opiera się na materiałach zebranych w poradniach seksuologicznych oraz cytodiagnostycznej Towarzystwa Planowania Rodziny.

Zagadnienie współzależności wydzielania hormonów płciowych i rozwoju popędu seksualnego u człowieka było przedmiotem badań naukowych od zarania medycyny i nauki o człowieku. Już w czasach starożytnych zaobserwowano wpływ kastracji na popęd seksualny i zachowanie się samców zwierzęcych i ludzkich. Dalsze obserwacje wykazały zbieżność ujawniania się popędu seksualnego i dojrzewania płciowego kobiety z występowaniem miesiączki. Potem szukano przyczyn macierzyństwa, nie kojarząc go niejednokrotnie w ogóle ze sprawą ojcostwa. Dalej stopniowo wyłaniała się współzależność okresu dojrzewania z pojawieniem się popędu seksualnego oraz rozwojem zewnętrznych narządów rodnych i macierzyństwem. Z chwilą powstania nauki o gruczołach dokrewnych, zaczęto analizować także ich wpływ na sprawy płodności i popędu.

W podręczniku Sexual Behavior in the Human Female (Reakcje seksualne kobiety), stanowiącym część opracowania naukowo-statystycznego zwanego Raportem Kinseya, publikowanego w Ameryce w latach 1938-1958 jako pierwsze obszerne dzieło seksuologiczne na świecie, znajdujemy duży rozdział, w którym rozważa się zależność popędu seksualnego od czynności gruczołów dokrewnych.

W rozważaniach dotyczących metody pomiaru poziomu hormonów w organizmie ludzkim, podaje autor krzywą wydzielania 17-ketosterydów w przebiegu życia mężczyzny i kobiety. Ketosterydy są to produkty powstające z rozpadu hormonów wydzielanych przez nadnercza (gruczoł hormonalny o wydzielaniu dokrewnym), jajniki i jądra, przy czym nadnercza produkują kortikoidy, jądra – testosteron, a jajniki – estrogeny. Wszystkie te hormony po wykorzystaniu przez organizm zostają wydalone w postaci 17-ketosterydów.

Alfred Kinsey i endokrynolodzy twierdzą, że hormony nadnercza stanowią dwie trzecie objętości wydzielanych 17-ketosterydów. Resztę stanowi testosteron u mężczyzny, a u kobiety estrogeny. Jak widać na schemacie Kinseya, krzywe wydalania 17-ketosterydów w przebiegu życia kobiety i mężczyzny różnią się od siebie w sposób zasadniczy. Krzywa hormonalna męska wspina się wysoko w okresie dojrzewania, po czym stopniowo spada aż do starości. Krzywa hormonalna kobieca wznosi się wyraźnie – ale znacznie mniej niż męska – w okresie dojrzewania, po czym biegnie poziomo, bez większych zmian.

Kinsey wykreślił również krzywe napięcia seksualnego w życiu mężczyzny i kobiety. Posługiwał się w swoich badaniach bardzo dużym materiałem statystycznym, traktując jako wykładnik wysokości napięcia liczbę stosunków odbywanych w tygodniu. Sam autor zastrzega się, że niesłychanie trudno jest znaleźć obiektywny miernik napięcia seksualnego i wybrany przez niego jest równie niedoskonały jak inne. Wiadomo bowiem, że zdrowy, normalny mężczyzna może mieć równie dobrze jeden stosunek w tygodniu, jak i pięć dziennie (w obu wypadkach mieści się w granicach normy), w wyniku czego uzyskane materiały są bardzo trudne do porównania. Pomimo tych trudności, operując dużymi liczbami, uzyskał Kinsey męską i kobiecą krzywą napięcia seksualnego.

Jak widać na rys. 1, krzywa męska wspina się stromo, osiągając maksymalne wartości między okresem pokwitania a dwudziestym, dwudziestym piątym rokiem życia, po czym stopniowo obniża się aż do wartości zerowej w wieku podeszłym. Krzywa kobieca również od momentu dojrzewania wznosi się, jednak niezbyt znacznie, po czym przebiega poziomo od osiemnastego roku życia bez większych zmian aż do spadku w okresie starości.

Porównując Kinseyowskie krzywe wydalania hormonów z krzywymi napięcia seksualnego, widzimy w ich przebiegu wyraźną zbieżność. Z analogii tych autor wysnuwa przypuszczenie, że wysokość napięcia seksualnego jest przede wszystkim uzależniona od wydzielania hormonów kory nadnercza oraz hormonów płciowych testosteronu u mężczyzny i estrogenów u kobiety. Jak wynika z wniosków wyciągniętych przez Kinseya, krzywa napięcia seksualnego nie ulega większym zmianom w przebiegu życia kobiety, z wyjątkiem dość szybkiego wzrostu w okresie dojrzewania.

W czasie wieloletniej praktyki w dziedzinie ginekologii zauważyłam, podobnie jak inni ginekolodzy, że napięcie seksualne w ciągu życia kobiety nie jest niezmienne, ale ulega bardzo wyraźnym wahaniom. Również liczne eksperymenty na zwierzętach wykazują ogromny wpływ hormonów estrogennych na występowanie rui u samic, a ruja u zwierząt jest w pewnym sensie odpowiednikiem napięcia seksualnego u ludzi.

Pragnąc znaleźć źródło rozbieżności między codzienną obserwacją lekarską a wynikami badań Kinseya, postanowiłam zbadać: 1) jak wygląda krzywa poziomu estrogenów w życiu zdrowej kobiety oraz 2) uzyskać krzywą napięcia seksualnego w przebiegu jej życia. Zestawienie tych dwu krzywych dałoby mi odpowiedź, czy przebieg krzywej estrogenowej jest zgodny z przebiegiem krzywej napięcia seksualnego, co przemawiałoby za współzależnością tych dwu spraw, a także, czy odpowiada ona krzywej Kinseya.





Ponieważ sądzę, że liczby stosunków w tygodniu nie można uważać u kobiety za jedyny wykładnik napięcia seksualnego, nawet bowiem przy dużej częstotliwości stosunków może ona w ogóle nie przeżywać orgazmu, oceniłam wysokość napięcia seksualnego przy pomocy specjalnej tabeli, określającej to napięcie w sposób jakościowy, a nie tylko ilościowy.

Tabela, oprócz częstotliwości stosunków, uwzględnia również orgazmy występujące w marzeniach sennych i przy podrażnieniu łechtaczki (onanizm). Ponadto brałam pod uwagę stopień inicjatywy seksualnej (ze strony mężczyzny lub kobiety). Dalej różnicowałam przeżycia w trakcie stosunku na orgazmy wyłącznie łechtaczkowe, łechtaczko-pochwowe i wielokrotne orgazmy w czasie jednego stosunku.

Wszystkie wyżej wymienione dane podzieliłam na cztery grupy, charakteryzujące napięcie seksualne jako niskie, średnie, wysokie i maksymalne. W ocenie napięcia seksualnego u mężczyzn posłużyłam się metodą Kinseya, to jest liczbą stosunków w tygodniu, wliczając w to również onanizm i polucje nocne.

By uzyskać męską i kobiecą krzywą napięcia seksualnego, ankietowałam pięćset kobiet i stu siedemdziesięciu mężczyzn. Krzywa męska ma przebieg analogiczny do krzywej Kinseya, natomiast krzywa kobieca przebiega zupełnie inaczej.





Następnie opracowałam krzywą poziomu estrogenów w życiu kobiety zdrowej. Nie opierałam się, jak Kinsey, na badaniu hormonów przekształconych przez wątrobę i wydalanych z moczem, lecz na wskaźnikach określających działanie hormonów estrogennych na narząd rodny kobiety (komórki nabłonka pochwy, skład śluzu szyjkowego), a także na wykresie temperatury porannej, której zmienność, związana z napięciem układu nerwowego wegetatywnego, również ilustruje oddziaływanie hormonów jajników na organizm kobiety w cyklu miesiączkowym. Pomiary ciepłoty, zwane krzywą temperatury porannej, opisane po raz pierwszy przez Van de Veldego, są zapewne dobrze znane czytelnikom, ponieważ od lat szeroko je popularyzowano dla celów antykoncepcji.

Na podstawie dwustu siedemnastu cykli miesiączkowych u kobiet w różnym wieku, zbadanych opisanymi metodami, wykreśliłam krzywą poziomu hormonów estrogennych w przebiegu życia kobiety zdrowej. Jak widać, krzywa ta przebiega inaczej niż krzywa wydalania 17-ketosterydów u kobiety, podana przez Kinseya. Krzywa poziomów estrogenów rośnie stopniowo od okresu dojrzewania, osiągając swoje maksymalne położenie między trzydziestym piątym a czterdziestym piątym rokiem życia, po czym z wolna spada aż do sześćdziesiątego roku życia kobiety. Krzywa poziomu estrogenów i krzywa napięcia seksualnego u kobiety (por. rys. 2 i 3) mają kształt prawie identyczny.

Jak wynika z powyższych badań, zmiany napięcia seksualnego w życiu kobiety są znacznie bardziej związane z hormonem wydzielanym przez jajniki niż z poziomem hormonów nadnerczy, jak przypuszczał Kinsey.

Powyższe rozważania były konieczne dla zrozumienia oraz dalszej analizy przebiegu i kształtowania się napięcia seksualnego w życiu kobiety i mężczyzny. Podsumowując wyżej opisane wyniki własnych badań, nałożyłam na wspólny wykres krzywe napięcia seksualnego mężczyzny i kobiety.





Jak widać, przebieg tych krzywych jest zupełnie różny, krzyżują się one w wieku dojrzałym, rozbiegają znacznie w okresie młodzieńczym i przedklimakterycznym. Wykres dzieli się na trzy wyraźne odcinki. Pierwszy – obejmujący okres między dwunastym a dwudziestym piątym rokiem życia – wykazuje ogromną rozbieżność napięć. Nazwałam go I fazą konfliktową. Okres między dwudziestym piątym a czterdziestym rokiem życia, gdy krzywe napięcia seksualnego u kobiety i mężczyzny przebiegają na poziomie wysokim i maksymalnym, jest okresem harmonii seksualnej. Okres po czterdziestym roku życia, gdy krzywa męska i kobieca rozbiegają się podobnie jak w okresie młodzieńczym, nazwałam II fazą konfliktową.

Analiza krzywych pozwala zrozumieć wiele zmian i konfliktów w układach między partnerami w toku ich życia. Do krzywych napięcia seksualnego będę niejednokrotnie powracać w dalszych rozdziałach książki. Tu ograniczę się tylko do ogólnej charakterystyki rozwoju i zmian napięcia w przebiegu życia oraz wyjaśnię pokrótce wpływ tych przemian na kształtowanie się kontaktów seksualnych dwojga ludzi.

I faza konfliktowa obejmuje, jak już powiedziałam, okres między dwunastym a dwudziestym piątym rokiem życia. Od początku pokwitania popęd seksualny u chłopca szybko osiąga wartości najwyższe. Już między dwunastym a szesnastym rokiem życia polucje nocne i onanizm są wyrazem mimowolnych, a potem świadomych prób rozładowania napięcia seksualnego. Onanizm u chłopców w wieku od piętnastego do osiemnastego roku życia występuje prawie w stu procentach, co wskazuje na intensywność potrzeb w tej dziedzinie (wysokie napięcia na krzywej).

Przejawom tym towarzyszy energiczne poszukiwanie partnerki, nierzadko uwieńczone sukcesem, o czym mówią dane statystyczne, stwierdzające rozpoczęcie stosunków płciowych przez większość chłopców około siedemnastego roku życia. Znalezienie partnerki wśród rówieśniczek nie jest proste, nierzadko więc występuje nawiązywanie kontaktów z kobietami dojrzałymi seksualnie. Gwałtowny wzrost napięcia seksualnego u chłopców w tym wieku absorbuje ich tak bardzo, że w efekcie występuje niedorozwój uczuciowości. Rozwój psychiczno-uczuciowy po prostu nie nadąża za fizycznym rozwojem seksualnym.

U dziewcząt w wieku od dwunastu do szesnastu lat napięcie seksualne jest stosunkowo niskie, a więc i pobudliwość niewielka. Niewykształcona jeszcze wrażliwość receptorów seksualnych (skóra, sutki, narząd rodny) daje w efekcie małe zapotrzebowanie na przeżycia fizyczne. Rekompensuje ten „fizjologiczny niedorozwój” wrażliwości seksualnej szybki i intensywny rozwój uczuciowości, przejawiający się w poszukiwaniu chłopca „na własność”. Onanizm, w związku z niewielkim napięciem seksualnym, występuje w tym wieku znacznie rzadziej niż u chłopców, bo tylko w około dwudziestu procentach przypadków. Dziewczęta poniżej szesnastu lat rozpoczynają współżycie płciowe zwykle pod naciskiem chłopca i najczęściej nie osiągają satysfakcji seksualnej. W związku z tym nie dążą do kontaktów fizycznych, pomimo intensywnych przeżyć uczuciowych.

U mężczyzn między osiemnastym a dwudziestym piątym rokiem życia pełni rozwoju seksualnego zaczyna towarzyszyć stopniowy rozwój uczuciowości. Intensywnemu rozkwitowi uczuciowości młodej kobiety w tym wieku natomiast zaczyna towarzyszyć stopniowe wykształcanie się wrażliwości receptorów seksualnych.

Okres harmonii seksualnej obejmuje lata między dwudziestym piątym a czterdziestym rokiem życia. Napięcie seksualne u mężczyzny zaczyna nieznacznie spadać, u kobiety natomiast stopniowo rosnąć do maksymalnych wartości. Jest to okres pełnego partnerstwa uczuciowego i seksualnego. Źródłem konfliktów staje się raczej świat otaczający lub niepożądana ciąża. Napięcie seksualne – tak u mężczyzny, jak i u kobiety – osiąga w tym okresie życia na krzywej poziom „wysoki” lub „maksymalny”.

II faza konfliktowa pojawia się po czterdziestym roku życia. Napięcie seksualne po trzydziestym piątym roku życia u mężczyzny bardzo powoli obniża się, osiągając poziom średni w wieku od czterdziestu pięciu do pięćdziesięciu pięciu lat. Kobieta natomiast w tym wieku znajduje się u szczytu swoich możliwości. Napięcie seksualne utrzymuje się nadal w granicach „wysokie” – „maksymalne” (patrz krzywa). Rozbieżność potrzeb i możliwości seksualnych staje się głównym źródłem konfliktów i rozpadania się małżeństw. U kobiet w tym wieku przejawia się tendencja do poszukiwania młodych partnerów o dużych potrzebach seksualnych. Mężczyźni natomiast interesują się młodymi dziewczętami o stosunkowo niedużych wymaganiach seksualnych.

Rozważania swoje, aby uzyskać większą przejrzystość wywodu, celowo zawężam do jednego elementu, czyli napięcia seksualnego, abstrahując od innych walorów młodego partnera czy młodej partnerki, jak uroda, napięcie skóry, jędrność mięśni itp.

Powyżej pięćdziesiątego roku życia – tak u mężczyzn, jak i u kobiet – napięcie seksualne spada do wartości średnich i dotąd ostro zaznaczające się konflikty stopniowo wygasają.

Oczywiście wyżej podany schematyczny zarys obejmuje przeciętną rozwoju i spadku napięcia seksualnego i nie wyklucza odchyleń w poszczególnych przypadkach, np. dużej pobudliwości seksualnej u bardzo młodej dziewczyny czy wysokiego napięcia seksualnego utrzymującego się bez większych zmian do bardzo nieraz późnego wieku mężczyzny.





Rozdział II





Miłość młodzieńcza





Odrębność świata uczuciowego

i zmysłowego dziewcząt i chłopców



Okres, który nazwałam I fazą konfliktową, rozpada się w sposób naturalny na dwie części: pierwszą – od momentu pokwitania, czyli mniej więcej od dwunastego do siedemnastego roku życia, gdy kontakty międzypłciowe są jeszcze niezręczne i skomplikowane, i drugą – między siedemnastym a dwudziestym piątym rokiem życia, w której chłopiec i dziewczyna zaczynają budować wspólnie swoje życie uczuciowe i seksualne.

Jak już wspomniałam, chłopiec prawie od okresu pokwitania osiąga w krótkim czasie maksymalną wysokość życiowego napięcia seksualnego, co idzie w parze z dużymi możliwościami nawiązania fizycznych kontaktów seksualnych. W fazie tej rozwój uczuciowości chłopca nie wychodzi jeszcze z kręgu miłości ojcowskiej i przyjaźni nawiązywanych z rówieśnikami swojej płci. Do dziewcząt równolatek chłopcy odnoszą się raczej nieufnie, a napięcie seksualne rozładowuje się w mimowolnych wytryskach nasienia, towarzyszących marzeniom sennym o zabarwieniu erotycznym lub w onanizmie.

Dziewczęta, przy niskim napięciu seksualnym, znacznie wcześniej zaczynają przejawiać pragnienia miłości uczuciowej i szukają chłopca „na własność”, bez instynktownej potrzeby kontaktów fizycznych. Mechanizmy pobudliwości seksualnej nie są u nich jeszcze dostatecznie rozwinięte. Kształtowanie się wrażliwości erotycznej i prawidłowych odruchów perceptorów skórnych i narządowych, to długi i bardzo skomplikowany proces, a bogatą uczuciowość wynoszą dziewczęta prosto z dzieciństwa.

Chłopiec, którego rozsadza wprost nadmiar pobudliwości w tym okresie życia, poszukuje towarzystwa dziewcząt z ciekawością i dociekliwością młodego psiaka (jak to określiła jedna z młodych pacjentek). Dotknąć, zobaczyć, popróbować... to projekty i plany wypełniające jego wyobraźnię. Występuje u niego w tym okresie bezproblemowy pęd do stosunku fizycznego i rozładowania napięcia, a uczuciowość stoi dopiero u progu rozwoju. Unika jakichkolwiek obowiązków czy więzów, ponieważ dziewczyna jest dla niego w tym okresie życia jedynie obiektem odkrywczych dociekań. Oczywiście, im inteligentniejszy i bystrzejszy, tym zręczniej stwarza pozory miłości. Zorientowawszy się szybko, że chcąc osiągnąć pożądany efekt, należy oddziaływać na wyobraźnię dziewcząt, mówi o miłości, szantażuje dziewczynę odejściem, jeśli nie da mu „dowodu miłości”... itp. Wszystko to są mniej lub bardziej pomysłowe środki prowadzące do osiągnięcia jedynego celu, jaki go wtedy urzeka – stosunku z kobietą.

Dla przykładu wykazującego, że nie są to tylko rozważania gołosłowne, przytoczę dwa listy dziewcząt w wieku szkolnym.[3]



Mówił, że powinnam mu się oddać, przynosił mi różne angielskie czasopisma, które dowodziły, że młodzież na Zachodzie żyje ze sobą i jest to na porządku dziennym. Tłumaczył mi, że przy mnie bez przerwy musi hamować popędy, że przez to może nabawić się nerwicy. Mówił, że jestem zbyt ładna, żebym do małżeństwa się uchowała.



A oto inny opis wakacyjnych doświadczeń szesnastoletniej dziewczyny:



Idziemy więc lasem, a właściwie dróżką, wprost przez las nie chciałam z nim iść. Co chwila patrzy mi w oczy, uśmiecham się, on też. Przystajemy przy sadzawce, zza drzew wybiega mała sarenka, jakby nam na spotkanie, ale zaraz ucieka. Więc to jest ten chłopiec, o którym tyle myślałam? Ma cudowne, szare oczy i podoba mi się najbardziej na świecie. Jest już dorosły, ma dziewiętnaście lat i dowód osobisty. Wacek kładzie mi rękę na ramieniu, jest mi z nim dobrze. Idziemy w milczeniu, nie odrzucam tej ręki, głaszczę ją. Zatrzymujemy się. Wacek pyta, o czym myślę. Ja odpowiadam, że go podziwiam. «Mnie?» zdziwienie maluje się na jego twarzy. Idziemy dalej, nie wiadomo gdzie. Wacek siada pod drzewem, ciągnie mnie do siebie. Z początku opieram się, ale idę, wierzę, że mi nic złego nie zrobi. Kładziemy się na trawie, jak na filmie, ja obserwuję wierzchołki drzew, on dostrzega moje zadumanie, mówi, że chcę się go pozbyć. Ale to nieprawda, przecież tak bardzo go kocham. Wacek mnie całuje, nie opieram się, to pierwszy pocałunek w moim życiu. Ale nie chcę mu dać tego drugiego dowodu miłości. Wstajemy i idziemy dalej. Nic nie mówię, lecz myślę o tym wszystkim. To jego «Oddaj mi się» – koniec świata! Mówię mu że jest narwany. Odpowiada, że nie, że właśnie jest normalny. On prosi, żebym chociaż usiadła obok niego. Zgadzam się. I znów to samo – ja ciągle «Nie!», bo boję się tego po prostu. «Wstaję i obserwuję go. On mówi, że się pogniewa, odpowiadam: Nic nas właściwie nie łączy». I odchodzę w kierunku domu babci, a on: «Jesteś jeszcze dzieckiem, więc żegnaj i koniec»...

No i cóż – pisze dziewczyna na zakończenie – podobają wam się moje wakacje? Zrozumiałam już teraz – Wacek miał rację, każdy chłopak jest taki.



Jeżeli dziewczyna ustąpi, to zwykle nie kończy się na jednym dowodzie miłości, idą za nim następne, a potem ciąża. I co dalej? A chłopiec, jeżeli uda mu się namówić do współżycia koleżankę w jego wieku, już w krótkim czasie stwierdza, że partnerka nierozwinięta seksualnie jest „zimna”. Szybko się zniechęca, zarzucając jej oziębłość jak kalectwo nieomalże, po czym szuka dalej łatwych zdobyczy. Jeżeli ma duży temperament, a nie spotka mądrej dziewczyny, utrwala się w jego życiu forma „minimiłości” fizycznej i ubogiej. Nierzadko przechodzi on z takimi nawykami w wiek dojrzały i rozpoczyna karierę podrywacza „zaliczającego” dziewczyny i niezdolnego do miłości pełnowartościowej, złożonej nie tylko z więzów fizycznych, ale i uczuciowych. Zdarza się, że męskie cechy charakteru u podrywaczy są słabiej wyrażone, ponieważ w swym rozwoju emocjonalnym pozostają oni nadal dziećmi i próbują uzyskać rekompensatę poczucia mniejszej wartości przez podkreślenie swej męskości wyłącznie w dziedzinie płci. Takim przypadkiem jest Don Juan, który dowodził stale swojej męskiej tężyzny w dziedzinie seksualnej, ponieważ nie był pewny swej męskości w sensie charakterologicznym (według Ericha Fromma).

Zdarzają się w tym wieku i inne sytuacje, gdy na przykład młody chłopiec szesnasto-, osiemnastoletni zetknie się z partnerką dojrzałą. Z pewnych względów pierwsze doświadczenia seksualne w takim układzie bywają korzystne. Nie może skrzywdzić swojej partnerki, ponieważ jest rozumniejsza od niego, a i przed niepożądaną ciążą potrafi się już kobieta dojrzała zabezpieczyć. Wyrobiona zaś seksualnie partnerka uczy swojego młodego przyjaciela, jak należy pieścić kobietę, aby mogła przeżywać sprawy seksualne w pełni. W ramach takiego kontaktu uczy się on pocałunków, pieszczot i wszelkiego rodzaju form miłości fizycznej, co pozwala mu zrozumieć, jak bogata i skomplikowana jest wrażliwość kobiecego ciała, i nie sądzę, aby w przyszłych kontaktach z rówieśnicami uważał, że następnym dowodem miłości po pocałunku... jest stosunek.

Przygoda miłosna z kobietą dojrzałą jest dla chłopca jakby pójściem na skróty, omija on długie i pracowite uczenie się miłości fizycznej wspólnie z rówieśnicą. Układ taki ma jednak zasadniczą wadę: nauka seksu bowiem nie idzie w parze z rozwojem uczuciowości, jest izolowana i zubożająca psychicznie. W miłości równolatków obydwoje dają z siebie wszystko i traktują się na serio, a kobieta dojrzała siłą rzeczy traktuje swego młodego kochanka trochę jak dziecko – pobłażliwie, nigdy jak równego sobie partnera.

Istnieje opowieść grecka Dafnis i Chloe, napisana przez Longosa w II wieku. Opowiada ona przygody i historię miłości młodej pary niedoświadczonych pasterzy – Dafnisa i Chloe. W opowieści tej niepoślednią rolę odegrała dojrzała sąsiadka.



Dafnisie! – zawołała sąsiadka. – Dziś w nocy dowiedziałam się od Nimf, że kochasz Chloe. We śnie opowiedziały mi Nimfy o twoich łzach wczorajszych. I kazały mi przyjść ci z pomocą i nauczyć spraw miłości. Nie są to pocałunki, ani uściski, ani nawet to, co robią barany i kozły. O nie! te nasze skoczki są znacznie bardziej słodkie. Trwają dłużej i dają więcej rozkoszy. Jeśli chcesz uwolnić się od zgryzot i znaleźć rozkosz, której szukasz nadaremnie, tedy, luby, zostań moim uczniem. Z miłości do Nimf chętnie cię wszystkiego nauczę.[4]



Związek dojrzałej kobiety i młodego chłopca, pomimo podobnie wysokiego napięcia seksualnego u obojga, jest nietrwały i zwykle umiera śmiercią naturalną z chwilą zaspokojenia głodu seksualnego przez chłopca. Od początku skazany jest na chwilowość, ponieważ w miarę dorastania chłopiec szuka partnerki o wspólnych zainteresowaniach i podobnym stylu życia.

Bywają również i niebezpieczne, a czasem zbrodnicze formy rozładowania nadmiernego napięcia seksualnego. Myślę tu o zbiorowych napadach nastolatków na dziewczęta i kobiety dorosłe, w celu obejrzenia ich, a nawet zgwałcenia. Motorem tych poczynań jest między innymi bardzo wysokie napięcie seksualne, a hamulce psychiczne u chłopców ze środowisk mało kulturalnych nie działają prawidłowo.

Oglądając sprawozdania filmowe dotyczące zbiorowych gwałtów, zastanawiałam się, czy w wielu wypadkach „ofiary” gwałtu indywidualnego lub zbiorowego nie są tak samo winne zaistniałej sytuacji, jak gwałciciele, a w ostatecznym efekcie tylko bardziej pokrzywdzone? Może nawet słowo „winna” w stosunku do dziewczyny nie jest słuszne, raczej należy się rodzicom i wychowawcom.

Za czasów naszych mam i babek było nie do pomyślenia, żeby młoda dziewczyna udawała się z przygodnie poznanym mężczyzną na spacer, do lokalu czy w miejsce odludne. Osławione „przyzwoitki” tamtych czasów, wysyłane przez rodziców jako towarzystwo dla córki spotykającej się z młodym człowiekiem, miały zapobiec nieoczekiwanym agresjom fizycznym ze strony mężczyzny. Dziś śmiejemy się z tego. Dziewczęta chodzą z mało znanymi chłopcami na wycieczki, pozwalają się podrywać na ulicy nieznanym mężczyznom, zgadzają się na pójście z nimi do obcego mieszkania czy lasu. Wydaje im się, że to objawy postępu i nowoczesności, a nie karygodnej lekkomyślności. Rodzice, niestety, również nie zdają sobie często sprawy z niebezpieczeństwa takiego postępowania i nie uprzedzają dziewcząt o grożących im konsekwencjach. Niestety, gdy analizuje się dokładnie sprawozdania sądowe i prasowe na ten temat, w przeważającej większości wypadków stwierdzamy zgodę dziewczyny na pójście do mieszkania, do lasu czy w odludne miejsce z przed chwilą poznanym chłopcem.

Sądzę, że szeroka popularyzacja wiedzy o procesach fizjologicznych zachodzących w wieku młodzieńczym w organizmie chłopców i dziewcząt powinna dać w efekcie ostrożniejsze korzystanie przez dziewczęta z wywalczonej z trudem równości wobec chłopców. W dziedzinie seksu postęp i zrównanie praw dziewcząt i chłopców wyprzedziły znacznie wiedzę o niewzruszonych prawach rządzących przemianami fizycznymi i psychicznymi w organizmie młodzieży i pozostawiły dziewczęta w jakimś sensie bezbronne, narażone na agresję seksualną. Chłopców natomiast, poniesionych napięciami seksualnymi, bardzo gwałtownymi w tym wieku, zwykła lekkomyślność dziewcząt naraża na kompromitację, kary sądowe i niejednokrotnie wykolejenie się z drogi prawidłowego rozwoju już w latach młodzieńczych.

Oczywiście rozważania moje nie dotyczą młodocianych bandytów, napadających podstępem i siłą kobiety zupełnie przypadkowe. Chodzi mi tylko o smutne konsekwencje wynikające z nieprzezorności dziewcząt oraz nadmiernej agresywności seksualnej chłopców.

Dziewczyna w okresie dojrzewania i rozwoju, między trzynastym a siedemnastym rokiem życia, w przejawach swej uczuciowości jest już w pełni kobietą. Jej kobieca struktura psychiczna dominuje przez całe życie nad fizyczną stroną przeżyć. Już w wieku szkolnym niańczy lalki, kotki, pieski i matkuje całemu światu. Z chwilą gdy w orbicie jej zainteresowań uczuciowych znajdzie się chłopiec, pojawia się pragnienie zagarnięcia go dla siebie na stałe. Podświadomy instynkt macierzyński z tendencją do stwarzania własnego gniazda widać w czułych nazwach nadawanych często chłopcu: „mój chłopak”, „mężuś”, „tatuś” itp., zdradzających nastawienie „rodzinne” młodej dziewczyny.

W tym układzie miłość młodzieńcza przed siedemnastym rokiem życia jest od zarania źródłem konfliktów i nieporozumień. Chłopiec – jak już pisałam – szuka w sposób mniej lub bardziej zręczny obiektu do rozładowania napięcia fizycznego, dziewczyna rozsnuwa w wyobraźni całe poematy miłości i wierności. Szuka ona zrozumienia, oparcia i przyjaźni u chłopca, nie mając najmniejszego pojęcia, że wszystko to jest nieosiągalne w tym wieku i układzie. Nierzadko rozczarowania uczuciowe prowadzą do kompleksów i zaburzeń w prawidłowym rozwoju psychicznym albo do wyciągania takiego wniosku, jak autorka listu cytowanego uprzednio: że widocznie wszyscy chłopcy są tacy, wobec tego trzeba się pogodzić z rzeczywistością i ustąpić, chociaż konsekwencje będą ciążyły, niestety, tylko na niej.

Dodatkową trudnością w młodzieńczych konfliktach uczuciowych jest rozluźnienie się więzi dzieci i rodziców, podziw dla autorytetu rówieśników i zgodny wniosek nastolatków płci męskiej i żeńskiej, że starsi nic nie rozumieją i na niczym się nie znają. Nie jest tak źle, jeśli skutkiem nieświadomości pozostają po miłości młodzieńczej jedynie mniej lub bardziej przykre wspomnienia. Niestety, jest to wiek ogromnej egzaltacji i zachwiania równowagi psychicznej w związku z przeżywanymi zmianami hormonalnymi; wstrząsy uczuciowe u dziewcząt mniej zrównoważonych mogą nawet doprowadzić do samobójstwa, z czym spotykamy się wcale nierzadko.

W jednej z publikacji prasowych zebranych w wydaniu książkowym, analizujących przyczyny pozornie niczym niewytłumaczonego samobójstwa piętnastoletniej dziewczyny, znalazłam – oprócz rozważań publicysty piszącego artykuł – fragmenty listów dziewczyny oraz list jej chłopca, które niżej przytaczam:



(...) Iwa wstała w tym dniu późno, koło jedenastej (ostatni dzień ferii wielkanocnych). Sama w domu, oboje rodzice wcześnie poszli do pracy. Zrobiła sobie na śniadanie jajecznicę (na stole pozostała nieumyta patelnia). Długo czesała się przed lustrem w pokoju, nastawiła przy tym jak zwykle radio, muzyka rozrywkowa na cały regulator. Wreszcie zaczęła się ubierać. Coś się już wtedy musiało z nią dziać, dojrzewała decyzja. Wyciągnęła z szafy czarną, perlonową halkę i takież majteczki; kompletu tego rzadko używała, ostatni raz miała go na sobie bodajże na sylwestra; wtedy gdy pojechała do Janka i pozostała na noc u niego w domu (...) za wiedzą jego rodziców, oczywiście. Matka nie cierpiała tego kompletu, mówiła, że takie coś noszą ladacznice. Ale matce wiele rzeczy się nie podobało, wiadomo. Więc ubrała się w czarną halkę i w czarne, skąpe majteczki, ułożyła się na kocu w kuchni i otworzyła gaz.[5]



Oto ponury finał sprawy w przebiegu swoim tak typowej, że można ją przytoczyć jako schemat niemalże ilustrujący miłość dwunasto-piętnastolatków. Tylko finał nie bywa zwykle aż tak tragiczny.

Wracając do Iwy, jej sprawy rodzinne zaczęły się układać całkiem źle. Wieloletnia przyjaźń, która łączyła ją z ojcem, uległa rozpadowi. Matka, była więźniarka z Ravensbrück, zmęczona życiem, oceniała jej młodzieńcze wyskoki bardzo surowo i krytycznie. Iwa oczekiwała, że ojciec w konfliktach rodzinnych ujmie się za nią. Niestety, zwykle lojalnie brał stronę matki.

„Niestety” – nie dlatego, że matka nie miała racji, ale dlatego, że w chwili pojawienia się konfliktów okresu dojrzewania dobrze czasem nie dochodzić zbyt skrupulatnie swoich racji, jeśli ceną może być utrata zaufania dziecka. Zaufanie to jest bowiem ogromnie potrzebne rodzicom w tym okresie, a jeszcze bardziej dzieciom, nieobeznanym z pułapkami grożącymi w ich bardzo jeszcze niedojrzałej dorosłości.

Nieszczęściem dla Iwy, doszedł jeszcze jeden konflikt – konflikt ze szkołą. Profesor, przechodząc przypadkiem ulicą (mieszkała na parterze), wypatrzył przez słabo zasłonięte okna, że siedziała z chłopcem na tapczanie, paląc papierosy. Chodziła do szkoły na drugą zmianę, więc przed południem była sama w domu. Wybuchł skandal, awantura w szkole, że przyjmuje chłopców w domu i „robią bezeceństwa” (jeżeli bezeceństwem jest siedzenie na tapczanie z papierosem?). Ponure w skutkach jest rzutowanie perwersyjnej wyobraźni ludzi dorosłych na często zupełnie niewinne zachowanie młodzieży. Nie jest źle w takich przypadkach trzymać się ściśle faktów, nie domalowując szczegółów z fantazji.

Dziewczynę przeniesiono do innej szkoły, ale pozostał uraz do rodziców i nauczyciela za zohydzenie spraw miłości i rzeczy, które się dzieją między chłopcem a dziewczyną. W tym czasie chłopiec wyjechał z rodzicami do innego miasta, zaczęła się korespondencja. Z listów Iwy:



Moje najdroższe w świecie Janki!

Piszę, bo drugi już dzień nie ma listu od Ciebie i nie wiem, co się z Tobą dzieje. Czy nic Ci się nie stało? Janki!... Co dzień siedzę w domu, czekam na ciebie, słysząc Twoje kroki w bramie, czekam na Twoje pojawienie się, a Ty nie przychodzisz... Dlaczego? Przecież wiesz dobrze, że ja czekam! Że czekam właśnie na Ciebie. I tylko róża stojąca na biurku mówi mi, że odjechałeś, więc jak możesz przyjść?... Jak to dobrze, że przynajmniej mogę pisać do Ciebie w każdej chwili i że Ty to będziesz czytał, i że odpiszesz. (...) To napawa mnie otuchą.[6]

(...) Siedzę w fotelu z Tobą, gładzę Cię po głowie, później zamykam oczy i wodzę ręką po Twojej twarzy, chcąc zapamiętać Twoje rysy, czuję Twoje usta na ręce, gorące – szukam teraz miejsca, w którym bije Ci serce – jak ono wali – jak gdyby chciało wyrwać się z piersi – i teraz całuję Cię – mocno, mocno, aż mam tego dosyć... Dosyć? Nie! Nigdy! Nigdy nie będę miała dosyć Ciebie i Twoich pocałunków. Wierz mi – ale czy mnie możesz wierzyć? (...)[7]



Listy stają się coraz gorętsze, pełne tęsknoty i miłości, co jest również reakcją na rozluźnienie się kontaktu ze strony chłopca. Przestaje go interesować miłość na odległość, ze zrozumiałych względów. Listów nie lubi pisać, jak każdy prawie mężczyzna. Pełne miłości wynurzenia Iwy powodują skutek wręcz odwrotny – przestaje być atrakcyjna, a zaczyna być nudna.

Na takie listy może sobie pozwolić mężczyzna, nigdy prawie kobieta, nawet po srebrnym weselu, a co dopiero u progu miłości. Skutki nie dają na siebie długo czekać. List Iwy:



(...) Bardzo chcę być w tej chwili przy Tobie, uspokoić Ciebie, odpędzić od Ciebie wszystkie smutne i ponure myśli, znów całować Cię, powtarzając: Moje Janki! Moje ukochane Janki! (...) Jeszcze tylko jedno! Bez względu na to, czy mi zabronisz, czy nie, przyjadę i choćbyś uciekł i schował się w mysią dziurę, znajdę Cię. Po co? Tak, właśnie – po co? Żeby zobaczyć Cię żywego, żeby nacieszyć się Twoim widokiem... Być może brzmi to zbyt banalnie, ale cóż poradzić, skoro tak jest. To już wszystko, co miałam Ci do powiedzenia. Teraz zależy od Ciebie, czy dalej będzie trwać nasza korespondencja, a co za tym idzie i nasza miłość, czy nie. Bez Twojego pozwolenia całuję Cię strasznie mocno i gorąco (nie opieraj się, może to już ostatni raz).

Czy Twoja?

Iwa[8]



Iwa, zaniepokojona, jedzie do niego na Sylwestra i zostaje na noc. Ta noc miała przypieczętować ich miłość całkowitym oddaniem wzajemnym. Niestety, Iwa nie domyśla się nawet, że tym posunięciem wydała wyrok na swoją miłość. Sądziła, że oddaniem się złączy ich na zawsze, że fakt ten będzie równoznaczny z małżeństwem.

Po powrocie miś pluszowy, podarowany kiedyś przez Janka, zostaje przemianowany na Jacusia-Darusia i zaczyna występować w roli synka. Następne listy mają już nastrój zdecydowanie rodzinny:



Kochany Mężusiu!!!

Leżę w łóżku (jest 21.50) i odpisuję Ci. List od Ciebie dostałam dopiero, gdy przyszłam z treningu, tzn. o 21.00. (...) Więc dobranoc, kochanie! Nic się nie martw i uszy do góry. Nie chodź z gołą głową! Twoja

Iwa



PS Kochany Tatusiu!

Czemu nic do mnie nie napisałeś? Jestem przecież grzeczny i od kiedy mamusia mnie wykąpała, nie brudzę się już. Przykrzy nam się bardzo bez Ciebie, a tu tak rzadko na dodatek przychodzą listy. Nie smuć nas więcej i pisz chociaż częściej. Na razie do widzenia. Całuję Cię. Twój Daruś.[9]



Rodzice chłopca są zgorszeni jej przyjazdem, nastawieni niechętnie. Chłopak, wystraszony propozycjami małżeńskimi (jest jeszcze uczniem), czuje się osaczony... Znika i przestaje się odzywać. Po śmierci Iwy, na list dziennikarza z prośbą o spotkanie i rozmowę o Iwie, odpisuje:



Szanowny Panie Redaktorze!



W odpowiedzi na list Pański z dnia 26 V 1965 roku uprzejmie komunikuję, że nie jestem w stanie uczynić zadość prośbie Pana, dotyczącej moich wyznań na temat osobowości śp. Iwy.

Listy jej do mnie zwróciłem rodzinie i nic nie zatrzymałem z materiałów, które mogłyby Pana interesować. Nie uważam za możliwe i słuszne dzielić się z Panem hipotezami na temat przyczyn śmierci wspomnianej mojej znajomej. Depesza jej rodziny wzywająca mnie na pogrzeb zaskoczyła mnie równie mocno, jak i sama śmierć. Wydaje mi się, że tylko rodzice śp. Iwy i towarzystwo, w którym się obracała w K., mogą Panu udzielić interesujących Pana informacji, jeśli Pan pragnie podjąć próbę rehabilitacji śp. Iwy lub jej rodziców. Ja nic na ten temat nie wiem, gdyż życie wewnętrzne Zmarłej było dla mnie równie wielką zagadką, jak dla Pana, tym bardziej że spotykaliśmy się ze sobą rzadko, korespondencja była przerywana nie z mojej winy i trwała niezbyt długo, o czym może się Pan przekonać z jej listów do mnie, które zwróciłem rodzinie.

Łączę wyrazy poważania,

Janek X[10]



Może jest przerażony nieoczekiwanym dramatem? Usiłuje się wycofać, wykłamać – pomniejszyć swoją rolę w tej sprawie? Mnie się jednak wydaje, że było inaczej. Wyobraźnia uczuciowa dziewcząt w tym wieku jest ogromnie pobudliwa – bogata, nie jest wykluczone, że realia były niewspółmiernie małe w stosunku do bogactwa przeżyć Iwy.

I tu tkwi największe niebezpieczeństwo wczesnego okresu młodzieńczego. Niebezpieczeństwo polegające na przeroście uczuciowości u dziewczyny i niedorozwoju, a nierzadko całkowitym jej braku u chłopców, o czym świadczy list Janka po śmierci Iwy. Gdyby sytuacja była odwrotna i niekochany chłopiec popełniłby samobójstwo z miłości, to dziewczyna, nawet nie bardzo zainteresowana uczuciowo, stworzyłaby retrospektywnie poemat w wyobraźni i wspomnienia stałyby się historią wielkiej miłości.

Mężczyzna, nawet zaangażowany uczuciowo, reaguje zupełnie inaczej. Przez wiele wieków kobiety zawiedzione w miłości zamykały się w klasztorze do końca życia, a nie przypominam sobie, żeby to zdarzyło się mężczyźnie. Jedynym znanym mi przykładem był pan Michał Wołodyjowski z Potopu, ale i jego żałoba nie trwała zbyt długo.

Może historia Iwy nie zakończyłaby się tak dramatycznie, gdyby młodzi trochę więcej wiedzieli o swoich reakcjach i potrzebach. O tym, że świat uczuciowy dojrzewających dziewcząt i chłopców jest diametralnie różny. Że rozpoczęcie współżycia, na które decyduje się dziewczyna, jest dla niej naprawdę dowodem miłości, gdy dla chłopca jest celem, do którego zmierza, dokładając wszelkich starań, i momentem, w którym z reguły kończy się jego zainteresowanie partnerką. Znajomość odrębności reakcji w tym wieku pozwoliłaby im względnie bezkolizyjnie przejść przez okres młodzieńczy – aż do chwili, gdy chłopiec zacznie dojrzewać uczuciowo, a dziewczyna rozkwitnie fizycznie, co wyrównuje ich szanse w miłości.

W życiu dziewcząt nastoletnich (od lat szesnastu do dziewiętnastu), podobnie jak u chłopców w tym wieku w stosunku do kobiet, zdarza się nierzadko nawiązanie kontaktu uczuciowego z mężczyzną znacznie starszym, trzydziesto-, czterdziestoletnim. Mężczyzna po czterdziestce jest w okresie wyraźnego spadku swoich fizycznych możliwości seksualnych, a równocześnie ma za sobą bogate doświadczenie w sprawach kobiet, ich psychiki, wymagań i fizycznych reakcji.

Partner taki idealnie pasuje do wyobrażeń o miłości dziewczyny kilkunastoletniej. Jest romantyczny, uważający, przynosi kwiaty, mówi wytworne komplementy, zaprasza do kina, teatru, na eleganckie dansingi, obdarza subtelnie dobranymi i licznymi prezentami. Umie mówić pięknie o miłości, ceni znaczenie muzyki, nastroju, otoczenia, a przede wszystkim nie rzuca się na partnerkę, zdążając najkrótszą drogą do stosunku, tylko uwodzi ją, pieszcząc, całując, ucząc tajemnic miłości, i zaczyna współżycie dopiero wtedy, gdy rozbudzona dziewczyna odczuwa potrzebę konkretniejszych przeżyć fizycznych. Daje on partnerce to wszystko, czego nie znajduje ona u swoich rówieśników, a czego podświadomie zwykle oczekuje.

Wydawałoby się, że jest to układ wręcz idealny, ale i tu istnieją zastrzeżenia. Mężczyzna znajduje się już w okresie spadku swoich możliwości seksualnych i spadek ten stopniowo będzie postępował. Dziewczyna natomiast, bezkolizyjnie wprowadzana w świat seksu przez doświadczonego partnera, rozwija się szybko i jej wymagania zaczynają rosnąć. Gdy w wieku lat trzydziestu stanie u szczytu swoich możliwości seksualnych, partner jej w zasadzie kończy swoje aktywne życie w tej dziedzinie, dobiegając sześćdziesiątki. Wobec powyższego, podobnie jak układ: młody chłopiec-dojrzała kobieta, układ: młoda dziewczyna-dojrzały mężczyzna jest nietrwały, ponieważ nie ma wspólnej przyszłości, ale jako pierwsza miłość, wprowadzająca w tajniki życia seksualnego młodą kobietę, jest układem dla niej raczej korzystnym.

Dziewczyna wychowana przez dojrzałego przyjaciela potrafi świadomie ustawić w dziedzinie seksu swego przyszłego małżonka i wie już, czego można i należy od niego wymagać. Układ: młoda dziewczyna i dojrzały mężczyzna ma jeszcze jedną przewagę nad analogicznym układem dotyczącym młodych chłopców i dojrzałych kobiet, a mianowicie w sytuacji chłopięcej partner jest prowadzony i podlega dyrektywom kobiety, a takie podporządkowanie nie bardzo podoba się dojrzewającym chłopcom, chyba że nie wyrośli jeszcze z tęsknoty do opieki macierzyńskiej.

W życiu kobiety – przeciwnie, jednym z ogromnie ważnych momentów towarzyszących miłości jest rozbudzenie wyobraźni i podziwu dla partnera. Powinien on imponować, być sławnym, popularnym aktorem, uczonym czy wielkim sportowcem, aby kobieta mogła go podziwiać i być z niego dumna. Młody chłopiec nie zawsze ma sprecyzowane plany życiowe i jest tylko rówieśnikiem; zwykle nie budzi podziwu ani szacunku. Mężczyzna ma te walory siłą rzeczy, ze względu na zajmowane stanowisko, sytuację materialną czy karierę życiową.





Antykoncepcja dla nastolatków

Jak pięknie, nowocześnie i beztrosko wygląda problem dziecka w Powrocie z gwiazd Lema w roku 2000, gdzie oprócz szkoły chowania dzieci wszystkie kobiety były zabezpieczone i nie było ciąż przypadkowych. Gdy spojrzymy na to zbiorowisko problemów, niedoświadczenia, głupoty i cierpienia, w jakim żyje współczesna młodzież, to serce boli.

Jestem przekonana, że aby zaprowadzić jakiś ład w tym chaosie, trzeba skończyć wreszcie z absurdalną nieświadomością dziewcząt, dotyczącą fizjologii ich własnego ciała. Przecież większość z nich nie wie nawet, w jaki sposób zaszła w ciążę. Bawią się dzieci zapałkami, po czym wpadają w panikę, kiedy dom się pali. Od czegoś trzeba zacząć! A od czego? Oczywiście od świadomego macierzyństwa, od wiedzy, dlaczego jest się w ciąży. Czym jest ciąża? I kiedy można na nią się zdecydować?

Pracując przez dwadzieścia pięć lat w Poradni Świadomego Macierzyństwa i zakładając wraz z kilkunastoma osobami Towarzystwo Świadomego Macierzyństwa, wierzyłam, że sprawa jest prosta i przy maksymalnym wysiłku z naszej strony da się ją załatwić w ciągu jednego pokolenia. W toku pracy zauważyłam, że im pacjentka jest młodsza i nie wykształciła jeszcze w sobie złych nawyków typowych dla dorosłych kobiet, czyli antykoncepcyjnego niechlujstwa, tym lepsze są efekty poradnictwa. Jakie więc nasuwają się wnioski? Najlepszym momentem do rozpoczęcia nauki antykoncepcji u dziewcząt jest okres dojrzewania, to znaczy dwunasty-trzynasty rok życia.

Gdy na uroczystościach trzydziestolecia powstania Towarzystwa Świadomego Macierzyństwa (obecnie Towarzystwo Rozwoju Rodziny) w większości referatów prelegenci biadali nad tym, że w Polsce już prawie co druga ciąża zostaje przerwana i że brak środków antykoncepcyjnych wiąże im ręce w tej dziedzinie, podsumowałam dyskusję, stwierdzając, że środki to rzecz nabyta – raz są, raz ich nie ma (oczywiście w Polsce). Najważniejsza jest jednak zmiana świadomości dziewcząt, które w okresie dojrzewania muszą nauczyć się analizować dokładnie własny cykl miesiączkowy przez codzienne mierzenie porannej ciepłoty ciała i sporządzanie wykresów swojej krzywej termicznej.

Taki brulion w kratkę, z wykresami, jak niegdyś pamiętnik, kobieta powinna prowadzić przez całe niemal życie. Pozwoli to zajrzeć we wnętrze własnego organizmu i zobaczyć, jak on funkcjonuje. Tego można nauczyć się od dzisiaj, w każdej chwili. Akcja taka stanowiłaby niewątpliwie mocną podbudowę do antykoncepcji w dalszym życiu.

Zachęcam rodziców i nauczycieli dojrzewających dziewcząt, aby spróbowali spopularyzować wśród nastolatek moje propozycje. Jak widać z dotychczasowych rozważań i cytowanych głosów dziewcząt, sprawa jest ogromnie ważna, dotyczy bowiem zdrowia, wychowania i ukształtowania obyczaju świadomej samokontroli.

Umiejętność samodzielnego rozpoznania przez dziewczynę procesów zachodzących w organizmie, związanych z dojrzewaniem i rozwojem kobiecości, pozwoli jej niewątpliwie wyjść z sytuacji nieodpowiedzialnego, zabłąkanego we mgle dziecka i stworzy skuteczną zaporę przed zbyt wczesną, ze wszech miar niepożądaną ciążą w wieku szkolnym.

Niestety, pomimo tylu lat istnienia antykoncepcji, ciągle zaczynamy pracę w tej dziedzinie jak gdyby od podstaw i byłabym szczęśliwa, gdyby tak szybko rozpowszechniła się i przyjęła moda na pomiar ciepłoty porannej, jak przyjęła się moda na chodzenie z chłopakami i nieświadome zachodzenie w ciążę w wieku trzynastu-czternastu lat.

Z rozlicznych rozmów z dziewczętami znajdującymi się w okresie dojrzewania dowiedziałam się, jak bardzo abstrakcyjne są dla nich pojęcia jajeczkowania czy ciąży. I rzecz zdumiewająca, bo przecież w nauce biologii, w podręcznikach klasy IV i VII dzieci uczą się o jajeczkowaniu, plemnikach i ciąży, i nawet mają dobre stopnie, a równocześnie w ogóle nie próbują przymierzyć tej wiedzy do siebie. Traktują naukę o człowieku i rozmnażaniu nieomalże jak naukę o kraterach na Księżycu, która nie ma nic wspólnego z ich dniem powszednim. Ileż razy przychodziły do mojego gabinetu nastolatki z wczesną ciążą, absolutnie zaskoczone i zdumione tym, że po jednym stosunku mogły zajść w ciążę!

Propozycja mierzenia ciepłoty porannej przez dziewczynki w okresie dojrzewania jest sprawą dość skomplikowaną, szczególnie jeśli informatorem ma być matka. Matka najczęściej bowiem sama nie umie robić tych pomiarów i ich nie robi (choć byłoby to dla niej też pożyteczne z wielu względów), a ponadto ciągle jeszcze rozmowy z dojrzewającą córką na temat: „stajesz się kobietą” są w rodzinach bardzo niepopularne. Widać to między innymi z wywiadów robionych wśród dziewcząt i ich odpowiedzi na pytanie: w ilu przypadkach matka uprzedziła i wyjaśniła sprawę miesiączki? Niestety, w bardzo niewielu.

Może propozycja rozpoczęcia rozmowy od pomiarów ciepłoty porannej stworzy łatwiejsze „wejście w temat”? Pomiary temperatury, wypisane w postaci krzywej w kratkowanym zeszycie, pokazują bowiem w sposób realny, jak dziewczynka staje się kobietą, kiedy pojawiają się w jej organizmie jajeczka, z których może powstać dziecko.

Czego uczy krzywa pomiarów ciepłoty porannej? Swobodna orientacja w odczytywaniu wskazań własnej krzywej ciepłoty porannej daje odpowiedź na wiele pytań gnębiących dziewczęta w okresie dojrzewania i później. Przede wszystkim wyraźnie ukazuje moment wyrzucenia jajeczka z jajnika do jajowodu i macicy. Dziewczyna, która zobaczy naocznie na wykresie moment rodzenia się jajeczka, być może łatwiej zrozumie możliwość zaistnienia ciąży, ponieważ dla każdej jasne jest, że kurczak rodzi się z jajka. Oczywiście pod warunkiem, że będzie na tyle uświadomiona, że nie ma kurczaka bez koguta, a dziecka bez plemników mężczyzny...

A oto kolejny pożytek z wykreślania krzywej: dziewczyna bardzo dokładnie, z prawdopodobieństwem ponad dziewięćdziesiąt procent, może stwierdzić, czy opóźnienie miesiączki jest wynikiem zmiany rytmu miesiączkowania, czy też oznacza początek ciąży. Ma to wielkie praktyczne znaczenie, ponieważ zdarza się, iż dziewczęta, lękając się ewentualnej ciąży i wszystkich związanych z nią przykrości, podejmują jakieś nieprzemyślane działania, jak zażywanie dużych dawek leków toksycznych czy skakanie z szafy, mające wywołać miesiączkę. Tymczasem dziewczyna oswojona z mierzeniem ciepłoty porannej i interpretacją powstających wykresów widzi jak na dłoni, co dzieje się w jej organizmie.

Krzywa pomiarów ciepłoty porannej pozwala określić w dużym przybliżeniu dni płodne i niepłodne. I jeśli dziewczyna jest na tyle dorosła i dojrzała uczuciowo, aby mogła rozpocząć współżycie seksualne z mężczyzną, wówczas może wybrać na te kontakty dni niepłodne – i w ten sposób uchronić się przed niepożądaną ciążą.

Jeżeli miesiączka spóźnia się w przypadkach, gdy odbywały się stosunki seksualne, zawsze trzeba się liczyć z możliwością ciąży. A wtedy wykres ciepłoty porannej daje nam wyraźną, niemal jednoznaczną odpowiedź, czy jest to tylko opóźnienie miesiączki, czy też ciąża. Test ten jest prawie tak samo precyzyjny, jak próba ciążowa. Przy czym próba ciążowa wypada pozytywnie w okresie od siedmiu do dziesięciu dni po terminie miesiączki, gdy tymczasem krzywa termiczna pokazuje to natychmiast!

Jak należy wykonywać i zapisywać pomiary? Dziewczynka powinna nastawić sobie budzik dziesięć minut wcześniej, niż normalnie wstaje do szkoły. Obudzona, włożyć do ust – między język a podniebienie, na okres dziesięciu minut – termometr znajdujący się w zasięgu ręki. Delikatnie! Aby przypadkiem nie zgnieść zębami końcówki termometru zawierającej rtęć, bo to trucizna! Wstawać z łóżka nie należy, ponieważ musi być to temperatura snu; tymczasem ruch – siusianie, jedzenie, chodzenie – zmienia dokładność pomiaru. Po dziesięciu minutach należy sprawdzić wskazanie termometru i zaznaczyć kropeczką na wykresie sporządzonym wcześniej w