Główna Bez ograniczeń. Jak rządzi nami mózg

Bez ograniczeń. Jak rządzi nami mózg

,
0 / 0
Jak bardzo podobała Ci się ta książka?
Jaka jest jakość pobranego pliku?
Pobierz książkę, aby ocenić jej jakość
Jaka jest jakość pobranych plików?
Kolejny tytuł z serii „Bez tajemnic”. Tym razem wybitny neurolog Jerzy Vetulani w przystępny, zabawny, a czasami kontrowersyjny sposób opowiada dziennikarce Marii Mazurek o tajemnicach skomplikowanego i wciąż nie do końca poznanego organu: ludzkiego mózgu. Podejmuje pytania, takie jak: jak pomaga nam w poruszaniu się w przestrzeni? Czemu mężczyźni nie są monogamistami, a kobiety szukają na ogół jednego partnera? Co dzieje się w mózgu seksoholików? Co się dzieje w naszym mózgu kiedy śpimy? Co rządzi naszymi działaniami? Emocje czy rozum? W jaki sposób narkotyki uzależniają? Czy marihuana ma właściwości lecznicze? PO co nam ból? Czy w mózgu znajdziemy kiedyś odpowiedź na pytanie, czy Bóg istnieje? Czemu tak lubimy jeść, a nawet się opychać? I po co nam właściwie mózg?
Wydawnictwo:
PWN
Język:
polish
Plik:
ZIP, 3,05 MB
Ściągnij (zip, 3,05 MB)

Możesz być zainteresowany Powered by Rec2Me

 

Najbardziej popularne frazy

 
0 comments
 

To post a review, please sign in or sign up
Możesz zostawić recenzję książki i podzielić się swoimi doświadczeniami. Inni czytelnicy będą zainteresowani Twoją opinią na temat przeczytanych książek. Niezależnie od tego, czy książka ci się podoba, czy nie, jeśli powiesz im szczerze i szczegółowo, ludzie będą mogli znaleźć dla siebie nowe książki, które ich zainteresują.
1

Potęga irracjonalności

Rok:
2009
Język:
polish
Plik:
RAR, 4,29 MB
0 / 0
Bez_ograniczen._Jak_rzadzi_nami_m?zg_-_Maria_Mazurek_Jerzy_Vetulani (1).pdf










SPIS	TREŚCI


Dedykacja


Na	wstępie	słów	kilka	o	mózgu


I				Nasz	wewnętrzny	GPS


II						O	wyższości	kobiet	nad	mężczyznami


III				Bóg	istnieje	w	naszym	mózgu


IV				Człowiek	z	plejstocenu	przynajmniej	nie	był	otyły


V				Sny:	kino	dla	wyobraźni


VI				Ból	–	rzecz,	której	nie	ma


VII				Tak	naprawdę	w	życiu	chodzi	o	seks


VIII				Fright,	Fight,	Flight


IX				Złośliwi	starcy


X				Czy	naprawdę	musimy	umrzeć


XI				Sztuka	czyni	nas	ludźmi


XII				Michał	Anioł	musiał	być	debilem


XIII				Narkotyki,	czyli	rzecz	wzięła	się	od	muchomora


XIV				Marihuana	–	bezpieczniejsza	od	fistaszków!


XV				W	hołdzie	zwierzętom	laboratoryjnym


Biogramy







W	hołdzie	zwierzętom	laboratoryjnym











Skończył	 pan	 chemię	 i	 biologię.	 Mógł	 pokierować	 swoją	 karierą	 na	 tysiące
różnych	sposobów.	A	zajął	się	pan	mózgiem.	Dlaczego?
Po	studiach	trafiłem	do	Instytutu	Farmakologii	Polskiej	Akademii	Nauk.	Szczerze	mówiąc	dlatego,	że


na	 Uniwersytecie	 Jagiellońskim	 nie	 było	 dla	 mnie	 miejsca.	 W	 Instytucie	 pracowaliśmy	 nad	 lekiem
przeciwmiażdżycowym.	 Badania	 nad	 mózgiem	 nie	 były	 wówczas	 żadnym	 priorytetem	 tej	 placówki.
Niejako	przy	okazji	wybudowaliśmy	prostą	maszynę	do	badania	odruchów	bezwarunkowych	u	zwierząt.
Zafascynowałem	się	tą	tematyką	tak	bardzo,	że	wkrótce	wiedziałem	już:	chcę	zajmować	się	właśnie	tym.
Najcudowniejszym	organem	w	całym	kosmosie.


Od	tego	czasu	minęło	prawie	60	lat,	a	o	mózgu	wciąż	wiemy	niewiele.
Niewiele,	 ale	 znacznie	 więcej	 niż	 wtedy.	 Neurobiologia	 jest	 jedną	 z	 najbardziej	 rozwojowych


dziedzin	 nauki,	 ale	 wątpię,	 że	 kiedykolwiek	 będziemy	 rozumieli,	 co	 naprawdę	 dzieje	 się	 w	 naszym
mózgu.	To	bardzo	skomplikowany	organ	przeżycia.	Trafnie	ujął	to	Jostein	Gaarder	w	książce	Świat	Zofii:
gdyby	 ludzki	mózg	 był	 tak	 prosty,	 że	moglibyśmy	 go	 zrozumieć,	wówczas	 bylibyśmy	 tak	 głupi,	 że	 nie
zrozumielibyśmy	go	i	tak.


Wtedy,	w	latach	głębokiego	PRL-; u,	naukowiec	miał	w	ogóle	co	robić?
Była	przepaść	między	tym,	co	działo	się	u	nas,	a	na	Zachodzie.	Przekonałem	się	o	tym,	wyjeżdżając	do


Włoch	 i	 do	 Stanów.	W	 Ameryce	 zresztą	 pewnie	 bym	 został,	 bo	 szło	 mi	 całkiem	 nieźle.	 Moja	 praca
wzbudzała	powszechną	uwagę.	Udało	mi	się	też	ściągnąć	do	Ameryki	żonę	i	synów.	Ale	po	trzech	latach
mojego	pobytu	za	granicą	umarła	moja	mama,	a	ojciec,	profesor	prawa	kanonicznego	–	zresztą	promotor
pracy	doktorskiej	Karola	Wojtyły	–	prosił,	bym	wrócił	do	kraju.	Mogłem	sprowadzić	go	wprawdzie	do
Ameryki	–	był	naukowcem	o	międzynarodowej	renomie,	na	pewno	znalazłaby	się	dla	niego	praca.	Ale
nie	znał	angielskiego,	bał	się	wyjazdu.	Zapytałem	swojej	żony,	Marysi,	co	robić.	Odpowiedziała:	rób	tak,
jak	uważasz,	ja	będę	tam,	gdzie	ty.	Po	pewnych	wahaniach	wróciłem	do	Polski.


Tu	również	udało	się	prowadzić	badania	o	międzynarodowym	zasięgu.
Miałem	trochę	szczęścia	i	wdzięczny	temat.


Kiedy	na	Ziemi	pojawił	się	mózg?
Wtedy,	kiedy	zaczęło	się	tu	bogate	życie	–	około	550	milionów	lat	temu.	Wówczas	żyły	tu	stworzenia


niezwykle	fascynujące.	I,	trzeba	powiedzieć,	ewolucja	mogła	potoczyć	się	zupełnie	inaczej.	Potencjał	był
ogromny,	ale	90	procent	gatunków	fauny	i	flory	wymarło.	Wiemy	z	badań	nad	skamieniałościami,	że	już
bardzo	 wczesne	 skorupiaki	 miały	 mózg.	 U	 strunowców,	 przodków	 kręgowców,	 nastąpiły	 takie
reduplikacje	 genów,	 że	 układ	 nerwowy	 kręgowców	 mógł	 bardzo	 szybko	 ewoluować.	 Mózgi	 naszych
przodków	 rozwijały	 się	 więc	 znacznie	 szybciej	 niż	 u	 takich	 stawonogów	 czy	 mięczaków.	 Mózgi
skorupiaków	praktycznie	nie	zmieniły	się	przez	ostatnie	pół	miliarda	lat.


A	nasze	bardzo.
Nasz	 daleki	 przodek,	 australopitek,	 który	 żył	 zaledwie	 półtora	 miliona	 lat	 temu	 –	 w	 porównaniu


z	 historią	 życia	 na	Ziemi	 to	 przecież	 chwila!	 –	miał	 czaszkę	 o	 objętości	 530	ml.	Homo	 habilis,	 który
pojawił	się	tuż	po	nim,	miał	już	czaszkę	o	objętości	sięgającej	do	800	ml	i	dzięki	temu	mógł	wytwarzać
narzędzia.	Homo	erectus,	 który	nauczył	 się	posługiwać	ogniem,	miał	 czaszkę	 jeszcze	 trochę	większą	–
o	objętości	od	750	do	1225	ml.	Następnie	pojawił	 się	neandertalczyk	ze	swoimi	wierzeniami	w	życie







pozagrobowe	i	 rytualnym	grzebaniem	zwłok	–	miał	czaszkę	większą	od	naszej,	o	objętości	około	1600
ml.	 Ale	 to	 człowiek	 współczesny,	 ze	 swoją	 czaszką	 o	 objętości	 1100–1400	 ml,	 wygrał	 walkę
o	dominację	nad	światem.	Ludzie	–	i	w	ogóle	ssaki	–	mają	bardzo	rozwiniętą	korę	przedczołową,	która
odpowiada	za	racjonalne	myślenie.	Czym	gatunek	bardziej	rozwinięty,	tym	funkcja	kory	większa,	a	układu
limbicznego,	odpowiedzialnego	za	emocje	–	mniejsza.


Wielkie	dinozaury	miały	ponoć	mózgi	wielkości	orzeszka.
Bez	 przesady.	 Raczej	 piłki	 tenisowej.	 Miały	 też	 wyjątkowo	 długie	 szyje.	 Dlatego,	 jak	 takiego


brontozaura	zaczęło	coś	gryźć	po	ogonie,	mijała	minuta,	nim	sygnał	trafił	do	mózgu,	a	potem	z	powrotem
do	ogona.	Zanim	zaczął	tym	ogonem	machać,	sprytny	mały	ssak	mógł	już	”uszczknąć”	jego	dużą	część	dla
siebie.	Dinozaury	są	zresztą	świetnym	przykładem	na	 to,	 jak	wąska	specjalizacja	sprawdza	się	dopóty,
dopóki	nie	 zmienia	 się	 świat.	Dinozaury	były	 znakomicie	przystosowane	do	panujących	za	 ich	 czasów
warunków.	Ogromne,	silne,	bezsprzecznie	opanowały	świat.	Byli	wśród	nich	znakomici	lotnicy	i	świetni
pływacy.	A	jednak	gdy	Ziemia	prawdopodobnie	zderzyła	się	z	jakąś	planetoidą,	której	pył	unosił	się	tu
przez	kilka	lat	w	powietrzu,	powodując	ochłodzenie	klimatu	i	ciemności,	dinozaury	wyginęły.	Ssaki	zaś
przetrwały.


Ostatecznie	w	wyniku	ewolucji	u	 ludzi	wykształcił	 się	mózg	mający	86	miliardów
komórek	nerwowych.
Tak,	 choć	 do	 niedawna	 sądziliśmy,	 że	 jest	 ich	 aż	 100	 miliardów	 i	 dodatkowo	 800	 miliardów


wspomagających	 je	 komórek	 glejowych.	 Rewolucji	 dokonała	 młoda	 brazylijska	 uczona	 –	 skądinąd
całkiem	atrakcyjna	 –	Suzana	Herculano-Houzel.	Opracowała	 nową	metodę	 liczenia	 neuronów	–	mózgi
różnych	zwierząt	 i	 człowieka	”miksowała”,	 robiąc	z	nich	 taką	 jednorodną	zupę	–	homogenat.	W	 takiej
zupie	komórki	są	rozbite,	a	przy	wirowaniu	ich	jądra	opadają	na	dno.	W	ten	sposób	można	je	stosunkowo
łatwo	policzyć.	Okazało	się,	że	mamy	mniej	neuronów,	niż	przypuszczaliśmy	–	”jedynie”	86	miliardów.
Komórek	glejowych	podobnie.


Komórek	glejowych?
To	obok	neuronów	drugi	 składnik	 tkanki	 nerwowej.	Komórki	 glejowe	odżywiają	 i	 chronią	 neurony,


w	mózgach	 ludzkich	 penetrując	 kilka	warstw	kory.	Ostatnie	 badania	wskazują,	 że	 ich	wpływ	na	 naszą
inteligencję	 jest	 całkiem	 spory.	 Być	 może	 nawet	 są	 istotą	 naszego	 człowieczeństwa.	 Bo	 gdy
przeszczepiono	ludzkie	komórki	glejowe	nowo	narodzonym	myszom,	okazało	się,	że	zwierzęta	uczą	się
znacznie	 szybciej.	Co	ciekawe,	badania	brazylijskiej	uczonej	wykazały	 również,	 że	większość	naszych
neuronów	znajduje	się	w	móżdżku,	a	nie	w	korze	mózgowej.	Odpowiednio	69	miliardów	i	16	miliardów.


Móżdżek	odpowiada	przecież	głównie	za	równowagę.	Potrzeba	nam	w	nim	aż	tylu
komórek	nerwowych?
Do	 niedawna	 rzeczywiście	 sądzono,	 że	 głównym	 zadaniem	 móżdżku	 jest	 utrzymanie	 naszej


równowagi.	Ale	tak	to	już	jest	z	nauką,	że	jej	prawdy	są	wciąż	odwracane	do	góry	nogami	przez	coraz	to
nowsze	 badania.	 Według	 tych	 aktualnych	 móżdżek	 pełni	 znacznie	 ważniejszą	 funkcję,	 niż	 mu
przypisywaliśmy.	Prawdopodobnie	wpływa	na	sprawność	procesów	psychicznych	–	czyli	 to,	że	szybko
pani	myśli,	pisze,	czyta.


Liczba	 naszych	 komórek	 nerwowych	 jest	 wielokrotnie	 wyższa	 niż	 u	 innych







ssaków?
Nie	 zawsze.	 Słonie,	 wieloryby	 i	 delfiny	 mają	 ich	 więcej.	 Inne	 ssaki	 –	 znacznie	 mniej.	 Koty	 mają


miliard	neuronów,	psy	–	mniej.	To	sugeruje,	że	bardziej	samodzielne	koty	są	również	inteligentniejsze	od
psów.	Ale	też	mózgi	ptaków	i	ssaków	osiągnęły	bardzo	wysoki	poziom	ewolucyjny	i	posiadają	miliony,
a	nawet	miliardy	neuronów	–	a	każdy	neuron	ma	tysiące	połączeń!	Ale	takie	bezkręgowce	mają	tylko	po
kilkanaście,	kilkadziesiąt	tysięcy	neuronów.


Czy	my,	 ludzie,	 będziemy	mieć	 tych	neuronów	w	przyszłości	 jeszcze	więcej?	Czy
nasz	mózg	będzie	coraz	sprawniejszy?	Czy	dalej	ewoluuje?
Niektórzy	 twierdzą,	 że	 nie	 –	 ewolucję	miała	 zatrzymać	 troska	 o	 głupsze,	 słabsze	 i	 chore	 jednostki.


Zaczęliśmy	 opiekować	 się	 każdym	 miejscowym	 głupkiem	 i	 umożliwiać	 mu	 reprodukcję.	 Osobiście
uważam,	 że	 taka	 postawa	 co	 najwyżej	 mogła	 przyhamować	 ewolucję,	 a	 nie	 całkowicie	 ją	 zatrzymać.
Lecz,	 co	 ciekawe,	 obecna	 ewolucja	 zmierza	 do	 tego,	 żeby	 nasza	 czaszka	 miała…	mniejszą	 objętość.
Rozwija	 się	 jednak	 jej	 część	 czołowa.	 To	 widać	 nawet	 na	 przestrzeni	 ostatnich	 stuleci.	Mamy	 coraz
węższą,	ale	dłuższą	czaszkę.	Wystarczy	porównać	nasz	wygląd	z	wyglądem	ludzi	żyjących	sto,	dwieście
lat	temu.	Widzimy	też,	że	wciąż	ewoluują	pewne	geny	–	przede	wszystkim	gen	microcephalin,	w	skrócie
MCPH1,	 a	 szczególnie	 jeden	 z	 jego	 wariantów	 –	 haplotyd	 D.	 Znacznie	 zwiększa	 on	 częstotliwość
występowania,	choć	nie	we	wszystkich	częściach	świata	po	równo.	Ewolucja	mózgu	jest	najwolniejsza
w	Afryce	Subsaharyjskiej,	a	najszybsza	–	w	Ameryce	Południowej.


Czyli	tam,	gdzie	geny	różnych	ras	się	mieszają…
…a	 ludzie	 muszą	 szybciej	 się	 adaptować.	 I	 to	 przynosi	 fantastyczne	 efekty.	 Najpiękniejsze	 kobiety


świata	–	to	widać	na	konkursach	miss	–	są	przecież	z	Brazylii,	Kolumbii,	Wenezueli.	Podobnie	triumfy
święci	znakomita	literatura	iberoamerykańska.	Nawet	papieża	mamy	teraz	z	Argentyny.


Dokąd	ta	ewolucja	będzie	zmierzać?
Być	może	kolejnym	skokiem	ludzkości	będzie	lepsze	wykorzystanie	neuronów	lustrzanych	–	czyli	tych


odpowiedzialnych	 za	 rozpoznawanie	 i	 współodczuwanie	 emocji	 innych	 ludzi.	 To	 może	 doprowadzić
kiedyś	do	zdolności	telepatii.	Będę	patrzył	na	pani	twarz	i	wiedział,	co	pani	myśli.	I	czy	pani	kłamie.


Mało	zachęcająca	perspektywa.
Ludzie	raczej	cenią	sobie	swoją	prywatność.


Ewolucja	nie	skończyła	się	też	u	innych	zwierząt.	Możliwe,	że	geny	jakiegoś	innego
gatunku	mogą	tak	mutować,	że	stanie	się	zagrożeniem	dla	ludzi?
To	nam	prawdopodobnie	nie	grozi,	przynajmniej	na	razie.	Ze	zbyt	mądrymi	zwierzętami	chyba	damy


sobie	radę.	Wydaje	mi	się,	że	to	raczej	pewne	ludzkie	rasy	–	dajmy	na	to,	orientalsi,	którzy	są	najbardziej
inteligentni	i	rozwijają	się	najszybciej	–	zaczną	dominować	nad	pozostałymi.


I	wtedy	może	wrócić	niewolnictwo?
Albo	jeszcze	gorzej.	Jak	w	Wehikule	czasu	Herberta	G.	Wellsa.	W	wizji	pisarza	w	przyszłości	żyją	na


Ziemi	dwa	gatunki	 ludzkie	–	szczęśliwi	 i	bezkonfliktowi	Elojowie,	którzy	prowadzą	spokojny,	dostatni
żywot,	 jedząc	owoce	 i	nie	 tocząc	ze	sobą	żadnych	wojen.	Oraz	wychodzący	na	powierzchnię	ziemi	po
zmroku	 obrzydliwi	 Morlokowie,	 potomkowie	 poniewieranych	 robotników.	 Ci	 drudzy	 żywią	 się







spokojnymi	Elojami.


Myśli	pan,	że	może	kiedyś	wrócić	kanibalizm?
Już	raz	ludzie	się	jedli.	Neandertalczyk	najpewniej	żywił	się	mięsem	homo	sapiens.	A	potem	my	ich


wytępiliśmy.	Niektórzy	z	nas	w	pewnych	okresach	również	byli	kanibalami.	Wszystko	jest	możliwe.	Albo
mutowanie	 genów	 w	 celu	 stworzenia	 superrasy,	 człowieka	 przystosowanego	 na	 przykład	 do	 podróży
w	 kosmosie	 –	 inna	 sprawa,	 że	 takie	 metody	 będą	 pewnie	 dostępne	 wyłącznie	 dla	 najbogatszych,	 co
jedynie	pogłębi	już	widoczne	różnice	między	biednymi	a	bogatymi.	Możliwości	naszego	mózgu	i	rozwój
nauki	otwierają	przed	nami	drzwi,	o	których	kilkadziesiąt	 lat	 temu	śniło	się	co	najwyżej	Stanisławowi
Lemowi.	Te	uważane	do	niedawna	za	abstrakcje	wizje	dziś	zdają	się	na	wyciągnięcie	ręki.	Już	teraz	na
przykład	 mamy	 świetnie	 rozwinięte	 neuroobrazowanie	 mózgu	 –	 czyli	 obserwowanie	 jego	 pracy
i	 budowy.	 Wkrótce	 na	 podstawie	 krótkiego	 badania	 będziemy	 mogli	 poznać	 charakter	 pacjenta
i	przewidzieć	jego	rozwój.	Mogłoby	się	na	przykład	okazać,	że	jakieś	miłe,	rezolutne	dziecko	z	dobrego
domu	w	ciągu	kilkunastu	lat	wyrośnie	na	groźnego	psychopatę.


Pytanie,	czy	rzeczywiście	tego	chcemy.
Chyba	nie.	Bo	co	by	pani	zrobiła	z	takim	dzieckiem?	Porzuciła	je,	zabiła,	próbowała	za	wszelką	cenę


lepiej	wychować,	wiedząc,	że	i	tak	spełznie	to	na	niczym?


Miałam	 na	 myśli	 wątpliwości,	 czy	 rzeczywiście	 chcemy	 dalszego	 rozwoju	 całej
inżynierii	 genetycznej,	 wysokich	 technologii,	 neurobiologii?	 Skoro	 rzeczywiście	 to
zmieni	świat,	a	sami	nie	wiemy	jeszcze,	w	jaki	sposób.
W	 ludziach	 jest	 chęć	 poznawania	 nowego,	 ale	 też	 naturalny	 lęk	 przed	 tym,	 co	 nieznane.	 Boimy	 się


przyszłości	 i	 zmian.	 Ale	 świata	 nie	 zatrzymamy.	 A	 jeśli	 nie	 będziemy	 potrafili	 się	 przystosować,
skończymy	jak	dinozaury.











Pan	wyglądał	 na	 dość	 podekscytowanego,	 kiedy	 okazało	 się,	 że	 Nagrodę	 Nobla
w	 dziedzinie	 fizjologii	 lub	 medycyny	 w	 2014	 roku	 dostali	 John	 O’Keefe	 i	 duńskie
małżeństwo	Moserów.
Bo	byłem.	Wciąż	jestem.


Co	 takiego	 ekscytującego	 jest	 w	 komórkach	 mózgowych	 odpowiedzialnych	 za
system	orientacji	w	przestrzeni,	za	których	odkrycie	tego	Nobla	dostali?
Wszystko,	 co	 dotyczy	 mózgu,	 jest	 ekscytujące.	 I	 jako	 neurobiologa	 cieszy	 mnie,	 kiedy	 docenia	 się


badania	związane	z	tą	dziedziną.	Tym	bardziej	że	byli	inni	faworyci	–	zresztą	znakomici	–	do	tej	nagrody,
za	prace	bardziej	związane	z	medycyną.	Agencja	Reutersa	przewidywała,	że	Nobla	dostaną	albo	David
Julius	 za	 wyjaśnienie	mechanizmów	 bólu,	 albo	 trzech	 naukowców	 za	 odkrycia	 dotyczące	 transkrypcji
genów	u	eukariontów,	albo	innych	trzech	naukowców	za	pracę	wprawdzie	dość	matematyczną,	ale	ważną,
bo	związaną	z	genetyką	pewnych	chorób.	A	tu	taka	niespodzianka.


Nobel	powędrował	w	końcu	do	O’Keefa,	Edvarda	Mosera	i	May-Britt	Moser.
W	zasadzie	 cztery	osoby	powinny	go	dostać,	bo	na	naszą	wewnętrzną	nawigację	 składają	 się	 różne


komórki.	Jedne	z	nich,	komórki	kierunku	głowy,	od	lat	osiemdziesiątych	intensywnie	badał	Amerykanin
Jeffrey	Taube.	Kłopot	w	tym,	że	Noblem	mogą	się	podzielić	maksymalnie	trzy	osoby.	Taube	został	więc
pominięty,	bo	w	grę	wchodziło	małżeństwo	i	niesprawiedliwością	by	było,	gdyby	Nobla	dostał	tylko	mąż
albo	tylko	żona.	Do	rozwodu	by	mogło	dojść.


A	 prawda	 jest	 pewnie	 taka,	 że	 albo	 mąż,	 albo	 żona	 byli	 w	 tych	 badaniach
aktywniejsi.
Niekoniecznie.	 Małżeństwa	 uczonych	 zazwyczaj	 bardzo	 dobrze	 ze	 sobą	 współpracują.	 Zwykle


pojawia	się	między	naukowcami	jakaś	rywalizacja,	ale	w	małżeństwach	zawsze	dominuje	świadomość,
że	 pracują	 na	 wspólne	 konto.	 Dlatego	 zupełnym	 bezsensem	 jest	 polski	 przepis,	 który	 zabrania
zatrudniania	 w	 jednym	 instytucie	 naukowym	 męża	 i	 żony.	 Wszyscy	 sprytnie	 to	 omijają,	 formalnie
zatrudniając	jednego	małżonka	w	innej	jednostce,	ale	realnie	–	w	tej	samej.


Na	system	komórek	odpowiedzialnych	za	poczucie	przestrzeni	składają	się	cztery
rodzaje	komórek:	miejsca,	kierunku	głowy,	siatki	i	ściany.	Skomplikowany	twór.
Dlatego	 odkryto	 go	 dopiero	 teraz.	 Choć	 już	 w	 starożytności	 epistemolodzy	 zastanawiali	 się,	 skąd


wiemy,	gdzie	się	znajdujemy.	Ale	tak	na	poważnie	zaczęto	zajmować	się	tym	w	XVIII	wieku.	Brytyjscy
empiryści	 –	 John	 Locke,	 George	 Berkeley	 i	 David	 Hume	 –	 twierdzili,	 że	 wiemy,	 gdzie	 jesteśmy,
wyłącznie	dzięki	zmysłom.	Widzimy,	co	dzieje	się	naokoło,	i	odpowiednio	do	tego	się	ustawiamy.


Ale	przecież	są	sytuacje,	w	których	nie	ma	żadnych	wyznaczników	miejsc,	a	i	tak
czujemy,	w	którym	kierunku	powinniśmy	się	poruszać.
Właśnie.	Na	pustyni	 na	 przykład.	Albo	kiedy	w	nocy	wstajemy	 i	 przy	 zgaszonym	 świetle	 potrafimy


trafić	do	drzwi	czy	do	kontaktu.	Przestrzeń,	w	której	się	poruszamy	–	dwuwymiarową	lub	trójwymiarową
–	 która	 ma	 swoją	 metrykę,	 nazywamy	 przestrzenią	 euklidesową.	 I	 teraz	 w	 tej	 przestrzeni	 występują
sygnały	metryczne:	jak	daleko	mamy	iść	i	w	którym	kierunku,	a	z	drugiej	strony	–	kontekstowe,	czyli	że
musimy	dojść	do	szafy,	do	drzewa,	do	skrzyżowania.	I	przecież	orientujemy	się	w	tej	przestrzeni	nie	tylko
za	pomocą	zmysłów.	Pierwszy	zauważył	 to	 Immanuel	Kant.	Twierdził,	że	empiryści	nie	mają	 racji.	On







uznał,	że	myślimy	kategoriami	–	na	przykład	czasu	 i	przestrzeni	–	niejako	wbudowanymi	w	nasz	mózg.
I	że	 te	kategorie	są	niezależne	od	aktualnej	rzeczywistości.	Tak	jak	w	przestrzeni	możemy	poruszać	się
w	określonych	kierunkach,	tak	dla	nas	czas	biegnie	tylko	w	jednym	kierunku.


Miał	Kant	dobrego	nosa,	choć	wtedy	nie	dało	się	tego	sprawdzić.
I	 dlatego	 ten	 spór	 pomiędzy	 nim	 a	 empirystami	mógłby	 sobie	 trwać	wiecznie	 i	 być	 sporem	 czysto


filozoficznym.	Za	to	jednak	lubię	neurobiologię	–	że	potrafi	czasem	odpowiedzieć	na	pytania,	które	mogły
nurtować	ludzkość	od	zarania	dziejów.	W	latach	trzydziestych	XX	wieku	zaczęto	badać,	jak	zwierzęta	się
zachowują	 na	 przykład	 w	 labiryncie,	 jak	 rozpoznają	 drogę,	 jak	 mogą	 przechodzić	 w	 poszczególne
miejsca.	 I	 wtedy	 Edward	 Tolman,	 amerykański	 psycholog,	 doszedł	 do	 wniosku,	 że	 gdy	 chodzimy,
poznajemy	dane	miejsce,	to	tworzymy	w	mózgu	taki	kognitywny	plan.	I	jak	taka	kognitywna	mapa	już	raz
zostanie	umieszczona	w	naszym	mózgu,	to	potem	poruszamy	się	po	tym	mózgowym	planie.


Ale	 Tolman	 nie	 odpowiedział	 na	 pytanie,	 co	 dzieje	 się	 wewnątrz	 mózgu,	 kiedy
tworzymy	sobie	tę	kognitywną	mapę?
Nie.	 I	na	 tę	odpowiedź	 trzeba	było	czekać	dość	długo.	Początki	długoletniego	procesu	badania	 tego


zjawiska	 w	 mózgu	 to	 lata	 sześćdziesiąte	 XX	 wieku,	 kiedy	 wymyślono	 bardzo	 interesującą	 metodę
badania	 aktywności	 poszczególnych	 komórek	 nerwowych	 mózgu.	 Do	 mózgu,	 na	 ogół	 szczurów,
wprowadzało	 się	 bardzo	 cieniutką	 elektrodę	 –	 albo	 szklaną	 rurkę	wypełnioną	 płynem	 przewodzącym,
albo	drucik	–	która	rejestrowała	potencjały	pojedynczego	neuronu.	Komórki	nerwowe	bowiem	nigdy	nie
są	bezczynne,	one	przez	cały	czas	–	jak	ja	mówię	–	iskrzą.	I	to	ich	iskrzenie	można	było	rejestrować	na
dwa	sposoby	–	albo	za	pomocą	oscylografu	podłączonego	do	aparatury	zapisującej	pracę	neuronów,	na
ogół	na	biegnącym	papierze,	jak	do	dzisiaj	czasem	robi	się	przy	EKG,	albo	podłączając	te	elektrody	do
głośnika.	Bo	neurony	są	dość	głośne,	więc	kiedy	uczeni	usłyszeli	”grrrr”,	to	było	wiadomo,	że	znajdują
się	w	środku	komórki	nerwowej.


Dziwna	metoda.
W	latach	sześćdziesiątych	bardzo	popularna,	dużo	osób	się	w	to	bawiło.	Bawił	się	między	innymi	nasz


późniejszy	noblista,	O’Keefe.	Akurat	zajął	się	badaniem	neuronów	w	formacji	hipokampa,	który	swoją
drogą	jest	fascynującą	częścią	mózgu.


To	hipokamp	odpowiada	za	zamienianie	pamięci	krótkotrwałej	w	długotrwałą?
Między	innymi.	Również	za	pamięć	przestrzenną.	Usunięcie	hipokampa	–	co	czasami	się	zdarzało,	na


przykład	 przy	 epilepsji,	 której	 nie	 dało	 się	 wyleczyć	 w	 inny	 sposób,	 niż	 grzebiąc	 narzędziami
chirurgicznymi	 w	 mózgu	 –	 powodowało	 utratę	 zapamiętywania.	 Pacjent	 wprawdzie	 pamiętał	 to,	 co
wydarzyło	się	przed	operacją,	ale	zatracał	zdolność	do	zapamiętywania	nowych	rzeczy.	Hipokamp	jest
tak	zaangażowany	w	budowanie	nowych	szlaków	pamięciowych,	że	to	odbija	się	nawet	na	jego	budowie.
Bo	jeśli	go	ćwiczymy,	uczymy	się	nowych	rzeczy,	 intensywnie	pracujemy,	 tworzą	się	 tam	nowe	gałęzie
nerwowe	 i	 w	 konsekwencji	 hipokamp	 może	 się	 powiększać.	 To	 jedyny	 narząd	 w	 ciele	 człowieka,
w	którym	powstają	nowe	komórki	nerwowe.	Jak	ptaki	śpiewające	–	kanarki	czy	zięby	–	przed	nowym
sezonem	 lęgowym	 uczą	 się	 na	 pamięć	 pieśni	 godowych,	 to	 ich	 hipokampy	 znacznie	 się	 powiększają.
A	 jak	 samiczka	zdobyta,	gniazdo	założone,	męczyć	 się	 już	nie	 trzeba	 i	ptaszek	przestaje	 śpiewać,	 jego
hipokamp	maleje.	Do	kolejnego	sezonu	lęgowego,	gdy	znów	muszą	postarać	się	o	samiczkę.	Zazwyczaj
nawet	o	tę	samą.







A	 czy	 możemy	 rozwijać	 też	 funkcje	 przestrzenne	 hipokampa?	 Kiedyś	 miałam
naprawdę	 fatalną	orientację	w	 terenie,	ale	odkąd	 jeżdżę	 samochodem,	widzę	dużą
poprawę.
Pewnie	 rzeczywiście	 wyćwiczyła	 pani	 swój	 hipokamp.	 Tak	 samo	 można	 usprawnić	 jego	 funkcje,


grając	w	 różne	 gry	 komputerowe,	w	 których	 są	 na	 przykład	 labirynty.	To	 potwierdziły	 badania	wśród
taksówkarzy	 londyńskich,	 w	 których	 brał	 udział	 uczony	 polskiego	 pochodzenia,	 Richard	 Frąckowiak.
Okazało	 się,	 że	 tylna	część	hipokampa	u	 taksówkarzy	ulega	powiększeniu.	Mają	 ten	organ	większy	niż
przeciętni	londyńczycy.


Może	z	natury	ich	hipokampy	są	większe,	więc	wybierają	taki	zawód?
Nie,	bo	wielkość	hipokampa	zależy	od	stażu	na	taksówce	–	im	dłużej	facet	pracuje	jako	taksówkarz,


tym	ta	część	mózgu	jest	większa.	Poza	tym	zrobiono	badania	również	wśród	podobnej	grupy	zawodowej
z	Londynu	–	na	kierowcach	autobusów.	I	okazało	się,	że	u	nich	hipokamp	nie	jest	tak	duży.	Czemu?


Bo	kierowca	autobusu	jeździ	określonymi	trasami.
Właśnie.	 I	 przez	 to	 nie	 musi	 sobie	 tworzyć	 nowych	 map	 kognitywnych.	 Więc	 bez	 dwóch	 zdań


hipokamp	wiąże	się	też	z	pamięcią	przestrzenną.


U	kobiet	hipokamp	jest	mniejszy?
O	 dziwo	 jest	 większy	 niż	 u	 mężczyzn,	 choć	 orientacja	 przestrzenna	 nie	 jest	 mocną	 stroną	 kobiet.


Zazwyczaj	rzeczywiście	u	mężczyzn	jest	ona	bardziej	rozwinięta.


Powracając	 do	 O’Keefe’a:	 co	 takiego	 niesamowitego	 odkrył	 w	 hipokampie
szczurów?
Komórki	 miejsca.	 I	 to	 właściwie	 przez	 przypadek.	 Badając	 elektrodami	 struktury	 hipokampa,	 ku


swojemu	 zaskoczeniu	 zauważył,	 że	 są	 tam	 pewne	 komórki,	 które	 iskrzą	 tylko	 wówczas,	 gdy	 zwierzę
znajduje	 się	 w	 określonej	 części	 klatki.	 Jak	 szczur	 przechodzi	 w	 inne	 miejsce	 klatki,	 iskrzą	 już	 inne
komórki.	I	tak	dalej.	Nad	tymi	komórkami	miejsca	dość	dużo	pracowano,	stwierdzono	na	przykład,	że	one
nie	 potrzebują	 światła,	 a	 więc	 są	 w	 zasadzie	 niezależne	 od	 bodźców	 wzrokowych,	 choć	 te	 bodźce
wzrokowe	w	pewnym	stopniu	mogą	im	pomagać.


Tylko	 że	 same	 komórki	 miejsca	 jedynie	 „wchodzą	 w	 skład”	 naszego
wewnętrznego	GPS-u?
No	właśnie.	Kolejne	 komórki,	 komórki	 kierunku	 głowy,	 zostały	 odkryte	w	 1984	 roku	 przez	 Jamesa


Rancka,	a	potem	dokładnie	zbadane	przez	Taube’a,	który	musiał	się	wkurzyć	lub	zasmucić,	że	ominął	go
Nobel.	Te	komórki	iskrzą	tylko	wtedy,	gdy	spoglądamy	na	konkretny	obiekt.	Ciekawe,	że	jak	wchodzimy
do	 jakiegoś	 pomieszczenia,	 natychmiast	 wybieramy	 w	 nim	 jeden,	 dwa,	 trzy	 obiekty	 orientacyjne.
Powiedzmy,	kanapę	i	stół.	I	teraz	te	komórki	aktywują	się,	jak	kierujemy	głowę	w	ich	stronę.


Pewnie	dlatego	tak	odświeża	nas	przemeblowanie,	zmiana	układu	pokoju?
Odświeża,	 ale	 najpierw	 powoduje	 konfuzję,	 bo	 coś,	 co	 było	 naszym	 punktem	 orientacyjnym,	 nagle


znajduje	 się	 w	 innym	 miejscu.	 W	 struktury	 naszego	 wewnętrznego	 GPS-u	 wchodzą	 również	 komórki
siatki.	Te	właśnie	odkryło	małżeństwo	Moserów.	Mieli	oni	podejrzenie,	że	nasza	orientacja	przestrzenna
nie	 zależy	 jedynie	 od	 formacji	 hipokampa,	 bo	 zauważyli	 upośledzenie	 jej	 przez	 uszkodzenie	 kory







śródwęchowej.	 W	 wyniku	 dalszych	 badań	 okazało	 się,	 że	 w	 korze	 śródwęchowej	 są	 komórki,	 które
podobnie	 jak	 komórki	 miejsca	 aktywują	 się	 u	 szczurów,	 gdy	 zwierzęta	 znajdują	 się	 w	 określonych
miejscach	klatki.	 Jednak	dana	komórka	nie	 iskrzyła	 tylko	w	 jednym	miejscu	klatki,	 ale	w	wielu.	Mało
tego	–	te	punkty	są	równomierne	i	tworzą	coś	na	kształt	plastra	miodu.	Nazwano	je	komórkami	siatki.


Istnieją	jeszcze	komórki	ściany.
Są	aktywowane	u	szczurów	w	pewnej	odległości	od	ściany	klatki.	Podobnie	jest	z	ludźmi.	Tworzymy


sobie	mentalny	plan	każdego	pomieszczenia,	w	którym	się	znajdujemy.	Taki	system	kartograficzny.


Jak	duży	obszar	taki	plan	zawiera?	Pokój,	w	którym	siedzimy,	mieszkanie?
Pokój.	 Jak	 wyjdzie	 pani	 na	 zewnątrz,	 stworzy	 sobie	 pani	 nowy	 plan	 kartograficzny,	 który	 pewnie


będzie	obejmował	to,	co	widzi	pani	na	horyzoncie,	granicę	tej	przestrzeni.	Komórki	ściany	znajdują	się
również	w	hipokampie.	I	z	tym	zestawem	komórek	możemy	już	śmiało	iść	przez	świat.


Mówi	 się,	 że	 nawet	 jak	 ktoś	 jest	 pijany	 i	 nie	 ma	 z	 nim	 kontaktu,	 za	 pomocą
wewnętrznego	GPS-u	trafi	do	domu,	tylko	później	najwyżej	nie	będzie	pamiętał,	jak
mu	się	to	udało.
Akurat	alkohol	zaburza	działanie	komórek	odpowiedzialnych	za	orientację	przestrzenną.	Pamiętam,	jak


na	krakowskim	Kazimierzu	dwóch	pijanych	senatorów	z	Warszawy	kłóciło	się	ze	mną,	że	na	rynek	idzie
się	w	kierunku	Wisły.	Co	za	bzdura.	Czasem,	jak	drogę	znamy	już	bardzo	dobrze,	nasz	wewnętrzny	GPS
rzeczywiście	 może	 nas	 ocalić	 od	 niepożądanych	 skutków	 pijaństwa.	 Taki	 pijak	 z	 Kazimierza	 zawsze
jakoś	wróci	do	domu.


Czy	coś	jeszcze,	oprócz	alkoholu,	może	zaburzać	działanie	tych	komórek?
Szczególnie	 komórki	 kierunku	 głowy	 są	 powiązane	 z	 błędnikiem,	 więc	 jeśli	 mamy	 problem	 z	 nim


i	 z	 równowagą,	możemy	mieć	 też	 kłopot	 z	 ocenieniem	kierunku	 i	 szybkości,	 z	 jaką	 się	 poruszamy.	Na
przykład	na	karuzeli	błędnik	wariuje.


Kiedyś	zjeżdżałam	na	nartach	z	góry,	która	była	zupełnie	przykryta	chmurą,	 tak
że	ta	chmura	stapiała	się	ze	śniegiem	i	nie	było	widać	granicy	między	nimi.	Wszystko
było	 białe,	 żadnych	 punktów	 odniesienia.	 Zaczęło	 mi	 się	 kręcić	 w	 głowie,	 nie
wiedziałam,	gdzie	jest	lewo,	gdzie	prawo,	dostałam	mdłości	i	omal	nie	zemdlałam.	Co
to	było?
Nie	 było	 punktów	 odniesienia,	więc	 pani	 komórki	 kierunku	 głowy	 zwariowały.	Widocznie	ma	 pani


stosunkowo	wrażliwy	błędnik.


W	 jakim	wieku	 komórki	 odpowiedzialne	 za	 orientację	 przestrzenną	 dobrze	 nam
działają?	U	dzieci	dwu-,	trzy-,	dziesięcioletnich?
Dziecko	musi	być	chodzące,	by	dobrze	odnajdowało	się	w	swoim	pokoju.	Wewnętrzny	GPS	nie	działa


sprawnie	u	dzieci,	dlatego	 tak	 łatwo	się	gubią.	Natomiast	 jak	 już	się	zgubią,	wskazówką	dla	 rodziców
może	być,	 że	nigdy	nie	 idą	w	kierunku	 słońca.	Czyli	 jeśli	 zgubi	 nam	 się	 dziecko	nad	polskim	morzem
w	godzinach	porannych,	musimy	szukać	go,	idąc	brzegiem	morza	w	kierunku	Szczecina.	Zresztą	mądrzej
problem	gubienia	się	małych	istot	został	rozwiązany	w	świecie	niektórych	zwierząt.	Jak	taki	mały	jelonek
straci	 z	 oczu	 mamusię,	 to	 po	 prostu	 stoi,	 gdzie	 stał,	 i	 cierpliwie	 czeka.	 Bo	 czym	 jest	 gubienie	 się?







Gubienie	się	zaczyna,	jak	dwie	osoby	idą	w	różne	strony,	szukając	się	nawzajem.


Czyli	inne	zwierzęta,	oprócz	ludzi,	również	mają	swój	wewnętrzny	GPS?
Oczywiście,	 przecież	 odkryto	 go	 podczas	 badania	 szczurów.	Nie	 inaczej	 jest	 z	 innymi	 zwierzętami.


Pamiętajmy,	 ile	 tysięcy	 kilometrów	muszą	 przefrunąć	 ptaki!	Albo	 zwierzęta	wędrujące	 przez	 pustynię.
Lub	ryby	–	takie	łososie	płyną	na	czas	rozrodu	bardzo	daleko,	z	morza	do	rzek.	Zwierzęta	muszą	zatem
mieć	swoją	wewnętrzną	nawigację,	a	niektóre	z	nich	–	nawet	wspomaganą	przez	wewnętrzny	kompas.


Wewnętrzny	kompas?
Komórki	 geomagnetyczne,	 które	 reagują	 na	 pole	 magnetyczne	 Ziemi.	 Odkryto	 je	 na	 przykład


u	 niektórych	 ryb	 i	 ptaków.	Możemy	 podejrzewać,	 że	 coś	 na	 rzeczy	 jest	 również	 z	 psami,	 bo	 badania
wykazały,	że	robią	one	kupę,	ustawiając	się	na	osi	północ–południe.


Szkoda,	że	ludzie	nie	są	wrażliwi	na	pole	magnetyczne	Ziemi.
Wydaje	 się,	 że	 niektórzy	 są.	 Na	 przykład	 w	 latach	 sześćdziesiątych	 XX	 wieku	 dużo	 mówiło	 się


o	człowieku,	który	zawsze	wiedział,	gdzie	jest	północ,	a	gdzie	południe.	Tracił	jednak	tę	zdolność,	będąc
pod	ziemią.	Nie	można	też	zaprzeczyć	–	choć	nie	ma	na	to	żadnego	naukowego	wyjaśnienia	–	że	niektórzy
potrafią	 wskazać,	 gdzie	 kopać	 studnię.	 Jak	 ktoś	 chce	 sobie	 wykopać	 studnię	 na	 wsi,	 to	 rzeczywiście
przydaje	się	sprowadzić	taką	osobę.	Mojemu	kuzynowi	taki	człowiek	wskazał	odpowiednie	miejsce.


Większość	naukowców	uważałaby	to	za	bzdurę.
Akupunkturę	medycyna	 zachodnia	 również	 długo	 uważała	 za	 bzdurę,	 dopóki	 nie	 okazało	 się,	 że	 nie


działa	u	ludzi,	u	których	zablokowane	jest	działanie	morfiny.	Wtedy	dopiero	nauka	zaczęła	przypatrywać
się	 akupunkturze	 i	 okazało	 się,	 że	 rzeczywiście	 ma	 ona	 działanie	 podobne	 do	 morfiny	 –	 rozluźnia,
odpręża,	rozwesela.	Tyle	że	oczywiście	nie	przez	przepływy	energii,	jak	utrzymują	chińscy	medycy,	ale
przez	to,	że	drażni	się	nerwy	odpowiedzialne	za	uwalnianie	endorfin.


Rozumiem,	 że	 odkrycie	 komórek	 odpowiedzialnych	 za	 orientację	 w	 przestrzeni
wyjaśnia	 pewien	 filozoficzny	 spór	 ciągnący	 się	 od	 wieków,	 ale	 czy	 rzeczywiście
zasługuje	na	Nobla?	Wciąż	nie	mamy	leku	na	raka	i	wiele	innych	chorób,	a	badania
nad	komórkami	odpowiadającymi	za	postrzeganie	przestrzeni	chyba	nie	przełożą	się
na	żadne	praktyczne	zastosowanie?
Może	jeszcze	nie	teraz.	Ale	jedyna	informacja,	która	nie	będzie	wykorzystana	w	nauce,	to	informacja


niedostarczona.	 Trzeba	 sobie	 stawiać	 takie	 pytania	 i	 starać	 się	 na	 nie	 odpowiedzieć.	 Nie	wiemy,	 czy
w	 przyszłych	 latach	 nie	 przyda	 nam	 się	 ta	 wiedza	 na	 przykład	w	 leczeniu	 choroby	Alzheimera,	 która
zaczyna	 się	 przecież	 zaburzeniami	 w	 orientacji	 przestrzennej,	 tym,	 że	 nie	 potrafimy	 trafić	 do	 swoich
domów.	 A	 zrozumienie	 mechanizmu	 wewnętrznego	 GPS-u	 może	 w	 walce	 z	 tą	 chorobą	 okazać	 się
przełomowe.	Poza	tym	wie	pani,	jak	to	w	życiu	jest.	Warto	po	prostu	wiedzieć.











Arystoteles	 twierdził,	 że	 kobieta	 to	 mężczyzna,	 który	 zatrzymał	 się	 w	 rozwoju.
A	pan	twierdzi,	że…
…że	jest	wręcz	przeciwnie.


Bo	jesteśmy	mądrzejsze?
Nie	 jesteście	 ani	mądrzejsze,	 ani	 głupsze.	Ale	 zasadniczy	 plan	 budowy	 ciała	 ludzkiego	 jest	 planem


kobiecym,	a	mózg	w	oryginalnej	budowie	jest	mózgiem	żeńskim	–	bo	każdy	z	nas	ma	przecież	chromosom
X,	a	więc	kobiecy.	Poza	tym	kobiety	są	ważniejsze	z	punktu	widzenia	przetrwania	gatunku.	Jak	zginie	80
procent	 mężczyzn	 z	 grupy,	 to	 pozostałe	 20	 procent	 będzie	 w	 stanie	 zapłodnić	 wszystkie	 samice,	 tym
bardziej	że	mężczyźni	do	monogamistów	raczej	nie	należą,	a	im	więcej	samic	zapłodnią	–	tym	bardziej	są
z	siebie	dumni.	Natomiast	utrata	już	jednej	samicy	oznacza	dla	stada	spore	straty.


Ale	mózgi	większe	mają	mężczyźni.
Statystycznie	tak,	choć	u	kobiet	jest	większe	”umózgowienie”,	czyli	wyższy	stosunek	masy	mózgu	do


masy	ciała.	To	jednak,	jak	wykazały	badania,	o	niczym	nie	świadczy,	bo	nasza	inteligencja	jest	zależna	od
masy	bezwzględnej	tego	organu.	Ja	osobiście	mam	małą	głowę	i	zawsze	wszystkie	czapki	są	na	mnie	za
duże.	Może	jestem	idiotą?	Ale	te	mniejsze	kobiece	mózgi	bilansuje	między	innymi	to,	że	macie	bardziej
rozwinięte	 obszary	 kory	 odpowiedzialne	 za	 rozumowanie.	 Te	 oczywiste	 różnice	 w	 budowie	 mózgu
męskiego	 i	 damskiego	 do	 dziś	 nie	 podobają	 się	 feministkom,	 które	 ludzi	 je	 głoszących	 wyzywają	 od
”neuroseksistów”.


Obraźliwie?
Z	 założenia	 tak,	 ale	 ja	 tam	 się	 nie	 wstydzę,	 że	 jestem	 neuroseksistą.	 Trudno	 przecież	 tych	 różnic


w	 budowie	 i	 funkcjonowaniu	mózgów	nie	 zauważać.	 To	 są	 różnice	 anatomiczne,	 ale	 też	 funkcjonalne,
wynikające	 z	 różnych	 ról	 społecznych,	 które	 odgrywali	 nasi	 przodkowie.	 Już	 wśród	 prymitywnych
jaskiniowców	 mężczyźni	 zajmowali	 się	 głównie	 chodzeniem	 na	 polowanie,	 a	 kobiety	 –	 rodzeniem
i	wychowywaniem	dzieci,	utrzymywaniem	porządku	w	tej	jaskini,	ewentualnie	jakimś	zbieractwem.	Stąd
mężczyźni	mają	lepszą	orientację	przestrzenną,	są	silniejsi,	bardziej	agresywni,	skłonni	do	ryzykownych
zachowań.	Na	to	ryzyko	mogą	sobie	zresztą	pozwolić,	bo	jak	taki	samiec	do	jaskini	nie	wróci,	to	w	sumie
niewielka	strata.	Każda	kobieta,	nawet	mało	atrakcyjna,	i	tak	znajdzie	sobie	co	najmniej	sześciu	chętnych
do	jej	zapłodnienia	samców.	Bo	mężczyźni,	w	przeciwieństwie	do	kobiet,	lecą	na	ilość,	a	nie	na	jakość.
Kobiety	 zaś	 wybrzydzają,	 marudzą	 i	 szukają	 kochanka	 idealnego	 na	 całe	 życie	 –	 bo	 w	 swoją	 ciążę
i	poród	tyle	inwestują,	że	muszą	się	dobrze	zastanowić,	czyje	geny	przekazać	potomstwu.


Kobiety	są	też	troskliwsze,	bo	musiały	opiekować	się	potomstwem?
Tak.	A	do	tego	przede	wszystkim	bardziej	rozwinęły	się	u	nich	zdolności	komunikacji.	Bo	zbierając


jagody,	rozmawiały	ze	sobą,	dowiadywały	się,	czy	oby	na	pewno	te	owoce	nie	są	trujące.	Mówiły	też	do
swoich	dzieci.	Stąd	do	dzisiaj	kobiety	mają	większe	zdolności	werbalne.	Mężczyźni	potrafią	godzinami
siedzieć	 przy	 piwie	 i	 nie	 odezwać	 się	 do	 siebie	 słowem,	 a	 jeśli	w	milczeniu	 siedzą	 dwie	 kobiety,	 to
znaczy,	 że	albo	coś	 jest	między	nimi	nie	 tak,	 albo	ewentualnie	co	najmniej	 jedna	z	nich	 jest	niemową.
Statystyczny	mężczyzna	wypowiada	około	sześciu	tysięcy	słów	na	dobę,	a	kobieta	–	dwadzieścia	tysięcy.
Sądzę	 nawet,	 że	 mężczyźni	 potrafią	 mówić	 tylko	 dlatego,	 że	 są	 wychowywani	 przez	 matki.	 To,	 że
mężczyźni	 rzekomo	 nie	 odróżniają	 kolorów,	 to	 bzdura	 –	 w	 tym	 wypadku	 również	 chodzi	 o	 mniejsze
zdolności	 werbalne.	 Dopóki	 któryś	 samiec	 nie	 jest	 daltonistą,	 odróżni	 stojący	 obok	 siebie	 przedmiot







w	 kolorze	morelowym	 od	 tego	 łososiowego.	 Tylko	 że	 nie	 będzie	 potrafił	 tych	 kolorów	 odpowiednio
nazwać.	Dla	mężczyzn	wszystko	między	seledynem	a	granatem	jest	po	prostu	niebieskie.


Ponoć	również	przez	zdolności	werbalne	mamy	większą	intuicję?
Prawda.	Bo	co	to	jest	intuicja,	ten	przebłysk,	że	”skądś	coś	wiemy,	ale	nie	wiemy	skąd”?	Intuicja	to


nagły	 proces	 myślowy,	 wykorzystujący	 informacje	 zawarte	 w	 zakamarkach	 naszej	 pamięci,	 których
istnienia	 sobie	 nawet	 nie	 uświadamiamy.	 A	 kobiety	 tych	 nagromadzonych,	 z	 pozoru	 niepotrzebnych
informacji	 w	 zakamarkach	 swojego	 mózgu	 mają	 znacznie	 więcej.	 Bo	 cały	 czas	 plotkują,	 wysłuchują
jakichś	informacji	o	ciotkach	przyjaciółek	swoich	przyjaciółek.	Mężczyźni	uważają	takie	wiadomości	za
zupełnie	nieistotne,	ale	rzeczywiście	mają	one	wpływ	na	to,	czy	możemy	poszczycić	się	dobrą	intuicją.


Dziewczynki	też	szybciej	dojrzewają.
Oczywiście.	12-latka	to	młoda	kobietka,	a	12-latek	–	szczyl.	Dlatego	uważam,	że	koedukacyjne	klasy


nie	 mają	 większego	 sensu.	 Bo	 w	 systemie	 koedukacyjnym	 ocena	 musi	 być	 równa,	 a	 przecież	 jest
udowodnione,	 że	 dziewczynki	 szybciej	 uczą	 się	 pisać,	 czytać.	 Dziewczynki	 dziewięcioletnie	 piszą	 na
przykład	 na	 tym	 poziomie,	 na	 którym	 13-letni	 chłopcy.	 Ci	 drudzy	 wypadają	 więc	 przy	 koleżankach
w	szkole	słabo,	a	potem	wyrastają	na	takich	macho,	którzy	agresją	wobec	kobiet	próbują	przykryć	swoje
kompleksy.


W	czym	jeszcze	się	różnimy?
Kobiety	 wolniej	 się	 starzeją.	 U	 mężczyzn	 w	 okresie	 między	 65	 a	 95	 rokiem	 życia	 ginie	 około	 30


procent	 neuronów	 z	 kory	 skroniowej.	 U	 kobiet	 –	 zaledwie	 jeden	 procent.	 Tę	 sprawność	 intelektualną
doskonale	 widać	 na	 uniwersytetach	 trzeciego	 wieku,	 gdzie	 panie	 stanowią	 zdecydowaną	 większość
publiczności.	 Z	 tym	 związana	 jest	 też	 tzw.	 hipoteza	 babć.	 Że	 kobiety	 wolniej	 się	 starzeją,	 bo	 oprócz
oczywistej	roli	rodzenia	i	wychowania	dzieci	ewolucja	nadała	im	kolejną	–	opiekę	nad	wnukami.	Wielu
naukowców	uważa,	 że	 kobiety	właśnie	 dlatego	 dłużej	 zachowują	 sprawność	 intelektualną	 i	 społeczną.
Tego	nie	ma	wśród	zwierząt.	U	innych	gatunków	w	momencie	ustania	zdolności	reprodukcyjnej	samice
nie	są	już	potrzebne	i	mogą	sobie	spokojnie	umierać.


Dorosły	 mężczyzna	 i	 dorosła	 kobieta	 mają	 jednak	 taką	 samą	 sprawność
intelektualną?
Różną,	bo	mężczyźni	na	ogół	lepiej	poradzą	sobie	z	zagadnieniami	z	matematyki,	z	geometrii,	z	fizyki.


Kobiety	zaś	z	zadaniami	związanymi	z	kwestiami	werbalnymi.	Ale	sprowadza	się	to	do	tego,	że	w	testach
na	IQ	wypadamy	podobnie.	Choć	jak	w	XIX	wieku	którejś	z	akademii	nauk	zaproponowano	kandydaturę
kobiety	matematyczki,	 to	prezes	zapytał:	 jeśli	 teraz	przyjmiemy	do	akademii	kobietę,	 to	na	jakiej	żywej
istocie	się	zatrzymamy?


Dlaczego	feministki	tak	denerwuje	to,	że	nasze	mózgi	się	różnią?
Nie	wiem	właśnie.	Przecież	różnic	anatomicznych	–	tych	w	owłosieniu,	sylwetce	itd.	–	jakoś	nikt	nie


kwestionuje.	Jednak	jak	okazało	się,	że	nasze	mózgi	się	różnią,	feministki	zaraz	zaczęły	się	awanturować.
Kiedy	w	1985	roku	holenderski	uczony	Dick	Swaab	opublikował	pierwsze	badania	mówiące	o	różnicach
mózgu	u	obu	płci,	na	przykład	o	tym,	że	jądro	zróżnicowane	płciowo	u	mężczyzn	jest	znacznie	większe,
zrobiła	 się	 straszliwa	 awantura.	Oliwy	 do	 ognia	 dolały	wnioski,	 że	 ta	 struktura	 jest	mniejsza	 również
u	 mężczyzn	 homoseksualnych	 –	 czyli	 że	 homoseksualizm	 nie	 jest	 jakimś	 zboczeniem,	 które	 da	 się







wyleczyć,	 ale	 wrodzoną	 cechą.	 Okazało	 się	 też,	 że	 w	 mózgach	 kobiet	 istnieje	 na	 przykład	 ośrodek
wstydu,	który	hamuje	kontakty	seksualne	z	nowo	poznanymi	mężczyznami.


Swaab	pierwszy	zauważył	różnice	w	budowie	mózgu	kobiet	i	mężczyzn?
Nie.	 Pierwszy	 zauważył	 je	 pewien	 paryski	 kapelusznik,	 który	 mierzył	 obwody	 czaszki	 i	 szybko


zorientował	się,	że	u	mężczyzn	są	one	większe.	Tylko	że	badania	kapelusznika,	co	oczywiste,	nie	mogły
cieszyć	się	specjalną	wiarygodnością.


Kiedy	następuje	różnicowanie	płci?
W	szóstym–ósmym	tygodniu,	ale	płeć	 jest	determinowana	 już	w	momencie	zapłodnienia.	Zasadniczo


o	 płci	 decydują	 chromosomy.	 U	 kobiet	 w	 każdej	 komórce	 są	 dwa	 chromosomy	 płciowe:	 X	 i	 X.
U	mężczyzn	–	X	i	nieco	słabszy,	mniejszy	i	nieposiadający	zestawu	wszystkich	niezbędnych	informacji	Y
(dlatego,	z	 racji	 słabości	 tego	chromosomu,	nie	ma	osobników	YY).	Gamety,	czyli	komórki	 rozrodcze,
powstają	z	podziału	komórek	z	podwójnym	zestawem	chromosomów,	czyli	diploidalnych.	I	stąd	gameta
żeńska,	 jajo,	 może	 zawierać	 wyłącznie	 chromosom	 X.	 Plemnik	 powstały	 z	 podziału	 komórki
z	podwójnym	garniturem	może	nieść	albo	chromosom	X,	albo	chromosom	Y.	W	momencie	zapłodnienia,
jeżeli	na	jajo	(X)	trafi	plemnik	X,	powstaje	XX,	a	więc	–	dziewczynka.	Jeśli	zaś	na	jajo	trafi	plemnik	Y	–
powstaje	chłopiec.	O	płci	dziecka	”decyduje”	zatem	mężczyzna.	Na	chromosomie	Y	znajduje	się	gen	SRY
odpowiedzialny	 za	 tworzenie	 się	 jąder,	 na	męski	 płód	 będzie	 działał	 testosteron	 –	 odpowiedzialny	 za
owłosienie,	męską	budowę	ciała	itd.	Co	ciekawe,	w	przypadku	bliźniaków	dwujajowych,	gdzie	jedno	to
chłopczyk,	 a	 drugie	 dziewczynka,	 na	 dziewczynkę	 też	 będzie	 ten	 testosteron	 od	 brata	 w	 pewnym
niewielkim	 stopniu	 działał.	 I	 wtedy	 wyrośnie	 z	 niej	 być	 może	 taka	 dziewczyna	 chłopczyca.	 Miałem
studentkę,	 która	wychowała	 się	w	 brzuchu	wraz	 ze	 swoim	 bratem	 bliźniakiem.	W	 dzieciństwie	 lubiła
chodzić	po	drzewach,	bawić	się	samochodzikami.	Jak	dorosła,	zaczęła	się	interesować	futbolem,	lubiła
pokopać	piłkę.


Może	to	kwestia	wychowania?	Skoro	miała	brata,	chciała	bawić	się	jak	on?
To	dlaczego	ona	chciała	bawić	się	jak	chłopak,	a	nie	on	jak	dziewczynka?	Te	różnice	w	płciowości


psychologicznej	 widać	 nawet	 u	 koczkodanów.	 Małe	 samiczki	 wybierają	 do	 zabawy	 lalki,	 samce	 –
samochodziki,	klocki.


Ale	z	płciowością	tej	studentki	wszystko	było	OK?
Tak.	Równa,	ładna	babka.	Jej	płeć	kariotypowa,	czyli	chromosomalna,	była	zgodna	z	genitalną,	a	więc


tą,	 którą	 rozpoznaje	 położna	 po	 porodzie,	 i	 psychologiczną,	 czyli	 gender.	 Nie	 wszyscy	 mają	 tyle
szczęścia.	Zdarza	 się,	 że	chromosomy	X	 i	Y	się	krzyżują,	 czyli	wymieniają	 informacjami.	Na	przykład
zygota	XX	może	produkować	 jądra.	W	życiu	płodowym	na	dziecko	oddziałuje	więc	 testosteron.	Rodzi
się	mężczyzna,	ale	z	kariotypem	żeńskim.	Zdarza	się	to	raz	na	20	tysięcy	przypadków.


Nie	tak	rzadko	wcale.
Nie.	Wychodzi	na	to,	że	w	Krakowie	uzbiera	się	z	50	takich	mężczyzn	XX.	Mają	męską	budowę	ciała


i	czują	się	mężczyznami,	ale	pozostaną	bezpłodni.


Odwrotne	sytuacje	też	się	zdarzają?	Mamy	kobiety	XY?
Tak.	 Jeśli	 w	 zygocie	 XY	 nie	 działają	 receptory	 androgenowe,	 testosteron	 nie	 będzie	 miał	 szans







zadziałać.	A	 że,	 jak	wspomniałem,	 podstawowa	 budowa	 ciała	 to	 ta	 kobieca,	więc	 urodzi	 się	 dziecko
z	 kariotypem	męskim,	 ale	 fenotypem,	 a	więc	wyglądem,	 kobiecym.	Wprawdzie	 nigdy	 nie	 będzie	mieć
dzieci,	 bo	 nie	 rozwiną	 się	 dostatecznie	 jajniki,	 ale	 za	 to	 będzie	 miała	 duże	 szanse	 na	 niezłe	 wyniki
w	sporcie.	Hindusce	Santhi	Soundarajan	odebrano	wicemistrzostwo	Azji	w	biegu	na	średnie	dystanse,	bo
okazało	 się,	 że	 ma	 kariotyp	 XY.	 Podobne	 przypadki	 były	 i	 w	 polskim	 sporcie	 –	 nasza	 największa
sprinterka,	Stanisława	Walasiewiczówna,	medalistka	 igrzysk	w	latach	1932	i	1936,	miała	kariotyp	XY.
Wyszło	to	na	jaw	zupełnie	przypadkowo,	gdy	w	1980	roku	została	zastrzelona	w	Stanach	w	czasie	napadu
na	sklep,	w	którym	robiła	zakupy.	Amerykańskie	prawo	w	takim	wypadku	wymaga	sekcji	zwłok	i	właśnie
podczas	 niej	 okazało	 się,	 że	Walasiewiczówna	 ma	 ukryte	 jądra.	 Ale	 medali	 jej	 nie	 odebrano,	 bo	 po
śmierci	 nie	 wypadało.	 Jak	 coś	 nie	 tak	 pójdzie	 przy	 dzieleniu	 chromosomów,	 może	 też	 pojawić	 się
osobnik	 na	 przykład	 XXY	 albo	 XXX,	 czyli	 superkobieta.	 Wysoka,	 głupia	 blondynka.	 Ideał	 każdego
mężczyzny.


Żartuje	pan?
Żartuję.	Ja	wolę	niskie	i	inteligentne.


Czy	żartuje	pan	z	tym,	że	kobiety	XXX	są	wysokimi,	głupimi	blondynkami?
Nie.	Naprawdę	 tak	 jest.	W	dodatku	zasadniczo	 takie	kobiety	mogą	 rodzić	dzieci,	 choć	 ich	płodność


jest	nieco	obniżona.


A	czy	płeć	psychologiczna,	czyli	gender,	jest	fanaberią?
Niesmaczną	fanaberią	jest	dla	mnie	dyskusja	wokół	gender,	dorabianie	do	tego	jakiejś	niepotrzebnej


ideologii	i	spory	wokół	tego	tematu.	Natomiast	płeć	psychologiczna	istnieje	naprawdę	i	nie	zawsze	musi
być	 zgodna	 z	 tą	 kariotypową	 czy	 fenotypową.	 Świetnie	 pokazały	 to	 badania	 na	 gejach,	 które	masowo
zaczęto	 przeprowadzać,	 gdy	 okazało	 się,	 że	 homoseksualni	mężczyźni	 są	 grupą	 podwyższonego	 ryzyka
zakażenia	wirusem	HIV.	Na	marginesie,	proszę	zwrócić	uwagę,	że	miłość	lesbijska	praktycznie	nigdy	nie
była	karana	czy	potępiana	w	przeciwieństwie	do	homoseksualizmu	męskiego,	za	który	można	było	nawet
zginąć.	Ale	powracając	do	badań:	zauważono,	że	wśród	gejów	występuje	znacznie	większy	niż	wśród
mężczyzn	 heteroseksualnych	 odsetek	 tych,	 u	 których	 płeć	 psychologiczna	 jest	 niezgodna	 z	 fenotypową.
W	zasadzie	 homoseksualiści	w	miarę	 po	 połowie	 dzielą	 się	 na	 tych,	 którzy	 czują	 się	 i	 zachowują	 jak
mężczyźni,	 tylko	wolą	sypiać	z	innymi	mężczyznami,	oraz	na	tych,	którzy	są	psychologicznie	kobietami.
I	możemy	podejrzewać,	że	geje	w	ten	sposób	się	dobierają:	w	związku	jeden	jest	na	ogół	bardziej	męski,
a	drugi	–	bardziej	kobiecy.	Analogiczną	sytuację	mamy	wśród	lesbijek	–	w	związkach	dwóch	kobiet	na
ogół	 możemy	wyróżnić	 tę	 bardziej	 poddaną,	 która	 przyjmuje	 rolę	 kobiecą,	 i	 tę	 bardziej	 męską,	 która
zaczyna	dominować.	Amerykanie	mówią	na	tę	drugą	butcher,	czyli	”twardziel”.	Ten	termin	wywodzi	się
prawdopodobnie	od	butcher	–	rzeźnik.


Zapytam	o	jeszcze	jedną	różnicę.	Dlaczego	kobiety	żyją	statystycznie	dłużej?
Bo	nie	mają	żon.	A	tak	serio:	bo	nawet	na	starość	bardziej	przydają	się	w	społeczeństwie,	świetnie


odnajdują	 się	w	 roli	 babci.	Widzi	 pani?	Mimo	że	 jestem	wstrętnym	neuroseksistą,	 to	 głoszę	wyższość
kobiet	nad	mężczyznami.











Czy	Bóg	istnieje?
W	naszym	mózgu	na	pewno.	Pytanie,	czy	również	poza	nim.	Na	nie	neurobiologia	już	nie	odpowie.


Dlaczego	nasz	mózg	miałby	wymyślać	sobie	Boga?
Po	 pierwsze:	 religia	 od	 początków	 ludzkości	 była	 tym,	 co	 scala	 społeczeństwa,	 daje	 poczucie


jedności,	decyduje	o	przetrwaniu	grupy.	Można	wspomnieć	chociażby	żydów,	którzy	tyle	lat	bez	własnej
państwowości	 zachowali	 swoją	 tożsamość.	 Podobną	 rolę	 odegrało	 chrześcijaństwo	 wśród	 Polaków,
kiedy	po	zaborach	nasze	państwo	przestało	istnieć.	Poza	tym	mamy	też	inną	teorię,	Michaela	Gazzanigi,
dlaczego	ewolucja	przypisała	ludziom	religijność…


Ewolucja?
Oczywiście.	 Jeśli	 jakaś	 cecha	 danego	 gatunku	 utrzymuje	 się	 przez	 długi	 czas,	 to	 znaczy,	 że	 została


”przypieczętowana”	 przez	 ewolucję.	 A	 więc	 okazała	 się	 potrzebna	 danemu	 gatunkowi.	 Człowiek	 bez
wątpienia	 od	 tysiącleci	 jest	 gatunkiem	 religijnym.	 Już	 neandertalczyk	 grzebał	 zwłoki,	 wierzył	 więc
w	istnienie	życia	po	śmierci.	A	zatem	miał	jakieś	wierzenia,	jakąś	religijność.


Na	czym	teoria	Gazzanigi	polega?
W	skrócie	na	tym,	że	ludzie,	nie	mogąc	znieść	swojej	niewiedzy	dotyczącej	tego,	skąd	wzięły	się	świat


i	 ich	moralność,	 szukają	 jakichś	 wytłumaczeń.	 Człowiek	 jest	 istotą	 bardzo	 racjonalną.	Wszystko	 chce
sobie	wytłumaczyć,	nie	znosi	czegoś	nie	rozumieć.	Zauważył	to	już	Zygmunt	Freud,	który	podczas	hipnozy
polecił	jednej	pacjentce,	by	po	przebudzeniu	otworzyła	parasolkę	leżącą	w	tym	pomieszczeniu.


Otworzyła?
Tak.	 Ale	 najciekawsze	 jest	 to,	 co	 odpowiedziała,	 gdy	 Freud	 zapytał	 ją,	 czemu	 to	 zrobiła.	 Nie


pamiętała	 oczywiście,	 że	 było	 to	 polecenie	 wydane	 podczas	 hipnozy,	 więc	 tłumaczyła	 się,	 że	 chciała
sprawdzić	naciąg	drutów.	Gazzaniga	nazwał	 ten	mechanizm	”lewopółkulowym	interpretatorem	świata”.
Według	 niego	 ludzie	 nie	 rozumieli	 również,	 czemu	mają	 system	moralny.	Wymyślili	 więc,	 że	 istnieją
jacyś	 bogowie,	 Bóg,	 wyższy	 porządek,	 któremu	 musimy	 się	 podporządkować	 i	 którego	 efektem	 jest
moralność.


Ale	przecież	moralność	nie	jest	cechą	wyłącznie	ludzi	wierzących.
Mało	tego,	to	nawet	nie	jest	cecha	wyłącznie	ludzi.	Bo	czym	jest	moralność?


Zbiorem	zasad,	kodem	zachowań	uznawanych	za	społecznie	słuszne.
A	 więc	 jest	 poświęceniem	 swojego	 egoizmu	 dla	 dobra	 wspólnego.	 Wśród	 niektórych	 ptaków


obserwujemy,	 że	 kiedy	 zbliża	 się	 groźny	 dla	 stada	 drapieżnik,	 osobnik,	 który	 go	 zauważy,	 wydaje
ostrzegawczy	 okrzyk,	 by	 inne	 ptaki	 uciekały.	 Jednak	wydając	 ten	 okrzyk,	 podkłada	 samego	 siebie.	 Bo
najłatwiej	zauważyć	tego,	który	narobił	krzyku.


Nasze	kuzynki	małpy	zachowują	się	podobnie?
Też	mają	okrzyki	ostrzegawcze,	konkretnie	dwa	typy:	”do	góry”	i	„na	dół”.	Jeśli	niebezpieczeństwem


jest	 ptak,	małpa	krzyczy	do	 swoich	młodych	 ”na	dół!”.	A	 jeśli	 na	 przykład	 lew,	wydaje	 komendę	 ”do
góry!”.	 Czasami	 bardzo	 młode	 małpy	 opacznie	 rozumieją	 komendę	 i	 stają	 się	 łatwym	 łupem	 dla
drapieżnika.	 To	 świetny	 przykład	 na	 to,	 jak	 natura	 eliminuje	 głupsze	 osobniki.	Małpy	mają	 też	 pewne







poczucie	 sprawiedliwości.	 Powiedzmy,	 że	 dajemy	 szympansowi	 w	 nagrodę	 za	 coś	 pomarańczę	 lub
cebulę.	Pomarańcza	znacznie	bardziej	go	cieszy,	ale	weźmie	i	cebulę.	Tyle	że	jeśli	zauważy,	że	za	tę	samą
rzecz	jego	kolega	z	klatki	obok	dostał	lepszą	nagrodę,	zaczyna	protestować,	ma	poczucie	krzywdy.	Mało
tego,	 ten	 szympans,	 który	 dostał	 pomarańczę,	 czasami	 będzie	 próbował	 się	 nią	 podzielić
z	 „poszkodowanym”	 osobnikiem.	Albo	 jeśli	 szympans	ma	 do	wyboru	wziąć	 czerwony	 klocek	 –	 za	 co
dostaje	w	nagrodę	jedzenie	–	lub	zielony	–	za	co	jedzenie	dostanie	on	i	kolega	z	klatki	obok,	wybierze
raczej	 ten	drugi.	Chyba	 że	małpa	 z	klatki	 obok	będzie	mu	 robiła	 awantury	–	wtedy	weźmie	 czerwony.
Małpy	nie	lubią,	jak	im	się	robi	awantury.	Pięknie	ten	mechanizm	opisał	Frans	De	Waal	w	książce	Good
natured.


Zmysł	moralny	a	świadomość	swojej	moralności	to	jednak	różnica.
Racja.	Małpy	nie	prowadzą	badań	nad	swoją	moralnością.	A	my	prowadzimy	je	od	starożytności.	Już


Arystoteles	 stwierdził,	 że	moralność	wypływa	 z	 rozumu.	 Podobne	 zdanie	miał	 Kant.	 John	 Stuart	Mill
sądził	nawet,	 że	moralność	 jest	po	 to,	 żeby	zwiększyć	 sumę	szczęścia	 ludzkości	–	 co	 jest	 ewolucyjnie
nawet	 spójne.	Nazywamy	 to	utylitaryzmem.	 Inne	 zdanie	mieli	David	Hume	 i	Adam	Smith.	Uważali,	 że
moralność	wynika	z	sympatii	do	innych	ludzi	i	że	czym	bardziej	kogoś	lubimy,	tym	jesteśmy	w	stosunku
do	niego	bardziej	fair.


Jest	w	tym	dużo	prawdy.
W	obu	teoriach	jest.	O	tym,	że	nasza	postawa	faktycznie	zależy	od	empatii	i	sympatii	do	drugiej	osoby,


przekonaliśmy	 się	 w	 latach	 dziewięćdziesiątych	 XX	 wieku,	 kiedy	 odkryto	 neurony	 lustrzane,	 czyli
komórki	 nerwowe	uaktywniające	 się,	 gdy	 patrzymy	na	 czynności	 i	 zachowania	 innej	 osoby.	To	 one	 są
odpowiedzialne	za	to,	że	jeśli	ktoś	się	uśmiecha,	my	też	uśmiechamy	się	do	niego.	Że	jeśli	cierpi,	smutno
i	 nam.	 Że	 małe	 dzieci	 ”małpują”	 gesty	 i	 mimikę	 swoich	 rodziców.	 Słowem	 –	 za	 empatię,
współodczuwanie.


Neurony	lustrzane	są	tylko	u	ludzi?
Absolutnie	nie.	Po	 raz	pierwszy	zresztą	zauważono	 je	u	małp.	Zupełnie	przez	przypadek.	W	Parmie


badano	 neurony	 ruchowe	małp,	 które	 reagowały	 na	 określoną	 czynność.	W	 tym	wypadku	 –	 za	 łapanie
orzeszka.	W	 pewnym	momencie	 jeden	 z	 naukowców	wszedł	 do	 pomieszczenia,	 w	 którym	 akurat	 była
przerwa	w	eksperymencie.	Małpa	odpoczywała,	nic	nie	robiła,	ale	do	jej	mózgu	wciąż	była	podłączona
aparatura.	 Naukowiec	 odruchowo	 złapał	 orzeszek	 leżący	 na	 stole.	 Okazało	 się,	 że	 neurony	 małpy
odpowiedziały	na	ten	widok	tak	samo,	jakby	za	orzeszek	chwyciła	małpa.


Stąd	dobroczynne	działanie	jogi	śmiechu	–	zajęć,	podczas	których	ludzie	grupowo
zaczynają	się	śmiać,	najpierw	„na	niby”,	a	potem	już	naprawdę	nie	mogą	przestać.
Ponoć	 to	 obiecująca	 metoda	 w	 walce	 z	 depresją	 i	 terapia	 wspomagająca	 przy	 ciężkich	 chorobach


somatycznych,	na	przykład	nowotworach.	Działa	nie	tylko	dlatego,	że	śmieją	się	inni	–	jeśli	uśmiechamy
się,	 nawet	 sztucznie,	 to	 nasz	mózg	myśli,	 że	 naprawdę	 się	 cieszymy,	 i	 „wysyła”	 nam	 endorfiny,	 które
rzeczywiście	poprawiają	nastrój.	Co	ciekawe,	lepiej	rozumiemy	wesołe	teksty,	będąc	w	dobrym	nastroju,
i	te	przygnębiające,	będąc	w	smutnym.	Przeprowadzono	nawet	taki	eksperyment:	kazano	badanym	czytać
smutne	i	wesołe	zapiski,	ale	z	ołówkiem	w	ustach.	Proszę	zwrócić	uwagę,	że	można	ten	ołówek	wsadzić
na	dwa	sposoby:	albo	trzymać	go	w	zębach,	albo	wargami.	Jeśli	trzymamy	go	zębami,	kąciki	ust	będą	się
unosić	jak	w	uśmiechu,	a	jeśli	wargami,	nasze	kąciki	opadają,	jakbyśmy	byli	smutni.	I	okazało	się,	że	od







tego,	jak	wsadzimy	ten	ołówek,	zależy	nasze	rozumienie	tekstu.


Neurony	 lustrzane	 sprawiają	 też,	 że	 jak	 jedna	 osoba	 w	 towarzystwie	 będzie
ziewać,	pozostałe	również.	Mówi	się	nawet,	że	 jak	ktoś	nie	ziewa,	 to	znaczy,	że	 jest
socjopatą.
To	przesada.	Socjopaci	zresztą	–	czy	też,	jak	teraz	ładniej	się	mówi,	ludzie	z	osobowością	dyssocjalną


–	 nie	 mają	 problemu	 z	 neuronami	 lustrzanymi,	 z	 „wejściem	 w	 skórę”	 drugiego	 człowieka,	 z	 tym,	 by
rozpoznać	jego	emocje,	potrzeby.	Mają	problem	z	tym,	by	je	uszanować.	Emocje	innych	ludzi	są	dla	nich
zupełnie	nieważne.


A	więc	nie	mają	moralności.
Dawniej	to	zaburzenie	było	nawet	nazywane	”obłędem	moralnym”.


Mózg	socjopaty	jest	inaczej	zbudowany?
Wydaje	się,	że	tak.	Mało	tego	–	uszkodzenie	pewnych	obszarów	mózgu,	na	przykład	podczas	wypadku


czy	operacji,	może	spowodować	socjopatię	wtórną.	Tak	było	w	przypadku	Phineasa	Gage’a,	pracownika
kolei,	który	zajmował	się	wysadzaniem	szyn	dynamitem.	Spokojny,	fajny	facet.	Do	dnia,	kiedy	metalowy
pręt	 przebił	 mu	 czaszkę.	 Wtedy	 zmienił	 się	 nie	 do	 poznania,	 stając	 się	 grubiańskim,	 nieliczącym	 się
z	innymi	gburem.


I	 teraz	pytanie	natury	moralnej:	 czy	nie	 lepiej	 –	dla	niego	 i	 jego	 rodziny	 –	 żeby
w	tym	wypadku	zginął?
Z	moralnością	w	ogóle	wiąże	się	wiele	dylematów.	Czy	ludzkie	życie	zawsze	znaczy	tyle	samo?	Czy


mamy	 prawo	 podtrzymywać	 je	 na	 siłę,	 wiedząc,	 że	 organy	 jednego	 schorowanego	 pacjenta	 mogą
uratować	 kilka	 innych	 żyć?	 W	 naszej	 cywilizacji	 wykształciła	 się	 tradycja,	 że	 życie	 jest	 dobrem
nadrzędnym,	 które	 zawsze	 trzeba	 chronić.	 Że	 przede	 wszystkim	 nie	 wolno	 zabijać,	 że	 nie	 ma	 nic
gorszego.	 A	 jeśli	 samolot	 leci	 na	 wieże	World	 Trade	 Center	 i	 wiadomo,	 że	 celem	 są	 budynki	 pełne
tysięcy	 ludzi	 i	że	ci	wszyscy	 ludzie	zginą,	 to	czy	mamy	moralne	prawo	zestrzelić	samolot	w	powietrzu
i	zabić	jego	pasażerów,	którzy	i	tak	zginęliby	po	zderzeniu?


Nigdy	nie	możemy	mieć	pewności,	że	i	tak	zginą,	że	samolot	naprawdę	uderzy	w	te
wieże.
I	 to	 jest	 w	 takich	 sytuacjach	 główne	 tłumaczenie	 tych,	 którzy	 nie	 chcą	 ingerować.	 Wolą	 nie	 brać


odpowiedzialności,	 nie	 być	 tymi,	 którzy	 decydują	 o	 losie.	 Tak	 jak	 w	 standardowych	 dylematach
moralnych	–	zwrotnicy	i	mostka.	W	dylemacie	zwrotnicy	stoisz	przy	torach	i	zwrotnicy.	Po	torach	z	góry
zjeżdża	wózek	–	wprost	na	pięć	stojących	tyłem	nieświadomych	osób.	Jeżeli	nie	zrobisz	nic,	zginą.	Jeśli
przestawisz	 zwrotnicę,	 wózek	 pojedzie	 innym	 torem	 i	 wtedy	 zabije	 tylko	 jedną	 osobę,	 która	 stoi
w	tamtym	miejscu.	Co	robi	większość	ludzi?


Przestawia	zwrotnicę,	by	uratować	więcej	osób?
Zgodnie	 z	 utylitaryzmem	 Johna	 Stuarta	 Milla.	 Chociaż	 badani	 odpowiadają	 zupełnie	 inaczej


w	przypadku	dylematu	mostka.	 Stoisz	 na	mostku,	 z	 góry	 na	 piątkę	 nieświadomych	 ludzi	 jedzie	 pociąg.
Tory	 się	 jednak	 nie	 rozgałęziają,	 ale	 masz	 inną	 szansę,	 by	 uratować	 te	 osoby	 –	 zrzucić	 na	 wózek
stojącego	 obok	 ciebie	 nieznajomego.	 Tu	 też	 poświęcamy	 jedno	 życie,	 by	 uratować	 pięć	 innych.	 Ale







poświęcenie	życia	tego	jednego	w	drugim	wypadku	ma	charakter	dużo	bardziej	osobowy.


Myśli	pan,	że	na	ten	wybór	wpływa	religia?
Nie.	Wybory	moralne	będą	na	ogół	 podobne	u	 żyda,	 katolika,	 agnostyka,	 ateisty.	Nam	w	Polsce	 się


wydaje,	że	naszą	moralność	ukształtowała	religia.	A	mówiąc	religia,	mamy	na	myśli	chrześcijaństwo	czy
nawet	 ściślej	 –	 katolicyzm.	 Tymczasem	 podobne	 systemy	 moralne	 ”wynikają”	 z	 judaizmu,	 islamu,
buddyzmu,	 wierzeń	 pogańskich	 czy	 hellenistycznych.	Wszystko	 wskazuje	 na	 to,	 że	 nie	 moralność	 jest
konsekwencją	 religii,	 a	 religia	 konsekwencją	 moralności,	 którą	 zresztą	 odziedziczyliśmy	 po	 naszych
małpich	przodkach.


Po	coś	jednak	człowiek	szuka	tego	Boga?
Bo	wydaje	się,	że	ten	Bóg,	czy	religijność,	jest	zapisany	w	naszym	mózgu.


W	którymś	konkretnie	fragmencie?
Nie,	ale	wiemy,	że	na	przykład	podczas	modlitwy	czy	medytacji	mniej	aktywne	są	płaty	 skroniowe,


odpowiedzialne	 za	 poczucie	 czasu,	 miejsca,	 bardziej	 aktywne	 zaś	 czołowe	 –	 odpowiadające	 za
percepcję.	 Dlatego	 ludzie	 modlący	 się	 i	 medytujący	 –	 niezależnie	 od	 religii	 –	 mogą	 mieć	 poczucie
jedności	 ze	 światem,	 takiego	 błogiego	 odpłynięcia.	 Udowodniono	 też,	 że	 modlitwa	 pomaga	 między
innymi	 w	 chorobach.	 Oczywiście	 tylko	 w	 wypadku	 osób	 wierzących,	 u	 ateistów	 nie	 ma	 żadnego
znaczenia	–	choć	ponoć	w	Auschwitz	modlili	się	wszyscy.	Doradzam	zatem	moim	studentom,	aby	zawsze
radzili	 swoim	 wierzącym	 pacjentom	 modlitwę,	 przyjęcie	 sakramentów.	 I	 to	 nie	 ma	 nic	 wspólnego
z	moimi	przekonaniami	religijnymi,	ale	wiem,	że	przekonania	religijne	innych	osób	można	wykorzystać
dla	ich	dobra	–	a	to	zadanie	lekarza.


Pan	sam	jest	niewierzący?
Jestem	ateistą.	Ale	mówię	to	jako	Jerzy	Vetulani,	a	nie	jako	naukowiec.	Jako	naukowiec	bowiem	nie


mam	prawa	wypowiadać	 się	 o	 istnieniu	 czy	 nieistnieniu	Boga	 ani	 nikomu	w	 tej	materii	 czegokolwiek
sugerować.	Dopóki	nauka	nie	ma	odpowiednich	narzędzi,	nie	powinna	nawet	próbować	odpowiadać	na
pytanie	o	istnienie	Boga.	Pewne	jest,	że	40	tysięcy	lat	historii	ludzkości	to	historia	ludzkiej	religijności.
Ludzie	od	zarania	dziejów	zadawali	sobie	pytanie	o	istnienie	siły	nadprzyrodzonej	i	duszy.	Ciekawe,	że
hellenistyczna,	europejska	cywilizacja	przejęła	w	tej	materii	dużo	tradycji	rodem	z	Egiptu.


Co	mówili	o	duszy	starożytni	Egipcjanie?
O	duszach,	bo	wierzyli	w	istnienie	aż	pięciu.	Dusza	Ka,	czyli	siła	życiowa,	była	nadawana	dzieciom


podczas	 urodzin	 przez	 boginię	 porodów,	Meskhenet.	Dusza	 Sheut,	 czyli	 cień,	 umierała	wraz	 z	 ciałem.
Dusza	Ba,	czyli	nasza	osobowość,	po	śmierci	miała	czasem	pozostawać	przy	grobie	i	prowadzić	ludzki
żywot	–	to	dla	niej	zostawiało	się	w	grobie	biżuterię,	jakieś	drogocenne	przedmioty.	Czwarta	dusza,	Ren,
to	nasze	imię.	Żyjące	tak	długo,	jak	długo	jest	pamiętane.	I	tak	Cheops	budową	piramid	zapewnił	sobie
nieśmiertelność	na	wiele	tysiącleci.	Zwyczaj	podpisywania	nagrobków	wzięliśmy	właśnie	od	Egipcjan.
I	 stawiania	masowo	podpisanych	pomników,	 jakby	chcąc	zapewnić	komuś	”wieczne	życie”	–	 również.
A	jednak	to	inna	dusza	była	najważniejsza	według	Egipcjan	–	żyjące	w	sercu	Ib.


Jedyna	dusza	nieśmiertelna?
Przynajmniej	”z	opcją	nieśmiertelności”.	Bo	duszę	Ib	podczas	życia	obciążały	złe	uczynki,	z	których







potem	 była	 rozliczana.	 Egipcjanie	wierzyli,	 że	 po	 śmierci	 bóg	 podziemi,	Anubis,	 brał	 serce	 na	wagę.
Jeśli	 było	 lżejsze	 niż	 pióro	 będące	 na	 przeciwnej	 szali,	 to	 unosiło	 się	 i	 wraz	 z	 duszą	 szło	 do	 krainy
szczęśliwości.	 Jeśli	 jednak	 złe	 postępki	 obciążały	 Ib,	 to	 była	 natychmiast	 zżerana	 przez	 okropnego
potwora,	 hipopotamo-lwo-krokodyla	 zwanego	 Ambit.	 Starożytni	 Grecy	 w	 sumie	 przejęli	 od	 Egipcjan
poglądy	na	dusze.	Oni	 również	wierzyli	w	 trzy	śmiertelne	dusze,	Noos,	Menos	 i	Thymos,	umieszczone
kolejno	w	klatce	piersiowej,	sercu	i	przeponie,	oraz	w	jedną	duszę	nieśmiertelną.


Psyche.
Tak.	Aktywną	w	czasie	snu	i	opuszczającą	ciało	w	momencie	śmierci.


To	właśnie	od	niej	wzięła	się	nazwa	psychiatria?
Tak.	Przecież	psychiatria	 jest	niczym	innym	jak	 leczeniem	duszy.	Biologia	duszą	się	nie	zajmuje,	bo


dusza	 nie	 ma	 materii.	 Natomiast	 dusza	 i	 psychika	 to	 w	 pewnym	 sensie	 jedna	 i	 ta	 sama	 rzecz.
Niematerialna	część	człowieka.	Jan	Piltz,	krakowski	neurolog	i	psychiatra,	żyjący	na	przełomie	XIX	i	XX
wieku,	posunął	 się	w	 tym	rozumowaniu	dalej,	mówiąc:	 takie	pojęcia	 jak	dusza,	psychika,	 świadomość
i	aktywność	neuronów	są	synonimami.


Ale	idąc	tym	tropem,	możemy	badać	duszę,	badając	neurony	w	mózgu.
Nawet	 jeśli	 dusza	 jest	 aktywnością	 neuronów,	 prędko	 nie	 będziemy	mieli	 narzędzi,	 które	 pozwolą


dowiedzieć	się	o	niej	czegoś	więcej.	Edward	Osborne	Wilson,	amerykański	biolog	i	zoolog,	powiedział
kiedyś:	”Mózg	jest	organem	służącym	do	przetrwania,	a	nie	do	poznawania	samego	siebie”.	I	coś	w	tym
zdaniu	jest.











Jesteśmy	tym,	co	jemy?
Teraz	 już	wiemy,	 że	 tak.	Bo	 to	przecież	mózg	 steruje	pracą	 jelit,	wysyłając	do	nich	 sygnały.	Proszę


zresztą	zwrócić	uwagę,	że	jak	jest	pani	zestresowana	albo	coś	panią	brzydzi,	to	”czuje	to	pani”	właśnie
w	 jelitach	 lub	 żołądku.	 A	 z	 drugiej	 strony	 jedzenie	 to	 najlepszy	 afrodyzjak,	 jaki	 pobudza	 nasz	 układ
nagrody,	 odpowiedzialny	 za	 odczuwanie	 przyjemności.	 Co	 zrobi	 facet,	 gdy	 będzie	 panią	 chciał
poderwać?


Zaprosi	na	kolację?
Właśnie.	 Bo	 po	 dobrym	 jedzeniu	 będzie	 pani	 odczuwała	 błogą	 sytość,	 odprężenie,	 zadowolenie.


I	 pewnie	 łaskawszym	okiem	 spojrzy	 pani	 na	 adoratora.	Kiedy	w	 latach	 siedemdziesiątych	mieszkałem
w	 Ameryce,	 w	 stanie	 Tennessee,	 dowiedziałem	 się,	 że	 jak	 tamtejszy	 mężczyzna	 zaprasza	 na	 kolację,
a	 kobieta	 to	 zaproszenie	 przyjmie,	 to	 jest	 jednoznaczne	 ze	 zgodą	na	 pójście	 do	 łóżka.	Wtedy	 facet	 już
zazwyczaj	 rezerwuje	 motel	 i	 przygotowuje	 prezerwatywy.	 Nieporozumienia	 zaczynają	 się,	 jak	 takie
zaproszenie	 przyjmie	 kobieta	 z	 innej	 kultury.	 Polka	 na	 przykład.	 Jeśli	 po	 kolacji	 powie:	 ”Dziękuję
bardzo,	a	teraz	wracam	do	domu”,	to	jest	traktowana	jako	naciągaczka.	Chyba	że	coś	się	od	tego	czasu
zmieniło.


Są	ludzie,	którzy	po	jedzeniu	wcale	dobrze	się	nie	czują.
Podstawą	 dobrego	 samopoczucia	 jest	 dobra	 flora	 bakteryjna	 w	 jelitach.	 Mamy	 więcej	 bakterii


w	 jelitach	 niż	 komórek	 w	 reszcie	 ciała	 i	 to	 te	 bakterie	 są	 największym	 sprzymierzeńcem	 dobrego
trawienia	i	dobrej	defekacji.	Na	przykład	niektóre	bakterie	mają	zdolność	syntezy	tryptofanu,	niezwykle
ważnego	aminokwasu	powodującego	wzrost	poziomu	serotoniny,	która	z	kolei	odpowiada	za	nasze	dobre
samopoczucie.	 Jeśli	mamy	deficyt	 serotoniny,	wzrasta	nasza	agresja,	 impulsywność.	Tryptofan	znajduje
się	przede	wszystkim	w	białkach	zwierzęcych,	stąd	zwiększona	agresja	u	ludzi,	którzy	nie	jedzą	mięsa.


Nie	zauważyłam,	żeby	wegetarianie	byli	bardziej	agresywni.
Bo	w	Polsce	wegetarianami	zostaje	się	z	wyboru.	A	jeśli	zostaje	się	z	wyboru,	to	o	tę	dietę	się	dba,


rekompensując	brak	mięsa	na	przykład	 roślinami	 strączkowymi.	Ta	zwiększona	agresja	dotyczy	przede
wszystkim	mieszkańców	biednych	krajów.


Jakie	mięso	jest	najlepsze?
Z	punktu	widzenia	syntezy	aminokwasów	przez	bakterie	najlepsze	jest	mięso	możliwie	jak	najbardziej


zbliżone	do	naszego.	Szczerze	mówiąc,	najzdrowsze	byłoby	ludzkie.	W	smaku	jest	bardziej	podobne	do
wieprzowiny	niż	wołowiny	czy	kurczaka.	Tyle	że	takiego	już	dawno	się	nie	jada.	Nasze	bakterie	pracują
w	miarę	dobrze,	gdy	dostarczamy	im	wieprzowiny,	bo	świnie	podobnie	jak	ludzie	są	wszystkożerne,	mają
więc	podobny	do	naszego	zestaw	aminokwasów.	Z	wołowiną	jest	gorzej,	bo	krowy	mięsa	nie	jedzą.


Antybiotyki	zabijają	nasze	dobre	bakterie	jelitowe?
Bardzo.	 I	 dlatego	 z	 antybiotykami	 nie	 ma	 co	 przesadzać.	 A	 jak	 już	 trzeba	 je	 wziąć,	 to	 koniecznie


przyjmować	też	leki	osłonowe,	pić	kefiry,	jogurty	bogate	w	bakterie.


Skąd	w	ogóle	mamy	te	bakterie	w	jelitach?
Dostajemy	je	w	pakiecie	od	mamy	przy	porodzie.







A	jeśli	ktoś	urodził	się	przez	cesarskie	cięcie?
To	może	mieć	problem	na	całe	życie.	Jeśli	w	naszych	jelitach	brakuje	dobrych	bakterii,	możemy	mieć


problem	 z	 biegunkami,	 bólami	 brzucha,	 mdłościami.	 Dlatego	 uważam,	 że	 najlepsze,	 co	 może	 zrobić
mądra	położna	po	cesarskim	cięciu,	to	wsadzić	palec	w	odbyt	mamy,	a	potem	dać	possać	dziecku.


Dość	obrzydliwe.
Często	 obrzydliwe	 metody	 są	 najbardziej	 skuteczne.	 Teraz	 z	 deficytem	 bakterii	 jelitowych	 można


radzić	 sobie	 też	w	 inny	 sposób,	 który	może	 przyprawić	 o	mdłości	 –	 przez	 podawanie	 kału	 od	 osoby
zdrowej,	na	przykład	przez	nos	albo	bezpośrednio	do	odbytu.	Tak	zwane	transplanty	kałowe	(ang.	stool
transplant).	To	na	razie	w	Polsce	metoda	eksperymentalna,	ale	wstępne	badania	rokują	fantastycznie.


Przez	co	jeszcze,	oprócz	porodu	cesarskiego	i	terapii	antybiotykami,	możemy	mieć
problemy	z	trawieniem?
Przez	nadmierną	czystość	i	to,	że	nie	mamy	żadnych	pasożytów.	Jak	byłem	mały,	wszyscy	mieli	glisty


i	owsiki,	przez	co	ich	przewód	pokarmowy	był	przyzwyczajony	do	walki.	Teraz	nawet	psy	są	regularnie
odrobaczane.	A	z	naszym	ciałem	jest	podobnie	jak	z	psychiką	–	jeśli	nie	ma	wojny,	nie	ma	z	kim	walczyć,
to	 trzeba	 walczyć	 z	 wyimaginowanym	 wrogiem.	 Stąd	 biorą	 się	 alergie	 pokarmowe.	 Z	 nadmiernej
czystości.	A	przecież	jeszcze	w	XVIII-wiecznym	Krakowie	był	niewyobrażalny	syf,	a	fekalia	wylewało
się	 przez	 okno,	 krzycząc	 tylko	 ”uwaga!”,	 aby	 przypadkowy	 przechodzień	 zdążył	 uskoczyć	 przed
spadającymi	 mu	 na	 głowę	 odchodami.	 I	 jakoś	 ludzie,	 dopóki	 nie	 przyszła	 epidemia,	 chorowali	 nie
bardziej	niż	dziś.


Teraz	jak	podróżujemy	z	naszej	sterylnej	Europy	do	jakiegoś	biedniejszego	kraju,
łatwo	nam	coś	złapać.
Prawda.	W	Indiach	na	przykład.	Kiedyś	ze	stojącego	pociągu	widziałem,	jak	jeden	Hindus	zrobił	do


kałuży	kupę.	Zaraz	przyszedł	następny	i	umył	sobie	w	tej	samej	kałuży	zęby.	Podobnie	nikt	nie	dba	tam
o	higienę	jedzenia.	Choć	jedzenie	akurat	mają	bardzo	smaczne;	trudno	się	powstrzymać,	żeby	wszystkiego
nie	spróbować.


Możemy	uzależnić	się	od	jedzenia.
Tak,	 to	 chyba	 najpopularniejsze	 uzależnienie	 na	 świecie.	 Bo	 nasz	mózg,	 traktując	 pokarm	 jako	 coś


niezbędnego	do	przeżycia,	nagradza	nas	–	przez	pobudzenie	układu	nagrody	–	za	zjedzenie	czegoś.	Tyle
że	 to	mechanizm,	który	był	potrzebny	dawniej,	gdy	 ilość	żywności	była	ograniczona	 i	 ciągle	walczono
o	jedzenie.	I	w	zasadzie	nigdy	nie	było	go	za	wiele.	A	przede	wszystkim	ta	ilość	nie	była	wartością	stałą
–	jak	grupa	naszych	przodków	upolowała	mamuta,	to	mieli	wyżerkę	na	dwa	czy	trzy	tygodnie,	olbrzymią
ilość.	Ale	zanim	następny	mamut	się	trafił,	co	trwało	po	dwa,	trzy	miesiące,	to	nasi	przodkowie	musieli
głodować.	To	samo	dotyczyło	zresztą	płodów	rolnych,	nie	mówiąc	o	płodach	leśnych.	Zawsze	na	jesieni
jedzenia	 było	 sporo	 i	 był	 to	 czas	 na	 zrobienie	 zapasów.	 Najtrudniej	 się	 żyło	 w	 okresie	 wiosny
i	wczesnego	lata,	który	w	Polsce	nosił	nazwę	”przednówka”	–	zapasy	zimowe	się	kończyły	i	praktycznie
nie	 było	 co	 jeść	 do	 następnych	 zbiorów.	 Wystarczy	 poczytać	 wspomnienia	 XIX-wiecznych	 wójtów
galicyjskich	–	jasno	wynika	z	nich,	że	dominującym	uczuciem	na	wsi	było	uczucie	głodu.


Oprócz	świąt.
Tak,	bo	święta	zawsze	polegały	na	wielkim	obżeraniu	się.	I	my	zresztą	wciąż	traktujemy	święta	jako







czas	 obżarstwa	 i	 niemal	 rywalizacji,	 komu	uda	 się	 napchać	w	 siebie	więcej	 jedzenia.	Zresztą	 nie	 bez
powodu	największe	święta	są	poprzedzone	okresem	postu	–	czy	to	Adwent	przed	Bożym	Narodzeniem,
czy	 Wielki	 Post	 przed	 świętami	 wielkanocnymi.	 Czy,	 jak	 inni	 nazywają,	 przed	 świętami	 zimowego
przesilenia	i	świętem	wiosny.


W	zasadzie	to	jeszcze	do	niedawna,	w	poprzednim	ustroju,	taki	przeciętny	Polak
miał	problem	ze	zdobyciem	jedzenia.
Oczywiście.	I	wychodziło	to	nam	na	zdrowie.	Bo	jak	nagle	mamy	olbrzymie	ilości	jedzenia,	łatwo	się


uzależniamy.	Z	jedzeniem	w	ogóle	jest	śmieszna	sprawa.	Bo	wie	pani,	kiedy	potrzebujemy	jeść?


Pewnie	wtedy,	kiedy	jesteśmy	głodni.
Tak	 powinno	 być:	 sygnał	 głodu	 powinien	 wychodzić	 wtedy,	 kiedy	 spada	 poziom	 glukozy.	 I	 tak


rzeczywiście	 jest	 u	 zwierząt	 roślinożernych.	 Jak	 poziom	 glukozy	 spada,	 taki	 koń	 czy	 krowa	 pochylają
pysk	na	trawę	i	zaczynają	jeść.	Natomiast	zwierzęta	mięsożerne	i	wszystkożerne,	takie	jak	człowiek…


…muszą	sobie	to	jedzenie	jeszcze	skombinować?
Dosłownie.	Dlatego	sygnał	głodu	przychodzi	odpowiednio	wcześniej,	żebyśmy	zdążyli	 jeszcze	sobie


zwierzynę	 upolować.	 Czyli	 mniej	 więcej	 godzinę–dwie	 godziny	 przed	 tym,	 jak	 naprawdę	 będziemy
potrzebowali	jedzenia.	Przez	ten	czas	nasze	zmysły	będą	wyostrzone,	staniemy	się	też	bardziej	skłonni	do
zachowań	agresywnych	–	to	po	to,	żeby	lepiej	nam	się	polowało.	Zresztą	nie	tylko	o	czas	na	polowanie
chodzi.	 Dawniej	 przecież	 przygotowywanie	 pokarmu	 w	 kuchni	 też	 było	 bardziej	 pracochłonne.
Właściwie	to	wiejska	kobieta	cały	czas	siedziała	przy	garach.	A	teraz	czas	od	momentu	pojawienia	się
głodu	do	chwili	jego	zaspokojenia	to	czas	przejścia	do	lodówki.


Czyli	zaczynamy	jeść	nie	wtedy,	kiedy	musimy,	ale	wcześniej?
Tak.	I	w	związku	z	tym	jemy	tego	jedzenia	za	dużo.	Nie	pomaga	też	hormon	zachęcający	do	jedzenia,


grelina.	 Powinien	 być	 wyrzucany	 do	 naszego	 organizmu,	 gdy	 żołądek	 jest	 pusty.	 Ale	 u	 osób	 otyłych
zaczyna	podnosić	się	też	w	okresie	śniadania,	lunchu,	kolacji.	Ciekawe,	że	nawet	osoby,	którym	udało	się
skończyć	ze	swoją	otyłością,	nieco	schudnąć,	wciąż	mają	tego	hormonu	za	dużo.	Nadmiar	jedzenia	jest
straszną	plagą	naszych	czasów.


A	 tymczasem	 osoby,	 które	 choć	 raz	 w	 życiu	 przeżyły	 okres	 głodu,	 umierają
w	późniejszym	wieku.
Tak.	 Prof.	 Jacek	 Kuźnicki	 przeprowadzał	 w	 Polsce	 program	 stulatków.	 Okazało	 się,	 że	 wszyscy


stulatkowie	przeżywali	dłuższe	lub	krótsze	okresy	głodu	w	swoim	życiu.	A	asceci?	Nie	od	dziś	wiadomo,
że	 żyją	 dłużej.	 U	 zwierząt	 jedyną	metodą	 przedłużenia	 życia	 były	 restrykcje	 kaloryczne	 –	 dawało	 się
zwierzętom	znacznie	mniej	pokarmu,	niż	one	chciałyby	zjeść.	Powinniśmy	sobie	takie	restrykcje	wszyscy
wprowadzić.


Dlaczego	 tak	 się	 dzieje?	 Dlaczego	 głodując,	 zwiększamy	 swoje	 szanse	 na
długowieczność?
Wyjaśnienie	tego	przyszło	stosunkowo	niedawno,	gdy	odkryto,	że	istnieje	gen	długowieczności.


Występuje	u	wszystkich?







U	 wszystkich	 –	 roślin,	 zwierząt.	 Nawet	 u	 drożdży.	 I	 ten	 gen,	 a	 w	 zasadzie	 jego	 produkt	 –	 białko
sirtuina	–	zwalnia	naturalny	proces	starzenia	się	chromosomów	w	komórce.	Jednakże	sirtuina	nie	będzie
działać	 sama	 –	 musi	 ją	 aktywować	 specjalny	 koenzym,	 który	 nazywa	 się	 NAD,	 nukleotyd	 adenino-
nikotynowy.	 Tylko	 że	w	 normalnych	warunkach	NAD	w	 całości	 jest	wykorzystywany	 do	 przerabiania
glukozy	 w	 energię.	 Czyli	 gdy	 jemy,	 nasz	 organizm	 chce	 z	 pokarmu	 zrobić	 rezerwę	 energetyczną
i	wykorzystuje	do	tego	całe	”moce	przerobowe”	NAD.


A	jak	mamy	głodówkę,	NAD	„ma	czas”	zająć	się	czymś	innym?
Właśnie.	 Bo	 pozostają	 wolne	 moce.	 I	 on	 wtedy	 nimi	 będzie	 działał	 na	 sirtuinę,	 a	 ta	 –	 na	 gen


długowieczności.	 I	 wtedy	 nasze	 chromosomy	 zaczynają	 się	 mniej	 zużywać,	 wolniej	 się	 starzeją	 i	 my
wobec	tego	też.


Jak	długo	taka	głodówka	musi	trwać,	żeby	pomogło?
Zależy,	jak	dużego	efektu	się	pani	spodziewa.	Długie	posty	z	medytacją,	choć	niemiłe	i	trudne,	dadzą


najlepszy	efekt.	Ale	już	nawet	osoby,	które	stosują	”jeden	dzień	w	tygodniu	na	wodzie”	–	nic	nie	jedzą	na
przykład	w	poniedziałki,	piją	tylko	wodę	–	mogą	liczyć	na	dłuższe	życie.	Albo	posty	–	świetna	sprawa!
Nawet	 ramadan,	 podczas	 którego	 muzułmanie	 nie	 jedzą	 od	 wschodu	 do	 zachodu	 słońca,	 może	 już
stymulować.	A	 jeśli	 już	 bardzo	 głodzić	 się	 nie	 lubimy,	 pamiętajmy	 przynajmniej	 o	 świetnej	 zasadzie:
”mędrzec	wstaje	półsyty	od	stołu”.


Możemy	ten	gen	długowieczności	stymulować	w	inny	sposób,	niż	nie	dojadając?
Na	 szczęście	 tak.	 Paradoksalnie	 przez…	 jedzenie.	 Są	 substancje	 w	 pewnych	 pokarmach,	 które


pobudzają	 gen	 sir	 produkujący	 sirtuinę	 –	 nazywamy	 je	 flawonoidami.	 Sporo	 ich	 jest	 w	 owocach
i	 warzywach.	 Zwykle	 im	 bardziej	 intensywny	 kolor	 owocu,	 tym	 jest	 zdrowszy.	 Bo	 flawonoidy	 są
kolorowe.	Stąd	jednymi	z	najzdrowszych	owoców	są	borówki,	zwłaszcza	borówki	amerykańskie.	Jeszcze
bardziej	 sirtuinę	 pobudza	 taka	 substancja,	 którą	 produkują	 winogrona	 jako	 czynnik	 przeciwgrzybiczy:
resweratrol.	 Znajduje	 się	 w	 skórkach	 winogron,	 a	 nie	 w	 miąższu	 –	 bo	 jest	 po	 to,	 żeby	 drożdże	 nie
wchodziły	do	środka.


Dlatego	 czerwone	 wino	 jest	 zdrowsze?	 Bo	 do	 jego	 produkcji	 używa	 się	 skórek
winogron?
Tak.	Wino	białe	prawie	w	ogóle	nie	zawiera	resweratrolu,	bo	jest	z	samego	miąższu.


A	 dlaczego	 nasz	 mózg	 nagradza	 nas	 tak	 samo,	 gdy	 zjemy	 jakąś	 zdrową	 rzecz
i	niezdrową?	Przecież	chyba	nasze	ciało	doskonale	wie,	co	jest	dla	niego	dobre?
Nie	wie,	dopóki	się	nie	przekona.	W	ogóle	nasze	ciało	najbardziej	lubi	słodkie	i	słone.	I	dopiero	jak


coś	 nowego	 ci	 zaszkodzi	 i	 się	 rozchorujesz,	 dowiadujesz	 się,	 że	 to	 jest	 złe.	To	 tak	 zwane	 uczenie	 się
awersywne.	Dotyczy	tylko	jedzenia.	Zjesz	coś,	zaszkodzi	ci	i	już	nie	będziesz	mógł	tego	ścierpieć.


Raz	zjadłam	stare	jajka	i	potem	przez	trzy	lata	ich	nie	tknęłam.
Ale	w	końcu	pani	tknęła,	bo	już	wcześniej	znała	pani	ich	smak.	A	jakby	to	był	dla	pani	wtedy	nowy


smak,	 to	 w	 ogóle	 już	 by	 pani	 nie	 mogła	 się	 przemóc.	 To	 zresztą	 ciekawe,	 że	 jak	 zjemy	 coś	 nowego
i	potem	źle	się	poczujemy,	ale	z	innych	powodów	–	chociażby	grypy	–	nasze	ciało	i	tak	”zrzuci	winę”	na
ten	nowy	pokarm	 i	 będzie	 już	 czuło	do	niego	 awersję.	Kiedyś	dostałem	żeberka	przyrządzone	w	 jakiś







nowy	 sposób	 i	 akurat	 się	 przeziębiłem.	Do	dzisiaj	 odrzuca	mnie,	 jak	widzę	 żeberka.	Myślę,	 że	 z	 tych
samych	 powodów	 niektórzy	 nie	 mogą	 patrzeć	 na	 szpinak	 albo	 na	 marchewkę.	 O,	 albo	 mój	 znajomy
Rosjanin	 opowiadał	 historię,	 że	 kiedyś,	 za	 dawnych	 czasów	 jeszcze,	 leciał	 samolotem	 z	Moskwy	 do
Leningradu	 i	 na	 lotnisku	 w	 bufecie	 nie	 było	 nic	 do	 jedzenia.	 Tylko	 jakieś	 nieznane	 mu	 cukierki.	 Był
głodny,	 to	 kupił	 i	 zjadł	 pół	 kilo.	Akurat	 był	 lot	 z	wielkimi	 turbulencjami	 i	 pasażerowie	mieli	 chorobę
lokomocyjną.	Ten	znajomy	mi	mówi:	ja	wiem,	że	wymioty	nie	miały	nic	wspólnego	z	tymi	cukierkami,	ale
ja	nie	mogę	na	nie	patrzeć.


Ciekawy	rodzaj	pamięci.
Bardzo.	Badamy	go	na	 szczurach.	Dajemy	 im	 jakiś	 nowy	pokarm,	 a	potem	wstrzykujemy	 substancję


powodującą	sensacje	żołądkowe.	Szczur	już	nie	zje	tego	drugi	raz.


Przydałoby	się,	żeby	w	ten	sposób	oduczyć	ludzi	jedzenia	syfów.
Jedzenia	syfów	oduczyć	się	nie	jest	prosto,	bo	one	są	tak	skonstruowane,	że	mają	to,	co	nasz	organizm


lubi	 –	 cukier	 i	 sól.	 Dzieci	 karmimy	 chrupiącymi	 cornflakesami,	 i	 to	 jeszcze	 posypanymi	 cukrem
i	zalanymi	mlekiem.	Pyszne	i	do	tego	nie	powodują	żadnych	chorób	poza	otyłością	–	a	otyłość	rozwija	się
powoli	i	nie	boli,	dopiero	potem,	w	pewnym	wieku,	zaczynają	szwankować	kolana,	skraca	się	oddech,
pojawia	się	miażdżyca.	To	objawy,	które	występują	już	wiele	lat	po	tym,	jak	uzależnimy	się	od	jedzenia.


Skoro	 jemy	na	umór,	bo	mamy	wreszcie	 co,	może	organizm	powinien	nas	przed
tym	bronić?
Broni.	Jak	żołądek	się	rozszerzy,	wydziela	się	na	przykład	cholecystokinina,	która	działa	na	ośrodek


sytości	w	mózgu	i	hamuje	jedzenie.	Dlatego	wiele	osób	się	nie	przejada.	To	jest	zresztą	ciekawe:	jeśli
ludzie	 mają	 możliwość	 swobodnego	 doboru	 pokarmu,	 to	 na	 ogół	 jedzą	 w	 sposób	 mniej	 lub	 bardziej
prawidłowy.	Wybieramy	pokarmy	bogate	w	to,	czego	nam	brakuje.	Jeżeli	mamy	niedobór	potasu,	pewnie
chętniej	sięgniemy	po	banany,	a	jeśli	żelaza	–	po	wątróbkę,	jajka	i	orzechy.	Podobnie	psy,	jak	zaczyna	im
coś	doskwierać,	podskubują	trawę.	Małe	dzieci	zaczynają	zjadać	kredę	czy	tynk	ze	ściany,	bo	brakuje	im
wapnia.	Układ	nagrody	działa	w	bardzo	celowy	 sposób.	 Jednak	 jeśli	 nie	dobieramy	 sobie	pożywienia
sami,	a	z	drugiej	strony	mamy	go	całe	mnóstwo,	to	zaczynamy	wariować.


Znam	 to.	 Trochę	 wstyd,	 ale	 jeśli	 jestem	 w	 jakimś	 miejscu,	 w	 którym	 jest	 dużo
jedzenia,	zaczynam	je	pochłaniać,	jakbym	zbierała	zapasy.	A	gdy	sama	muszę	sobie
to	 jedzenie	 kupić	 albo	 przygotować,	 zachowuję	 się	 racjonalnie.	 A	 to	 przecież	 nie
wynika	z	oszczędności,	bo	stać	mnie	raczej,	żeby	się	objeść	za	swoje	pieniądze.
No	 tak,	 ale	 jak	 się	 pani	 naje	 na	 przyjęciu,	 to	 jest	 zdobycz.	A	 jak	 sama	 sobie	 przyrządzi	 posiłek	 –


element	 codzienności.	 Mam	 też	 znajomego,	 który	 zawsze	 się	 obżera,	 jak	 gdzieś	 wychodzi,	 i	 potem
tłumaczy:	 no	 ja	 nie	mogę	 się	 opanować,	 gdy	 dają	 coś	 za	 darmo.	 I	 to	 nie	 jest	 oszczędność,	 ale	 stadny
instynkt.	Drzemie	w	 nas	 człowiek	 prymitywny	 i	 dobrze	 –	 człowiek	 z	 plejstocenu,	 łowca-zbieracz,	 był
mądrzejszy,	niż	my	teraz	jesteśmy.	Bo	wtedy	głupi	ginęli,	a	dziś	się	głupimi	opiekujemy.	A	oni	wchodzą
w	reprodukcję	i	osłabiają	nasze	geny.


No	i	człowiek	z	plejstocenu	nie	był	otyły.
A	dziś	otyłość	jest	główną	chorobą	cywilizacyjną.	Bo	pociąga	za	sobą	cukrzycę	typu	II,	nadciśnienie,


hiperlipidemię,	miażdżycę,	 zawały,	 udary.	W	Stanach	Zjednoczonych	otyłych	 jest	 już	 70	 procent	 ludzi.







Pamiętam	 zresztą,	 jak	 w	 dzieciństwie,	 70	 lat	 temu,	 oglądałem	 ludzi	 na	 plaży	 i	 jak	 dziś	 ich	 oglądam.
I	w	tej	chwili	osób	otyłych	jest	mnóstwo,	a	dawniej	zdarzały	się	naprawdę	bardzo	rzadko.


Nawet	dzieci	są	teraz	otyłe.
Przez	głupi	 zwyczaj	przekarmiania	dzieci.	Dawniej	 to	było	zrozumiałe:	dziecko,	 zjedz	 jeszcze,	póki


jest	jedzenie.	Teraz	już	tego	problemu	nie	ma,	a	dziecko	niejadek	wciąż	stanowi	najgorszy	problem	dla
babć	i	mam.	I	w	to	dziecko	jedzenie	wmuszają,	za	mamusię,	za	tatusia,	choć	naturalne	instynkty	dziecka
mówią:	nie.


Pamiętam	to	z	dzieciństwa.	Nie	mogłam	dojeść	już	obiadu,	a	póki	nie	zjadłam,	nie
mogłam	wstać	od	stołu.	I	chyba	godzinami	zdarzało	mi	się	przy	nim	siedzieć.
I	to	wcale	nie	jest	dobre.	Bo	część	dzieci	rzeczywiście	zacznie	jeść	za	dużo	i	potem	wyrosną	z	nich


otyłe	osoby.	A	 to	 i	zdrowie	gorsze,	 i	 inteligencja	niższa.	Otyłość	 to	poważna	choroba.	Ma	 też	podłoże
kulturowe	–	przecież	polska	XVIII-wieczna	szlachta	żyła	według	zasady	”jedz,	pij	i	popuszczaj	pasa”.


A	skąd	się	biorą	anoreksja	i	bulimia?
Bulimia	jest	też	formą	uzależnienia	od	jedzenia:	ludzie,	kobiety	na	ogół,	muszą	jeść,	a	potem	chcą	się


tego	pozbyć,	wymiotując	–	żeby	znowu	zjeść.


W	sensie	psychologicznym	więc	to	choroba	podobna	do	uzależnienia	od	jedzenia.
W	sensie	psychologicznym	tak,	ale	w	fizjologicznym	bliżej	 jej	do	anoreksji,	podczas	której	w	ogóle


się	nie	je.	Obie	te	choroby	możemy	zresztą	traktować	jako	rodzaj	nerwicy	natręctw,	czyli	inaczej:	zespołu
kompulsywno-obsesyjnego.	Anorektyczki	żywią	wciąż	przekonanie,	że	są	za	grube.	Przed	lustrem	będzie
stał	 szkielet,	 a	 temu	 szkieletowi	 będzie	 się	 wydawać,	 że	 wciąż	 jest	 za	 gruby	 i	 jeszcze	 powinien
zeszczupleć.	 Albo	 ciekawe	 rzeczy	 dzieją	 się	 na	 starość	 –	 osobom	 starym	 na	 ogół	 zwiększa	 się
żarłoczność,	 szczególnie	 lubią	 węglowodany.	 Może	 nie	 smakuje	 im	 tak	 mięso,	 ale	 chleb	 czy	 ciastka
uwielbiają	podjadać.


Akurat	to,	co	niezdrowe.
Na	 starość	 już	 niespecjalnie	 zaszkodzi.	Ważne	 jednak,	 żeby	 ludzie	 –	 szczególnie	młodzi	 –	 zwracali


uwagę	na	to,	co	jedzą.	Na	szczęście	w	ostatnich	latach	to	się	zmienia,	szczególnie	w	klasach	wyższych.
Ciekawe,	 że	 problem	 otyłości	 był	 kiedyś	 przyporządkowany	 klasom	 wyższym,	 a	 teraz	 dotyczy
biedniejszych	ludzi.	Tak	samo	podagra	–	kiedyś	uznana	za	chorobą	bogatych,	których	stać	na	dużo	mięsa
i	 wina,	 a	 dzisiaj	 staje	 się	 chorobą	 ubogich	 obżerających	 się	 hamburgerami.	W	 Ameryce	 takich	 ludzi
nazywa	się	white	trash.	Niezbyt	eleganckie	określenie,	ale	objadanie	się	na	umór	też	eleganckie	i	mądre
nie	jest.











Dobrze	pan	sypia?
Nie	 najlepiej.	 Jak	 to	 stary	 człowiek.	Noworodki	 przesypiają	większość	 doby,	 bo	 tego	 potrzebują	 –


w	 czasie	 snu	 uwalnia	 się	między	 innymi	 hormon	wzrostu,	 utrwala	 się	 pamięć,	 trenują	 nasze	 zdolności
poznawcze.	Czym	jesteśmy	starsi,	tym	mniej	tego	potrzebujemy.	Ja	już	i	tak	przespałem	ze	27	lat	swojego
życia.


Nie	żal	panu	tych	lat?
Trochę	żal,	a	 trochę	mnie	 to	 fascynuje.	Przesypiamy	 jedną	 trzecią	 swojego	życia	 i	wciąż	nie	wiemy


dokładnie	dlaczego.


Jeśli	chcielibyśmy	zdefiniować	sen,	co	moglibyśmy	o	nim	powiedzieć?
Że	to	stan,	w	którym	przyjmujemy	typową	pozycję	–	w	przypadku	ludzi	na	ogół	leżącą	i	z	zamkniętymi


oczami,	choć	taki	pies	w	czasie	snu	zwija	się	w	kłębek,	a	koń	stoi.	Że	w	tym	stanie	występują	mniejsza
aktywność	motoryczna,	ograniczona	reakcja	na	bodźce	i	obniżony	metabolizm.	Że	jest	stosunkowo	łatwy
do	odwrócenia.	I	że	nasila	się	po	deprywacji.


Czyli?
Czyli,	że	jeśli	śpimy	za	mało,	potem	zrobimy	się	bardziej	senni	i	będziemy	próbowali	to	nadrobić.	To


istotne,	bo	pokazuje,	jak	cholernie	ważny	jest	sen	–	choć	tak	mało	o	nim	wiemy.


Wszystkie	zwierzęta	sypiają?
Na	pewno	wszystkie	 ssaki	 lądowe	–	 szczury,	 psy,	małpy,	 słonie.	Oczywiście	 różni	 się	 długość	 snu,


jakiej	potrzebują	określone	gatunki.	Wydaje	 się,	 że	długość	 snu	nie	ma	żadnego	związku	z	 inteligencją
poszczególnych	ssaków.	Pozycje	bez	ruchu	na	jakiś	czas	będą	przyjmowały	też	ryby,	gady,	płazy,	robaki
obłe,	 jamochłony,	które	przecież	nie	 są	nawet	 tkankowcami.	 I	pantofelki,	 prymitywne	pierwotniaki.	To
świadczy	o	tym,	że	sen	pojawia	się	już	na	poziomie	pojedynczej	komórki.	Wydaje	się,	że	śpią	też	niektóre
rośliny,	 a	 przynajmniej	 są	 one	wrażliwe	 na	 cykl	 dobowy	 –	maciejka	 na	 przykład	 przed	 nocą	 zaczyna
pachnieć,	a	słonecznik	rośnie	tylko	w	ciągu	dnia.	Niektóre	zwierzęta	i	rośliny	są	aktywne	w	dzień,	inne
w	nocy,	jeszcze	inne	–	jak	choćby	nietoperze	–	tylko	o	zmierzchu	i	zmroku.


A	które	zwierzęta	nie	śpią?
Część	ptaków	śpiewających	i	ryb,	delfiny	oraz	wieloryby	są	w	ciągłym	ruchu.	To	nie	znaczy,	że	one


nie	 odpoczywają.	 Badania	 przeprowadzone	 na	 mózgu	 delfinów	 wykazały,	 że	 u	 nich	 naprzemiennie
aktywne	 są	 jedna	 i	 druga	 połowa	 mózgu.	 Tak	 jakby	 połowa	 narządu	 spała,	 w	 czasie	 gdy	 druga	 jest
aktywna.


Dzięki	badaniom	na	mózgu	poznaliśmy	też	mechanizm	snu	u	człowieka.
Te	badania	wykazały,	że	w	czasie	snu	nasz	mózg	pracuje	na	innej	długości	fal.	Mało	tego,	w	trakcie


snu	 te	 fale	 się	 zmieniają,	możemy	więc	wyodrębnić	dwie	 fazy	 snu.	Pierwsza	–	nonREM,	w	której	 nie
występują	 ruchy	 gałek	 ocznych	 –	 dzieli	 się	 jeszcze	 na	 sen	 płytki,	 średni	 i	 głęboki.	 Zaś	 faza	REM,	 od
rapid	eye	movement	–	czyli	szybkie	ruchy	gałek	ocznych	–	inaczej	zwana	jest	snem	paradoksalnym.	To
w	tym	śnie	występuje	u	mężczyzn	erekcja,	a	u	wszystkich	–	marzenia	senne.


Czemu	nazywa	się	go	snem	paradoksalnym?







Bo	 aktywność	 mózgu	 bardzo	 przypomina	 wtedy	 tę	 podczas	 czuwania.	 Prowadzimy	 bogate	 życie
wewnętrzne,	przed	naszymi	oczami	pojawiają	się	obrazy	–	stąd	ruchy	gałek	ocznych.	Ale	z	drugiej	strony
jesteśmy	objęci	paraliżem	mięśni,	czyli	mamy	zablokowane	ciało.


Zna	 pan	 takie	 uczucie,	 że	 złodziej	 chodzi	 panu	 po	 domu	 albo	 stoi	 z	 nożem	 nad
łóżkiem,	a	pan	nie	może	się	ruszyć?
Znam.	Okropne.	To	sen	w	śnie.	Wychodzimy	z	fazy	REM,	odzyskujemy	już	poczucie	miejsca	i	czasu,


ale	wciąż	mamy	jakieś	fantazje.	I	paraliż	senny	–	on	uniemożliwia	nam	podniesienie	się.	Ja	już	nauczyłem
się	tym	po	prostu	nie	przejmować.


Po	co	nam	ten	paraliż?
Po	 to,	 by	walcząc	we	 śnie	 z	 tygrysem,	 nie	 zabić	 swojego	 partnera	 leżącego	 obok.	Albo	 nie	 zrobić


krzywdy	sobie	samemu.	Chociaż	w	Stanach	już	niejedną	osobę	adwokat	ocalił	z	odsiadki	za	zabójstwo,
tłumacząc,	że	doszło	do	niego	we	śnie.


Ponoć	najzdrowiej	budzić	się,	właśnie	wychodząc	z	fazy	REM.
W	 tym	 momencie	 budzimy	 się	 naturalnie,	 bez	 budzika.	 Ponoć	 wtedy	 jesteśmy	 bardziej	 rześcy,


wypoczęci.


Słyszałam,	że	 faza	nonREM	i	REM	trwają	razem	około	półtorej	godziny.	A	więc
by	obudzić	się	wypoczętym,	trzeba	tak	nastawić	budzik,	by	spać	wielokrotność	tego
czasu	–	czyli	cztery	i	pół	godziny,	sześć,	siedem	i	pół	lub	dziewięć.
Około.	Bo	u	każdego	jest	nieco	inaczej.	Poza	tym	o	ile	faza	REM	trwa	zawsze	mniej	więcej	tyle	samo,


to	faza	nonREM	z	każdym	cyklem	jest	krótsza.	Najlepiej	samemu	popróbować,	 jaka	 jest	optymalna	dla
mnie	długość	snu.


Przeciętnie	ile	to	jest?
Między	siedem	a	osiem	godzin.	Choć	oczywiście	znamy	przypadki	geniuszów,	którzy	sypiali	po	cztery


godziny,	 i	 takich,	 którzy	 sypiali	 po	 dwanaście.	 Ale,	 co	 ciekawe,	 dłużej	 żyją	 osoby,	 które	 śpią	 mniej.
Mówi	się,	że	sen	to	zdrowie,	lecz	okazuje	się,	że	nie	do	końca.	Lepiej	trochę	nie	dosypiać,	niż	spać	za
długo.


Po	czym	jeszcze	poznać,	w	jakiej	fazie	snu	się	obudziliśmy?
Jeśli	 budzimy	 się	 w	 REM,	 pamiętamy	 na	 ogół	 sny.	 One	 oczywiście	 są	 bardzo	 ulotne,	 bo	 szlaki


pamięciowe	nie	są	wtedy	odpowiednio	skonsolidowane.


Sny	coś	znaczą?
Osobiście	 nie	 wierzę	 w	 ich	moc	 proroczą,	 ale	 znaczą	 coś	 na	 pewno.	 Jeśli	 nad	 czymś	 intensywnie


myślimy,	 nie	 przestajemy	 również	 w	 nocy.	 Sen	 to	 taka	 powtórka	 tego,	 co	 zajmuje	 nas	 za	 dnia.	 Ale
ponieważ	mózg	pracuje	podczas	snu	w	inny	sposób,	to	najbardziej	inspirujące	rozwiązania	mogą	przyjść
właśnie	wtedy.	W	XIX	wieku	na	przykład	naukowców	bardzo	frapowało,	jak	wygląda	struktura	benzenu.
Wiadomo	było,	że	składa	się	z	sześciu	atomów	węgla	i	dwunastu	atomów	wodoru,	lecz	nikt	nie	potrafił
sobie	wyobrazić,	jak	taka	konstrukcja	może	wyglądać.	Aż	Augustowi	Kekulé,	niemieckiemu	chemikowi,
przyśniło	się	sześć	diabłów	powiązanych	ogonami.	Okazało	się,	że	podobnie	wygląda	pierścień	benzenu.







A	 austriacki	 farmakolog	 Otto	 Loewi	 w	 latach	 dwudziestych	 XX	 wieku	 rozpracowywał	 działanie
neuroprzekaźników.	 Miał	 intuicję,	 ale	 nie	 wiedział,	 jak	 udowodnić,	 że	 z	 neuronów	 uwalniają	 się
substancje	chemiczne,	które	pobudzają	działanie	odpowiednich	narządów.


Przyśnił	mu	się	ten	pomysł?
Tak.	Obudził	się	i	zaraz	zapisał	to	–	szyfrem	–	w	notesie	położonym	na	swoim	nocnym	stoliku.	Jednak


rano	nie	mógł	tego	ani	odkodować,	ani	przypomnieć	sobie,	o	co	w	tym	jego	genialnym	sposobie	chodziło.
Kiedy	przyśnił	mu	 się	drugi	 raz,	w	Wielką	Sobotę,	 zaraz	pobiegł	do	 laboratorium	go	wypróbowywać.
W	1936	roku	dostał	za	to	Nagrodę	Nobla.	Co	ciekawe,	noworodki,	a	nawet	płody	w	macicy	matki,	śnią
właśnie	głównie	snem	REM.


Po	co	im	sny?
Przyjmuje	się,	że	to	taki	rodzaj	kina	dla	wyobraźni.	Że	ją	pobudzają.	O	tym,	jak	ważny	jest	sen	REM,


świadczą	 badania	 na	 szczurach.	 Prowadzono	 je	 w	 ten	 sposób,	 że	 śpiącego	 szczura	 umieszczano	 na
spodzie	odwróconej	doniczki,	ustawionej	w	kuwecie	z	wodą.	Zwierzę	się	skuliło,	było	mu	niewygodnie,
ale	spało.	Kiedy	przychodził	sen	REM,	następowało	jednak	rozluźnienie	mięśni	i	szczur	spadał	do	wody
i	się	budził.	Oczywiście	potem	z	powrotem	wdrapywał	się	na	tę	doniczkę	i	spał	dalej,	ale	sen	REM	już
tracił.	Po	czterech	tygodniach	takiego	torturowania	szczura	zapadał	on	na	jakąś	ciężką	chorobę.	Kolejne
badania	 wykazały,	 że	 szczur,	 który	 był	 wybudzany	 ze	 snu	 nonREM,	 wcale	 nie	 chorował.	 A	 więc	 to
właśnie	 sen	 paradoksalny,	 REM,	 jest	 dla	 zdrowia	 ważniejszy	 i	 to	 on	 jest	 sprzymierzeńcem	 naszego
układu	odpornościowego.


Długo	bez	snu	nie	potrafimy	przeżyć?
Był	jeden	facet,	który	nie	spał	18	dni	i	dalej	potrafił	wrzucać	piłkę	do	kosza.	Fakt,	że	był	koszykarzem.


Jednak	 zwykle	 już	 po	 jednej	 nieprzespanej	 nocy	 zachowujemy	 się	 jak	 pod	 wpływem	 pewnych
psychotropów.	Nie	potrafimy	myśleć	racjonalnie,	odróżnić	tego,	co	dzieje	się	naprawdę,	od	tego,	czym	są
nasze	 iluzje,	nie	zapamiętujemy,	bo	nasze	ślady	pamięciowe	nie	mają	szans,	by	się	skonsolidować,	nie
możemy	się	 też	 skoncentrować.	Dlatego	pozbawienie	 snu	 jest	 całkiem	skuteczną	 torturą;	osoby,	którym
uniemożliwia	 się	 sen,	 przyznają	 się	 do	wszystkiego	–	 nawet	 do	 tego,	 czego	wcale	 nie	 zrobiły	 –	 po	 to
tylko,	by	wreszcie	móc	pójść	spać.	Dlatego	takie	tortury	są	już	w	niektórych	krajach	zakazane.	Nie	tylko
dlatego,	iż	są	niehumanitarne,	ale	też	dlatego,	że	zeznania	podczas	nich	wydobyte	nie	są	wiarygodne.


Możemy	 jednak	 obudzić	 się,	 chociażby	 pijąc	 kawę	 z	 kofeiną,	 o	 silniej
pobudzających	napojach	energetycznych	czy	amfetaminie	nie	mówiąc.
Na	krótki	czas	–	owszem.	Taki	red	bull	ocalił	życie	tysiącom	kierowców	i	ludziom,	których	dzięki	tym


energetykom	nie	zabili.	Zmęczenie	i	senność	wśród	kierowców	powodują	więcej	wypadków	na	drogach
niż	alkohol.


Tylko	jak	to	sprawdzić?
Są	 różne	 pomysły.	Wiadomo	 na	 przykład,	 że	 im	 dłużej	 nie	 śpimy,	 tym	 w	 naszej	 ślinie	 więcej	 jest


enzymu	amylazy.


Za	co	odpowiada	amylaza?
To	enzym	trawienny,	rozbija	skrobię	na	cukry	proste.	To	dzięki	amylazie,	długo	żując	chleb	w	ustach,







czujemy	w	końcu	 słodki	posmak.	Nie	wiadomo	wprawdzie,	 jaki	ma	 to	 związek	z	naszą	 sennością,	 ale
rzeczywiście	 im	bardziej	 senni	 jesteśmy,	 tym	 jest	 jej	więcej.	 I	 teraz	dość	 łatwo	byłoby	zrobić	 testy	na
ilość	amylazy	w	ślinie	kierowców.	To	na	 razie	pomysły.	Wśród	kierowców	ciężarówek	 i	autokarów	–
potencjalnie	 najbardziej	 niebezpiecznych	 –	 wprowadzono	 nakaz	 używania	 tachografów,	 urządzeń
rejestrujących	 czas	 ich	 pracy	 za	 kółkiem.	 Jednak	 dobrze	 wiemy,	 że	 co	 bardziej	 cwani	 tirowcy	 mają
sposób	na	 ich	obejście.	Nie	mówiąc	o	 tym,	że	czas	po	pracy	mogą	spędzić	przecież	na	 imprezowaniu,
a	nie	na	spaniu.


Często	nie	dosypiamy?
Często.	 Badania	 pokazują,	 że	 dużym	 problemem	 jest	 zmęczenie	 u	 uczniów,	 którzy	 zaczynają	 lekcje


w	szkole	o	siódmej,	ósmej.	Według	mnie	to	głupota.


Po	prostu	mogą	kłaść	się	godzinę	wcześniej	spać.
Nasz	 organizm	 ma	 swój	 zegar	 biologiczny	 –	 regulowany	 przez	 hormon	 snu,	 melatoninę,	 której


wydzielanie	jest	związane	z	cyklem	dobowym,	konkretniej	–	ze	światłem.	I	jeśli	chcemy	iść	spać	przed
naszym	biologicznym	zegarem,	choćbyśmy	nie	wiem	jak	byli	zmęczeni,	i	tak	nie	zaśniemy.	Będziemy	się
tylko	 bez	 sensu	 przewracać	 z	 boku	 na	 bok.	Oczywiście,	 niektórzy	 potrafią	 się	 przestawić	 –	 świetnym
przykładem	są	 lekarze,	 pielęgniarki,	 kierowcy	autobusów	pracujących	na	noc.	Ale	nie	każdy	 tak	umie.
Trzeba	 by	 zrobić	 badania	 na	 jakiejś	 dużej	 grupie	 osób,	 które	 dałyby	 odpowiedź	 na	 pytanie,	 o	 której
optymalnie	godzinie	powinny	zaczynać	się	zajęcia	w	szkole.


Jet	 lag,	 zaburzenia	pojawiające	 się	u	osób	zmieniających	strefy	czasowe,	z	czego
wynika?
Właśnie	z	zaburzenia	tego	biologicznego	zegara	w	stosunku	do	trybu	dnia	i	nocy	w	miejscu,	do	którego


podróżujemy.	Jeśli	o	siódmej	nad	ranem	budzą	panią	promienie	słońca,	a	pani	zegar	biologiczny	myśli,	że
jest	 czwarta	 w	 nocy,	 kiedy	 sen	 jest	 najgłębszy,	 a	 temperatura	 ciała	 najniższa	 –	 to	 zaczyna	wariować.
Można	 przez	 to	 nabawić	 się	 problemów	 nie	 tylko	 z	 bezsennością,	 lecz	 także	 z	 koncentracją,
z	odpornością,	z	chandrą.	Co	ciekawe,	nasze	ciało	gorzej	reaguje	podczas	podróży	z	zachodu	na	wschód,
lepiej	radzi	sobie	z	przeciwnym	kierunkiem.


Zauważyłam.	Podróżując	na	zachód,	po	prostu	idzie	się	spać	kilka	godzin	później,
wstaje	po	świcie	i	problem	znika.
Właśnie.	 A	 jak	 podróżowałem	 na	 wschód,	 do	 Indii	 na	 przykład,	 zawsze	 potrzebowałem	 trzech–


czterech	dni,	by	dojść	do	siebie.	Czułem	senność	dopiero,	 jak	 już	wschodziło	słońce,	a	ono	hamowało
wydzielanie	 melatoniny,	 nie	 mogłem	 więc	 się	 dobrze	 wyspać	 i	 za	 dnia.	 Koło	 się	 zamykało.
Zaobserwowałem	 to	 również	 podczas	 konferencji	 w	 Australii.	 Przyjechali	 na	 nią	 naukowcy	 zarówno
z	Europy,	jak	i	z	Ameryki.	Jedni	i	drudzy	pokonali	mniej	więcej	po	tyle	samo	stref	czasowych,	ale	ci	ze
Stanów	lecieli	na	zachód,	a	my	–	na	wschód.	I	dużo	gorzej	znieśliśmy	to	my,	Europejczycy.	Zresztą	nasze
ciało	w	ogóle	nie	 lubi,	 kiedy	 zmieniamy	 swój	 cykl	 dobowy.	Proszę	 zwrócić	uwagę	na	 to,	 jak	wzrasta
śmiertelność	mężczyzn	koło	67	roku	życia.	Czyli	ze	dwa	lata	po	przejściu	na	emeryturę.


Myślałam,	że	dlatego,	bo	czują	się	mniej	potrzebni.
A	 ja	 myślę,	 że	 dlatego,	 iż	 zmienia	 się	 ich	 cykl	 dobowy.	 Moja	 znajoma,	 która	 jest	 psychiatrą,


opowiadała	o	przypadku	kobiety,	której	zdechł	pies.	Pacjentka	zaczęła	płakać,	ogarnął	ją	marazm,	nic	jej







się	 nie	 chciało.	 Wszyscy	 myśleli,	 że	 to	 depresja	 reaktywna	 –	 a	 więc	 odpowiedź	 psychiki	 na	 utratę
ukochanego	 zwierzęcia.	 Ale	 psychiatra	 polecił	 jej,	 żeby	 robiła	 wciąż	 to	 samo,	 co	 robiła	 z	 psem:
wychodziła	 o	 tych	 samych	 porach	 na	 spacery	 podobnej	 długości,	 wstawała	 wtedy,	 kiedy	 wstawała
przedtem,	musząc	opiekować	się	czworonogiem.	I	co	się	okazało?


Depresja	zniknęła?
Właśnie.


Ale	 w	 takim	 razie	 formą	 jet	 lagu,	 przestawienia	 naszego	 rytmu	 dobowego,	 są
zmiany	czasu	na	zimowy	i	letni.
Tak.	 To	 dla	 mnie	 zupełna	 głupota.	 Jeszcze	 w	 XIX	 wieku	 każde	 miasto	 miało	 swój	 lokalny	 czas.


W	 Krakowie	 południe	 wybijało	 dokładnie	 w	 momencie,	 kiedy	 słońce	 znajdowało	 się	 najwyżej.
W	Bochni	południe	było	więc	kilka	minut	wcześniej,	w	Tarnowie	jeszcze	wcześniej,	a	u	pani	na	Śląsku	–
odpowiednio	 później.	 Ale	 potem,	 przez	 pojawienie	 się	 kolei	 żelaznych,	 trzeba	 było	 zrobić	 z	 tym
porządek.	 I	 dobrze,	 bo	 nie	 połapalibyśmy	 się	 w	 tym	 bałaganie.	 Szkoda,	 że	 później,	 w	 czasie	 drugiej
wojny	 światowej,	 okupant	 wpadł	 na	 pomysł,	 żeby	 przez	 wprowadzenie	 czasu	 zimowego	 i	 letniego
zaoszczędzić	na	elektryczności.


Wątpię,	że	dzisiaj	to	przynosi	jakiekolwiek	oszczędności.
Nawet	 jeśli,	 to	 na	moje	 oko	 przynosi	 też	 dużo	większe	 straty.	 Trzeba	 by	 zbadać	 liczbę	wypadków


przed	zmianą	czasową	i	po	niej,	wydajność	pracowników,	zapadalność	na	choroby.	Jestem	przekonany,
że	 wyszłoby,	 że	 zmiana	 czasu	 jest	 szkodliwa.	 Chyba	 że	 takie	 badania	 już	 zrobiono,	 tylko	 się	 ich	 nie
publikuje.


Czemu	miałoby	się	ich	nie	publikować?
Bo	 systemu	 zmian	 czasu	 nie	 byłoby	 tak	 łatwo	 zmienić.	 W	 całej	 Europie	 to	 funkcjonuje	 i	 nagle


pojedyncze	kraje	miałyby	się	wyłamywać?


Wiele	osób	twierdzi,	że	nie	może	spać	podczas	pełni	księżyca.	Kłamią?
A	jak	pani	myśli?


Ja	myślę,	że	nie.	Bo	też	podczas	pełni	mam	czasem	problem	z	zasypianiem.
Więc	sama	pani	widzi.	Ale	niestety,	zawiodę	panią:	nauka	nie	potrafi	tego	wyjaśnić.


Część	naukowców	wprost	się	z	tego	śmieje.
Część	naukowców	również	wprost	śmiała	się	z	astrologów,	którzy	twierdzili,	że	osoby	urodzone	pod


znakiem	Byka	mają	większą	 skłonność	 do	 schizofrenii.	 Ale	 przecież	 jeśli	 kobieta	 urodziła	 na	wiosnę
dziecko,	 to	 łatwo	 policzyć,	 że	 drugi	 trymestr	 ciąży,	 kiedy	 najbardziej	 rozwija	 się	 układ	 nerwowy,
przypadł	na	listopad,	grudzień.	A	więc	na	czas,	kiedy	najłatwiej	o	zakażenie	wirusowe.	To	zaś,	według
najnowszych	badań,	może	mieć	wpływ	na	rozwój	schizofrenii	u	dziecka.	Oczywiście	żadna	w	tym	rola
konstelacji	 gwiazd	 i	 zabobonów	 –	 po	 prostu	 wreszcie	 zyskaliśmy	 narzędzia,	 dzięki	 którym	 możemy
naukowo	 to	 zjawisko	 udowodnić.	 Podobnie	może	 być	 kiedyś	 z	 problemem	 bezsenności	 podczas	 pełni
księżyca	–	a	już	dawno	wiemy	przecież,	że	księżyc	reguluje	na	przykład	odpływy	i	przypływy.	Być	może
również	cykl	menstruacyjny	u	kobiet.







Jak	już	nie	możemy	spać,	co	robić?
Nie	przejmować	się.	Często	słyszy	się,	że	ktoś	mówi:	”Całą	noc	oka	nie	zmrużyłem,	przewracałem	się


tylko	z	boku	na	bok”.	Otóż	okazuje	się,	że	jeśli	podłączymy	takich	ludzi	do	aparatury	badającej	pracę	ich
mózgu,	wychodzi	na	 to,	że	wcale	nie	mówią	prawdy.	Owszem,	mogli	budzić	się	kilkadziesiąt	 razy,	ale
pomiędzy	 tymi	 chwilami	 normalnie	 spali.	Mózg	 zniekształcił	 tu	 ich	 wspomnienia.	 Zawsze	 powtarzam
ludziom,	którzy	narzekają	na	słaby	sen:	od	krótkotrwałych	zaburzeń	snu	 jeszcze	nikt	nie	umarł.	Zamiast
się	tym	stresować,	próbować	na	siłę	spać,	łykać	jakieś	tabletki,	lepiej	zaświecić	światło	i	poczytać	albo
włączyć	 film.	 Oczywiście	 jeśli	 problemy	 ze	 snem	 są	 długotrwałe,	 nie	ma	 się	 już	 co	męczyć	 –	 lepiej
zgłosić	się	do	lekarza.


A	czy	warto	spać	w	ciągu	dnia?
Jak	 najbardziej!	Najnowsze	 badania	wykazują,	 że	 poobiednie	 drzemki	 świetnie	wpływają	 na	 nasze


zdolności	 poznawcze,	 utrwalają	 pamięć,	 działają	 orzeźwiająco.	 Nawet	 półgodzinna	 drzemka	 ucięta
podczas	 nauki	 czy	 po	 pracy	 przynosi	 rewelacyjne	 efekty.	 Niektóre	 firmy	 tworzą	 specjalne	 pokoje	 dla
pracowników,	by	mogli	uciąć	sobie	taką	krótką	drzemkę.


Dobrzy	ci	pracodawcy.
Dobrzy	 to	 oni	 są	 przede	 wszystkim	 dla	 siebie.	 Bo	 pracownik	 po	 takiej	 krótkiej	 drzemce	 jest	 tak


wypoczęty,	 że	 przez	 resztę	 dnia	 pracuje	 znacznie	 szybciej	 i	 wydajniej.	 A	 jeśli	 będzie	 miotał	 się
niewyspany,	robił	sobie	trzecią	kawę	i	wychodził	łykać	świeże	powietrze,	stracimy	znacznie	więcej	jego
czasu.


Pan	śni	na	czarno-biało	czy	kolorowo?
Myślałem,	 że	 na	 czarno-biało,	 ale	 odkąd	 wyczytałem,	 że	 schizofrenicy	 częściej	 śnią	 w	 kolorach,


stwierdziłem,	że	też	chyba	to	mam.


A	to	prawda?
E,	nie	sądzę.	Większość	ludzi	po	prostu	nie	przywiązuje	wagi	do	tego,	czy	w	ich	snach	były	kolory,	czy


nie.	To,	co	w	snach	jest	najważniejsze,	to	emocje.	Śni	nam	się	to,	czego	się	boimy,	o	czym	marzymy,	co
nas	męczy.	Uczucia.	I	to	je	najlepiej	zapamiętujemy.











Ból	to	pomyłka	ewolucji?
A	chciałaby	pani	nie	odczuwać	bólu?	Nie	odsuwać	ręki,	jak	dotknie	pani	czegoś	gorącego?	Chodzić	ze


złamaną	nogą	 i	 nawet	o	 tym	nie	wiedzieć?	Nie	mieć	 sygnałów,	 że	ma	pani	wrzody,	 nowotwór,	 zawał,
udar?	Ból,	choć	bardzo	nieprzyjemny	i	tak	przez	nas	znienawidzony,	jest	niezbędny	do	przeżycia.


A	jednak	osoby	z	bezbolesnością,	czyli	takie,	które	nie	odczuwają	bólu,	jakoś	żyją.
Na	 pewno	 nie	 chciałaby	 się	 pani	 z	 nimi	 zamienić.	 Muszą	 bardzo	 uważać,	 by	 nie	 pakować	 się


w	niebezpieczne	sytuacje.	Pacjenci	z	bezbolesnością	radzą	sobie	ponadto	tylko	dlatego,	że	człowiek	jest
już	ewolucyjnie	rozwiniętym	gatunkiem	i	wie	na	przykład,	że	jeśli	straci	palec,	nawet	jeśli	go	to	nie	boli,
musi	zgłosić	się	do	szpitala.	Dawniej	byłoby	niemożliwe,	aby	osoby	z	bezbolesnością	długo	pożyły.	Ten
okropny,	nieprzyjemny	ból	jest	zarazem	cudem	natury.	Nie	ma	lepszego	sposobu,	by	zasygnalizować,	że
coś	złego	dzieje	się	w	naszym	ciele,	by	zmusić	organizm	do	wypoczynku,	aby	nas	chronić.


Czym	w	zasadzie	jest	ból?
Niemiłym	odczuciem	zmysłowym	i	emocjonalnym,	związanym	z	uszkodzeniem	tkanek	–	rzeczywistym


lub	potencjalnym.	Co	ważne,	 istniejącym	tylko	w	naszych	głowach.	Ból	nie	 jest	 tak	naprawdę	realny	–
jest	 pewnym	 quale,	 czymś,	 czego	 nie	 ma	 w	 świecie	 zewnętrznym.	 Tak	 jak	 nie	 ma	 kolorów,	 hałasu,
zapachów,	ciepła	i	zimna.


Jak	to	nie	ma	hałasu?	Przecież	możemy	go	mierzyć	decybelami.
Możemy	mierzyć	natężenie	fal	dźwiękowych,	ale	to,	że	słyszymy	je	jako	hałas,	to	już	robota	naszego


mózgu.	Jak	spadnie	drzewo	na	bezludnej	wyspie,	niezamieszkanej	przez	ludzi	ani	żadne	inne	zwierzęta,	to
huku	nie	będzie.	Podobnie	jest	z	kolorami.	Jaki	to	kolor?


Niebieski.
Ja	 też	 powiem,	 że	 niebieski.	 Ale	 nie	 dlatego,	 że	 ja	 widzę	 go	 tak	 samo	 jak	 pani,	 ale	 dlatego,	 iż


umówiliśmy	się	na	to,	że	to	jest	niebieski.	To,	co	ja	widzę	jako	niebieski,	pani	może	widzieć	jako	mój
różowy.	Skąd	wiemy,	że	to	ten	sam	kolor?	Każdy	widzi	je	inaczej.


Pewnie	dlatego	są	kwestią	gustu.
Właśnie.	 Z	 bólem	 jest	 podobnie.	 Nie	 istnieje	 poza	 nami,	 w	 realnym	 świecie,	 ale	 powoduje	 realne


zmiany	mózgu.


Wiemy,	skąd	się	bierze?
Tak.	 Na	 naszym	 ciele	 i	 wewnątrz	 niego	 znajdują	 się	 receptory	 czuciowe.	 Różnego	 rodzaju	 –


termoreceptory,	 mechanoreceptory	 itd.	 W	 pewnych	 miejscach,	 jak	 na	 opuszkach	 palców	 i	 wargach,
receptorów	 jest	 więcej,	 w	 innych,	 na	 przykład	 na	 plecach	 –	 mniej.	 Te	 receptory	 będą	 wrażliwe	 na
silniejszy	dotyk,	na	gorąco,	na	ukąszenie	insekta,	na	prąd	elektryczny	czy	uszkodzenie	tkanek	jakąś	żrącą
substancją.	Będą	to	rejestrowały	i	wysyłały	sygnał	przez	rdzeń	kręgowy	do	wzgórza.	Taki	sygnał	bólowy
będą	 przenosiły	 specjalne	 komórki	 nerwowe,	 zwane	 neuronami	 zwojów	 korzenia	 grzbietowego.	 We
wzgórzu	ten	sygnał	zostanie	odpowiednio	”przerobiony”	i	wysłany	do	kory	mózgowej,	która	odpowiada
już	za	świadome	odczuwanie	bólu.


I	żeby	go	uśmierzyć,	musimy	brać	leki	przeciwbólowe.







Niekoniecznie.	Skoro	ból	jest	nierealny,	to	znaczy,	że	możemy	uśmierzać	go	niematerialnymi	środkami
–	 placebo.	 Czyli	 substancjami	 lub	 zabiegami	 teoretycznie	 obojętnymi,	 niewywołującymi	 materialnych
zmian	w	ciele.	I	ten	sposób	leczenia	okazuje	się	bardzo	skuteczny.


Myślałam,	że	jego	skuteczność	polega	tylko	na	tym,	że	pacjenci,	myśląc,	iż	przyjęli
jakiś	lek,	uważają,	że	im	się	poprawia.	Ale	że	fizycznie	ta	poprawa	nie	występuje.
Właśnie	że	występuje.	Lek	 jest	 iluzją,	ale	 jego	efekt	–	 już	nie.	Naukowców,	którzy	 tak	utrzymywali,


przekonało	ostatecznie	odkrycie,	że	działanie	placebo	znika	po	zablokowaniu	receptorów	opioidowych	–
wiemy	więc,	że	placebo	nasila	działanie	układu	opioidowego,	naszego	sprzymierzeńca	w	walce	z	bólem.
Efekt	 placebo	 wykorzystuje	 wielu	 znachorów,	 chińskich	 medyków,	 bioenergoterapeutów,	 handlarzy
dziwnymi,	”rewelacyjnymi”	ziołami.


Kiedyś	 rozmawiałam	 z	 mężczyzną,	 który	 w	 strasznym	 wypadku	 stracił	 rękę	 –
przyszyto	 mu	 ją	 później	 w	 krakowskim	 szpitalu	 Rydygiera.	 Zdziwiło	 mnie,	 że	 ten
pacjent	nie	pamiętał	ani	tego,	co	wydarzyło	się	bezpośrednio	przed	wypadkiem,	ani
w	jego	trakcie,	ani	kolejnych	trzech	tygodni	po	operacji,	mimo	że	był	podczas	nich
przytomny	i	ponoć	zachowywał	się	racjonalnie.
Ból	aktywuje	obszary	mózgu	odpowiedzialne	za	pamięć,	osobowość,	emocje.	Dlatego	wiąże	się	z	tak


silnymi	emocjami,	może	zmieniać	naszą	osobowość	i	zapaść	w	naszą	pamięć	tak	bardzo,	że	już	do	końca
życia	 będziemy	 trzymać	 się	 z	 daleka	 od	 czynnika	 bólowego.	 Ale	 jeśli	 ból	 był	 naprawdę	 ogromny,
a	 wydarzenie	 traumatyczne,	 nasz	 mózg	 może	 chronić	 nas	 przed	 bolesnymi	 wspomnieniami	 –	 i	 wtedy
możemy	mieć	problem	z	odtworzeniem	tych	zdarzeń.


A	jak	to	się	dzieje,	że	czasem	ludzie	ulegający	wypadkom	w	pierwszym	momencie
nie	czują	bólu?
Czują	ból,	bo	wrażenia	nocyceptywne,	czyli	związane	z	uszkodzeniem	tkanek,	u	nich	działają.	Jednak


nie	cierpią,	bo	cierpienie	to	już	świadome	odczuwanie	bólu,	związane	z	emocjonalnością	i	rozgrywające
się	na	poziomie	kory	mózgowej.	Mózg	osób	po	wypadkach	przez	jakiś	czas	będzie	blokował	cierpienie,
jeśli	 uzna,	 że	 mają	 zająć	 się	 najpierw	 ważniejszymi	 sprawami	 –	 ucieczką,	 wezwaniem	 pogotowia,
wyciągnięciem	 z	 samochodu	 bardziej	 rannego	 współtowarzysza.	 Zamiast	 wrażeń	 bólowych	 będzie	 im
dostarczał	adrenaliny,	by	się	zmobilizowali.	Stąd	tak	często	zdarza	się,	że	ktoś	wstaje	po	wypadku	i	idzie
dalej.	 Albo	 nawet	 gdy	 tramwaj	 mu	 utnie	 nogi,	 to	 on	 dalej	 na	 kikutach	 będzie	 próbował	 uciekać.
Dokładnie	taki	sam	schemat	występuje	u	bokserów	–	nawet	jak	biją	się	z	połamanym	nosem,	nawet	jak
leje	się	z	nich	krew,	zdają	się	 tym	nie	przejmować.	Nie	cierpią.	Do	czasu,	bo	po	walce	pewnie	trzeba
będzie	zażyć	środki	przeciwbólowe.


Pan	 mówi,	 że	 ból	 jest	 potrzebny,	 bo	 sygnalizuje,	 iż	 dzieje	 się	 z	 nami	 coś	 złego.
A	jednak	niektóre	bóle	są	zupełnie	bez	sensu.	Na	przykład	migreny.	Po	co	nam	one?
Potrzebny	 jest	 przede	 wszystkim	 ból	 silny,	 zwiastujący	 jakieś	 niebezpieczeństwo.	 Bóle	 chroniczne,


w	tym	migreny,	nerwobóle,	bóle	reumatyczne,	pooperacyjne	czy	nowotwory	już	do	niczego	nam	nie	służą.


Skąd	się	biorą?
Na	 przykład	 z	 uszkodzenia	 neuronów,	 które	wysyłają	 nam	 stale	 sygnały	 bólowe.	 I	 zatruwają	 życie.


Bóle	chroniczne	akurat	może	pani	nazwać	”pomyłką	ewolucji”.	I	z	nimi	trzeba	walczyć,	bo	nie	tylko	są







nieprzyjemne,	lecz	także	fatalnie	wpływają	na	mózg	–	przez	nie	zmniejsza	się	na	przykład	istota	szara.


Głupiejemy	od	nich?
Głupiejemy,	 robimy	 się	 nieszczęśliwi,	 depresyjni.	 Choć	 faktem	 jest,	 że	 układ	 bólowy	 ma	 pewne


mechanizmy	samoregulacji	–	mózg	nie	tylko	odczuwa	ból,	lecz	także	potrafi	go	hamować.	Nasz	organizm
sam	wytwarza	 też	 przeciwbólowe	 opioidy,	 które	 działają	 podobnie	 jak	morfina	 –	 a	 raczej	 to	morfina
działa	na	ich	wzór,	pobudzając	receptory	opioidowe.


Możemy	też	zmniejszyć	ból,	pocierając	bolącą	część	ciała.
Tak,	bo	wtedy	pobudzamy	inne	neurony.	Nasz	mózg	w	pewnym	sensie	zajmuje	się	więc	czymś	innym.


Odwrócenie	 uwagi,	 czyli	 dystrakcja,	 również	 jest	 fantastycznym	 sposobem	 na	 walkę	 z	 bólem.	 Jej
szczególną	 formą	 jest	 medytacja.	 Przeprowadzono	 na	 przykład	 badania	 na	 pacjentach	 wierzących
i	 niewierzących.	 Obu	 grupom	 kazano	 kontemplować	 dwa	 obrazki	 –	 jeden	 świecki,	Damę	 z	 łasiczką,
a	drugi	–	wizerunek	maryjny.	Okazało	się,	że	gdy	pacjenci	katolicy	patrzyli	na	obrazek	przedstawiający
wizerunek	świętych,	 ich	ból	zanikał.	Ciekawym,	niefarmakologicznym	sposobem	na	walkę	z	bólem	jest
też	przeniesienie	pacjenta	w	świat	wirtualny.	Świetnie	sprawdza	się	w	przypadku	oparzonych	młodych
pacjentów.	 Ochładzając	 takiego	 człowieka	 lub	 przemywając	 jego	 rany,	 możemy	 założyć	 mu	 okulary
przenoszące	w	świat	fantastyczny,	zapewnić	joystick,	jakieś	nagłośnienie	i	kazać	na	przykład	zdobywać
bajkowe	 krainy.	 Świetnie	 działa	 –	 i	 tym	 lepiej,	 im	 metoda	 jest	 bardziej	 rozwinięta	 technologicznie.
I	droższa.


Ludzie	 mają	 różną	 tolerancję	 na	 ból.	 A	 czy	 widać	 różnice	 pomiędzy	 rasami,
narodowościami?
Tak.	Włosi	reagują	na	ból	silniej	niż	ludy	z	północy,	na	przykład	Skandynawowie.	Najlepiej	z	bólem


zdają	sobie	radzić	rdzenni	mieszkańcy	Ameryki	Północnej,	Indianie.


A	Polacy?
Wypadają	na	 tle	 innych	średnio.	Pewnie	dlatego,	że	są	dość	zróżnicowanym	narodem.	Ciekawe,	czy


potomkowie	rycerzy	lepiej	znoszą	ból?


Który	rodzaj	bólu	jest