Główna Wyspa na prerii

Wyspa na prerii

0 / 0
Jak bardzo podobała Ci się ta książka?
Jaka jest jakość pobranego pliku?
Pobierz książkę, aby ocenić jej jakość
Jaka jest jakość pobranych plików?
Dotychczas pisałem książki o Indianach z Amazonii – było dziko i egzotycznie. Ta jest o kowbojach z Arizony, i też będzie dziko i egzotycznie. Południe Stanów Zjednoczonych oraz dawny Dziki Zachód są zupełnie inne niż Nowy Jork, Chicago, Floryda czy Kalifornia. Preria zadziwia nawet tych, którzy dobrze znają Amerykę. Gdyby komuś nie mieściło się w głowie, że prowincja największego mocarstwa na świecie wygląda tak, jak ją tu opisałem, niech rzuci okiem na serial telewizyjny „Duck Dynasty” (w Polsce znany jako „Dynastia Kaczorów”) albo... niech potraktuje tę książkę jak zwykłą powieść przygodową.
A gdyby ktoś chciał sprawdzić osobiście, czy jest tak jak tu opisałem, drogę znajdzie łatwo: wystarczy zjechać z autostrady, potem jeszcze raz zjechać, i znów zjechać, i tak do skutku – aż skończy się mapa i wylądujesz na polnej drodze, prowadzącej na jakieś rancho.
Rzecz dzieje się współcześnie, w Arizonie, tuż przy granicy z Meksykiem. Dziki Zachód dawno przestał być dziki, ale mieszkańcy prerii wciąż o tym zapominają. Preria jest trochę dzika, trochę niepiśmienna. Nie jest zacofana! Po prostu poszła w inną stronę niż nasza cywilizacja.
Posłuchajcie...

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/226157/wyspa-na-prerii
Rok:
2014
Wydanie:
1st
Wydawnictwo:
Zysk i S-ka
Język:
polish
ISBN 13:
9788377855256
Serie:
Z Tukanem
Plik:
RAR, 41,90 MB
Ściągnij (rar, 41,90 MB)

Możesz być zainteresowany Powered by Rec2Me

 

Najbardziej popularne frazy

 
nie12445
jest4304
ale3599
jak3128
tak2600
mnie1851
tylko1728
potem1709
tym1667
tego1590
kiedy1501
sobie1409
czy1379
pod1367
teraz1364
tam1291
dla1184
nic1175
gdy1136
bez1108
przez1084
nawet1057
lub890
mam871
przy859
tej775
albo741
domu739
oraz624
tyle587
nikt583
jako573
jego569
dwa525
wiem471
taki470
0 comments
 

To post a review, please sign in or sign up
Możesz zostawić recenzję książki i podzielić się swoimi doświadczeniami. Inni czytelnicy będą zainteresowani Twoją opinią na temat przeczytanych książek. Niezależnie od tego, czy książka ci się podoba, czy nie, jeśli powiesz im szczerze i szczegółowo, ludzie będą mogli znaleźć dla siebie nowe książki, które ich zainteresują.
2

How to Text a Girl: A Girls Chase Guide (Girls Chase Guides)

Rok:
2017
Język:
english
Plik:
PDF, 561 KB
0 / 0
 

Wojciech Cejrowski - Wyspa na prerii (2014)/gorsza wersja/Wojciech Cejrowski - Wyspa na prerii.pdf
Wojciech Cejrowski

WYSPA NA PRERII

 



Praca korektora w książkach WC przypomina robotę w kopalni. Jak Państwo widzą, 
jest nas trzy. WC to dyslektyk i robi błędy jak karabin maszynowy: ta ta ta ta. Większość 
z tych błędów jest standardowa, lecz nagromadzenie zjawiska niespotykane. Proste słowo
„żarówka" zawierało pięć błędów! WC chciał napisać rzamfka, ale pomylił się jeszcze 
dwa razy i wyszło mu żaarufk. Takie oto rzeczy musimy odkręcać. Ale... dajemy radę! 
Jesteśmy staranne, jesteśmy bystre, znamy zasady i trzymamy się zasad.

Są jednak wyjątki:
Reguły poprawnościowe nakazują, by kropka kończąca zdanie umieszczone w 

nawiasie, stała za nawiasem. WC uważa, że to nielogiczne, bo skoro całe zdanie jest w 
nawiasie, to dlaczego kropka ma być poza? WC postuluje zmianę tej „idiotycznej" 
zasady, a my nie mamy nic przeciwko temu. Rozwój języka polega na tym, że ktoś 
zaczyna robić coś inaczej niż do tej pory. A zatem wiemy, co mówią reguły, lecz pomimo 
to - na wyraźne życzenie Autora - zostawiamy mu te kropki wewnątrz nawiasów. (Jego 
nawiasów! Bo w naszych nawiasach będzie tak, jak każą reguły), [przyp. kor.]

 

WOJCIECHOWI  I WIKTOROWI - 
MOIM  SYNOM CHRZESTNYM



Imię nadawane na chrzcie mówi kim jesteś, kim będziesz, kim być powinieneś.
Wiktor to ten, który ma zwyciężać, pokonywać. Niekoniecznie wroga - ma bić 

przeszkody, problemy, zadania, konkursy, wyścigi... Masz być zwycięski i tyle.
Wojciech z kolei to wojownik (woj), który czerpie radość (uciechę) z walki lub 

przynosi radość innym. Dawno temu chodziło o radość zwycięstwa na wojnie i bogate 
lupy, a dziś może po prostu o wesoły charakter, odrobinę zadziorności i skłonność do 
żartów.

Natomiast moje imię zawiera dodatkową informację - ukrytą i przeznaczoną di Was. 
Przyjdą w życiu takie chwile, gdy powinniście odrzucić pierwszą i ostatnią literę mojego 
imienia, i skupić uwagę na tym, co zostało...

Kim jestem dla Was? Kim być po; winienem? I najważniejsze - kim chcę być.
Po pierwsze, mam obowiązek modlić się w Waszej intencji i robię to codziennie z 

radością. Po drugie, mam obowiązek zastępować Wam ojców, gdy to konieczne, 
potrzebne, pożądane. No na przykład:

Są takie sprawy, męskie sprawy, które chciałoby się omówić po męsku z, mężczyzną,
ale niekoniecznie z własnym ojcem. Od takich spraw jestem ja -Wasz, ojciec chrzestny.

Są takie rzeczy, na które Wasz rodzony ojciec nie może wam pozwolić i nawet 
niekoniecznie chciałby o nich wiedzieć. Od takich rzeczy również jestem, Wasz ojciec 
chrzestny. (Tylko bardzo Was proszę, żeby to nie był skok ze spadochronem, bo wtedy 
potrzebna mi będzie pielucha.)

Pojawiają się też w życiu różne kwestie, co, do których synowie i ojcowie nie parafią
się dogadać, pomimo że się kochają - wtedy ojciec chrzestny jest mediatorem i rozjemcą.

Jednym słowem, ojciec chrzestny jest pomocnikiem od spraw trudnych.
Zgodziłem się na tę rolę z obawą, czy podołam (w obu przypadkach Wasi (ojcowie 

musieli mnie mocno namawiać), ale ostatecznie przyjąłem ją z wolnej woli. A zatem 
obaj, Wiktorze i Wojciechu, w potrzebie (i bez potrzeby) walcie do mnie. I niech Was nie 
zniechęca to, że czasami trudno mnie znaleźć. Dacie radę!

wujek Wojciech

 



 
 
 
 
Dotychczas pisałem książki o Indianach z Amazonii było dziko i egzotycznie. Ta jest 

o kowbojach z Arizony, i też będzie dziko i egzotycznie. Południe Stanów 
Zjednoczonych oraz dawny Dziki Zachód są zupełnie inne niż Nowy Jork, Chicago, 
Floryda czy Kalifornia. Preria zadziwia nawet tych, którzy dobrze znają Amerykę. Gdyby
komuś nie mieściło się w głowie, że prowincja największego mocarstwa na świecie 
wygląda tak, jak ją tu opisałem, niech rzuci okiem na serial telewizyjny „Duck Dynasty" 
(w Polsce znany, jako „Dynastia Kaczorów") albo... niech potraktuje tę książkę jak 
zwykłą powieść przygodową. A gdyby ktoś chciał sprawdzić osobiście, czy jest tu tak jak
opisałem, drogę znajdzie łatwo: wystarczy zjechać z auto--rady, potem jeszcze raz 
zjechać, i znów zjechać, i tak do skutku - aż skończy się mapa i wylądujesz na polnej 
drodze, prowadzącej na jakieś rancho.

* * *
Rzecz dzieje się współcześnie, w Arizonie, tuż przy granicy z Meksykiem. Dziki 

Zachód dawno prze-stał być dziki, ale mieszkańcy prerii wciąż o tym zapominają. Preria 
jest trochę dzika, trochę niepiśmienni. Nie jest zacofana! Po prostu poszła w inną stronę 
niż nasza cywilizacja.

Posłuchajcie...
 
 
 
 
 
POCZĄTEK
Jest 1989

 

Miałem kiedyś domek na prerii. Daleko stąd i dawno temu. Najpierw dostałem ten 
domek w prezencie, potem wygrałem go w karty, a ostatecznie kupiłem. To tak jakbym 
wchodził w jego posiadanie trzy razy. Zrobić coś trzy razy oznacza zobowiązanie 
definitywne i na zawsze - przysięga wypowiedziana trzy razy, trzykrotna modlitwa... - 
trzy razy nie mogłeś się pomylić, przejęzyczyć Być, zapędzić, a zatem był to po trzykroć 
Mój Dom. Bardziej mój niż jakikolwiek inny. Dom daleko stąd i dawno temu.

Miałem go krótko: dostałem, wygrałem, kupiłem, po-mieszkałem jakiś czas, a potem 
zostawiłem pośród suchej prerii daleko stąd i dawno temu.

***
Przez wiele lat dom stał opustoszały. Niekiedy ktoś tam mi zanocował lub zatrzymał 

się na kilka dni, posprzątał, nanosił drewna, naoliwił pompę do wody. Zgodnie ze starym 
zwyczajem Dzikiego Zachodu oraz zwyczajem wszystkich pustkowi świata ludzie w 
potrzebie mają prawo postoju i schronienia w opuszczonych domostwach. Muszą je tylko
zostawić w lepszym stanie, niż zastali. Posprzątać, naprawić coś, uzupełnić zapasy - to 
ich odpłata za schronienie.



I tak to mój samotny domek na prerii był sprzątany, naderwane zawiasy okiennic 
były przykręcane, blacha na dachu przybijana, spróchniała deska wymieniona. Dom 
trwał, a nawet w pewnym sensie żył, pomimo opuszczenia.

Kiedy po dwudziestu dwóch latach nieobecności zaparkowałem naprzeciw wejścia, 
złudzenie było doskonałe - jakbym się stąd nigdy nie ruszał. Tylko to stare niebieskie 
krzesło, na którym siadywałem oglądać wschody słońca, było trochę mniej niebieskie i 
trochę bardziej stare - poza tym nie zmieniło się nic. Ta sama preria, ten sam zapach 
suchych dech, ten sam trzeszczący domek.

Posłuchajcie...
Domek na prerii - to brzmi nierealnie. A jednak - przytrafiło mi się. I może się 

przytrafić każdemu. Bo kimże ja wtedy byłem? Studentem, bez grosza przy duszy. 
Jechałem polnymi drogami przez pustkowia Arizony, sypiałem pod gołym niebem albo 
na tylnym siedzeniu, żywiłem się śliwkami z kaktusów, bo one były za darmo, podobnie 
jak kawa i prysznic na stacjach benzynowych. Bez grosza, bez celu, bez planu podróży - i
czułem się jak król!!!

Moje królestwo miało jednego obywatela - króla. Miało też pewne wydatki, których 
nie sposób uniknąć (głównie benzyna). Dlatego co kilka dni król najmował się do 
przygodnej roboty.

Robota nie znajdzie się sama, ale z drugiej strony - zawsze się jakąś znajdzie. 
Zawsze! Oczywiście, żeby znaleźć, trzeba szukać...

Pracowałem dorywczo w pięćdziesięciu krajach świata, dość często nie znając 
języka, ale mało, kto był zainteresowany moim językiem - interesowały ich raczej 
mięśnie i głowa. Pracowałem, jako: tragarz w portach nad Amazonką, przemytnik 
telewizorów w strefie Kanału Panamskiego, jako chłopak stajenny w Szwecji, jako cieśla,
traktorzysta, woziwoda, barman, czyściłem studnie, myłem samochody, sprzedawałem 
okapy kuchenne, naprawiałem dachy, budowałem, burzyłem, wyrywałem i sadziłem, 
zarybiałem, patroszyłem, szyłem i... żyłem jak król!!! Bo z królami nie chodzi o to, by 
opływać w dostatki i nie musieć pracować, lecz 0 to, by dysponować wolnością. Król 
stanowi swoje prawo, król dyktator, król może, ale nie musi. A ja miałem właśnie tak - 
mogłem podjąć się każdej roboty, ale nie musiałem, jeśli mi się nie podobała, bo przecież
z robotą jest tak, że zawsze znajdzie się jakąś inną, kolejną. Jest to szczególnie łatwe, gdy
człowiek nie stawia warunków wstępnych dotyczących jej charakteru. Ja nie stawiałem. 
Bez grosza, bez celu i bez planu - to bardzo pomaga.

***
Jechałem, więc polnymi drogami przez pustkowia Arizony i od czasu do czasu 

rozglądałem się za robotą. Patrzę: chłop grzebie przy traktorze. Staję, pytam, czy mu 
pomóc. Chłop z kolei pyta, czy znam się na traktorach. Odpowiadam, że niestety nie, ale 
mogę mu podawać narzędzia lub coś przytrzymać, zrobić coś, czego on w pojedynkę nie 
da rady.      

-Chcesz coś za tę pomoc, chłopcze?
-Po uważaniu, proszę pana. Jak się na coś nadam, to mi pan zapłaci, a jak się nie 

nadam, to będę miał miłą przerwę w podróży. Jadę od świtu i już mnie tyłek boli, więc 
chętnie się rozprostuję. Pomogę bez żadnych warunków wstępnych.

-No to pomagaj, chłopcze.
-Dziadek mnie uczył roboty. Zawsze powtarzał: najpierw, „co", A dopiero potem „za 

ile". Zrób, co masz do zrobienia, pokaż, co po-trafisz, i dopiero wtedy gadaj o 



pieniądzach.
-Dobrze cię dziadek uczył, chłopcze. To teraz właź pod traktor i obejrzyj, czy tam się 

coś nie urwało.
Wlazłem...
-Na tej mniejszej osi coś jest. Wkręcił pan królika. Albo zająca.
Albo jeszcze coś innego, co ma futerko.      
-Pewnie szop. Królików tu nie ma. A mocno się wkręcił?
Dość mocno. Jakiś czas pan z nim jechał, więc się zatarł i upiekł.
-Bierz nóż! - wrzucił mi go pod traktor. - Wytnij ścierwo, odblokuj, co trzeba i po 

robocie.
Zacząłem wycinać.
-Ten szop... On trochę śmierdzi, proszę pana. Jakby był nieświeży. Czy to jest jakieś 

trujące mięso? Bo mi leci na głowę i się trochę upaprałem.
-Śmierdzi powiadasz? U-uu.
-Co: „u-uu"? Coś nie tak?
-Teraz już nic. Po prostu... jeśli świeżo wkręcone zwierzę od razu śmierdzi, to to nie 

był szop. Zanim znowu wsiądziesz do samochodu, będziemy musieli zorganizować 
bańkę przemysłowego mydła i sporo wody. Masz jakieś ciuchy na zmianę?

-Niewiele.
-To ja ci coś znajdę. Po moich chłopakach. Tylko nie licz na elegancję ani na 

nowości.
-Będę wdzięczny za cokolwiek, proszę pana, bo ten szop... TO BYŁ SKUNKS, 

ZGADZA SIĘ?!!
-Wyciąłeś go?
-WYCIĄŁEM, ALE PYTAM, CZY TO BYŁ SKUNKS?
-Pierwszy w twoim życiu, chłopcze?
-Pierwszy.
-No to teraz uciekaj stamtąd i módl się, żeby był też ostatni. Pojedziesz z tyłu na 

kosiarce. Nie zbliżaj się do mnie ani do swojego samochodu, bo jak teraz tam pójdziesz, 
to auto będzie do wyrzucenia. Wrócimy tu, jak się porządnie wyszorujesz. Mój nóż 
możesz sobie zatrzymać, już go nie chcę.

A potem przestawił traktor, żeby jak najszybciej zjechać z miejsca, gdzie zostało 
odskrobane przeze mnie zwierzątko i...

-Eee, chłopcze, od razu widać, żeś ty nigdy nie widział skunksa. Czy to wygląda jak 
futro skunksa?

-Nie wiem.
-Nie wygląda! Zwykły królik. Żółć się rozlała i cuchnie albo coś zeżarł 

śmierdzącego.
-Mówił pan, że tu nie ma królików.
-Widocznie jeden był. Wskakuj na kosiarkę, jedziemy cię myć.
I tak dzień za dniem, bez grosza, bez celu, bez planu, a ja czułem się jak król!!!
***
Pewnego razu trafiłem na bardzo duże rancho. Wielkie! Zajeżdżam, pytam o robotę, 

oświadczam, że wprawdzie kowbojem nie jestem, ale przepracowałem kilka sezonów w 
wyścigowej stadninie w Szwecji. Konie znam. Krowy mieliśmy u dziadka. Roboty się 
nie boję. Ale przede wszystkim to ja bym chciał tu popracować, żeby zobaczyć 



prawdziwe rancho od środka i prawdziwych kowbojów, bo na razie znam tylko westerny.
-Skąd jesteś, chłopcze?
-Z Polski.
-A gdzie to jest?
-Europa.
-I co tu robisz?
-Lubię muzykę country i chcę na żywo zobaczyć świat, o którym śpiewają w 

piosenkach. To jak?
Dostałem pracę i byłem tam bardzo szczęśliwy. Zostałem na dłużej.
Na początku obserwowali mnie jak egzotycznego luda, ale stopniowo wtopiłem się w

miejscowy pejzaż i przestałem dziwić. Przyjęli mnie do swojego stada i traktowali bardzo
dobrze. Mieszkałem na rancho, pracowałem z kowbojami, kupiłem buty, ostrogi i 
kapelusz, jadałem prawdziwe steki z kością w kształcie litery T W niedziele jeździłem do 
kościoła, w soboty na lokalne po-tańcówki, a w tygodniu pracowałem na prerii, zajmując 
się płotami, bramami, zagrodami. Moja robota składała się z desek, gwoździ i 
świszczącego wiatru, który nigdy nie ustawał. Sypał mi kurzem w twarz, porywał 
kapelusz, wywracał blaszany kubełek na gwoździe, a ja nadal czułem się jak król!!! 
Gadałem z tym wiatrem, złościłem się na niego, krzyczałem mu w twarz, żeby przestał 
szarpać, albo -w te dni, kiedy mniej psocił - gwizdaliśmy razem piosenki w stylu country 
& western1.

Nadal byłem bez grosza (zarabiałem trochę, ale na sobotnich potańcówkach to 
kawaler funduje lemoniadę i lody...), najprawdopodobniej już NIE byłem studentem (z 
powodu niestawienia się w terminie na zajęcia), nadal żyłem bez celu, bez planu i wciąż, 
nie-odmiennie, czułem się jak król!!!

(Gdyby ktoś z Państwa chciał posłuchać jak gwizdaliśmy, to jest taka jedna piosenka:
„Wind in the Wire", którą śpiewa Randy Travis. W tamtych czasach nie było jeszcze tego
konkretnego nagrania, ale był wiatr, (wind) i sporo drutu kolczastego (wire) dookoła 
pastwisk - dokładnie ten sam nastrój, co w piosence.

Ja gwizdałem normalnie - wiatr gwizdał na drutach. A co konkretnie gwizdaliśmy? 
Jakie melodie? Jest taki jeden artysta: Red Steagall. Posłuchajcie...

 
 
MAŁY DOMEK NA PRERII
Do mieszkania dostałem mały drewniany domek na krańcu pastwisk. Wszystkiego 

czterdzieści metrów kwadratowych. W środku była stara kuchnia z fajerkami, kominek 
(nocą na prerii bywa zimno), stół, dwa krzesła, drewniana prycza. Obok kuchni zlew, a 
nad zlewem ręczna pompa zamiast kranu - lewą ręką człowiek pompował, prawą 
zmywał. Można też było zatkać zlew korkiem, napompować wody i zmywać obiema 
rękami, ale wtedy widać było wyraźnie, że ta woda jest lekko czerwona i traciło się 
ochotę na zmywanie.

Druga pompa była zainstalowana przed domem i napędzał ją wiatrak na wieży - znak
firmowy amerykańskiego Zachodu. Pod wiatrakiem stało blaszane koryto do pojenia 
bydła i koni. No i lał człowiek wodę do koryta, ale nie dla konia, lecz dla siebie - do 
kąpieli. Woda zostawiona rano w korycie nagrzewała się przez cały dzień i po zachodzie 
słońca była przyjemnie ciepła. Kąpiele pod gwiazdami... Pamiętam je wyraźnie, pomimo 
upływu dwudziestu dwóch lat.



Kawałek za domem była rozwalająca się szopa i drewniany wychodek. I to taki 
dosyć ciekawy, bo pozbawiony tylnej ściany. Wchodził człowiek do środka, spodziewał 
się trafić na zwyczajowy półmrok i dechy, a tam - piękny płaski pejzaż po horyzont.

Dlaczego nie było tej tylnej ściany?
Żeby się dzikie pszczoły2 nie osiedlały. Wychodek o czterech ścianach bardzo 

przypomina ul.
Szczególnie, jeśli w drzwiach wycięto tradycyjny otworek w kształcie serduszka.
A czy to nie głupio siadać w wychodku bez tylnej ściany i wypinać się na otwartą 

przestrzeń? Czy nie wstyd tak?
Nie wstyd, bo jesteśmy na kompletnym odludziu. A gdyby ktoś nadjechał, to zrobi to 

od frontu, głośno i wyraźnie, gdyż w Arizonie prawo pozwala strzelać do intruzów. Z 
tego powodu nikt rozsądny nie podkrada się na cudzą posesję. Przybysze wolą się 
anonsować z daleka.

1 W USA zwane killer kees, czyli pszczoły-zabójcy
W dodatku na prerii każdego widać na tyle wcześnie, że osoba w wychodku na 

pewno zdąży skończyć to, co robi, wciągnąć spodnie, umyć ręce, wstawić wodę na kawę 
i wyjść na spotkanie, a zbliżający się przybysz przez cały ten czas będzie jedynie małym 
tumanem kurzu na horyzoncie. Przy normalnej pogodzie widać szesnaście mil w każdą 
stronę, a jak się stanie na puszce sardynek, to nawet czterdzieści - tak twierdzą 
miejscowi. Osoby z lękiem przestrzeni powinny unikać prerii. Chyba, że chcą leżeć 
plackiem twarzą do ziemi i wrzeszczeć z przerażenia.

***
Podobał mi się ten wychodek bez ściany, podobał pejzaż i wanną z koryta, i pompa w

kuchni. Wszystko mi się tam podobało. Właściciel rancha odwiedził mnie pewnego dnia i
mówi:

-Skoro ci się tu tak podoba, to weź sobie ten domek w prezencie; już go i tak nie 
używamy. Dawno temu mieszkała tu jedna rodzina, potem korzystaliśmy z niego w 
czasie wypasów, ale, od kiedy chłopcy przesiedli się z koni na motory, zdążają obrócić na
noc do własnych domów i już nikt tu nie sypia. Możesz go wziąć, nam niepotrzebny.

-Mam sobie wziąć domek??
-Jest twój! - właściciel rancha splunął na dłoń, ja odruchowo zrobiłem to samo, 

podaliśmy sobie ręce i transakcja została zawarta.
-Ale jak to tak? To się liczy w sensie prawnym?
-Jesteś w Ameryce, chłopcze. Oświadczenie woli jest ważniejsze niż każdy papier.
-Nie mamy świadków, a w dodatku ja tu jestem na zagranicznym paszporcie.
-Dobra... To zagramy w karty. Podjedziemy po chłopaków, po-gramy w pokera i 

wygrasz domek przy świadkach.
-To się liczy w sensie prawnym?
-Mówiłem: jesteś w Ameryce, chłopcze! Długi karciane są mocniejszym 

zobowiązaniem niż obligacje rządu Stanów Zjednoczonych. Za stratę na obligacjach nikt 
cię nawet nie przeprosi, a za niezapłacone długi karciane wolno zabić.

Graliśmy w karty do rana, bo chciałem ten domek wygrać uczciwie. Oczy mieliśmy 
czerwone od niewyspania, głowy bolały nas od tequili, ale w końcu wygrałem. I wtedy 
spytałem po raz trzeci:

-I to się liczy w sensie prawnym? Na pewno?
-Najpierw go legalnie dostałeś, potem legalnie wygrałeś w karty, ale teraz, dla twojej 



całkowitej pewności, możemy jeszcze zarejestrować pisemną umowę kupna. I tak muszę 
jechać na pocztę.

-Macie notariusza na poczcie?
-Poczta to urząd, więc poświadcza dokumenty. A poza tym to jest bardzo mała 

miejscowość, więc my tu wszystko mamy na poczcie, przy poczcie, koło poczty lub zaraz
za pocztą.

-Dentystę też?
-Dentysta jest akurat przy kościele, ale na poczcie robią EKG, poświadczają 

dokumenty, reperują telewizory i jest tam optyk, który potrafi wyjąć drzazgę z oka. 
Musisz tylko zajść od tyłu, bo od frontu to jest oficjalny budynek federalny. U nas w 
każdej sprawie najlepiej pojechać najpierw na pocztę, a jak tam ci nie pomogą, to 
przynajmniej będą wiedzieli, kto i gdzie, i co. Ile masz w gotówce?

-W jakiej gotówce? Dwieście dolarów, a czemu?
-Załatwione! Kupiłeś rancho za dwieście dolarów – napluł na dłoń, ja odruchowo 

zrobiłem to samo, podaliśmy sobie ręce i transakcja została zawarta. - To teraz jedziemy 
na pocztę spisać umowę.

-Jakie rancho? Myślałem, że kupuję domek...
-Domek dostałeś w prezencie, potem graliśmy sobie w karty, tak na wszelki 

wypadek, a teraz to ja ci sprzedaję ziemię, na której ten domek stoi. Dwieście akrów 
terenu dookoła.

-Dwieście dolarów za dwieście akrów?! To stanowczo za mało!
-Wolno mi! Moja ziemia. Dla mnie jest warta zero. Hoduję bydło, a tu zbyt sucho i 

trawa nie rośnie. Podoba ci się ten stary domek, to go bierz. Mnie już niepotrzebny, a 
szkoda, żeby się zawalił przez zaniedbanie. Cieszy mnie, że kogoś uczyni szczęśliwym. 
Mam dość ziemi, chłopcze, a ostatecznie i tak nie zabiorę jej do trumny; tylko na odwrót.
Pochowają mnie na tamtym wzgórzu - wskazał brodą wzniesienie na horyzoncie. - Już 
sobie wykopałem dołek. Czeka.

***
W taki oto sposób dwadzieścia dwa lata temu doszło do zawarcia tamtej dziwacznej 

transakcji. Najpierw dostałem ten domek w prezencie, potem wygrałem go w karty, a 
ostatecznie kupiłem. I teraz.., mam mały domek na prerii, dwieście akrów dzikiej ziemi i 
spędzę tu pierwsze święta.

 
 
 
I
CZĘŚĆ
KSIĘGA
BLACHY, DREWNA I TRAW

Ludziom wydaje się, że podstawową rzeczą na prerii jest morze traw ciągnące się po 
horyzont i za horyzont. Tak myślą ci, którzy na prerii nigdy nie byli lub byli tam zbyt 
krótko, by się zorientować we właściwym porządku rzeczy. Ten porządek jest taki: 
blacha, drewno, a dopiero na trzecim miejscu trawa.

Ile czasu potrzeba do uzyskania właściwej orientacji? Musisz pobyć na prerii do 
pierwszego prania portek (PPP) wtedy człowiek orientuje się, że trawa jest na dalszym 



planie.
Aby na prerii normalnie żyć, musisz mieć blachę. Z blachy robi się dachy, beczki, 

wiatraki, dzbanki do kawy, koryta, małe puszki na wszystko, w czym nie chcesz mieć 
mrówek, oraz miednicę do prania portek. Blacha oznacza cywilizację i możliwości, i 
dlatego stoi na miejscu pierwszym.

Drugie miejsce zajmuje drewno, ale jest na tej liście tylko, dlatego, że pozwala zrobić
dodatkowe rzeczy z blachy, których nie dałoby się zrobić z samej blachy bez drewna. (Na
przykład dach.)

Z powyższych powodów trawa zajmuje dopiero trzecie miejsce w hierarchii. Bo cóż 
ma preria z tych traw? I cóż Ty masz? Szum jeno. Ciche tło pejzaży.

Posłuchajcie...

ŚWIĘTA NA PRERII
Była Wigilia. Wcześnie rano. Zaparkowałem naprzeciw wejścia i wysiadłem. 

Oparłem się plecami o samochód i patrzyłem na dom. Hmm...
Złudzenie było doskonałe - jakbym się stąd nigdy nie ruszał. Tylko to stare niebieskie

krzesło, na którym lubiłem oglądać wschody słońca, było trochę mniej niebieskie i trochę
bardziej stare - poza tym nie zmieniło się nic. Ta sama preria, ten sam zapach suchych 
dech, ten sam trzeszczący domek.

Kaktusy nic nie urosły, ale były zielone, czyli żyły. Zacznę je podlewać, to odbiją. 
Wiatrak kręcił się i lekko skrzypiał; jak zawsze prosił o olej na łożysko. Blacha na dachu 
prężyła się w słońcu i wydawała niepokojące dźwięki. Rynna była krzywa i dziurawa. 
Wszystko po staremu. Bałem się, jakie będzie to pierwsze wrażenie - czy po tylu latach 
przerwy będzie mi się tu wciąż podobać, czy się nie rozczaruję. Niepotrzebne troski - nie 
rozczarowałem się, tylko oczarowałem.

- Home, sweet borne - powiedziałem do siebie i zabrałem się za wyciąganie choinki 
sterczącej przez otwarte okno samochodu.

* *
Już od tygodnia byłem w tej okolicy, ale nie zajeżdżałem pod mój dom. Nocowałem 

w motelu. Przygotowywałem się na desant w ostatniej chwili - tak żebym absolutnie nie 
miał odwrotu; żebym, w razie rozczarowania, musiał spędzić święta na rancho, bo będzie
już za późno na szukanie innego miejsca. Przez ten tydzień robiłem zakupy 
podstawowego sprzętu, który musi być w każdym gospodarstwie: pościel, koc, ręczniki, 
mydło, miotła, zapałki, kilka garnków, talerze, czajnik na kawę, zapasy żywności. 

 Załatwiałem i potwierdzałem podłączenia prądu i telefonu Z Internetem oraz 
kablówki - żeby na pewno wszystko działało, kiedy przyjadę.

Otworzyłem konto w lokalnym banku, wpłaciłem gotówkę, odebrałem karty 
płatnicze i książeczkę czekową w starym stylu.

Zapłaciłem podatki i zgłosiłem, że rancho to moje stałe siedlisko, dzięki czemu 
uzyskałem odpis podatkowy i zwrot tego, co wcześniej zapłaciłem.

Kupiłem telewizor (używany), drabinę (musi być w każdym domu), kilka 
przedłużaczy, lampki na choinkę, młotek, śrubokręt, gwoździe, karimatę (na wszelki 
wypadek, bo w starych łóżkach zawsze coś mieszka, a to moje, pozostawione przez 
dwadzieścia lat, mogło teraz zawierać stworzenia, które będą wymagały 
natychmiastowego spalenia na stosie...), świece, truciznę na mrówki i ozdoby choinkowe.

Najpierw kupiłem ozdoby klasyczne: złota wstęga i purpurowe bombki. Potem, 



przypadkiem, znalazłem jeszcze zestaw tropikalny, który wyglądał jak obrazki z moich 
hawajskich koszul: szklane papugi, palmy, ananasy, a do tego pstrokaty sznur lampek w 
kształcie klapek na plażę. Jakoś nie mogłem sobie odmówić. Te dwa zestawy o/dób 
zupełnie do siebie nie pasowały, co oznaczało, że będę miał w domu dwie choinki.

To nie pierwszy raz i wcale nie nowa koncepcja. Miewałem już po kilka choinek 
naraz. Bo dlaczego niby mam cieszyć się Bożym Narodzeniem w salonie, ale kiedy idę 
do gabinetu popracować, to tam już nie ma świąt? Stawiam, więc zwykle, co najmniej 
dwie choinki - pierwszą w centralnym punkcie domostwa, drugą w miejscu pracy, a 
czasami jest jeszcze trzecia w jadalni albo w kuchni, czwarta w sypialni. Najwięcej było 
ich pięć. Jeden z moich braci jest leśniczym, co bardzo ułatwia sprawę. Kiedy mnie pyta, 
co chciałbym do-siać w prezencie, odpowiadam, że kilka choinek i w ten sposób obaj 
mamy problem z głowy. Na prerii miałem jednak poważny kłopot nawet z tą pierwszą 
choinką.

Choinki w USA kupuje się w supermarkecie, czyli powinno być łatwo. Niestety, 
dokądkolwiek pojechałem, witały mnie wysoko uniesione brwi sprzedawców:

- Choinki? Nie ma! Już dawno po sezonie. Ostatnie poszły tydzień temu. Pan 
przyjezdny, prawda? U nas choinki stawia się zaraz po Święcie Dziękczynienia. Teraz 
nigdzie pan nie znajdzie. Za późno - tak mi mówili.

Zostały dwa dni do Bożego Narodzenia! Byłem zdesperowany.
W końcu znalazłem kilka samotnych drzewek w sekcji ogrodniczej jednego ze 

sklepów budowlanych. Były przeznaczone do posadzenia, ale co mi tam. Kupiłem dwie i 
na miejscu kazałem im odciąć korzenie i wywalić te plastikowe donice z ziemią. 
Sprzedawca popatrzył dziwnie:

-Wydaje się panu, że choinka odbije z obciętego pieńka? - i znacząco uniósł brwi. - 
Moim zdaniem nie odbije, lecz uschnie.

Choinka to nie kaktus. Drzewko musi mieć korzenie.
-Niech pan obrzyna, proszę, bo w domu chyba nie mam piły, ' a nawet, jeśli mam, to 

jest stara, zardzewiała i tępa.
-Mnie nie wolno obrzynać choinek.
- Wolno. Przecież zapłaciłem. Towar jest już mój. Proszę rżnąć.
-Nie wolno mi.
-Dobra, to sam se oberżnę. Poproszę o piłę.
- Mnie nie wolno panu dać piły.
- W sklepie budowlanym, który słynie z tego, że mogę tu zamówić drewno przycięte 

pod konkretny projekt albo sam je sobie pociąć na waszym sprzęcie, pan mi wmawia, że 
nie może mi podać piły???

- Nie wolno mi.
-Ok. To proszę mi wskazać gdzie leży piła i sam se wezmę.
-Nie wolno mi.
-Czy to jest Ameryka, czy Rosja?
-Ameryka.
- To znaczy, że wszystko ci wolno, chłopie!!! No, może poza irytowaniem klientów, a

ja właśnie jestem poirytowanym klientem i jest mi potrzebna piła!
-Nie wolno panu obrzynać choinek, bo nie urosną.
-Mają stać, nie rosnąć!!
- Ale my udzielamy gwarancji, że przeżyją co najmniej rok. Jeśli uschną, pan 



przyjdzie po darmową wymianę.
-Nie przyjdę! Zaraz po świętach je wywalę, a za rok kupię sobie nowe!
-Po jakich świętach?
-Boże Narodzenie!!!! Pojutrze! Czy to jest Rosja i nie macie świąt?!
Pan kupuje choinki na święta? Nie do ogrodu? A czemu dwie? I czemu dopiero 

dzisiaj?
Ssss... Siedziałem w więzieniu. Zabójstwo w afekcie. Wypuścili mnie wczoraj. 

Warunkowo! Czy teraz dostanę piłę, czy mam się (Ulej spowiadać?
Dostałem piłę. Potem nawet pomógł mi piłować. Już niewiele mówił, ale widziałem, 

że zżera go ciekawość. W końcu nie wytrzymał:
-Pan u nas pierwszy raz, sir?
-Nie. Byłem tu już kiedyś. Dawno temu. A ile... Ile pana tu nie było, sir?
Dwadzieścia dwa lata, synu. Dwadzieścia dwa długie lata. To i chyba więcej niż całe 

twoje życie, co? Hm?
Spłoszył się i nie pytał już o nic więcej. Pomógł mi zapakować się do auta, a potem 

zwiał między krzaki w dziale ogrodniczym. Miał teraz co opowiadać znajomym - spotkał
zabójcę po wyroku, a ja uzyskałem towarzyski immunitet na wypadek, gdyby ktoś z tej 
niewielkiej przygranicznej społeczności chciał mnie zaczepiać, napaść lub obić. Teraz 
będą mnie raczej omijać. To dobre rozwiązanie na początek. Dziki Zachód przestał być 
dziki, ale mieszkańcy prerii czasami o tym zapominają. Szczególnie po kilku piwach, 
kiedy to nagle zdaje im się, że ten nowy, obcy podrywa ich dziewczynę. Tłumaczenie się,
że przecież ja tylko robiłem zakupy, a dziewczyna pracuje na kasie, może jedynie 
pogrążyć - dużo lepiej, kiedy miejscowi myślą, że zaczepianie cię to po prostu zły 
pomysł. Wtedy sami sobie potrafią wytłumaczyć, że przecież ten nowy, obcy tylko robił 
zakupy, a Lucy, jak to Lucy - siedzi na kasie i stara się być miła dla klientów:

-Po prostu ją pytał o drogę, bo nie zna okolicy.
-Tiaa... I musiał się nad tą twoją Lucy tak pochylać?
-Rysowała mu dojazd, to się pochylał.
-A Lucy akurat miała ten swój czerwony sweterek.
-A co, goła miała siedzieć? Zakłada sweterek i ładnie wygląda.
-Bardzo ładnie! I pewnie dlatego on wybrał akurat jej kasę, chociaż mógł iść obok, 

do starej Peg.
-Do starej Peg nikt nie chodzi, chyba że musi.
-Ale ten nowy o tym nie wie, prawda? Mógł iść do Peg, ale poleciał na obcisły 

sweterek, mówię ci.
-E tam. Jest na warunkowym zwolnieniu. Nie będzie ryzykował bijatyki o 

dziewczynę, którą widzi pierwszy raz w życiu. Po prostu pytał o drogę, a ona mu 
wytłumaczyła. A wiesz, dokąd chciał jechać? Do kościoła! Facet nie myśli o sweterkach, 
tylko o swoich pierwszych świętach na wolności!

-A ja uważam, że to psychol. Kupił dwie choinki! Słyszałeś kiedyś o czymś takim? I 
do tego dwa zestawy ozdóbek. Moim zdaniem ma schizę. Pewnie gada do siebie na dwa 
głosy. Chłopaki lecieli helikopterem na patrol pożarowy i widzieli, jak RZUCAŁ 
KRZESŁEM.

Ma tam takie stare niebieskie krzesło i najpierw rzucił nim do ogrodu, a potem z 
powrotem do domu. Uważasz, że to jest normalne?

***



Zastanawia Państwa, skąd znam przebieg tej rozmowy?
Dowiedziałem się o niej po jakimś czasie, kiedy już przestałem być nowy i obcy, i 

kiedy piekliśmy razem steki. Chłopaki pili piwo, naiwny młodziak z ogrodniczego był 
obiektem naszych bezlitosnych żartów, a Lucy robiła sobie nowy sweterek na drutach.

Wtedy w sklepie rzeczywiście pytałem ją o dojazd do kościoła.
Na pasterkę pojechałem wiele mil do parafii greckokatolickiej. (jeden z rytów 

wschodnich, ale pozostający w łączności z papieżem, więc można bez ograniczeń 
uczestniczyć w obrzędach, przyjmować Komunię Świętą.) Pojechałem do nich, gdyż 
przed pasterką urządzali słowiańską Wieczerzę dla wszystkich chętnych.

Ludzie zjeżdżali się z bardzo daleka, każdy przywoził jakieś swoje tradycyjne 
potrawy. Atmosfera rodzinna i smakowało jak w Polsce. Były barszcze i uszka, było kilka
odmian kutii, były kluski z makiem, groch z kapustą, kapusta z grochem, kapusta z 
grzybami, ćwikła, chrzan i karpie, ryba po grecku i w galarecie, były też śledzie w oleju, 
w occie i w śmietanie. Było wszystko jak należy. Bogato i w obfitości - więcej potraw, 
niż każdy z osobna byłby w stanie przygotować u siebie w domu. Prawdziwa uczta na 
urodziny Króla.

A potem proboszcz rozdał śpiewniki i zwoływaliśmy się śpiewem na pasterkę: Hej, 
pasterze, przybywajcie..., Co to za gwiazda, co to za jasności...

To prawda - rzucam krzesłem. Raz dziennie, dla próby. Taki domowy test 
wytrzymałościowy - jeśli nocą zostało przeżarte przez termity i ma się rozpaść, to lepiej 
przede mną, niż pode mną. prawda? Czy ktoś uważa, że to nienormalne?

Do domu wróciłem późno i od razu poszedłem spać. Zapomniałem zamknąć furtkę 
do warzywniaka i rano, w dniu Bożego Narodzenia, zastałem tam trzy sarenki. Nic sobie 
nie robiły z mojej Obecności. Skubały ze smakiem zieleninę, bo dookoła szara suchość 
prerii, a warzywniak podlany, więc soczysty. One skubały, popatrując na mnie przelotnie,
ja siorbałem yerbę i patrzyłem na nie. Poznawaliśmy się... nieśpiesznie, nienatarczywie - 
jak to na prerii.

A co skubały?
Róże. Dwa potężne krzaki dzikiej róży zasiały mi się same dawno temu. Pustynna 

róża - zasadniczo trzeba by ją potraktować jako chwast i wyciąć, ale przecież niektóre 
chwasty są ozdobą (kwitnący oset), leczniczym zielem (pokrzywa) lub nawet uchodzą za 
zasadzone celowo przez człowieka (chrzan - nie trzeba go zaprowadzać w żadnym 
ogrodzie, bo on zawsze już tam gdzieś jest; wystarczy odszukać właściwe miejsce pod 
płotem). Zostawiłem więc tamte róże-przybłędy dwadzieścia dwa lata temu, żeby z ich 
owoców robić konfiturę na katar. Zostawiłem też wszystkie inne rośliny ogrodowe i 
myślałem, że coś się utrzyma. Najbardziej liczyłem na papryczki jalapeńo - rosną na 
krzakach i są bardzo odporne. Niestety, nie wytrzymały.

Poza różami nie przetrwało nic. Ogródek wprawdzie podlewał się sam - pompa na 
wiatr lała wodę do koryta, z koryta rurą zakopaną w ziemi woda ciekła do ogrodu, ale 
podlewanie to za mało.      

Czerwona ziemia na prerii sprzyja kolczastym, a nie cierpi łysych.      
Kaktus rośnie tu chętnie. Gdy ma wodę, to nawet owocuje (jadalne śliwki na 

opuncji), ale warzywa... Kolczastych warzyw nie ma, więc warzywa z definicji nie pasują
do prerii. Warzywa na prerii trzeba wymuszać.

Trzeba nawieźć czarnej ziemi, wybudować daszek, żeby słońce nie wypalało ogrodu, 
doprowadzić wodę... Da się. Ogólnie da się tu uprawiać wszystko, ale gdy człowiek 



opuści tę groźną krainę, preria zagospodaruje się tu na nowo bardzo szybko - sprzątnie 
daszek jednym mocnym powiewem wiatru, czarną ziemię wymiecie bez śladu. Zostawi 
tylko krzywy płot na pośmiewisko: Ogródka ci się zachciało, gringo?      

Boże Narodzenie mijało powolutku.
Siedziałem sobie przed domem na tym moim starym niebieskim krześle, popijałem 

yerbę, popatrywałem na sarny za przekrzywionym płotem, majtałem lewą nogą i nuciłem
w głowie melodyjkę ułożoną przez jednego z moich przyjaciół daleko stąd i dawno temu.

Siedzę na prerii, w pejzażu z sarnami......jakoś nie żałuję, że nie jestem z wami.
Piję łyczek yerby, myślą jestem w niebie... ...robię długie przerwy, co dzień mam 

niedzielę.
Domyślam się, że chodzi o Tomasza Szweda i jego śliczna piosenkę „Siedzę na 

ganku". Zupełnie nie rozumiem, w jakim celu nasz Autor zabawia się w przerabianie 
tekstów porządnych piosenek na te swoje preriowe... cuśtam. Czy za mało jest na świecie
bełkotu? Trzeba dodawać więcej? Nucił se w głowie, to nucił. Mogło zostać w głowie. 
Niekoniecznie trzeba wszystko pchać na papier. | przyp. tłumacza]

WYJAŚNIENIE: KIM JEST TROJAŃSKA I PO CO TE PRZYPISY
Proszę mi wybaczyć przypisy. Po prostu muszą być. W przeciwnym razie nie byłoby 

tu miejsca dla Pani Heleny Trojańskiej autorki przypisów podpisanych jako Iprzyp. 
tłumacza].

Trojańska pracowała w moich poprzednich książkach i ma własne grono wielbicieli. 
Podejmowaliśmy (w wydawnictwie) różne próby zmiany tej sytuacji - niestety, bez 
rezultatu. Tłumaczyłem Czytelnikom, ze Trojańska nie istnieje, ale nie pomogło.

Dlatego została i nadal sygnuje przypisy swojego autorstwa jako [przyp. tłumacza], 
co jest idiotyczne, gdyż. owszem. BYŁA tłumaczem książki „Gringo wśród dzikich 
plemion", ale teraz pełni rolę dość dziwacznej redaktorki. Pełni tę rolę, choć nie istnieje. 
Większość Czytelników to rozumie, ale jest też ta uparta grupka niedowiarków: Panie 
Wojtku, jak może nie istnieć, skoro jest wymieniona z nazwiska w stopce wydawniczej? 
Ludzie w dzisiejszych czasach nie wierzą nikomu, ale jednocześnie uwierzą we wszystko
-nawet w istnienie Trojańskiej. Dlatego została. Ale nadal nie istnieje!

SCHOOL BUS
Minęły święta, a ja oporządziłem się trochę i zagospodarowałem. W moim 

preriowym rozkładzie dnia pojawiły się stałe czynności o stałych porach - miła mała 
rutyna, która pozwala poczuć się W nowym miejscu jak u siebie i osiąść. Osiadłem z 
przyjemnością. Wiodłem teraz ciche życie na małą skalę. Tyłem do świata, przodem do 
prerii. Przy świecach, przy ogniu lub w słońcu.

Pewnego dnia w tę miłą małą rutynę wjechał mi autobus szkolny. Taki, jak pokazują 
na amerykańskich filmach - długi, żółty, staromodny. Przyjechał po mnie i miał mnie 
zabrać do szkoły podstawowej. W tym momencie skończyła się rutyna. Moje preriowe 
życie wzięło pierwszy ostry zakręt. Zachrzęściło żwirem na wirażu i dało czadu.

Posłuchajcie...
Autobus jechał i jechał. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, jak tu płasko, jak 

daleko można sięgnąć okiem! Myślałem, że opowieści miejscowych o szesnastu milach 
widoczności to blaga, Tymczasem autobus na horyzoncie był prawie niewidoczny. 
Wypatrzyłem go tylko, dlatego, że kurzył w sposób spektakularny. Tuman był potężny i 
wyglądał pięknie - jak czerwone malowidło na granatowym niebie.



Ktoś, kto nigdy nie był na prerii, mógłby na taki widok zareagować okrzykiem ŁAŁ.
Ktoś, kto mieszka na prerii, reaguje okrzykiem Jiii-ha!, ale robi to powściągliwie.
Jeszcze pół godziny do wschodu słońca, chłodny świt, na zegarze siódma. Pod 

warunkiem, że byłby tu jakiś zegar. Jedyny, jaki miałem, to zegar w komputerze, 
nastawiony na czas polski. Pokazywał, że jest dawno po południu i ludzie wychodzą 
właśnie z roboty, podczas gdy ja siedziałem przed wschodem słońca na... no właśnie: jak 
nazwać to, na czym siedziałem? Czy to weranda? Nie bardzo, bo weranda ma oszklone 
ściany, a ja siedziałem na konstrukcji znanej z westernów: drewniany podest biegnący 
wzdłuż całej fasady domu, a nad nim daszek na słupkach. To nie był „ganek", gdyż ganki 
związane są z wejściem do budynku. Najlepiej pasuje słowo „przyzba" - wał ziemny 
dokoła podmurówki (niekiedy pokryty deskami) - tyle że ta moja przyzba była 
nietypowa, bo zadaszona.

W Ameryce ten typ konstrukcji nosi nazwę porch - wymowa: „porcz" - dobre krótkie 
słowo z akcentem. Jeśli porch jest wybudowany od frontu, mówimy, że to front porch, a 
gdy z tyłu domu - to bach. porch.

Na... porczu (zapis fonetyczny) siadują babcie w bujanych fotelach i obserwują, jak 
płynie życie - tak jest do dzisiaj w Alabamie i Luizjanie. Na porczu panny przyjmują 
kawalerów i wtedy wszyscy z daleka mogą widzieć, że nie dzieje się między nimi nic 
niestosownego. Na porczu odbiera się paczki od listonosza i nie ma potrzeby zapraszać 
go do środka. Na porczu siadywał też John Wayne w westernach, a strzelbę opierał o 
słupek.

Porch to istotna część amerykańskiej kultury. Spolszczę sobie to słowo i będę 
używał, bo doskonale pasuje do tej opowieści. Pisane fonetycznie jest jak preriowy 
dźwięk, który wydają stare deski, kiedy na nich staniesz. Krótkie drewniane stęknięcie 
całej konstrukcji. Porcz, czyli amerykańska przyzba.

Siedzę więc na tym moim porczu z nogami opartymi o słupek.
Siedzę - i nic.
Gapię się w pejzaż.
Czuję się jak John Wayne.
Autobus szkolny jedzie i jedzie. Kurzy i kurzy.
Odmawiam pacierz. Potem drugi.
Popijam yerbę.
Robię długie przerwy.
Wypełniam je nicnierobieniem.
A autobus jedzie i jedzie. Kurzy i kurzy.
Jest pięknie.
Trwa nicnierobienie.
„Nicnierobienie" to moje słowo i proszę się go nie czepiać. To brakujący w 

polszczyźnie rzeczownik. Nicnierobienie to stan ducha/duszy/umysłu. Meksykanie 
określają to jako: absolutamente nada para hacer, czyli absolutnie nic do roboty. Gdy 
Meksykanin wypowiada te słowa, ma błogi wyraz twarzy, bo nicnierobienie to jego 
marzenie.

Jeśli człowiek walczy o pracę, a wolny człowiek marzy o nicnierobieniu i kiedy 
osiągnie nicnierobienie, zapada w szczęście5.      

Ćwiczyli się w tym stanie ducha także Ojcowie Pustyni. Wiedzieli, że aby coś 
sensownego wymyślić, trzeba najpierw wygonić z głowy wszystkie myśli i zrobić 



miejsce na nowe. Nicnierobienie to nie jest pustka. Nicnierobienie to przestrzeń! 
Przestrzeń wolna, uwolniona, wyzwolona.      

Nicnierobienie wymaga sporo pracy - wyzwalanie się wymaga wysiłku. U białego 
człowieka wchodzenie w stan absolutnie nic do roboty i pozostawanie w nim przez czas 
dłuższy bez ciągłego zrywania się z miejsca, bo... „muszę zamieść", „muszę sprzątnąć", 
„muszę się ruszyć", „muszę zrobić cokolwiek, no bo przecież nie można tak siedzieć i nic
nie robić", no więc u białego człowieka błogie trwanie w nicnierobieniu wymaga 
ćwiczeń. I te ćwiczenia są na początku dość trudne. (Podobnie jak trudne są pierwsze dni 
każdego postu.) Organizm domaga się realizacji swoich dotychczasowych 
przyzwyczajeń i rutyn: domaga się śniadania, domaga zamiatania, domaga rozmowy z 
kimkolwiek o czymkolwiek... A my siedzimy wytrwale w ciszy, siorbiemy yerbę, gapimy
się w przestrzeń, ignorujemy sarny, które znowu przyszły skubać nasze róże. Siedzimy 
wytrwale w nadziei, że nic się dzisiaj nie wydarzy. Takie samo nic jak wczoraj i 
przedwczoraj.      

Siedzimy, a tu zza horyzontu wyjeżdża ten żółty autobus i z uporem zmierza w naszą 
stronę. Ślepy czy co? Przecież na rozstajach był znak, że to droga bez przejazdu, 
prowadząca do prywatnej posesji. Znak trochę spłowiały, trochę krzywy, ale wciąż 
czytelny.

Porządny amerykański znak NO OUTLET. W dodatku jedyny na tym pustym 
zakręcie, więc naprawdę trudno go przegapić.      

***      
Szkolny bus dojechał.
Razem z nim doleciał potężny tuman kurzu. Z bliska nie był ani piękny, ani 

czerwony, tylko gęsty.
 W Indiach twierdzą, że ostateczne szczęście to nirwana. Na Wall Street, że hossa. W 

Japonii, że praca.
A w Korei Północnej, że miska ryżu. Budda z kolei twierdził, że do ostatecznego 

szczęścia prowadzi pusta miska-bez ryżu.      
Jeśli ktoś nadal uważa, że ludzie są sobie równi, powinien to przemyśleć. A jeśli 

twierdzi, że      
ludzie na planecie Ziemia są w stanie się dogadać, to niech spróbuje porozmawiać o 

giełdowych hossach z mieszkańcami Korei Północnej. Myślę, że dostanie w głowę pustą 
miską. Uderzenie pustą miską zwykle przegania z głowy głupoty w stylu Egalite i 
Fraternite, jest więc w pewnym sensie wydarzeniem (uderzeniem)wyzwalającym 
(Liberte)

Kierowca otwiera drzwi i macha ręką. Wstaję i podchodzę nie-śpiesznie. Kierowca 
popędza:

-Dawaj pan dzieciaka, bo się śpieszę. Nie wiedziałem, że tu do
was taki kawał drogi po żwirach. Jeszcze nigdy tu nie byłem. Myślałem, że tu nikt 

nie mieszka.
Pytam, o jakiego dzieciaka mu chodzi. Kierowca zagląda w papiery i zawiesza się. A 

ja poznaję te zmarszczki, które nagle wylazły na jego czoło, poznaję te rozdziawione 
usta, które próbują ułożyć się zgodnie z dziwnym układem liter mojego imienia...

-Eeee... Łołłyy...czik? - otarł zaślinioną brodę, potem mokre czoło.
Zaglądam mu w papiery. Hmm. Ktoś tam wpisał: Wojciech Cejrowski - nowy uczeń, 

osiedlił się przed świętami, rozpoczyna, zajęcia w połowie roku, odebrać po raz pierwszy



po przerwie bożonarodzeniowej.
Wsiadłem do autobusu. Kierowca bronił się chwilę, że mu nie wolno wozić 

dorosłych, ale pokazałem mu najpierw moje prawo jazdy, a potem tę jego rozpiskę z 
wyraźnym wskazaniem, że ma odebrać Wojciecha Cejrowskiego, czyli z całą pewnością 
mnie. Przecież takich imion nie spotyka się na prerii. To nie mógł być przypadek, 
pomyłka ani przejęzyczenie. To było imię (i nazwisko), od którego łzawią oczy. Imię, 
które trzeba wpisywać w komputer, stukając ostrożnie jednym palcem. Imię jak kod 
dostępu do reaktora atomowego. Tak trudne, że nie sposób go pomylić z innym!

Normalne imiona na prerii są jednosylabowe. Na przykład: Al, Pam, Sam, Frann, 
Jeff, Kiff, Kim, Jim, Vick, Dick, Doug, Peg, Gregg, Zeb, Roy, Troy, Joe, Mo, Sue, Ann, 
Glen, Rolf, a moje imię na pierwszy rzut oka miało więcej sylab niż liter. Kierowca 
uznał, że pomyłki nie ma i musi mnie jednak zabrać, skoro tak mu napisali.

-Ale w razie, czego to będzie ich wina! Siadaj... pan.
Pojechaliśmy.
(Kolekcję preriowych imion podaną przed chwilą zebrałem w autobusie w drodze do 

szkoły. Za ich pisownię nie odpowiadam - po pierwsze to preria, trochę dzika, trochę 
niepiśmienna, po drugie, dyktowali uczniowie podstawówki, a po trzecie, trzęsło na
wybojach.)

***
W szkole okazało się, że wydrukowałem się na liście uczniów omyłkowo. Ktoś 

przeprawił mi datę urodzenia, gdy opłacałem po-datek ziemski i w rejestrach stanowych 
odmłodniałem do wieku szkolnego.

Najpierw ja sam wpisałem tę datę źle na kwicie kasowym - źle, bo według polskiej 
kolejności (dzień-miesiąc-rok). Potem komuś się to nie zgadzało, bo Amerykanie piszą 
datę inaczej (miesiąc-dzień-rok) i komputer wszystko odrzucał. Urzędnik nie wiedział, 
co miałem na myśli, mnie już nie było przy kasie, więc poprawił rzecz na własną rękę - 
kliknął w pierwszą opcję, jaką mu podsunął komputer. Chciał mieć sprawę z głowy. W 
końcu to tylko podatek ziemski -liczy się numer działki, a nie data urodzin właściciela. W
ten sposób Urodziłem się ponownie pod datą 9 stycznia 2004 i w konsekwencji zostałem 
uczniem podstawówki, co dodatkowo potwierdzał zapis w rubryce „zawód", gdzie 
figuruję od początku jako: student. Kiedy kupowałem to rancho, byłem studentem, a 
potem jakoś nigdy nie chciało mi się zmieniać tego zapisu6. Po angielsku słowo student 
Oznacza ucznia dowolnej szkoły, może być wyższa, ale równie dobrze podstawowa, więc
pasowało. Komputer wpisał mnie na listę do podstawówki, a potem wysłali po mnie 
autobus.

No dobra, ale czemu nikt się nie zastanowił, jak to możliwe, że dziecko jest 
właścicielem rancha?

Nikt się nie zastanowił, bo w Ameryce takie rzeczy są normalne i nikogo nie dziwią. 
W Ameryce wolno dziecku kupić rancho w obu znaczeniach - wolno kupić dla dziecka (i 
wówczas ono jest właścicielem, nie rodzice), a także dziecko może samo kupić sobie 
rancho, jeśli tylko ma pieniądze. W Ameryce rozumieją, że prawo

W chwili pisania tych słów nasz Autor wciąż był studentem. WC studiował 
nieprzerwanie przez trzydzieści lat! Zaczął studia w roku 1982 w Warszawie (Państwowa
Wyższa Szkoła Teatralna), a ukończył w roku 2012 w Lublinie (KUL). Pomiędzy szkołą 
teatralną a KUL-em było jeszcze kilka innych uczelni w Polsce i obu Amerykach. W 
rezultacie WC jest antropologiem kultury ale także na przykład inżynierem specjalistą 



żywienia zwierząt hodowlanych.
Próbowałam pytać, po co mu było to ostatnie, a on na to, że przecież ma rancho.
Hmm... do tego naprawdę nie potrzeba studiów. Wystarczy średnia inteligencja krów,

no bo skoro na tym rancho rośnie tylko trawa, można się po prostu nie wtrącać, a bydło 
sarno rozwiąże kwestie swego żywienia.

Po tych słowach WC popatrzył na mnie jak na... tak jak zawsze, a potem powiedział: 
Nie interesuje mnie. jedzą moje krowy, interesuje mnie, co się dzieje potem, w środku. 
Po tamtych studiach potrafię ze trawy uzyskać krowie placki w dowolnym kolorze. Pełna
paleta - można malować obrazy - panuję nad konsystencją i mówię pani, z tego będzie 
habilitacja. Wyobraźmy sobie, że moje krowy albo grilla. Każdy będzie chciał mieć 
krowę! Jest mleko, są steki i jest je na czym piec! A na razie jest mleko, są steki i można 
malować ekologiczne obrazy maczając pędzel w placku w odpowiednim kolorze. Tylko 
co potem, bo ja czegoś takiego u siebie w domu nie zawieszę, zwykłą trawę, ale po 
drugiej stronie, zamiast mokrych placków wypada im suchy granulat dobry własności jest
jednym z praw człowieka, czyli przysługuje niezależnie od wieku. Każdemu człowiekowi
wolno posiadać - na tym polega prawdziwy kapitalizm. Na tym też polega prawdziwa 
wolność.

Noworodkom w USA wolno posiadać pieniądze, akcje, fundusze. Są w USA nieletni 
milionerzy i nie stanowią wyjątku od reguły. Bogate dzieci, które posiadają rezydencje z 
basenami i ogromne majątki. Oglądali Państwo film „Kevin sam w domu". Ten Kevin 
(nieletni aktor) miał kilka domów. Mogłem więc i ja, jako kilkulatek, posiadać rancho i 
nikomu nic do tego. A pieniądze mogłem zarobić, wygrać, znaleźć na plaży, wyłowić z 
morza, dostać w spadku, w darowiźnie i też nikomu nic do tego. I takie dziecięce 
pieniądze nie wpadłyby do portfela rodziców, tylko do mojego własnego, bo w USA 
każdy obywatel jest podmiotem prawa, bez względu na... Zasadniczo wystarczy 
powiedzieć, że bez względów. Jakichkolwiek. A zatem możesz być milionerem bez 
zębów, bez względu na to, czy nie masz zębów już, czy jeszcze.

No dobra, a czemu urzędnik nie zastanowił się, jak to możliwe, że dziecko urodzone 
w roku 2004 kupiło ziemię na wiele lat przed datą swojego urodzenia? Odwróćmy 
pytanie: A czy jakiś urzędnik dostaje pensję za myślenie? Praca urzędnika polega na 
spychaniu papierów z biurka na inne biurko; byle dalej. Za myślenie w godzinach pracy 
można wylecieć z urzędu.

W ten sposób wylądowałem w podstawówce.
***
Wypisanie się ze szkoły było bardzo proste: złożyłem oświadczenie, że będę się 

edukował w domu. Poszedłem na tak zwany borne schooling. W Ameryce to jedna z 
równoprawnych opcji, bardzo popularna. Wielomilionowy ruch rodziców uczących swoje
dzieci poza oficjalnym systemem szkolnym.

Zdziwiło Państwa, że jako uczeń sam siebie wypisałem ze szkoły? Pokazałem im 
prawo jazdy. Skoro jestem w takim wieku, że wolno mi legalnie kupować tequilę, to tym 
bardziej wolno mi samo-dzielnie składać oświadczenia woli.

A jak wróciłem do domu?
Najpierw kupiłem tequilę i limonki na margaritę. Potem siadłem na przystanku 

szkolnym i czekałem na zakończenie lekcji.
Czułem się trochę jak na wagarach. Czytałem książkę. Nikt mnie nie zaczepiał. Kilka

osób udawało, że mnie nie widzi. Najwidoczniej Chłopak z ogrodniczego miał 



wystarczająco długi język i mój towarzyski immunitet działał już jak trzeba.
W pewnej chwili po przeciwnej stronie ulicy zatrzymał się wóz szeryfa. Za 

kierownicą facet w kowbojskim kapeluszu i mundurze. Popatrzył mi głęboko w oczy, 
lekko skinął głową. Ja popatrzyłem mu w oczy płytko i też skinąłem, a potem wróciłem 
do lektury. Nie miałem powodu bać się szeryfa. Był tu jedyną osobą, która mogła mnie 
sobie sprawdzić w komputerach policyjnych i na pewno to zrobił. Wiedział, że nie jestem
na żadnym zwolnieniu warunkowym, a za kratkami siedziałem wprawdzie, ale daleko 
stąd i dawno temu. (Notatka FBI: ...rok 1989 przekroczenie prędkości na pustyni Death 
Valley; areszt do czasu przybycia Sędziego Pokoju, potem zwolniony.) Szeryf wiedział, 
że nie jestem kryminalistą, ale nie mógł tego nikomu ujawnić z powodu tajemnicy 
służbowej. Ja z kolei mogłem ujawniać, co tylko chciałem, lecz na razie nie miałem 
zamiaru tego robić. Niech myślą, że jestem zabójcą na warunkowym. To nam wszystkim 
dobrze zrobi. Na prerii im kto mniej gada o sobie, tym bardziej go szanują. Opowiem im 
swoją historię dopiero, gdy ktoś nie wytrzyma i zapyta wprost.

Lekcje dobiegły końca i na przystanek podjechał szkolny bus. Kazałem się odwieźć z
powrotem na rancho. Kierowca wciąż miał poranną rozpiskę, więc nie protestował.

Na szczęście nie wiedział, co mam w plecaku. Przewóz tequili autobusem szkolnym 
to sprawa kryminalna i dostalibyśmy obaj po kilka lat. Ta kwestia wypłynęła 
przypadkiem jakiś czas potem w trakcie pieczenia steków, na którym był obecny także 
miejscowy szeryf. Dla dobra wszystkich zgromadzonych osób ustaliliśmy, że nikt z nas 
nigdy nie słyszał o tej butelce, że ja jej na pewno nie kupiłem w tym dniu ani nie miałem 
przy sobie, oraz że to z całą pewnością była woda mineralna.

***
Wróciłem do domu.
Usiadłem na porczu.
Oparłem nogi o trzeszczący słupek i patrzyłem na tuman kurzu ciągnący się za 

autobusem. Był potężny i wyglądał pięknie - jak złote malowidło na purpurowym niebie.
Słońce zapadło za widnokrąg. Przy ziemi zaczął pełzać nocny chłód. Mam tequilę - 

nie boję się chłodu. Mam też mały domek na tej ogromnej prerii, co wciąż nie bardzo 
mieści mi się w głowie.

 
ZWIERZYNIEC
Czekam na kojoty.
Wyglądam ich niecierpliwie; szukam wzrokiem po zmroku.
Preria bez kojota wydaje mi się niekompletna. Chciałbym, żeby tu były. Kojoty 

potrzebne są zamiast zegara, kiedy zasiedzę się wieczorem ze szklaneczką margarity. 
Wycie kojota sygnalizuje, że zapadła twarda preriowa noc. Oznacza, że skończył się miły
wieczór i warto porządnie zamknąć drzwi. (Można też siedzieć dalej na zewnątrz, lecz 
warto wtedy postawić gdzieś pod ręką strzelbę.)

Czekam na kojoty.
Chciałbym, żeby tu były i wyły o odpowiednich porach. Taki dźwięk dodaje prerii 

romantyzmu.
**
Kojoty daje się oswajać, ale to długi proces i bez gwarancji sukcesu. Podobnie jak w 

przypadku wilka czy lisa.
Możesz kojota lekko przyzwyczaić do siebie - tylko tyle. Może kręcić się koło 



twojego domu i nie atakować twoich kur - tylko tyle. Może przyjmować od ciebie 
smaczne prezenty i w zamian za to nie taktować cię jak wroga - tylko tyle. Może zostać 
twoim sojusznikiem i ostrzegać o nadchodzącym niebezpieczeństwie - przybiegnie wyć 
na burzę z piorunami, na tornado, na wilki, ale zaraz potem Ucieknie, ratując własny 
ogon. Nigdy nie stanie w twojej obronie. Kojot to kojot, a nie pies. Nie będzie twoim 
przyjacielem, co najwyżej zdystansowanym sojusznikiem - tyle możesz uzyskać.

I ja tak chyba wolę. Taką chłodną wspólnotę suwerennych panów własnego losu. 
Wolę to od relacji człowieka z psami, która zawsze polega na podległości. Zawsze też 
kończy się śliną, głupkowatym wyrazem ufnego pyska i pozycją na grzbiecie z psim 
ptaszkiem wystawionym na psiego pana. Fuj! Jeśli ktoś to lubi, jego sprawa i nie będę się
wtrącał, ale ja wolę kojoty, które z godnością zachowują dla siebie to, co powinno być 
schowane pod ogonem. Relacja człowieka z psem w dużej części polega na tym, że 
wychodzi się razem na spacer po to, by twój przyjaciel zrobił przy tobie kupę, którą ty 
będziesz musiał zebrać do plastikowej torebki; jeszcze ciepli. Fuj!

A poza tym pies to lizus. Taka jego natura i tego się nie zmieni. Maksimum 
kompromisu, na które jestem w stanie pójść, to pies gospodarski zamieszkały w budzie7.

Kiedyś tu żyły kojoty. I na pewno nadal są. Po prostu odzwyczaiły się przychodzić 
pod mój dom. Był opuszczony. Przez wiele lat nikt nie wyrzucał tu niczego, co można 
zjeść, więc nie kręciły się po obejściu ani szczury, ani ptaki, ani szopy - nic, na co kojot 
mógłby zapolować.

Ale teraz jestem tu ja i dbam o codzienne wysypywanie czegoś dla ptaków (nauczyły
się i zlatują co rano) oraz o wyrzucanie odpadków spożywczych w taki sposób, żeby były
atrakcyjne dla różnych zwierząt.

Na przykład z pełną premedytacją wabię szopy. Chciałbym je tu mieć na stałe. 
Ruszają się śmiesznie i wyglądają jak postacie z filmu Disneya. Biegają zamiatając 
tyłkami i rozrabiają. Ludzie najczęściej tępią szopy, bo szop nie da ci spać i zdemoluje 
obejście. Jeśli masz blaszany kubeł na śmieci, szop będzie go co noc wywracał i 
wywlekał zawartość w poszukiwaniu smakołyków, a potem jeszcze wlezie do środka i 
zacznie wylizywać. Szop wewnątrz przewróconego kubła idzie i liże, a kubeł się toczy i 
toczy, i hałasuje, i coraz bardziej oddala od domu. Kiedy mieszka się na osiedlu i ma taki 
wędrujący kubeł, to rzeczywiście można zostać wrogiem szopów. Tu, na prerii, po prostu 
wszystko, co jadalne wywalam do ogrodu i szopy nie mają powodu grzebać w kuble.

Lubię szopy, wabię szopy, karmię szopy, a szopy jak nie przy-chodziły, tak nie 
przychodzą. Wyszukałem stronę internetową dla szopich fanów i znalazłem instrukcję, że
jak się chce mieć szopa koło domu, to najlepiej wykładać mu świeże skórki od bananów. 
Zacząłem wykładać.

WC nie ceni psów, gdyż ma w firmie kota. A przecież powinien wiedzieć, że ten jego
kot myje się we własnej ślinie oraz publicznie wylizuje sobie to, co powinno być 
schowane pod ogonem. W dodatku z kotem nie sposób się zaprzyjaźnić - nasz Autor jest 
dla swojego pupila jedynie otwieraczem do puszek; niczym więcej.

Argumentu koronnego z kuwetą i osobistym wynoszeniem kocich kup na plastikowej
tacy, niestety, użyć nie mogę - WC zamontował w ścianie kocie drzwiczki i teraz ten jego
biurowy kot załatwia się gdzieś poza budynkiem. Nie ma kuwety, nie ma smrodu, nie ma 
koronnego argumentu.

Pierwsze kocie drzwiczki WC przywiózł z USA. Potem przywiózł ich cały karton i 
teraz to jest jego sztandarowy prezent dla wszystkich znajomych, u których spotka koty.



Nie wiem, czy bym sięu cieszyła, gdyby ktoś po pierwszej wizycie w moim domu 
podarował mi takie drzwiczki... Ostatnio, kiedy u Państwa byłem, czułem smrodek z 
kuwetki, dlatego przynoszę Państwu w prezencie te oto kocie drzwiczki. [przyp. 
tłumacza].

I nic.
Zacząłem wykładać całe banany. Nadal nic.
Zacząłem siekać banany, żeby mocniej pachniały. Też nic - wysychały, niejedzone 

przez nikogo. Nawet sarny się nie interesowały. Do dzisiejszego poranka! Posłuchajcie...
Wstałem jak zwykle - jeszcze ciemno, zimno.
Zaparzyłem yerbę.
Wyszedłem na porcz.
Siedzę.
Słucham, jak o świcie brzmi świat:
Tu świsnął wiatr o gałąź, tam skrzydło strzepnął ptak.
Wiatrak na wodę skrzypnął i stanął w pół obrotu.
Blaszane koryto pod nim chlupnie za chwilę szklanką świeżej wody, dolaną do wody 

wczorajszej.
Coś na dachu szura, ale nie mogę wykryć co.
Coś mi zżera to moje niebieskie krzesło i nie muszę sprawdzać wiem, że termit.
Zasadniczo powinienem to krzesło spalić razem ze szkodnikiem. Tak byłoby 

najbezpieczniej dla całego drewnianego domostwa. Spalić lub posypać DDT. Ale szkoda 
mi go - jest bardzo wygodne. I skoro na razie daje się jeszcze siedzieć, to siedzę.

Siedzę więc teraz i wyglądam wschodu słońca.
Termit pode mną chrupie stare krzesło.
Siedzę, siorbię yerbę.
Grzeję dłonie.
Siedzę.
" Muszę się wtrącić. Muszę! Widziałam ten mebel na fotografii. To nie jest krzesło! 

W każdym razie nie takie do stołu. To jest coś w rodzaju fotela ogrodowego. W Polsce 
takie rzeczy robią z wikliny, a na prerii z desek- żeby ich wiatr nie przewracał. Język 
amerykański, niestety, nie zna rozróżnienia pomiędzy "krzesło" (chair) a „fotel" (chair) i 
dlatego Autor ciągle pisze „krzesło". A czy ono jest niebieskie? Hmmm...      

Kiedyś pewnie było, skoro Autor tak pamięta, ale... język amerykański nie zna 
rozróżnienia pomiędzy lewami „niebieskie" (blue) a „smutne" (blue) i moim zdaniem 
obecnie to krzesło nie ma nic wspólnego z kolorem niebieskim. Wygląda raczej na 
„smutne", a nawet na „żałosne". (Żałosne oszczędności, bo ktoś już dawno powinien 
sobie kupić nowe meble, ale skąpi. Znam Pana WC od lat- trzeba mu przyznać, że płaci 
zawsze na czas, i za to go w firmie cenimy!, ale trzeba też uczciwie powiedzieć, że zanim
się z Nim ustali, ile będzie miał do zapłacenia, omawiana kwota maleje jak gacie w 
praniu. WC! twierdzi, że umie się targować. My twierdzimy, że dosypuje nam czegoś do 
herbaty i tylko dlatego od tylu lat z radością przyjmujemy jego propozycje płacowe), 
[przyp. tłumacza]

Siorbię.
Grzeję... dłonie.
Nicnierobię.
Ale...



...człowiek jest z natury drapieżnikiem, więc nawet gdy nic-nierobi, pozostaje po 
zwierzęcemu czujny. Kątem oka uchwyciłem jakiś ruch w ogrodzie. Tam, gdzie 
wykładam szopom banany. Coś hycnęło przy ziemi raz i drugi. Szop tak nie hyca. Kojot 
nie hyca. Co to tam?

Mrużę oko.
Dwa króliki! No to Alleluja!!! Są króliki, będą kojoty!
Nie płoszyłem ich. Siedziałem jak trusia chyba z godzinę, aż same poszły. Niech 

zamieszkają gdzieś tu koło domu; będzie weselej. Wprawdzie przy królikach mogę 
zapomnieć o sałacie i marchewce, ale nic to. Wolę króliki od marchewek bo... wolę 
kojoty od marchewek. Marchewki mogę sobie kupić w spożywczym, a kojota nie. 
Króliki też mogę sobie kupić - w rolniczym i w spożywczym - a kojota nie. Kojot musi 
do mnie przyjść sam - na przykład na króliki.

***
Kiedy króliki odeszły, poszedłem do warzywniaka przesunąć szlauf i podłożyć nową 

porcję bananów. Wtedy znalazłem tam ślady trzeciego królika - pod krzakiem róż leżały 
strzępki futra i mały puszysty ogonek. Odgryziony i wypluty. ALLELUJA - był tu 
kojot!!!

Jiii-hal
Autor napisał „szlauf', czyli lak, jak wszyscy mówią. Niestety, wszyscy mówią i 

wiedzą źle! Ja sama tez podlewam wodą ze szlaufa (niestety...), ale w słownikach jest 
wyraźnie napisane, że prawidłowa nazwa węża ogrodowego to „szlauch", przez „ch" na 
końcu...

Co robić?
Nic. Zostawiłam w tym tekście pisownię Autora, bo gdybym poprawiła na „szlauch", 

Autor wyszedłby w Państwa oczach na głupka, który nie potrafi po polsku, [przyp. 
korektora]

 
KROTKA HISTORIA DDT
 
DDT - dichlorodifenylotrichlo-roctan, nazwa handlowa: Azotox.
Bardzo skuteczny środek owadobójczy. Dzięki niemu w czasie drugiej wojny 

światowej alianci skutecznie zwalczali tyfus. W latach 10. i 50. XX wieku udało się za 
pomocą DDT wyeliminować malarię z Europy, Ameryki Północnej, Australii, Afryki 
Północnej, większości Karaibów i wysp Pacyfiku, a także radykalnie ograniczyć liczbę 
ofiar malarii w Indiach i na Cejlonie (w roku 1946 na malarię chorowały tam prawie trzy 
miliony ludzi, po zastosowaniu DDT liczba chorych spadła do zaledwie kilkunastu osób).
Byliśmy na dobrej drodze, by całkowicie wyeliminować malarię na całej planecie.

Nic z tego - w roku 1962 upubliczniono książkę U. ( Carson "Silent Spring" 
krytykującą DDT, co było początkiem światowego ruchu Zielonych. Dziesięć lat później 
Zieloni doprowadzili do delegalizacji DDT, najpierw w USA (gdzie malarii do tego czasu
już nie było), a potem w innych krajach na całym świecie. Kiedy zaprzestano oprysków, 
malaria stopniowo powróciła (również do Europy) i atakuje co roku więcej ludzi niż 
jakakolwiek inna choroba znana ludzkości.

Argumentów podnoszonych w kampanii przeciwko DDT nie potwierdzono naukowo 
do dnia dzisiejszego. Wiemy natomiast (dane ONZ), że na malarię zapada co roku 200-
500 milionów osób, z czego milion umiera. Podziękujcie Zielonym. Mimo to stosowanie 



DDT do oprysków przeciw komarom uznawane jest za nielegalne.
Gdzie kupić DDT?
Jest kilka państw, które uważają, że walka z malaria, jest ważniejsza od 

międzynarodowych zakazów
Suazi, Mozambik i Ekwador. W tych krajach udało się, znacznie ograniczać 

śmiertelność właśnie dzięki DDT
„Rocznik Farmera"

DESZCZ
Ale leje!
I nie chodzi o to, że leje na zewnątrz, chodzi o to, że leje mi tu - w środku. Deszcz 

przedarł się przez stary dach i ciurka w dwóch miejscach. Jednym z nich jest moje 
biurko.

Tak, mam biurko. Stało tu już, kiedy przyjechałem. Do dzisiaj nie mogę dowiedzieć 
się, kto mi je... podarował? Kto, dlaczego i po co? A może nie podarował, tylko 
podrzucił? Trochę to niepokojące, kiedy zupełnie nie wiadomo, o co chodzi, a 
naprzeciwko ciebie stoi ciężki nieprzypadkowy mebel.      Przeszukałem je na wszelki 
wypadek. Powyjmowałem szuflady i sprawdziłem, co jest za nimi, pod nimi, opukałem 
całość pod kątem tajnych skrytek, ale nie znalazłem nic.

Nikt też nie przyznaje się do tego prezentu. Pytałem w lokalnym barze - nic nie 
wiedzą. Nie wiedzą nawet, kto mógłby coś wiedzieć, a to już wyjątkowo dziwne jak na 
tutejszy bar. Na ogół jest to gniazdo wszechwiedzy, gdzie przesiadują same mądrale i 
wszystkowiedzący specjaliści od wszystkiego, którzy znają wszystkich, wiedzą wszystko
o wszystkich, a jak czegoś nie wiedzą, to na poczekaniu wymyślą. Tym razem potrafili 
tylko kręcić głowami.

Poszedłem po wskazówki do Antiąue Store - handlują starociami, może znają to 
biurko lub orientują się, kto w okolicy ma u siebie tego typu sprzęty - niestety, nie umieli 
mi powiedzieć nic poza tym, że za taki mebel można dostać nawet tysiąc dolarów. Dość 
kosztowne jak na prezent. Takich prezentów nikt nie daje bez powodu. Trochę to 
niepokojące... Już wspominałem, prawda?

Biurko w amerykańskim stylu z nadstawką. Podobne stały w kantorach, w sklepach, 
w bankach i kancelariach od Nowego Jorku po San Francisco - wszędzie, gdzie kupiec, 
handlarz czy spedytor musiał rozłożyć „amerykankę" (szeroka księga rachunkowa).

I teraz na ten klasyczny mebel leje mi się z sufitu deszcz. Źle!
Podstawiłem miednicę.
'" Nie mój błąd! Autor tak napisał. Chodzi mu chyba o jakiś dźwięk. Połączenie 

deszczu z szumem wiatru albo strugi wody szumiące na blaszanym dachu. Nie wiem, nie 
moja sprawa. W tej książce pełno jest takich „dźwięków", [przyp. tłumacza]

Patrzę, co będzie.
Kiepskie rozwiązanie, bo kiedy woda ciurka na dno blaszanego naczynia, to się 

rozpryskuje. Chlapało dookoła po całym pokoju. Pomogło dopiero, gdy włożyłem na dno
miednicy ręcznik. Teraz ciurka w ręcznik i już nie chlapie. Całe szczęście, że na prerii 
pada krótko. Wystarczy zabezpieczyć się prowizorycznie, a jutro można zapomnieć o 
sprawie. Tu nie warto naprawiać dachu z powodu kilku dziurek - na prerii dach się 
naprawia dopiero, gdy wichura zerwie blachę i widać gwiazdy.

Drugim pomieszczeniem, gdzie mi się lało do wnętrza, była spiżarnia. Niewielka 



przybudówka na zewnętrznej ścianie domu.
Najgorsze możliwe miejsce na wodę z dachu! Już chyba wolałbym zaciek do łóżka, 

bo łóżko mogę przesunąć, a spiżarni nie.
Na belce pod sufitem wisiała suszona szynka z dzika, którą dostałem na Wigilii. I 

akurat po niej kapało. Zupełnie jakby deszcz był żywą wredną istotą, która celowo robi 
szkody. Nie mogło kapać pół metra obok?!      

Mogło. I kapało. A dodatkowo lało się jeszcze w samym rogu spiżarni po ścianie. No 
cóż, deszcz to deszcz. Nie ma się co obrażać na takie rzeczy. Trzeba przeczekać; jakoś 
przetrwać.

Zdjąłem przemoczoną szynkę i ułożyłem przy kominku, żeby obeschła. Ogień na 
szczęście palił się pięknie pomimo tego, że woda ciurkała również w palenisko. Na 
pustym haku po szynce zawiesiłem wiadro i niech se tam do niego kapie ile chce! 
Następnie wziąłem duży nóż, flaszkę czerwonego wina i wróciłem do szynki. Szkoda, 
żeby się zmarnowała od wilgoci - lepiej zjem. 

***
Ulewa na prerii przypomina ulewy tropikalne. Jest gwałtowna i z przytupem. Jak 

zagrzmi, to trzęsie się ziemia i dzwonią szyby, jak błyśnie, to na tyle długo, że można 
sięgnąć po książkę, a ponieważ błyska często, można tę książkę czytać. Romantico. (Pod 
warunkiem, że nie siedzisz bezpośrednio pod niebem.)

Trzeba tylko uważać na kolor nieba. Niebo zielone oznacza tornado i wtedy warto 
odłożyć książkę i poszukać sobie najbliższej nory. Czasu jest niewiele. Zielone niebo 
zasadniczo oznacza, że jest już za późno na uniki. Albo masz pod ręką norę, piwnicę 
(większość domów w USA nie ma), schron przeciwatomowy, jaskinię,

tunel, okręt podwodny lub przynajmniej jakąś wyschniętą studnię, albo... siedzisz 
tam gdzie cię akurat zastało i liczysz na to, że tornado przejdzie bokiem. Trąby 
powietrzne mają tę zaletę, że działają punktowo. Poza tym mają same wady.

A czy tornado da się przeżyć?
To zależy głównie od tornada, nie od nas. Był taki atleta na Key West (Floryda), 

który postanowił udowodnić światu, że przetrzyma każdy huragan. Trenował biegi, 
nurkowanie na bezdechu, ciężary i inne takie. Kiedy mieszkańcy Key West ewakuowali 
się z powodu nadciągającego huraganu, on przypiął się łańcuchami do betonowego 
nabrzeża i czekał. A potem walnęło w niego przelatujące volvo.

Policja dość długo nie mogła dojść, czyje to volvo. W końcu wykryli, że trąba 
powietrzna podniosła je ze statku handlowego w Zatoce Meksykańskiej. Płynęło do 
Nowego Orleanu.

W czasie burzy na prerii często odcinają prąd. Skoro wiatr rwie druty, a do tego 
pioruny walą w każdy słup, to lepiej, żeby po kablach nic nie płynęło. Właśnie odcięli. 
Nagłe ciemno. Włączą po burzy, czyli jutro rano. Nie ma się co obrażać na naturalny 
porządek rzeczy. Trzeba przeczekać; jakoś przetrwać.

Siadłem więc przy ogniu, nalałem sobie wina i zacząłem skrobać szynkę dużym 
nożem. Była uwędzona na twardo, tak jak jej zamorskie siostry, które podają w 
Hiszpanii. Skrawałem cieniutkie szkliste plasterki, prawie przezroczyste. Były pyszne.

Czerwona szynka z dzika.
Czerwone wino z Chile.
Czerwony ogień na kominie.
Da się tu żyć. Nawet w huku burz.



Czy w rezultacie całonocnej ulewy coś zazieleniło się na prerii? Cokolwiek?
Czemu z dzika? Te oryginalne szynki hiszpańskie robi się ze świń karmionych 

żołędziami. Żołędzie z kolei pochodzą z dębów korkowych. Wspominałem o tym w 
odcinkach „Boso..." z Hiszpanii i Portugalii. Amerykanie uznali, że pasanie świń pod 
dębami to strata czasu. (A poza tym, słowo „świniopas" wpisane do rubryki „zawód" nie 
wygląda dobrze.) Dlatego w USA szynki tego typu robi się z dzików. Dzik, jak wiadomo,
pasie się sam, a potem wystarczy go wytropić i upolować. (W rubryce „zawód" mamy 
wówczas wpisane „traper/myśliwy", co wygląda dostojnie.)

Owszem - wystarczyła ta jedna burza, żeby mój pas ciesielski zazielenił się pleśnią. 
Pozostawiłem go nieopatrznie na płocie. Jak każdy element roboczego stroju, także ten 
pas był trochę brudny, tu i tam przepocony, a zatem zawierał różne pożywne substancje i 
to wystarczyło, by zakwitł pleśnią w jedną noc.

Natomiast cała reszta prerii wchłonęła wilgoć i nie podziękowała nawet jednym 
zielonym ździebełkiem. Nic! Tutaj jedna noc deszczu to za mało, by napoić ten kurz, 
nawilżyć ten siennik starych traw.

Preria pozostała więc niewzruszona deszczem. Sucha, szaro-żółta. Moja ulubiona.
Zielona trawa jakoś mi do prerii nie pasuje. Nie po to tu przy-jechałem, żeby patrzeć 

na zielenie. Jak mi będzie potrzeba zieleni, mogę jechać na Florydę lub nad Amazonkę, a 
tu - tu żądam, by było sucho, kurzyście i popielato, a o zachodzie słońca czerwono. 
Trawa ma być zeschła i chrzęścić pod stopami. Trawa ma trwać w oczekiwaniu na 
deszcz, a nie pachnieć rosą.

W ogóle rosa jest przereklamowana. Czyta się tyle poetyckich tekstów o bieganiu 
bosą stopą po rosach. A próbował ktoś osobiście? Bo ja czasami muszę przejść po rosie i 
to jeszcze nigdy nie okazało się przyjemne. Rosa osiada wśród traw o poranku, kiedy jest
raczej chłodno. Stajesz więc ciepłą stopą wyjętą z ciepłej pościeli na tę zimną i mokrą 
rosę, a trawa klei ci się do pięt i... marzną ci paluszki. Fuj!

Kto lubi mokre stopy? Może żaby? A Homo sapiens lubi sucho pod stopami! Sucho! 
(Przypomnę, że jako gatunek pierwsze kroki stawialiśmy na afrykańskiej sawannie. Kłuło
i drażniło pięty żwirem, ale było SUCHO.) Wilgotne stopy są niezgodnie z naszą naturą. 
Fuj!

 
AMERYKANKA
Księga rachunkowa starego typu. Najlepsza, łatwa, uczciwa.
Znają te księgi na całym świecie. Amerykanki rozpowszechniły się w czasach, gdy 

kapitalizm był zdrowy. Zapis w amerykance był prosty - dwie rubryki: WINIEN i MA. 
Łatwe liczenie na chłopski rozum i brak miejsca na krętactwa. Takie rachunki można 
było prowadzić w zwykłym zeszycie. I tak właśnie było na początku - ludzie prowadzili 
rachunkowość w zeszytach. Potem ktoś wpadł na pomysł, że zamiast rysować własne 
rubryki, ludzie chętnie kupią wydrukowane gotowce. W ten sposób powstała 
amerykanka.

Księgowość prowadzona na pod-stawie amerykanki nie wymaga księgowej - zrobisz 
to sam. Wszystkie inne, bardziej skomplikowane systemy liczenia wymusza władza po 
to, by ukryć, jak bardzo nas łupi. Im bardziej skomplikowany system, tym więcej płacisz 
podatków - nigdy nie bywa na odwrót. Ktoś powie: no ale trzeba płacić podatki, bo co 
cesarskie cesarzowi.

W czasach, kiedy padły te słowa, Cezar pobierał podatek w wysokości jednego 



denara rocznie. Denar to była dniówka robotnika - „płaca minimalna", punkt odniesienia 
dla innych cen w Państwie Rzymskim. Cały podatek na utrzymanie tego państwa wynosił
wówczas jedną dniówkę minimalną rocznie od każdego obywatela.

A ile by to było w procentach? Jedna część z trzystu sześćdziesięciu pięciu to jedna 
trzecia procenta. Trzydzieści groszy ze stu złotych. Tyle że w Rzymie nie płaciło się od 
każdej zarobionej setki, lecz raz w roku jednego denara, czyli jedną dniówkę minimalną.

Ktoś powie: tak się nie da prowadzić nowoczesnego państwa! Och... jak to się nie 
da? Imperium Rzymskie było potężnym organizmem państwowym - miało na utrzymaniu
liczną armię z kosztownym sprzętem wojskowym, urzędników, placówki i garnizony 
zagraniczne, sądy, budynki użyteczności publicznej, drogi, stadiony, organizowało 
masowe widowiska, igrzyska.

Dało się wtedy i daje się również dzisiaj. Istnieją przecież raje podatkowe, gdzie 
podatek jest „rzymski", „cesarski" - po równo od każdego i bardzo mało. Istnieje też takie
bardzo nowoczesne państwo jak Arabia Saudyjska, utrzymywane przez swoich władców 
ze sprzedaży ropy naftowej, a nie z podatków nakładanych na obywateli. Meksyk mógłby
utrzymywać się wyłącznie z monopolu państwowego na swoją ropę naftową, to samo 
Wenezuela. W obu tych krajach pozostałe dochody budżetu państwa nie mają istotnego 
znaczenia i państwo mogłoby się bez nich obyć.

Podatek „cesarski" (wszyscy płacą tyle samo i w dodatku mało) dałoby się 
wprowadzić wszędzie. To władza nie chce. A my pozwalamy się doić.

  
BŁYSK
Dziwne, dziwne, dziwne. Przed chwilą słońce liznęło ziemię pierwszym porannym 

promieniem, a w odpowiedzi coś błysnęło w krzakach po zachodniej stronie. Odblask?... 
Tylko od czego odblask? Sto kroków za pompą. Koło starego poidła dla kur. Tam nic nie 
ma. Dziwne.

Na prerii wszystko jest owiane kurzem i matowe. Słońce może sobie pieścić ziemię 
promieniami w nieskończoność, a nie dostanie w odpowiedzi odblasku. Błyszczą tu tylko
błyskawice (rzadkość) i gwiazdy (codzienność), ale błysk przy samej ziemi? Hmm. 
Dziwne!

Błysk na prerii wywołuje zaniepokojenie. Przerywasz to, co robiłeś do tej pory, lub 
też przerywasz nicnierobienie i zaczynasz wpatrywać się w miejsce, które błysnęło. 
Wpatrujesz się ostrożnie, a w tym czasie twój organizm pompuje adrenalinę.

Pierwsze błyszczące rzeczy, które przychodzą ci do głowy, to: oko, kieł i broń. Oko 
drapieżnika przyczajonego przy ziemi. Oko drapieżnika, który nie przeszedł tędy 
obojętnie, nie poszedł sobie dalej, tylko z jakiegoś powodu przyczaił się w pobliżu twego
domu i wpatruje się w ciebie błyszczącym okiem. Ma wściekliznę? Jeśli ma, to na pewno
oszalał, toczy pianę z pyska i utracił instynktowny lęk wobec ludzi, a ty na tej swojej 
przyzbie wprawdzie masz strzelbę opartą o słupek, ale kiedyś w końcu zachce ci się iść 
do wychodka i wprawdzie możesz tam sobie zostawić otwarte drzwi i wycelować 
strzelbę w przestrzeń przed tobą, ale na pewno nie zdążysz się wyrobić z półobrotem, 
gdyby coś postanowiło skoczyć ci na plecy, a przecież ten twój wychodek nie ma tylnej 
ściany...

Druga rzecz, która mogła błysnąć na prerii, to kieł. Kły, skoro błyszczą, znaczy, że są
zaślinione i z jakiegoś powodu wyszczerzone w twoją stronę, a przecież powinny być 
schowane w paszczy. Na prerii nikt nie szczerzy się bez potrzeby, bo tu strasznie kurzy, a 



przecież nikt nie lubi chrzęszczenia piasku między zębami - niezależnie, czy to człek czy 
zwierz. Dlatego na prerii wszyscy mamy gęby ciasno pozamykane. Czemu więc ten kieł 
błysnął? W jakiej jest desperacji, że się na mnie obnażył? I co teraz planuje?!

Trzecia kategoria rzeczy, które błyszczą na prerii, to broń. Ze wszystkich wyrobów z 
metalu tylko broń czyści się tu na tyle często, że metal zachowuje połysk. Całą resztę 
pozostawia się swojemu łonowi, Są nowe i błyszczące jedynie w drodze ze sklepu i może
jeszcze dzień lub dwa po przywiezieniu do domu - potem zamieniają się w standardowe, 
szare, przydomowe żelastwo. Obojętne, czy to była mosiężna pompa, blacha falista, 
klamka, młotek, emaliowany dzbanek do kawy, czy chromowane dekle na felgi.

Nie ma takiej karoserii, szkła czy klamki, która wygra z prerią. Nie ma takiego 
lakieru, emalii. Wszystko w ciągu kilku dni traci gładkość i zaczyna być matowe, a walka
z tym zjawiskiem ma mniej więcej tyle sensu, co kopanie się z koniem.

***
Preria to otwarta przestrzeń składająca się głównie z wiatru i kurzu. Kurz na półce z 

książkami jest miękki i osiada cichą warstw.), kurz pod tapczanem zbiera się w okrągłe 
kotki, ten sam kurz na prerii dziczeje - jest rozpędzony przez wiatr i gdy w coś uderza, 
kaleczy. Jego drobinki bezustannie skrobią wszelkie napotkane powierzchnie. Dlatego na 
prerii wszystko jest matowoszare. Stuprocentowy brak połysku.

Powietrze tutaj jest jak papier ścierny. Ściera powierzchnię twoich oczu, więc na 
prerii będziesz miał chroniczne zapalenie spojówek. Ściera twoje gardło, gdy mówisz, 
dlatego ostatecznie twój głos zacznie być chropawy. Ściera też twoją skórę, dlatego 
ostatecznie będziesz mieć cerę suchą i pomarszczoną jak Willy Nelson.

Z powyższych powodów mieszkańcy prerii wciąż mrużą te swoje czerwone oczy 
(wyglądają przez to podejrzliwie i groźnie), a także nie otwierają ust bez potrzeby. Jeśli 
już coś mówią, to półgębkiem i półsłówkami, gdyż nikt nie lubi, jak mu nawieje piachu w
gębę. Kowbojski slang polega na obcinaniu słowom końcówek, na opuszczaniu całych 
słów, jeśli nie są absolutnie niezbędne dla zrozumienia danej wypowiedzi, oraz na 
tworzeniu nowych słów zlepionych z kilku innych - wszystko po to, by skracać każdą 
chwilę, kiedy masz uchylone usta.

Na prerii wynaleziono setki naprawdę krótkich słówek zastępujących różne częściej 
używane zwroty i wyrażenia. Zamiast are not, mówi się ain't, gdyż are not wymaga 
zrobienia „A" oraz „O" czyli szerokiego otwarcia ust na inwazję kurzu. We are not (trzy 
sylaby, z czego dwie dość szeroko otwarte) wypowiada się na prerii jako wain't, bo 
wypowiedzenie wain't odbywa się w przeważającej części na wydechu przez nos, a usta 
można uchylić jedynie minimalnie, praktycznie wcale. (Po czym i tak musisz wypluć 
kurz, którego ci zdążyło nawiać.)

***
A zatem preria to otwarta przestrzeń składająca się głównie z wiatru i kurzu, gdzie 

wszystko dookoła jest z definicji matowe. Cóż więc błysnęło w pierwszym słońcu 
poranka sto kroków za pompą? Na pewno nie to stare poidło dla kur. Tam musi być coś 
innego. Ale co?

Well... są trzy sposoby reagowania na zjawiska wywołujące strach. Po pierwsze, 
można uciekać. Niestety, na prerii nie miałbym dokąd uciec, a w dodatku, jeśli to jest 
realne niebezpieczeństwo, to pewnie biega szybciej ode mnie. Po drugie, można siedzieć,
czekać co będzie i przez cały ten czas bać się nie wiadomo czego. Po trzecie, można 
wstać i wyjść niebezpieczeństwu naprzeciw, w nadziei, że niebezpieczeństwo się 



przestraszy i ucieknie.
Wstałem. Wziąłem strzelbę. Ruszyłem ospale jak John Wayne w westernach. Na 

pewno wyglądałem głupio. Ale kogo miałem się wstydzić, skoro tu nikogo nie ma?
Przechodząc koło wieży z wiatrakiem poczułem silną pokusę, by się na nią wspiąć. 

W jakim celu? Ano... gdyż... kiedy przechodziłem koło tej wieży, to mi się akurat 
przypomniało, że przecież poprzedniego wieczoru czyściłem tę moją strzelbę i 
polerowałem ją starannie, i w ogóle. A... a potem, jakoś tak... zupełnie zapomniałem ją 
nabić, bo zrobiło się późno. Poszedłem spać, a pudełko z nabojami zostało na oknie. 
Wciąż tam stoi, podczas gdy ja jestem już w połowie drogi do... nie wiadomo czego i 
zupełnie nie mogę teraz zawrócić. Gdybym się teraz odwrócił, moje plecy wyglądałyby 
jak wielkie zaproszenie do ataku.

Słyszałem teraz to nieszczęsne zapomniane pudełko z nabojami stojące na parapecie. 
Słyszałem, bo ktoś stanął koło niego i znacząco pukał palcem w tekturkę. Miał nieobcięty
paznokieć. Brzydki, szponiasty, nadłamany, niedomyty. Wcale nie musiałem się 
odwracać - znałem ten pazur. Znałem tę owłosioną rękę, tę ciemną postać. Pojawiała się 
w moim życiu wielokrotnie - PANIKA.

Pokusa wspięcia się na wieżę z wiatrakiem była wielka. Tylko, co potem? Będę tam 
siedzieć i czekać na listonosza? Nikt tu do mnie nie pisze, nikt mnie tu nie odwiedza - 
dom bez adresu, pustkowie na końcu drogi prowadzącej donikąd. Jak długo wysiedzę na 
drabiiastej konstrukcji w pełnym słońcu? Jak długo wytrzymają moje bose stopy? Jak 
długo wytrzyma tyłek na grzędzie, zamieniający się stopniowo w bolesną kajzerkę?

Z powyższych powodów poszedłem dalej. Z pustą strzelbą. Tutejsze zwierzęta mają 
dobre nosy i powinien im wystarczyć

sam zapach strzelby - metalu, oleju, prochu. Powinny się tego bać.      
A ludzie? Cóż, człowiek tym bardziej nie będzie ryzykował pomyłki. Człowiek 

raczej przyjmie założenie, że każda broń wycelowana W niego jest nabita i gotowa, bo 
takie założenie jest dużo bardziej bezpieczne niż pomyłka w drugą stronę.

Szedłem w kierunku tego starego poidła i nic niepokojącego lam nie widziałem. Ot, 
stare poidło z odrobiną wody, której napa-dało nocą w czasie ulewy.

Woda nie błyszczy, bo stale się marszczy od wiatru, a to był błysk. Szklisty jak 
lusterko, jak tafla, jak nóż, jak wypolerowana lufa lub kieł. Co za nieprzyjemne 
skojarzenie: że kły też są polerowane. W trakcie gryzienia - na kawałkach cudzych kości. 
Brrr!

Doszedłem do celu.
Nic. Stare poidło.
I wtedy zobaczyłem, że coś tam jednak jest. Pod wodą był lód!
Lód na prerii - owszem, zdarza się. Nocą preria szybko stygnie. I jeśli wieje zimny 

wiatr, to potrafi zamrozić wodę. No i zamroził. Poidło stoi na małej nóżce wbitej w 
ziemię. Jest kamionkowe, ciężkie, żeby go wiatr nie porywał. Blaszane miski, stare 
garnki i plastiki. Osoby, które nie znają tego zjawiska, odsyłam do innych książek 
Autora. Ja zawsze lubię te sceny, kiedy Autor popada w panikę i zaczyna ją 
uczłowieczać, nazywać po imieniu, a ona się nad nim znęca. To takie ambarasujące dla 
niego i przez to takie miłe do czytania. A już szczególnie ta scena w „Gringo...", kiedy 
nasz Autor ze strachu robi w spodnie. Są jeszcze inne - scena w prysznicu i jak on potem 
biegnie przerażony po schodach. Naprawdę szkoda, że się w ostatniej chwili nie 
poślizgnął na mydle - to byłoby dopełnienie mojej radości. Rozkwaszony nos, bolesne 



uderzenie w łokieć, takie wiecie jakie: że aż prąd przechodzi, potem jeszcze zaczepienie 
nogą o tralki... Nie, nie jestem sadystką! Po prostu pracuję z Autorem od lat i należy mi 
się jakaś rekompensata, satysfakcja, premia, odszkodowanie emocjonalne za... za to 
wszystko, [przyp. tłumacza]

Plastykowe koryta - wszystko to jest za lekkie na prerię i odlatuje, zanim kury zdążą 
się napić. Miałem więc porządne, ciężkie, kamionkowe poidło dostosowane do tutejszych
wichrów. Kiedy nocą zrobiło się zimno, a wiatr owiewał poidło nie tylko od góry, ale i od
spodu, woda zamarzła. Potem kamionka trzymała chłód przez kilka godzin i teraz mamy 
lód.

Wyjąłem ostrożnie piękną czystą taflę. Była gruba na cal. Zaniosłem ją z pietyzmem 
do domu, wsadziłem w styropianowe pudło po komputerze i przykryłem kocem - 
zachowam ten lód na wieczór, do margarity.

A swoją drogą muszę sobie kupić lodówkę. Nie chłodziarkę na prąd, tylko 
prawdziwą lodówkę na lód - skrzynkę o właściwościach termosu. Sprzedają je w USA 
wszędzie. Charakterystyczne plastikowe pudła przystosowane rozmiarem i kształtem do 
tutejszych samochodów; wtedy mówi się na to cooler. Ale ja poszukam czegoś lepszego -
w sklepie z antykami powinni mieć coś takiego z okresu, kiedy jeszcze nie było w 
domach elektryczności. To ma być rzecz fabrycznie przeznaczona do kuchni bez prądu. 
Staromodna szafka chłodnicza działająca na lód. A lód sprzedają w workach na każdej 
stacji benzynowej, więc z tym kłopotu nie będzie.

 
SKRZYNKA NA LISTY
Tego samego dnia pojechałem do miasta.
Tutejszy Antiąue Store to jednocześnie jedyna w okolicy kawiarnia. Miasteczko jest 

małe, więc ludzie prowadzą po kilka biznesów pod jednym szyldem. Od frontu była 
kawiarnia urządzona w starych meblach wystawionych na sprzedaż, do tego imbryki, 
widelce, serwety, bibeloty i książki (każdy przedmiot można kupić), z kolei w tylnej 
części ogólna zwałka ze starociami niepasującymi w kawiarni. Wyszukałem tam sobie 
niewielką szafkę chłodzoną lodem. Była wyprodukowana z przeznaczeniem do knajp, 
stacji benzynowych i innych miejsc, gdzie sprzedaje się zimne napoje. Model 1948. Na 
drzwiczkach miała wymalowany nieaktualny znak Pepsi. Piękne, pierwotne logo. 
Staromodne. Słodkie i romantyczne. Zupełnie nie rozumiem korporacji, które 
unowocześniają takie rzeczy.

Poza lodówką kupiłem też tego dnia skrzynkę na listy. No bo co to za dom bez adresu
i osobnej skrzynki? Skoro trafił do mnie autobus szkolny, trafią też w końcu jakieś listy. 
Przychodziły już teraz, ale okrężną drogą - pod adresem: Zabudowanie należące do... i tu 
nazwa tego dużego rancha, które mnie otacza ze wszystkich Stron. Wrzucali wszystko do
ich skrzynki, a ja musiałem potem daleko jeździć. Postanowiłem więc zgłosić na poczcie 
odrębny adres. Tylko jak nazwać to moje rancho? Tymczasowo podałem po prostu numer
drogi polnej (Arizona Farm Road...), z której zjeżdża się do mnie i milę, na której się 
zjeżdża. Docelowo muszę wymyślić coś lepszego - ładną nazwę: Rancho Perdido, WC 
Ranch...13

W Europie to władza nadaje ulicom nazwy. W Ameryce obywatele robią to 
samodzielnie. Są pewne ogólne zasady w tym zakresie (przede wszystkim 
dobrosąsiedzkie), ale podstawą jest wolność osobista oraz prawo własności. Moja ulica? 
W takim razie to ja ją nazywam, a odpowiedni urząd jedynie rejestruje moją suwerenną 



decyzję.      
Podobnie jest w przypadku imion. Imiona dzieciom nadają rodzice - państwu nic do 

tego, państwo tylko rejestruje suwerenne decyzje obywateli. Liczba imion, którą można 
nadać jednej osobie jest nieograniczona, ich pisownia dowolna (Józef, Josef, Yoozeff...), 
a jak się komuś potem imię nie podoba, to może je sobie dowolnie zmienić, wymienić, 
przerobić lub dodać kilka następnych. To samo z nazwiskiem.      

W Ameryce aparat państwowy jest na służbie obywatela i zazwyczaj stoi przed 
obywatelem na baczność.      

Gdyby urzędnikowi przyszło do głowy protestować, że siedem imion dla jednego 
dziecka nie mieści mu się w rubryce, usłyszałby odpowiedź, że ma sobie poszerzyć 
rubrykę. Tak działa Ameryka i tak powinno być.

Znaleźć skrzynkę na listy to była prosta sprawa. Sprzedają je w wielu miejscach od 
razu ze słupkiem. Mogą być fikuśne, charakterystyczne, „spersonalizowane" - w USA to 
jest odrębna branża przemysłu - ale ja chciałem mieć model klasyczny i skromny, który
kupuje się w urzędzie pocztowym. Blaszany standard bez udziwnień. Do tego najprostszy
słupek z trzech kawałków drewna impregnowanego przeciwko termitom. Lekko zielony. 
Czerwona skrzynka na zielonym słupku - to mi pasowało. Czemu czerwona? Bo lubię. 
Taka strażacka czerwień widoczna z daleka.

Niestety, na poczcie były tylko białe. (Bardzo mała poczta. Cud, że w ogóle mieli 
cokolwiek od ręki.)

-      Mogę panu zamówić czerwoną, ale nie gwarantuję, że to będzie konkretnie ten 
strażacki odcień. No i dostawa potrwa z tydzień. Ale za to dowieziemy wprost na posesję;
jako pierwszą przesyłkę pod ten nowy adres, co pan wymyślił: Farm Road...

Nie chciałem czekać tydzień. Kupiłem białą. Zaraz za pocztą jest warsztat 
samochodowy. Poszedłem tam i kazałem przelakierować skrzynkę na wskazany kolor.

Mechanik o nic nie pytał, wykonał zlecenie na poczekaniu. Jedna z zalet małego 
miasteczka, gdzie ludzie nie mają wiele do roboty.

Skąd miał czerwony lakier? Z metalowej szafy, w której stały liczne kolorowe 
puszeczki małego rozmiaru. Kazał mi dobrać kolor, potem nabił wybraną puszeczkę na 
pistolet do malowania, włączył sprężarkę i wykonał robotę zanim zdążyłem wyjść z 
zadziwienia i domknąć usta. Miasteczko niby małe, niby na końcu świata, niby nic się tu 
nie dzieje, ale wybór lakierów mają taki, że napawa szacunkiem.

Kiedy zapytałem, ile się należy, mechanik klepnął mnie w plecy (rękę miał jak 
rozpędzone kowadło) i powiedział:

-      Postawisz mi kiedyś piwo i bedziem kwita. Ja moją polakierowałem na kolor 
pickupa - wskazał brodą niebieskiego chevroleta zaparkowanego przed warsztatem.

-      Skrzynka blue-metallic? - trochę mnie zdziwił ten kolor; wybór był nieoczywisty
i odważny.

- A co to przeszkadza? Moja skrzynka nie stoi koło domu, tylko na rozjeździe; razem 
z innymi. Są tego dwa szeregi, wszystkie podobne, szczególnie wieczorem. Myliło mi 
się, zabierałem cudze listy. Teraz mi się nie myli, bo moja skrzynka jest zawsze w kolorze
samochodu.

 -Zawsze?
-Jak zmieniam auto, lakieruję skrzynkę na nowy kolor.
-A...ha.
-Znajdę ci samochód... eee, jak ci właściwie na imię, chłopie?



-Nie chcesz wiedzieć. Nie będziesz w stanie tego wymówić.
Przy pierwszej próbie oplujesz siebie i mnie - wyrecytowałem odpowiedź, którą 

ćwiczyłem już tyle razy i która zawsze jest nieskuteczna; choć prawdziwa.
***
Amerykanie muszą znać twoje imię, bo jest im niezbędne do prawidłowej konstrukcji

zdania. Wypowiedzi, w których brakuje imienia, są niegramatyczne, niezręczne i 
powszechnie uznawane za grubiańskie. Dobrze wychowany człowiek pamięta twoje imię
lub nazwisko, lub tytuł i zwraca się do ciebie zawsze z zastosowaniem odpowiedniego do
waszej zażyłości słowa. W moim przypadku muszę być Wojciechem, lub panem 
Cejrowskim. Gdybym był lekarzem, moglibyśmy wybrnąć z sytuacji, wstawiając zamiast
imienia słowo doctor, gdybym był policjantem, moglibyśmy niewymawialne imię 
zastąpić słowem officer, ale moja relacja z tym miłym facetem, który mi właśnie zrobił 
przysługę lakierniczą, była z definicji relacją krótkiego dystansu. On musiał spróbować z 
imieniem i żadne ostrzeżenia o pluciu nie były go w stanie powstrzymać.

Było jeszcze drugie dno tej sytuacji - wszyscy miejscowi słyszeli już opowieści o 
„Człowieku z niewymawianym imieniem" i każdy chciał się z tym zmierzyć osobiście. 
Udowodnić światu, że potrafi wymówić niewymawialne. Jak do tej pory nikomu nie 
wyszło. Niestety, zamiast się stopniowo zniechęcić, oni próbowali jeszcze natarczywie. 
Wokół mnie narastała fala złożona z kolejnych śmiałków -im więcej było osób, którym 
się nie udało, tym więcej było chcących spróbować. Reakcja stadna, a stado uparte. 
Parskali, prychali, ale nie rezygnowali.

Ludzie powszechnie dworowali sobie z tych, którym się nie powiodło. Obiektem 
pierwszych bezlitosnych żartów był kierowca autobusu szkolnego. Zresztą sam wywołał 
temat, gdy spróbował nauczyć poprawnej wymowy mego imienia panią dyrektor szkoły. 
Spróbował, oślinił się i poddał. Dyrektorka wygadała wszystko mężowi, a wieczorem 
panowie spotkali się w knajpie. Mąż dyrektorki opowiedział o zdarzeniu wszystkim 
obecnym i kierowca nie miał wyjścia - wyzwał ich na pojedynek. Położył przed nimi 
karteczkę z wykaligrafowanym słowem WOJCIECH. Zrobiło się cicho. Potem wszyscy 
zainteresowani kolejno próbowali i... ocierali brody. I tak to zataczało coraz szersze 
kręgi.

***
A zatem mechanik musiał spróbować z wymową.
Spróbował.
Otarł brodę.
Otarł czoło.
Przeprosił, że nie da rady.
Standard. Dla mnie rutyna, a dla niego nowość - imię, które nie daje się sprowadzić 

do jednej sylaby i na pierwszy rzut oka ma poprzestawiane litery.
Mechanik zrobił zatroskaną minę olbrzyma (miał po dwa metry w każdym z trzech 

kierunków). Wyraźnie szukał jakiejś pomocy z mojej strony. Innego imienia zamiast 
tego... czegoś.

-Mów na mnie Gringo - podpowiedziałem. - Tak na mnie mówią w Meksyku.
-Gringo? To trochę obraźliwe. Meksykanie mówią tak o nas za naszymi plecami.
-Na mnie mówią „Gringo", patrząc mi prosto w oczy i to wtedy nie jest obraźliwe. 

Uznajmy, że mam takie pseudo. Chyba że wolisz jeszcze popróbować z Wojciechem?
-Gringo!! Baaardzo dobre pseudo! Pasuje do prerii. Jak z westernu. Znajdę ci 



samochód, Gringo, chcesz? - zmienił temat na łatwiejszy.
-OK. Szukaj, bo ten z wypożyczalni wcale mi nie pasuje. Za cichutki, za malutki i za 

słabo rzęzi.
-Ma rzęzić???
-Chcę, żeby mnie było z daleka słychać, bo teraz, gdy do kogoś jadę, to tak jakbym 

się skradał. Znajdź mi coś, co ma dużo luźnej blachy, klekoce i rzęzi. Jestem tu nowy, 
czasami gdzieś zabłądzę. Nie chcę, żeby ktoś pomyślał, że się skradam i przywitał mnie z
lufy. Szczególnie, że całe miasto gada o moim zwolnieniu warunkowym. Auto ma być 
słyszalne z daleka.

-Dobra, dobra... Dziurawy wydech. Stary silnik. A ile ma kosztować? 
-Tyle, żebym za pół roku mógł to auto bez żalu porzucić.
-Auto na pół roku? Hmm... A co potem? Musisz wracać do... no, tam? Tak? Sorry, że 

pytam. Nie moja sprawa.
-Tak. Potem muszę wracać i nie wiem, kiedy tu znowu
przyjadę.
-Wiesz co? To ja ci dam jakiegoś gruchota z tamtych na zwałce. Zapłacisz sobie 

ubezpieczenie i możesz jeździć. One tu stoją, bo stoją. Podoba ci się któryś?
Podeszliśmy do złomowanych aut. Cztery sztuki, dwie na klockach. Słowo „gruchot"

było właściwe. Najwłaściwsze! Oddawało sedno zjawiska. Gruchotały nawet od lekkich 
podmuchów wiatru tyle miały luźnej blachy.

Wybrałem Mustanga14. Zawsze marzyłem o Mustangu. Dawno temu, kiedy byłem tu
po raz pierwszy, pożyczyli mi takiego na tym wielkim rancho, na którym wtedy 
pracowałem. Romantyczne zjawisko - ford mustang z piosenek country. A teraz to będzie
pierwszy mustang na moim rancho.

Kusiło mnie, by od razu zainwestować w kolor - żółty. Czemu żółty? Bo lubię. Poza 
tym, kiedy auto jest stare, ma słabe blachy i hamulce, to przynajmniej kolor powinno 
mieć mocny. Żółty gruchot jest jak sygnał ostrzegawczy, który wszyscy omijają szerokim
lukiem. W żółtych autach czuję się najbezpieczniej.

Z drugiej strony ten kolor, w którym w tej chwili było to auto, też mi się podobał. 
Ono nie miało koloru. To znaczy, kiedyś jakiś miało, ale od tamtego czasu lakiernikiem 
była mu preria, żwir, słońce, otarcia i stłuczki. Piękne auto bez koloru z chromowaną 
miniaturką mustanga na przodzie... To znaczy, z dziurą po miniaturce. Konika będę 
musiał dokupić osobno i zamontować.

-Biorę!
-Jest twój. -Ile?
-Nic. Bierz. Ciesz się, chłopie.
-Nie za darmo! Ja tak nie lubię. Wyceń i wtedy kupię.
-Ale ja ci go nie mogę sprzedać, bo nie mój. Za to wolno mi go podarować.
Zgodnie z zasadami poprawnej polszczyzny i ortografii ford mustang byłby pisany 

małą litera. Ale w USA Mustang jest samochodem nadzwyczajnym, klasycznym, 
niekiedy umiłowanym lub wymarzonym. Autor w swoim rękopisie wszędzie miał 
Mustanga wielką literą (chyba że chodziło o konie). Zostawiliśmy mu tę jego pisownię, 
[przyp. red.]

 
-Bo?
- Bo to auto kogoś, kto - wyobraź sobie - siedzi za kratą. He, he, he. Dobre, co? Do 



zakonu poszedł! Z tego naszego miasteczka na końcu mapy! Zaskoczył wszystkich. Na 
razie jest w nowicjacie, ale i tak kazali mu pozbyć się „majętności całej". Rozdał 
wszystko i poszedł, jak stał. U mnie zostawił auto i mówi, żebym dał komuś w potrzebie. 
No to daję tobie... Gringo. Nikt inny i tak nie chciałby jeździć czymś takim. Niby chodzi, 
ale to ruina. Za 500 dolców kupisz lepsze.

- To ja ci w takim razie dam 500 dolców w zaklejonej kopercie, a ty ją wyślesz do 
tego zakonu jako anonimową ofiarę. Może być?

-Jasne. Dobre. Podoba mi się. Rąsia! - splunął z entuzjazmem na wielką usmarowaną
łapę i wystawił ją do mnie. Była jak imadło. Jego uścisk wyciskał wodę z paznokci.

Przybiliśmy interes. Ustaliliśmy, że jutro dowiozę gotówkę, opłacę sobie 
ubezpieczenie i odbiorę Mustanga, a samochód, którym jeździłem dotychczas, wróci do 
wypożyczalni, która - jakże komfortowo - mieściła się w tym samym warsztacie 
mechanicznym. (Mówiłem już chyba, że miasteczko jest małe i ludzie prowadzą tu po 
kilka biznesów pod jednym szyldem, prawda?)

Gdy moja nowa skrzynka wyschła na tyle, że mogłem ją bez-piecznie zabrać, 
pożegnałem się z mechanikiem i ruszyłem do domu. Po drodze skrzynka latała luzem po 
bagażniku i wgięła się trochę z obu boków. Potem - w trakcie mocowania na słupku - 
odbiłem kawałek świeżej farby i niechcący zwichrowałem tę małą chorągiewkę, którą 
unosi się na znak, że listonosz ma podjąć listy15. Ktoś inny by się martwił, ja zaś 
uznałem to za doskonały zbieg okoliczności. Skrzynka teraz dopiero wyglądała 
klasycznie - wgięta, obita, zwichrowana. Dla lepszego efektu osypałem ją jeszcze 
żwirem, żeby zrobiła się stara; porządnie używana.

Tak - w Ameryce nie gania się z listem na pocztę, tylko podnosi specjalne skrzydełko
na własnej skrzynce i wtedy listonosz widzi, że ma podjąć listy. I to nawet bez znaczków.
Można się z pocztą dogadać na opłatę zbiorczą raz w miesiącu. Można też kupić zapas 
znaczków z serii „Forever" i trzymać je w kuchennej szufladzie. Nie mają 
nadrukowanego nominału, ponieważ zachowują ważność na zawsze -niezależnie od 
zmian cen w przyszłości. Możesz nakleić Forevera sprzed wielu lat, a US Post dostarczy 
list. Tak działa Ameryka i tak powinno być wszędzie.

Odszedłem kilka kroków. Kontempluję nowy pejzaż w zachwyceniu. Tego tu właśnie
brakowało - kompletne pustkowie po horyzont i za horyzont, płaskie jak okiem sięgnąć, i 
nagle znak mojego istnienia: krzywo osadzony słupek z poturbowaną skrzynką na listy. Z
daleka widać, że to Ameryka, że Zachód, i że wciąż trochę dziki.

Jiii-ha!
***
Wieczorem podałem sobie margaritę z porannym lodem.
Siadłem na porczu, nogi oparłem o słupek. Z uśmiechem popatruję na skrzynkę.
Na podłodze pod ręką mam ułożoną kupkę niewielkich kamieni preriowych i co jakiś

czas rzucam do celu. Celem jest moja skrzynka pocztowa. To taka typowa rozrywka na 
prerii; można powiedzieć „klasyka westernu". Do skrzynek rzuca się kamieniami, kiedy 
człowiek jedzie z kolegami pickupem. Do skrzynek strzela się z procy albo ze śrutówki. 
Można to robić w pełnym pędzie z samo-chodu lub też stacjonarnie z jak największej 
odległości - żeby sprawdzić celność oka lub skalibrowanie strzelby. Skrzynki są w wielu 
rejonach prerii jedynym dostępnym celem. W dodatku blacha wydaje wyraźny dźwięk i 
nie ma się wątpliwości, czy człowiek wcelował czy chybił.

Mam lód w szklaneczce!



Mam skrzynkę na listy!
Mam rozrywkę.
Teraz czekam na pierwszą wizytę listonosza. Przyjedzie jutro - tak się spodziewam. 

Nadałem dziś na poczcie pustą kopertę do siebie samego, a listy tu idą jeden dzień. 
Dłużej tylko wówczas, gdy przydarzy się wichura, pożar prerii lub przerwa w dostawie 
prądu wtedy zamykają pocztę, a listonosz pilnuje swojego domostwa i broni dobytku.

Adres na kopercie wpisałem tymczasowy i mógłby taki zostać na stałe, bo to całkiem
zgrabny adres (Arizona Farm Road...), ale czuję potrzebę, by jakoś nazwać to rancho. To 
przestał być pusty dom na końcu drogi. Teraz to jest żyjące siedlisko konkretnej osoby. 
Powinno mieć nazwę pasującą do okoliczności.

A zatem jutro przyjedzie tu pierwszy w historii tego miejsca listonosz. A dzisiaj?
Piję margaritę.
Z lodu kosteczkami!
Wcale nie żałuję, że nie jestem z wami.
Piję margaritę małymi łyczkami. Gęba mi się śmieje -ten świat jest kochany!16
Wrrr... Żenujące. Czy co była aby pierwsza margarita tego wieczoru? Bo sądząc po 

tych tekstach, to albo była trzecia, albo bardzo wielka, [przyp. tłumacza]
 
 
II
CZĘŚĆ
KSIĘGA
KURZU, GWOŹDZI I RDZY 
 
 
Kiedy pomieszkasz na prerii odpowiednio długo, by docenić znaczenie blachy 

falistej, można uznać, że nie jesteś tu tylko gościem, przybyszem, intruzem ani turystą, 
lecz stałym mieszkańcem. Koniec odruchowej fascynacji pejzażem („morze traw") to ten 
kluczowy moment przejścia i początek Twojej preriowej codzienności. A preriowa 
codzienność to: kurz, gwoździe i rdza.

Skoro wiesz już, że najważniejsza na prerii jest blacha, musisz doceniać także 
znaczenie gwoździ - bez nich Twoja blacha byłaby teraz gdzie indziej, prawda? I skoro 
jesteś tu „odpowiednio długo", na pewno wiesz, że na prerii nic nie jest Cię w stanie 
uchronić od kurzu - ani blacha, ani najciaśniejsze majtki, ani skafander astronauty. 
Preriowy kurz wedrze się wszędzie. Zawsze się jakoś przeciśnie. Choćbyś nie wiem jak 
zakręcał, uszczelniał, zawijał, pakował w słoiki i oklejał srebrną taśmą. Wszędzie, gdzie 
chciałbyś go nie dopuścić, on już tam jest - preriowy kurz, wraz z tym jego chrupiącym 
chrzęstem.

A skoro wiesz to wszystko, co powyżej, znasz również rdzę. Musisz znać! To ona - 
rdza! - jest podstawowym smakiem prerii oraz nadaje prerii podstawowe brzmienie.

Tak, brzmienie! Dźwięk rdzy. Rdzawy dźwięk, zardzewiały dźwięk... Szumu traw nie
słyszysz już od dawna - dzięki temu zachowałeś zdrowy rozum. Twój mózg wykonał 
prawidłowy ruch i zepchnął trawi szum w tło. To dobrze, gdyż ci, którzy słyszą ów szum 
zbyt długo, albo uciekli z prerii zaraz po pierwszym praniu portek (PPP), albo... błąkają 
się teraz po pustkowiu, a w ich głowach kłębi się Pieśń Błękitnych Traw. (To takie 
indiańskie określenie wariata.) Ale skoro Ty wciąż tu jesteśśś... Nie uciekłeśśś... Żyjeszsz 



normalnie... Znaczy, że nie słyszyszsz juszsz szumu trafff. Słyszysz za to doskonale rdzę, 
prawda?

Tak, tak, tak - podstawowym dźwiękiem na prerii są skrzypiące i piszczące odgłosy 
wydawane przez zardzewiałą blachę wiszącą na zardzewiałych gwoździach posypanych 
rdzawym kurzem. Szum traw się tu nie liczy - preria brzmi rdzą!

Posłuchajcie...

BEZ PRĄDU
Czy cywilizacja poza tym miejscem jeszcze istnieje?
Hmm, hmm, hmm. Pytanie trochę filozoficzne, ale ciekawe, gdy budzisz się rano w 

małym domku na prerii i nie ma prądu. Zniknął przedwczoraj. Od tego czasu żadne łącze 
ze światem nie działa. Cóż więc szkodzi zastanowić się, jak to będzie, kiedy któregoś 
dnia trochę zbyt mocny wybuch na Słońcu wykasuje całą elektronikę na planecie Ziemia.
Dokąd się wtedy cofniemy w rozwoju? Hmm.

Przekaźnik do komputera pracuje na prąd. Telewizor i radio na prąd. Naziemna linia 
telefoniczna - na prąd. Natomiast komórki (na baterię) nie mam i nie planuję mieć. Nawet
gdybym miał, to tu i tak nie ma zasięgu. Dla kogo miałby być, skoro populacja tego 
miejsca składa się z jednego człowieka, który programowo nie chce mieć komórki, oraz z
jednego termita, który zżera moje stare niebieskie krzesło i tylko to go interesuje?

Najbliższy zasięg komórkowy jest w miasteczku kilkanaście mil stąd. Dwie mile 
dookoła przekaźnika i na tym koniec. Większy nikomu niepotrzebny - miejscowi 
dzwonią w świat tylko wtedy, gdy przyjadą na zakupy, a poza miastem używają małych 
stacji krótko-falowych z własnym źródłem zasilania. Generator prądu na ropę jest przy 
każdym domu. Bez tego nie da się prowadzić rancha.

Proponowali mi, że pożyczą jakiś stary zestaw, ale na razie nie wziąłem i teraz jest 
tak, że prąd zgasł, a ja od przedwczoraj nie wiem, czy poza tym miejscem istnieje jeszcze
znana mi cywilizacja.

Gdybym miał radio, mógłbym włączyć nasłuch ogólny i zorientować się, co się 
dzieje. Niestety, przy okazji takiego nasłuchu człowiek dowiaduje się wszystkiego o 
wszystkich. Plotki na prerii rozchodzą się właśnie drogą radiową. Nie lubię plotek, więc 
nie mam radia. Koniec tematu.

Oto przykład pierwszy z brzegu i jeden z wielu, zasłyszany w naszej knajpie, gdzie 
CB radio jest włączone zawsze: jakiś Glen z jakąś Sue umawiają się (przez radio) na 
przejażdżkę pickupem. Wtem ojciec dziewczyny wcina im się w rozmowę ze swojego 
nadajnika i słychać, jak klnie i nabija strzelbę; nie wiadomo, czy strzelba ma być na 
Glena, czy na córkę, ale nabija. Chwilę później na ten sam kanał wchodzi szeryf z 
ostrzeżeniem, że widział, jak Glen chłeptał piwo w mieście i w związku z tym niech się 
nie waży siadać za kierownicę!!! Żadnych przejażdżek! Jako piąty w rozmowę wchodzi 
narzeczony Sue (nie mylić z Glenem) i wrzeszczy, że Glen może sobie zacząć kopać grób
i żeby trzymał łapska z daleka od cudzej narzeczonej, bo mu zostaną odrąbane!!! Potem 
znowu szeryf, coś tam o groźbach karalnych. Potem Glen do narzeczonego, że grób 
owszem, wykopie, ale dla niego (dla narzeczonego) i że zaprasza tu i tu, to się policzą. A 
łapska z daleka... no cóż, trochę za późno na te ostrzeżenia, he, he, gdyż łapska już były 
wszędzie, i to bardzo, baaar-dzo blisko. W tym czasie Sue piszczy na Glena, że jest 
świnią, a na swojego ojca i narzeczonego, żeby się obaj natychmiast uspokoili, bo ona nie
jest niczyją własnością i może se jeździć na przejażdżki z kim chce i dokąd chce, a w 



ogóle to nie dostała pierścionka, więc zasadniczo nie jest też niczyją narzeczoną!!!
W konsekwencji tej rozmowy całe miasto ruszyło we wskazane przez Glena miejsce, 

żeby popatrzeć, jak chłopcy tłuką się o dziewczynę oraz kto ostatecznie trafi do grobu.
Miałem tu radio dwadzieścia lat temu i wtedy nasłuchałem się tej telenoweli tyle, że 

teraz już nie chcę. Wolę słuchać ciszy.
***
A czemu nie mam komórki?
Bo lubię! Lubię nie mieć. Przede wszystkim z powodów kulturowych: możliwość 

ciągłego bycia w kontakcie elektronicznym prowadzi do zaniku kontaktów osobistych - 
tak uważam. No i to, że władza mogłaby mnie stale śledzić - lokalizować i podsłuchiwać.
Oraz te okropne fale, na których działają komórki - mały generator mikrofalowy 
przykładany do płatów skroniowych, w pobliżu oka, ucha... Widziałem taki filmik: trzy 
telefony ułożone dookoła ziarna kukurydzy, dzwonią jednocześnie, a z ziarna robi się 
popcorn. Komóra przy skroni to stopniowe gotowanie własnego mózgu. Fuj!

Siedzę więc teraz na prerii. Bez prądu, bez kontaktu ze światem.
I nic. Siedzę.
A termit chrupie krzesło pode mną.
Odpowiedź na pytanie, czy cywilizacja jeszcz