Główna Mózg się myli

Mózg się myli

0 / 0
Jak bardzo podobała Ci się ta książka?
Jaka jest jakość pobranego pliku?
Pobierz książkę, aby ocenić jej jakość
Jaka jest jakość pobranych plików?
Mózg wciąż popełnia błędy – czasem większe, a czasem mniejsze, ale nie ma dnia, żeby nie wpakował nas w jakąś kabałę. Źle szacujemy czas, zapominamy, co przeczytaliśmy przed sekundą, pozwalamy, by od pracy oderwał nas dzwoniący telefon. I tu niespodzianka: właśnie w tym tkwi nasza siła! Bo dzięki tym pozornym słabościom i niedokładnościom ludzki mózg jest tak elastyczny, dynamiczny i twórczy.
Owszem, mózg to roztrzepany niezguła, który często się gdzieś zagapi i nie uważa. Nigdy nie można na nim w stu procentach polegać. Wciąż się myli, popełnia błędy i więcej zapomina, niż zapamiętuje. Jednak to właśnie braki perfekcyjności, plejada błędów i pomyłek, cała ta pozorna niewydajność decydują o tym, że jest wyjątkowy i bardzo skuteczny.
Rok:
2017
Język:
polish
Plik:
7Z, 4,09 MB
Ściągnij (7z, 4,09 MB)

Możesz być zainteresowany Powered by Rec2Me

 

Najbardziej popularne frazy

 
0 comments
 

To post a review, please sign in or sign up
Możesz zostawić recenzję książki i podzielić się swoimi doświadczeniami. Inni czytelnicy będą zainteresowani Twoją opinią na temat przeczytanych książek. Niezależnie od tego, czy książka ci się podoba, czy nie, jeśli powiesz im szczerze i szczegółowo, ludzie będą mogli znaleźć dla siebie nowe książki, które ich zainteresują.
1

Cyberwojna: Metody działania hakerów

Rok:
2018
Język:
polish
Plik:
PDF, 32,82 MB
0 / 0
2

Lysergic

Język:
english
Plik:
PDF, 1,65 MB
0 / 0
Mózg się myli (2017) - Henning Beck/Mozg sie myli - Henning Beck.azw3


Mózg się myli (2017) - Henning Beck/Mozg sie myli - Henning Beck.epub

    
      [image: Okładka]
    


  


    
      [image: Strona tytułowa]
    


  


Spis treści


  
    Wprowadzenie
  


   


  
    Rozdział 1. Zapominanie
  


  
    Przymierzalnia dla wspomnień
  


  
    Nadgryzione jabłko – z lewej czy z prawej?
  


  
    Aktywne zapominanie
  


  
    System przechowywania informacji
  


  
    Porządek musi być?
  


  
    Pożytki z niestabilnych wspomnień
  


  
    Czas na trawienie
  


  
    Zapomnieć, żeby pamiętać
  


  
    A zatem przerwa!
  


  
   


    Rozdział 2. Uczenie się
  


  
    Uczenie się to nie wszystko
  


  
    Wielka orkiestra neuronalna
  


  
    Między nami komórkami
  


  
    W stresie uczymy się najlepiej – i najgorzej
  


  
    Problem z uczeniem się na pamięć
  


  
    Massive learning
  


  
    Zasada lasagne
  


  
    Nie nauka na pamięć, a rozumienie
  


  
    Deep understanding
  


  
    Nauka od nowa
  


  
   


    Rozdział 3. Pamięć
  


  
    Orkiestra wspomnień
  


  
    Kruchość pamięci
  


  
    W pułapce uczuć
  


  
    Zapamiętywanie – zbrodnia doskonała
  


  
    Wyobrażenie to też obraz
  


  
    Fałszowanie wspomnień a presja grupy
  


  
    Na ratunek pamięci
  


  
    Czemu zafałszowane bywa lepsze
  


  
    Może nierzetelne, za to niepodzielne
  


  
   


    Rozdział 4. Pustka w głowie
  


  
    Pułapka działania krok po kroku
  


  
    Nie myśl o różowym pluszowym króliczku!
  


  
    Pułapka dekoncentracji
  


  
    Kontrola jest dobra, ale zaufanie lepsze
  


  
    Pułapka nadmiernego pobudzenia
  


  
    Paradoks nagradzania
  


  
    Jak pokonać lęk przed przemawianiem
  


  
   


    Rozdział 5. Czas
  


  
    Pułapka planowania
  


  
    Brak zmysłu czasu
  


  
    Postrzeganie czasu – relacja na żywo
  


  
    Dysonans Rosamunde Pilcher
  


  
    Wewnętrzna oś czasu
  


  
    Czemu ; z wiekiem czas pędzi coraz szybciej
  


  
    Korzyści ze zniekształceń czasowych
  


  
    Gratulacje, wygraliście trochę czasu
  


  
   


    Rozdział 6. Nuda
  


  
    Mózgowe ustawienia fabryczne
  


  
    Już lepiej kopnąć się prądem
  


  
    Nudzisz się? Sam jesteś sobie winien!
  


  
    Pochwała nicnierobienia
  


  
    Jak wykorzystać niemożność wyłączania się
  


  
    Sztuka przerzucania „mentalnych biegów”
  


  
   


    Rozdział 7. Dekoncentracja
  


  
    Mózgowy filtr spamu
  


  
    Przedsionek umysłu
  


  
    Gdy filtr się przepełni
  


  
    Nie słuchaj głosu serca!
  


  
    Goryle w płucach
  


  
    Próg stopnia zaangażowania
  


  
    Jak jeszcze wykiwać mechanizmy filtrujące
  


  
    Gimnastyka na wzgórzu
  


  
    Pożytki z rozpraszania się
  


  
    Umysł na diecie
  


  
   


    Rozdział 8. Matematyka
  


  
    Liczby? Nie, dziękuję!
  


  
    Trochę liczb poproszę!
  


  
    Matematyczny niezbędnik
  


  
    Jaka to liczba? Zagłosujmy!
  


  
    Wzory zamiast liczb
  


  
    Nowe wyzwania, nowe specjalizacje
  


  
    Język mózgu
  


  
    Zachowaj spokój i… myśl dalej
  


  
   


    Rozdział 9. Podejmowanie decyzji
  


  
    Podejmowanie decyzji to nie arytmetyka
  


  
    Najważniejsze dzieje się w głowie
  


  
    Kryterium hazardzisty
  


  
    Zaryzykować ze strachu
  


  
    Sygnatura (giełdowego) sukcesu
  


  
    Kopnąć się prądem… czy nie?
  


  
    Do odważnych świat należy
  


  
    Łatwo być mądrym po fakcie
  


  
   


    Rozdział 10. Wybór
  


  
    Nasza umiejętność decydowania…
  


  
    …i problem z wybieraniem
  


  
    Wybór – nasza pięta achillesowa
  


  
    I czekolada nie cieszy w nadmiarze
  


  
    Wybieranie czegoś dla innych
  


  
    Nawet mózg tnie koszty
  


  
    Jak ułatwić sobie wybór
  


  
   


    Rozdział 11. Szablony myślowe
  


  
    Gdy mózg buczy i gwiżdże
  


  
    Zalety tworzenia wzorców myślowych
  


  
    Łączyć to, co się wcale nie łączy
  


  
    Nie oceniaj przed, tylko analizuj po
  


  
    Getto opinii
  


  
    Klisze myślowe a ochota na zakupy
  


  
    Jak uciec z pułapki stereotypów
  


  
   


    Rozdział 12. Motywacja
  


  
    Problem św. Mikołaja
  


  
    Błędne przewidywanie
  


  
    Wbudowany napęd
  


  
    Kiedy stajemy się obojętni samym sobie
  


  
    Gdzie mieszka wewnętrzny leń
  


  
    Co zniszczy wewnętrzną motywację
  


  
    Paradoks nagrody
  


  
    Motywacja, czyli nastawienie na cel
  


  
   


    Rozdział 13. Kreatywność
  


  
    Pomiar pomysłów
  


  
    Inteligencja a kreatywność
  


  
    Lepiej pomyśleć dwa razy
  


  
    Sztuka niemyślenia
  


  
    Symbioza myśli
  


  
    Stres – mózgowa regulacja kontrastu
  


  
    Biochemiczne klapki na oczy
  


  
    Dobry nastrój przekłada się na dobre pomysły
  


  
    Cena, którą trzeba zapłacić za oryginalność
  


  
    Włączyć olśnienie
  


  
    Zwiększyć przepływ idei
  


  
    Własny sposób na kreatywność
  


  
   


    Rozdział 14. Perfekcjonizm
  


  
    Automatyczne popełnianie błędów
  


  
    Błąd – skutek ciągłej przepychanki w mózgu
  


  
    Zasada talk show
  


  
    Moderator musi wkroczyć
  


  
    Mózg alarmuje o błędzie
  


  
    Zaleta przekrzykiwania się
  


  
    Jak komputer nauczył się grać w szachy
  


  
    Nuda perfekcji
  


  
    Błędy wpisane w system
  


  
    Zaryzykować błąd
  


  
    Uczyć się na błędach
  


  
    Dalej, wciąż dalej!
  


  
    Nie przestawajcie się mylić
  


  
   


    Przypisy
  

  


Tytuł oryginału: Irren is nützlich



 



Przekład: Urszula Szymanderska


Redaktorzy prowadzący: Katarzyna Nawrocka, Maria Zalasa


Konsultacja merytoryczna: Dariusz Rossowski


Redakcja: Katarzyna Nawrocka


Korekta: Grzegorz Krzymianowski



 



Projekt okładki i stron tytułowych: Joanna Wasilewska/Katakanasta


Zdjęcie autora na okładce: Marc Fippel



 



Copyright © Carl Hanser Verlag München 2017


Copyright for Polish edition and translation © Wydawnictwo JK, 2017





 



ISBN 978-83-7229-716-7


Wydanie I, Łódź 2017



 



Wydawnictwo JK


Wydawnictwo JK, ul. Krokusowa 3,


92-101 Łódź
tel. 42 676 49 69
www.wydawnictwofeeria.pl



 



Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

  


Wprowadzenie



Wprowadzenie




  [image: ]




Nie jest to książka, która ma dowieść, jak
rewelacyjnie funkcjonuje nasz mózg. W każdym razie nie na pierwszy rzut
oka. Z całą pewnością nie dowiecie się też z niej, jak perfekcyjnie mózg
pracuje – bo tak po prostu nie pracuje.



Ponadto muszę was na wstępie rozczarować, jeśli spodziewacie się, że
dzięki lekturze tej książki wasz mózg zyska szczególną umiejętność
skupienia i wydajność: nic takiego się nie wydarzy. A to dlatego, że
różne rzeczy można powiedzieć na temat ludzkiego mózgu, ale nie to, że
jest precyzyjny albo na przykład dobrze radzi sobie z liczeniem. To
raczej roztrzepany niezguła, który często się gdzieś zagapi i nie uważa.
Nigdy nie można na nim w stu procentach polegać. Wciąż się myli,
popełnia błędy i więcej zapomina, niż zapamiętuje. Krótko mówiąc, jest
to dość wadliwy produkt, który na dodatek waży blisko półtora kilograma,
i każdy z was targa wszędzie ze sobą to ustrojstwo – że też się wam nie
znudziło.



Hm, chyba udało mi się już skutecznie odstraszyć większość potencjalnych
czytelników, spróbuję jednak podać powód, dla którego mimo wszystko
warto czytać dalej. Otóż dowiecie się, że to właśnie braki
perfekcyjności, plejada błędów i pomyłek, cała ta pozorna niewydajność
decydują o tym, że nasz mózg jest tak wyjątkowy i skuteczny.



Każdy zna to na pewno z własnego doświadczenia. Mózg wciąż popełnia
błędy – czasem większe, czasem mniejsze, ale nie ma dnia, żeby nie
wpakował nas w jakąś kabałę. Źle szacujemy czas, zapominamy, co
przeczytaliśmy przed sekundą, pozwalamy, by od pracy odrywał nas
dzwoniący telefon. I właśnie w tym tkwi nasza siła! Bo dzięki tym
pozornym słabościom i momentom rozkojarzenia ludzki mózg jest tak
elastyczny, dynamiczny i twórczy.



Niejeden z czytelników myśli może, że trochę przesadzam. Proszę bardzo,
oto maleńki test sprawności intelektualnej:



Ile to jest tysiąc plus dziesięć?


Plus tysiąc?


I jeszcze plus pięćdziesiąt?


Plus tysiąc?


Plus trzydzieści?


Plus tysiąc?


I jeszcze raz plus dziesięć?



Chwila, chwila, momencik…. eee, pięć tysięcy? Oczywiście nie, to cztery
tysiące sto. Tu uwaga do wszystkich, którym wyszło coś innego: nic się
nie stało, mózg po prostu w pośpiechu pozamieniał miejscami dziesiątki i setki. Jak widać, nawet całkiem proste dodawanie może okazać się
skomplikowane.



A teraz ile razy w następnej linijce pojawia się litera M?



MMMMMMMMMMMMMMMMMMMMMMMMMMMMM



Może już starczy tego mruczenia? Podanie prawidłowej odpowiedzi nie jest
wcale proste. Chyba zresztą już więcej przykładów nie trzeba, by
zrozumieć, w czym rzecz: mózg najwyraźniej nie jest przystosowany do
tego, żeby przetwarzać informacje jak maszyna. Przeciwnie, cały czas się
rozprasza i gubi.



„Na błędach tym lepiej się uczymy, im więcej ich popełnimy” – powiedział
kiedyś mój nauczyciel chemii. Po czym podpalił acetylenek srebra,
wysadzając w ten sposób część szkolnego dziedzińca. Dlatego uwaga:
metoda prób i błędów nie zawsze się sprawdza. Niemniej w niektórych
przypadkach działa doskonale, co widać na przykładzie mojego sąsiada,
naprawdę nietuzinkowej postaci. Wspomniany sąsiad liczy sobie już blisko
dwa lata i odznacza się sporym sprytem.



Chłopiec wyczynia sztuki, które doprowadziłyby do rozpaczy każdy
superkomputer: bez problemu rozpoznaje twarz matki w tłumie ludzi, a także własne odbicie w lustrze. Raz pobawi się autkiem i już wie, co to
jest samochód. Poprawnie identyfikuje czujniki dymu na suficie i uważa,
że ziemniaki są smaczne – czyli radzi sobie z zadaniami, których żaden
współczesny komputer nie potrafi wykonać w skończonym czasie. A przy tym
ów maluch cały czas popełnia błędy: jeszcze bardzo niedawno nie był w stanie porządnie utrzymać się na nogach, porusza się niezdarnie, mówi
nieskładnie, na dodatek przesypia ponad połowę doby, czyli jest aż tyle
czasu całkowicie niezdatny do użytku. Każdy inżynier załamałby w tym
momencie ręce: „Cóż za wadliwa konstrukcja! Dwa lata budowania i wciąż
nie działa jak należy”. Prawie jak Windows…



Jednocześnie jednak chłopak robi gigantyczne postępy, i to dzień po
dniu, czyli w tempie, któremu nie sprosta żadna maszyna licząca. Każdy
błąd, każda niedokładność są dla niego zachętą, by przy następnej okazji
odrobinkę zmodyfikować działanie i w ten sposób być może je usprawnić.
Jego mózg w żadnym wypadku nie funkcjonuje perfekcyjnie – i nigdy w życiu tak działać nie będzie. Z czasem zacznie coraz lepiej dostosowywać
się do otoczenia, nigdy jednak nie osiągnie w tym doskonałości, na
zawsze zachowując zdolność do popełniania błędów. Bo tylko ten, kto we
własne działanie włącza pomyłki, jest w stanie prędzej czy później
stworzyć coś nowego. Ten natomiast, kto za wszelką cenę starałby się
myśleć możliwie „poprawnie”, pozostałby na poziomie komputera, czyli
byłby szybki, wydajny i precyzyjny – a jednocześnie mało twórczy, nudny
i przewidywalny.



Tymczasem my, ludzie, również w dorosłym życiu wciąż popełniamy bzdurne
pomyłki i błędy: imiona i twarze łatwo wylatują nam z głowy, nie
pamiętamy, czy zamknęliśmy drzwi do mieszkania, wystarczy jedna nowa
wiadomość na WhatsApp, żeby oderwać nas od wytężonej pracy, a w powodzi
codziennych maili łatwo umyka nam to, na czym najbardziej powinniśmy się
skupić. Często mamy jakieś słowo czy nazwisko na końcu języka, a mimo to
nie jesteśmy w stanie go przywołać. Nie umiemy dobrze oszacować czasu.
Błędnie oceniamy prawdopodobieństwo. Mylimy się w liczeniu. Problem
sprawia nam podejmowanie decyzji, gdy do wyboru jest wiele możliwości.
Sparaliżowani przez tremę mamy pustkę w głowie akurat wtedy, gdy trzeba
odezwać się przed zebranymi. Po wyczerpującym dniu trudno nam się
„wyłączyć”, a pod presją zdecydowanie gorzej idzie nam przyswajanie
wiedzy.



Ale jest też jasna strona działania mózgu. Żaden inny narząd czy system,
nie wspominając nawet o komputerze, nie potrafi z podobną łatwością jak
nasz mózg poradzić sobie z rozmaitymi skomplikowanymi zadaniami. 35 x 27
= ? Trudno to policzyć bez kalkulatora. Ale natychmiast rozpoznać
piosenkę Helene Fischer? Nie ma sprawy. Zadanie rachunkowe, choć tak
proste, niełatwo nam rozwiązać w pamięci, natomiast rozpoznanie
piosenki, twarzy lub głosu bliskiej osoby to dla nas bułka z masłem. A przecież poprawne zidentyfikowanie piosenkarki jest nieporównanie
bardziej skomplikowaną operacją niż proste mnożenie.



Wygląda na to, że nasz mózg szczególnie kiepsko radzi sobie właśnie z tym, co jest nam rzekomo niezbędne w dzisiejszym stechnicyzowanym,
cyfrowym świecie. Dążymy do precyzji i optymalizacji, krótko mówiąc – do
perfekcji. A co robi nasz mózg? Działa dokładnie odwrotnie i miga się,
jak może, od brania na siebie pewnych zadań. Niejeden czytelnik zapewne
choć raz wyobraził sobie, jak wspaniale byłoby mieć w głowie bezbłędną
maszynę liczącą. W jakim skupieniu można by wówczas liczyć, jak szybko i wydajnie pracować. No cóż, to prawda, komputery rzeczywiście nie
popełniają błędów, a jeśli już do tego dojdzie, to się zawieszają. Mózgi
tymczasem nie zawieszają się właściwie nigdy (chyba że coś im „pomoże” z zewnątrz, ale to już inna historia…). Wynika to z tego, że funkcjonują
na zupełnie innych zasadach. I właśnie dzięki temu brakowi precyzji,
dzięki naszym pomyłkom mamy przewagę nad komputerami. Biologia daje tu
wyraźny odpór wszystkim ponurym wizjom, zgodnie z którymi już za kilka
dziesiątków lat komputery przejmą władzę nad światem i zepchną nas
intelektualnie na dalszy plan.



Trochę stoi to sprzeczności z tendencją do cyfryzacji, która zdaje się
stanowić słowo klucz we współczesnym świecie. Klasy szkolne, podobnie
jak przedsiębiorstwa, mają być połączone w sieć, co umożliwi wymianę i efektywną ocenę danych. „Cyfrowa szkoła”, „analizy Big Data”, „przemysł
4.0” – chyba nie ma dziedziny życia, której nie próbuje się dziś
modernizować, wykorzystując moc obliczeniową komputerów. Jednak wielkie
koncepcje również w przyszłym świecie będą tworzone drogą analogową, nie
cyfrową. Przez mózgi, nie smartfony. A to dlatego, że komputery uczą się
różnych rzeczy – my zaś te rzeczy rozumiemy. Komputery przestrzegają
zasad – my możemy te zasady zmieniać.



Komputer, owszem, może nas pokonać w szachy czy w go – nie ma w tym nic
dziwnego ani zatrważającego, nic też z tego specjalnie nie wynika.
Osobiście zacząłbym się poważnie martwić dopiero wówczas, gdyby komputer
nagle zaczął się mylić, po czym oznajmił: „Szachy? Nieee, to nudne, już
mi się nie chce. Wolałbym teraz pograć trochę w World of Warcraft!”.
Póki tak się nie dzieje, miarą wszechrzeczy pozostaje ludzki mózg.
Właśnie dlatego, że z pozoru działa tak kiepsko.



W niniejszej książce pokazuję, co dzieje się za kulisami prawdopodobnie
najbardziej wadliwego tworu przeznaczonego do myślenia, z jakim mamy do
czynienia w świecie – mianowicie ludzkiego mózgu. W jaki sposób
wykorzystuje on pomyłki, by możliwie najlepiej odnaleźć się w kontekście
społecznym, tworzyć koncepcje i pomnażać wiedzę? Fakt, niekiedy popełnia
przy tym błędy, ale kryje się za tym paradoks: otóż to właśnie w naszych
pomyłkach i chwilach dekoncentracji tkwi prawdziwa siła naszego
myślenia. Większość jego domniemanych wad to tak naprawdę ogromne
zalety. To, że nie jesteśmy w stanie natychmiast przypomnieć sobie
czyjegoś imienia czy nazwiska, nierozerwalnie wiąże się z możliwością
modyfikowania i rozbudowywania wspomnień. To, że tak łatwo się
rozpraszamy, pomaga nam myśleć twórczo. I nawet to, że niekiedy
spóźniamy się na spotkania, bo błędnie oszacowaliśmy czas, też działa w istocie na naszą korzyść – gdyby bowiem nasz wewnętrzny zegar był
idealnie precyzyjny, nie potrafilibyśmy tak szybko „przeskakiwać” od
jednego wspomnienia do drugiego, tylko tkwilibyśmy uwięzieni w pamięci
statycznej.



Ale uwaga! Nie jest to mimo wszystko książka, która tylko i wyłącznie
wychwala nasze intelektualne słabości. Ostatecznie nie każdy błąd
prowadzi do czegoś dobrego. Niemniej przyjęcie do wiadomości, że mózg
niekiedy nie działa niczym dobrze naoliwiona maszyna, ma podstawowe
znaczenie dla zrozumienia natury jego słabości. Dzięki temu łatwiej
będzie nam skoncentrować się w odpowiednim momencie, stworzyć przestrzeń
dla twórczych koncepcji i lepiej „przechowywać” treści pamięci. Nasz
mózg to chyba najlepszy przykład na to, jak przekuwać słabości w siłę.



PS I jeszcze jedno: podobnie jak każdy wytwór pracy mózgu, również i ta
książka odzwierciedla wzloty i spadki formy autora, nie jest więc wolna
od błędów. Z całą pewnością tu i tam wkradły się pomyłki czy literówki.
Ale po przeczytaniu całości będziecie wiedzieć przynajmniej, czemu nie
ma w tym nic złego, a wręcz przeciwnie – przynajmniej dopóki nie
przesadzi się z ilością. À propos ilości: tam było 27 liter M. Mózg
tych, którzy za pierwszym razem otrzymali taki wynik, rzeczywiście
działa niemal bezbłędnie, co także niekiedy bywa przydatne.

  


Rozdział 1. Zapominanie



Rozdział 1




  [image: ]




ZAPOMINANIE



Czemu nie będziecie pamiętać tej książki – i właśnie dzięki temu
zapamiętacie to, co najważniejsze



Proszę się nie zrażać, ale zaczniemy ten
rozdział od krótkiego sprawdzianu. Chciałbym się upewnić, że ty,
szanowna czytelniczko, i ty, drogi czytelniku, jesteście naprawdę
skupieni. A zatem jak brzmiały pierwsze trzy słowa na poprzedniej
stronie? No dobrze, to rzeczywiście podchwytliwe pytanie, nie ma
problemu. To może: jak brzmiały trzy pierwsze słowa wprowadzenia? Też
nie? OK, w takim razie: jaki jest tytuł niniejszej książki? O, to już
pewnie pamiętacie. A jeśli odpowiedzieliście na przykład Dobrze się
mylić czy nawet Mylić się jest rzeczą ludzką, dowiedliście tylko, jak
wielką siłę mają utrwalone połączenia wyrazowe.



Jest w tym jednak coś dziwnego. Wytężacie wszystkie zmysły, czytacie w pełnym skupieniu (taką mam przynajmniej nadzieję) i co? To, o czym
czytaliście raptem dwie, trzy strony wcześniej, możecie przypomnieć
sobie tylko z najwyższym trudem albo wcale. Czasami po prostu myśli
uciekają i błądzą wokół innego tematu, a czasem człowiek tak bardzo
skupia się na tym, co ma właśnie przed oczami, że zapomina, co było
przed chwilą. Taka sytuacja czeka was jeszcze wielokrotnie w trakcie
lektury tej książki – niezależnie od tego, jak zabawnie i interesująco
starałbym się pisać. Oczywiście, jak każdy autor cieszyłbym się
niepomiernie, gdyby czytelnicy zapamiętali jednak coś z tego, co w pocie
czoła wystukuję na klawiaturze. Ale jako neurobiolog mam pełną
świadomość, że tylko bardzo nieliczni rzeczywiście magazynują w pamięci
to, co przeczytali. Gdyby zaś znalazł się ktoś, kto po zakończeniu
niniejszej książki naprawdę będzie ją pamiętał słowo w słowo, bardzo
proszę o kontakt: jest to wskazanie do znalezienia się na liście
rekordów Guinessa, a jednocześnie do objęcia specjalistyczną opieką.



Mimo to najważniejsze przesłanie każdego z rozdziałów zostanie wam
jednak w pamięci. Mam nadzieję. Jeśli nie, proszę kupić tę książkę
jeszcze raz, odpakować i rozkoszując się zapachem świeżej farby
drukarskiej, przystąpić do ponownej lektury. To też mnie bardzo ucieszy.



Nasz mózg ewidentnie funkcjonuje w trybie permanentnego zapominania.
Każdy, kto odbywa dłuższe podróże samochodem, rozumie, o co chodzi.
Prujemy radośnie przed siebie, by po jakiejś godzinie zatrzymać się
nagle i zadać sobie pytanie: a gdzie ja właściwie jestem? To trochę tak,
jakby w trakcie podróży włączał nam się wewnętrzny autopilot, który
blokuje gromadzenie wspomnień. Po co komu samoprowadzące się auto
Google’a, skoro nasz mózg już dawno temu opanował technikę autonomicznej
jazdy?



To, że przemierzywszy trasę z punktu A do punktu B, niewiele możemy
sobie przypomnieć z podróży, może mieć dwie przyczyny: po pierwsze,
okolica jest rzeczywiście potwornie nudna (żeby to stwierdzić, wystarczy
przejechać się po dowolnej autostradzie). Po drugie, mózg zadecydował,
że większość informacji z ostatnich sześćdziesięciu minut należy
chwilowo zepchnąć w niepamięć. To ostatnie stanowi standardową procedurę
stosowaną przez nasz narząd myślenia.



Podczas jazdy samochodem ta technika się nawet nieźle sprawdza, ale mózg
nie rejestruje mnóstwa rzeczy również w wielu innych sytuacjach. Jaka
była najważniejsza informacja we wczorajszych wiadomościach? O czym
myśleliśmy tuż przed zaśnięciem? Czy aby na pewno zamknęliśmy drzwi do
domu? Pytania można mnożyć, a mózg nawet nie zamierza podsuwać
odpowiedzi. Toż to jakieś dziadostwo, a nie najważniejszy narząd w organizmie! Wciąż coś chachmęci, gubi, zapomina. Dlaczego tak się
dzieje? Czemu mózg nie dostrzega tylu rzeczy i na dodatek tak wiele
wymazuje z pamięci?



Ponadto tej samej procedurze wymazywania podlegają zarówno banalne,
codzienne czynności, jak i kwestie rzekomo istotne. W czasach zalewu
informacji medialnych zdołaliśmy już sobie nawet przyswoić taki tryb
myślenia, bo przecież cały czas atakują nas nowe wiadomości: artykuły w gazetach, po których tylko prześlizgujemy się wzrokiem, nie zachowując
ich w pamięci; informacje, na które rzucamy okiem na ekranie smartfona,
po czym kasujemy i natychmiast o nich zapominamy; maile, które giną w powodzi innych maili. Nigdy jeszcze dotarcie do potrzebnej informacji
nie było równie proste, jak dzisiaj, a jednocześnie zdaje się, że nigdy
zapamiętanie tego, co ważne, nie było tak skomplikowane.



Co właściwie dzieje się w naszym mózgu, gdy zapomina o tym, czego
właśnie doświadczył? I co możemy zrobić, żeby ważne rzeczy nie ulatywały
nam błyskawicznie z głowy?



Przymierzalnia dla wspomnień



Na początek chciałbym uspokoić wszystkich czytelników: jeśli nie
pamiętacie, co było napisane dwie strony wcześniej, naprawdę nie ma się
czym martwić. Zadaniem mózgu nie jest gromadzenie jak największego
zasobu informacji – znacznie ważniejsze jest, by we właściwym czasie
zapomnieć o odpowiednich rzeczach, względnie usunąć je ze świadomości.
Wspomnienia nie są statyczne; to nie coś, co mózg wkłada po prostu do
magazynu, by móc potem sięgać do tego w razie potrzeby. Przeciwnie,
wspomnienia żyją i podlegają ciągłym przeobrażeniom. Tylko dzięki temu
mózg ma jakąkolwiek możliwość kumulowania wiedzy i wprowadzania w niej
zmian.



Żeby osiągnąć ten cel, musiał stać się prawdziwym mistrzem w nieustannym
porządkowaniu swoich zasobów i wyrzucaniu tego, co mogłoby nam zawadzać.
Dotyczy to zarówno wrażeń zmysłowych, jak i wspomnień, informacji czy
odczuć. By dysponować elastyczną pamięcią, zdolną do podejmowania nowych
wyzwań, mózg musi bezlitośnie eliminować zdecydowaną większość
informacyjnego szumu. Tylko ważne sprawy trafiają więc do naszej
świadomości, żebyśmy później mogli sobie je przypomnieć.



Tu jednak pojawia się kolejna kwestia. Mózg jest na tyle sprawnym i zdolnym do przemian narządem, że doskonale dałby sobie radę z gromadzeniem znacznie większej ilości danych niż ta, którą magazynuje –
tyle że jednocześnie jest bardzo leniwy. Woli więc oszczędnie
gospodarować siłami. Dlatego też docierających do niego informacji nie
gromadzi natychmiast, tylko trzyma przez pewien czas w przechowalni, „na
próbę”.



Znamy taką taktykę z codziennego życia. W końcu nierzadko postanawiamy
najpierw coś przetestować, zanim zdecydujemy, czy chcemy to zatrzymać.
Gdy na przykład chcemy kupić sobie spodnie, nie płacimy natychmiast za
pierwszą dostrzeżoną w sklepie parę. Najpierw musimy ocenić, czy się
nada. Idziemy do przymierzalni i zakładamy upatrzone portki. Zwracamy
przy tym uwagę na dwie rzeczy: czy mają odpowiedni rozmiar i czy pasują
do naszego stylu.



Tak właśnie działa mózg. No dobrze, może nie dokładnie tak, bo jednak
ostatecznie nie tylko ciuchy nam w głowie, ale zasada jest podobna:
zanim będziemy w stanie przypomnieć sobie coś po dłuższym czasie (po
kilku godzinach czy dniach), dane wspomnienie znajduje się w fazie
przymierzania. Funkcję mózgowej „przymierzalni” pełni hipokamp, twór
przypominający kształtem banana, położony w środku pomiędzy dwiema
półkulami kresomózgowia. Ponieważ anatomowi, który jako pierwszy badał
mózg i opisał tę strukturę, skojarzyła się ona z konikiem morskim (po
łacinie Hippocampus), otrzymała ona nazwę „hipokamp”. Nie mam pojęcia,
co zażywał wówczas mój szacowny kolega, ja w każdym razie nie dostrzegam
podobieństwa ani do konika morskiego, ani do węża, węgorza czy innego
pływającego stworzenia. Twór ten znacznie bardziej przypomina mi wygiętą
w kształt banana literę C, która leży niemal dokładnie pośrodku wewnątrz
mózgu.



W każdej półkuli mózgowej mamy jeden hipokamp, który pozwala nam przez
pewien krótki czas przechowywać nowe wspomnienia. Wszystko to, co ma
ewentualnie zostać zapamiętane na dłużej, jest najpierw „przymierzane” w hipokampie. Podobnie jak my zwracamy uwagę na to, czy spodnie mają
odpowiedni krój, tak mózg podejmuje decyzję o tym, czy dane wspomnienie
wpasowuje się w zestaw dotychczasowych doświadczeń. Dlatego właśnie
konkretna informacja jest tymczasowo przechowywana w hipokampie: może to
być kilka sekund (a jeżeli w tym krytycznym momencie zainkasujemy
potężny cios w głowę, to i takie krótkotrwałe wspomnienie natychmiast
uleci) albo kilka godzin. Jednak najpóźniej podczas snu w hipokampie
dochodzi do ponownych oględzin danego wspomnienia i weryfikacji, czy
warto je dalej przechowywać.



Podstawowym kryterium selekcji jest nowość i odmienność: tylko wówczas,
gdy zetkniemy się z czymś rzeczywiście nowym, z czego mamy nadzieję
wyciągnąć korzyść i co wyraźnie różni się od dotychczasowych wspomnień,
mózg decyduje się to ostatecznie „kupić”, o przepraszam: zmagazynować.
Choć też musi za to zapłacić, bo zabieg taki kosztuje trochę energii,
którą muszą wydatkować komórki nerwowe, aby dostosować wzajemne
połączenia na potrzeby długoterminowego wspomnienia. Właśnie z tego
względu gospodarny mózg bardzo ostrożnie podchodzi do kwestii
zapamiętywania. W pamięci ostaje się tylko to, co najważniejsze,
zdecydowana większość jest natychmiast usuwana – nawet rzeczy, które raz
po raz widujemy.



Nadgryzione jabłko – z lewej czy z prawej?



Jak wygląda logo Apple’a? Wszyscy wiedzą: nadgryzione jabłko, czarne na
białym tle. Ale czy ślad nagryzienia jest z lewej czy z prawej strony?
Czy na ogonku owocu jest listek, a jeśli tak, to po której stronie? Czy
na powierzchni jabłka zaznaczone są jeszcze jakieś wypukłości lub
wgłębienia?



Okazuje się, że choć logo Apple’a jest powszechnie znane, w badaniach
przeprowadzonych na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles tylko 1
na 85 uczestników testu umiał bez wahania narysować je poprawnie (a trzeba pamiętać, że badania przeprowadzano w rodzinnych stronach
koncernu). Na dodatek mniej niż połowa badanych potrafiła wskazać
właściwe logo wśród kilku nieco zmodyfikowanych wersji1. W tej sytuacji trudno się dziwić, że tak
dobrze prosperują producenci podróbek. (Tu ostrzeżenie dla wszystkich,
którzy podczas upojnych wakacji na południu Europy trafiają na okazję
życia w przyhotelowym butiku: nie ma takiego projektanta jak „Gucchi”.)



Im częściej mamy z czymś do czynienia, tym łatwiej nam o tym zapomnieć.
Wyrzucamy z pamięci nie tylko logo Apple’a, lecz także – jak pokazały
inne badania – miejsca, w których zamontowane są gaśnice2, układ klawiszy na klawiaturze komputera3 albo dokładny wygląd znaków drogowych4. A może jednak potraficie podać z pamięci, ile
osób przedstawiono na znaku informującym o istnieniu „strefy
zamieszkania”, nie? Wszystko dlatego, że nasz mózg nie jest maszyną do
odtwarzania treści pamięciowych, nastawioną na to, by odwzorowywać każdy
szczegół. Przeciwnie – dąży do tego, by pomijać detale czy też, mówiąc
ściślej, poświęcać je na rzecz rozpoznawania ogólnego wzorca.



Aktywne zapominanie



Na razie wszystko jasne. Nasz wewnętrzny filtr odsiewa powtarzające się
wrażenia zmysłowe i przesyła je do podświadomości. Drobiazgi i szczegóły
nie mają dla mózgu większego znaczenia, są więc pomijane i lekceważone
po to, by mógł on skupić się na rozpoznawaniu ogólnych prawideł. Bywa
jednak i tak, że umyka nam coś, co bardzo chcielibyśmy zapamiętać: na
przykład treść najświeższego artykułu w gazecie. Czytamy go pilnie, by
pod koniec stwierdzić, że wielu zawartych w nim informacji nie pamiętamy
nawet w zarysach. Albo po obejrzeniu wiadomości telewizyjnych próbujemy
przypomnieć sobie wszystkie doniesienia po kolei (swoją drogą, to
naprawdę nie jest łatwe). Najwyraźniej nasz mózg wykorzystuje wspomniany
filtr również do odsiewania takich informacji, które wydają się ważne.



Jednak i to nie jest wcale wadą. Ostatecznie zapamiętanie wszystkich
detali nie powinno być naszym celem. Znacznie istotniejsze jest
rozpoznawanie ogólnego wzorca, również w zalewie informacji w prasie czy
telewizji. Po to zaś, by lepiej uwypuklić to, co ważne w naszej
przeszłości, musimy wciąż zapominać – na dodatek zupełnie świadomie i w kontrolowany sposób.



Czy przypominacie sobie na przykład swój pierwszy dzień w szkole?
Owszem, pewnie utkwiły wam w pamięci jeden czy dwa charakterystyczne
obrazki: jak po raz pierwszy siadacie w szkolnej ławce albo jak
dostajecie nowy tornister. Ale… to by było na tyle. Dzieje się tak,
ponieważ całą resztę, wszystkie pozornie nieistotne szczególiki mózg tym
aktywniej usuwa z pamięci, im bardziej staramy się je sobie przypomnieć.
A to dlatego, że z jego punktu widzenia poszczególne detale są
kompletnie nieistotne, o ile tylko najważniejszy przekaz jest jasny i wyraźny (np. pierwszy dzień w szkole był super). W badaniach
laboratoryjnych wykazano wręcz, że mózg aktywnie tłumi te swoje partie,
które odpowiadają za nieistotne lub niezwiązane z głównym tematem
wspomnienia, zakłócające zasadniczy przekaz5. Z biegiem czasu szczegóły coraz bardziej się
zacierają, a tym samym stopniowo wyostrza się ważna informacja dotycząca
przeszłości.



Zatem mózg nie tylko powoli zaciemnia detale naszych wspomnień, lecz
także aktywnie wymazuje te wzorce aktywności; można powiedzieć, że
poświęca je na rzecz mniej precyzyjnego, ale wyraźniejszego wspomnienia
zarysu wydarzenia. Jeśli więc pragniemy utrzymać w pamięci obfitość
szczegółów na temat przeszłości, próbujmy jak najmniej je wspominać.
Tyle że wówczas nic nam z tego nie przyjdzie, bo nawet najbardziej
szczegółowe wspomnienie na niewiele się zda, gdy nie przywołamy go w myślach. Zawsze jednak możemy się pocieszyć, że całe to bogactwo
szczegółów nie zostało poddane procesowi aktywnego zapominania i wciąż
jeszcze gdzieś tam tkwi w naszej głowie.



System przechowywania informacji



Aktywne zapominanie jest bardzo ważne dla uwypuklania tego, co
najistotniejsze. Równie ważne jest jednak odpowiednie oznaczanie owych
istotnych informacji do wykorzystania w późniejszym czasie. Bo wprawdzie
nie bardzo wiemy, co mówiono we wczorajszych wiadomościach, jednak wcale
nie zapomnieliśmy zasłyszanych wtedy informacji. Po prostu nie możemy
ich sobie przypomnieć, a to spora różnica.



Co to konkretnie oznacza? Nie zawsze przecież od razu wiemy, czy coś, co
widzimy lub słyszymy po raz pierwszy, będzie z czasem ważne, czy też
nie. Mózg musi więc w jakiś sposób oznaczyć te informacje, by w przyszłości móc łatwiej do nich dotrzeć. Sporządza swego rodzaju
„zakładki” i „etykietki”. Przypomina to trochę robienie domowych
porządków. Wtedy też znajdujemy mnóstwo rzeczy, które na pierwszy rzut
oka nie są specjalnie wartościowe i nie będą nam już potrzebne.
Właściwie można by je od razu wynieść na śmietnik, ale może jeszcze się
kiedyś przydadzą… Nie, lepiej ich nie wyrzucać. Dlatego pakujemy cały
ten kram do pudeł i kartonów, po czym wynosimy do piwnicy. Po jakimś
czasie nie bardzo już kojarzymy, co gdzie jest (tak jakbyśmy o tych
rzeczach zapomnieli). Ale jeżeli w przyszłości nadarzy się okazja, by
coś sensownie wykorzystać, przeszukujemy zgromadzony dobytek i znajdujemy potrzebne przedmioty.



Podobnie jest ze wspomnieniami. Mózg co prawda nie przechowuje ich w kartonach, ale stosuje podobną technikę oznaczania potencjalnie
istotnych informacji do wykorzystania w przyszłości. W tym celu przede
wszystkim wycofuje je ze świadomości. Żeby zaobserwować te procesy,
przeprowadzono badania percepcji na pewnej grupie ochotników6. Na początek badanym pokazano obrazki narzędzi
i zwierząt. Kilka minut później przedstawiono im inne obrazki narzędzi i zwierząt, tym razem jednak pojawieniu się obrazków zwierząt towarzyszyły
lekkie kopnięcia prądem. Nic dziwnego, że ludzie łatwiej przypominali
sobie potem obrazy zwierząt, skoro dostali przy nich „kopniaka”. Co
więcej, nawet następnego dnia byli w stanie wymienić wiele zwierząt,
które pokazano im w części eksperymentu poprzedzającej tę z rażeniem
prądem. Wygląda na to, że następujący później wstrząs elektryczny
powodował, że badani łatwiej mogli dotrzeć do wcześniejszych wspomnień.
Jakież to praktyczne – wreszcie mamy naukowo potwierdzoną metodę, dzięki
której można wydatnie wspomóc własną pamięć: drobny wstrząs elektryczny
w odpowiedniej chwili może, jak widać, zdziałać prawdziwe cuda…



Jedna uwaga, zanim pobiegniecie do najbliższego sklepu ze sprzętem do
samoobrony, by zaopatrzyć się w „cudowną” pomoc naukową: tak radykalna
metoda to jednak ostateczność. Znacznie ważniejsze jest coś innego:
nawet jeśli zdarzenia z przeszłości pozornie wyleciały nam z pamięci,
mózg potrafi je jednak odszukać – wówczas, gdy staną się istotne. Tylko
bardzo nieliczne informacje są wymazywane na dobre. Zdecydowana
większość przez cały czas pozostaje w swoistym stanie czuwania. Rzekoma
słabość mózgu (to, że tak wiele rzeczy mózg natychmiast usuwa i pozornie
o nich zapomina) okazuje się więc w istocie jego siłą, pozwala bowiem
upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze, mózg nie zostaje
przytłoczony zalewem informacji. Po drugie, w późniejszym terminie może
sobie swobodnie wybrać, które ze zgromadzonych danych naprawdę trzeba
zapamiętać. Gdyby mózg miał natychmiast podejmować decyzję, czy i gdzie
należy trwale zmagazynować nową informację, działałby potwornie wolno.
Można poszerzać i rozbudowywać wiedzę tylko pod warunkiem, że
wspomnienia są płynne i niestabilne.



Porządek musi być?



Choć brzmi to paradoksalnie, właśnie dlatego, że mózg tak słabo radzi
sobie z pedantycznym magazynowaniem wspomnień, w ogóle jest w stanie
generować nową wiedzę. Przyjęty przez nasz mózg system organizacji
diametralnie różni się bowiem od tego, co znamy z naszego codziennego
doświadczenia. Jeśli w zwyczajnym życiu chcemy lepiej zorganizować sobie
miejsce pracy, odkładamy różne rzeczy w odpowiednie miejsca. Zeznanie
podatkowe wpinamy do segregatora, po czym odstawiamy segregator na
półkę, by w razie potrzeby bez trudu odszukać dokument. Rachunek za
służbową kolację wrzucamy do przegródki „zbędne wydatki” (chyba że udało
nam się przy tej okazji ubić świetny interes) i tak dalej. W ten sposób
zaprowadzamy ład, unikamy bałaganu na biurku i pracujemy bardziej
efektywnie.



Mózg właściwie też mógłby tak pracować – schludnie, porządnie, wydajnie.
Ale tak nie pracuje. Być może dzięki temu uporałby się ze swoim
zapominalstwem, jednocześnie jednak pozbawiłby się wielkiego atutu,
mianowicie zdolności dynamicznego kojarzenia i łączenia informacji. Zbyt
wczesne posortowanie danych mogłoby utrudnić zestawienie ich później w innym kontekście. I to jest właśnie zasadnicza cecha, która odróżnia
mózg od komputera: mózg nie tylko bezmyślnie zapisuje informacje, lecz
także twórczo konstruuje z nich coś nowego.



Gdybyśmy zatem obarczyli swój mózg zadaniem wypełnienia zeznania
podatkowego, z całą pewnością nie posortowałby porządnie rachunków,
tylko zrzucił je wszystkie na jeden stos, a następnie pooznaczał na
rozmaite sposoby. Bo choćby z takiego rachunku za służbową kolację można
się potem dowiedzieć bardzo różnych rzeczy: sprawdzić, czy restauracja
nie była przypadkiem zbyt droga, co dokładnie znalazło się w menu albo
co szczególnie przypadło do gustu naszemu gościowi. Jednak żeby tak
elastyczna klasyfikacja była w ogóle możliwa, nie wolno zbyt wcześnie
przesądzać o sposobie późniejszego wykorzystania informacji. Dopiero z perspektywy czasu okaże się, jak w danym momencie będziemy chcieli ją
spożytkować.



Pożytki z niestabilnych wspomnień



Powyższy tytuł brzmi może podejrzanie, ale jego słuszność wykazują
badania laboratoryjne7. Uczestnikom
eksperymentu dano do nauczenia się na pamięć listę słów należących do
czterech różnych kategorii (meble, środki transportu, warzywa i zwierzęta). Niedługo potem uczyli się wystukiwać na klawiaturze
określoną kombinację klawiszy. Badani nie wiedzieli przy tym, że
kolejność klawiszy odpowiadała wzorcowi uszeregowania pojęć (np. meble
odpowiadały klawiszowi z numerem jeden, środki transportu – dwójce,
warzywa – trójce, a zwierzęta – czwórce). Jak z tego wynika, lista słów
i kombinacja klawiszy miały analogiczną strukturę. Badani szczególnie
szybko przyswajali sobie kombinację klawiszy, gdy schemat ich ułożenia
zgadzał się z poprzedzającym go schematem zestawienia wyrazów. Jednak co
najbardziej interesujące, w teście przeprowadzonym dwanaście godzin
później okazało się, że kombinacja klawiszy utrwaliła się tym lepiej, im
więcej słów z listy wyleciało z pamięci badanych. Trochę tak, jakby
schemat tworzący listę słów został automatycznie przeniesiony na schemat
klawiszy metodą „kopiuj i wklej”.



Znacie już aktualną hipotezę naukowców tłumaczącą ów rezultat: im mniej
stabilny i bardziej nieuporządkowany jest sposób, w jaki
zmagazynowaliśmy określone informacje, tym łatwiej łączyć je z innymi
danymi. Każda informacja, która jeszcze nie utrwaliła się w mózgu na
dobre, znajduje się w dość szczególnym położeniu: łatwo może zostać
wymieniona na inne informacje i wrażenia, wpływając na efekt nauki.
Trzeba podkreślić, że w tym celu wspomnienie musi być chwiejne i niestabilne, co oznacza, że również łatwiej można je stracić.



Aby gromadzić zatem nową wiedzę, musimy niekiedy wyrzucać z pamięci
określone detale. Nie należy się tym jednak martwić z dwóch powodów: po
pierwsze, ilość docierających do nas informacji jest tak olbrzymia, że
mogłaby nadmiernie obciążyć nawet najsprawniej działający mózg. Po
drugie, detale wcale nie są aż tak istotne. Zapamiętujemy wzorce,
abstrakcyjne związki, kryjące się za nimi historie – a nie drobiazgi,
które z punktu widzenia mózgu często tylko zaciemniają obraz.
Zapominanie jest po prostu narzędziem pozwalającym uzyskać pożądany
rezultat.



Czas na trawienie



Z najnowszych badań jasno wynika coś jeszcze: po to, by mózg był w stanie wypełniać swoje zadania, potrzebuje przede wszystkim jednego – od
czasu do czasu chwili przerwy. Tymczasem z tym właśnie mamy w dzisiejszym świecie coraz większy problem. Non stop jesteśmy dosłownie
zasypywani informacjami, nowinami, telefonami, mailami itd. Ledwie do
mózgu dotrze jakaś wiadomość, już pojawia się kolejna. W takich
warunkach trudno jest szacować wartość poszczególnych treści (i spychać
je w niepamięć), by w efekcie konstruować nową wiedzę.



Dlatego bardzo proszę poważnie potraktować, co następuje: nie
przeciążajmy mózgowych filtrów i nie wystawiajmy na próbę własnej
zdolności do zapominania, tylko fundujmy sobie regularnie chwile
odpoczynku. W rzeczywistości uczymy się bynajmniej nie wtedy, kiedy
myślimy, że się uczymy, tylko właśnie w przerwach. Sportowcy też nie
budują formy w trakcie treningu, ale gdy odpoczywają po nim, dając
organizmowi szansę na wprowadzenie stosownych zmian.



Dlatego jadąc kolejką do pracy, już po lekturze porannej gazety, nie
sięgam natychmiast po smartfona, by sprawdzić najświeższe doniesienia.
Po prostu… jadę. I troszkę się przy tym nudzę. Jest to postawa
wymagająca pewnej odwagi cywilnej, bo każdy, kto jadąc kolejką, nie gapi
się w ekran telefonu, czuje się jak technologiczna skamielina z lat
dziewięćdziesiątych, wyrzucona poza nawias świata Apple’a i Androida.
Wiem jednak, że warto ponarażać się na pogardliwe spojrzenia
piętnastolatków, którzy właśnie biją kolejny rekord w Candy Crush Saga
na swoich komórkach.



Mam pełną świadomość, że nie przypomnę już sobie wszystkich szczegółów z przeczytanych przy śniadaniu artykułów. Ale tak samo jak mój układ
pokarmowy zajmuje się właśnie w tej chwili trawieniem porannego musli i rozkładaniem go na poszczególne składniki, z których potem organizm
zbuduje nowe komórki (mam nadzieję, że więcej mięśniowych niż
tłuszczowych), tak i mózg trawi teraz dostarczone mu wcześniej
informacje. Musli jest już w żołądku, więc nie czuję jego smaku;
podobnie nie wszystkie doniesienia z gazet są cały czas obecne w mojej
świadomości, ale wpływają na pracę mózgu. I w zależności od tego, jak
dalej potoczy się mój dzień, mózg wygrzebie sobie później stosowną
informację, zestawi ją z nowymi i będę mógł pochwalić się rozległą
wiedzą (co zresztą bardzo chętnie czynię). Uda się to jednak tylko pod
warunkiem, że zarezerwuję sobie czas na przerwy od informacji i zajmę
się „mentalnym trawieniem”.



Zapomnieć, żeby pamiętać



Na tym etapie jest już chyba jasne, dlaczego o tak wielu rzeczach, które
się nam przytrafiają, (pozornie) zapominamy. Po pierwsze, nowe dane mogą
być tak podobne do dawnych, że wbudowany w mózg filtr informacyjny po
prostu je odsiewa. Po drugie, mogą być na tyle istotne, że początkowo
drzemią sobie nieuporządkowane w naszej podświadomości po to, by później
można je było elastycznie dopasować do nowych informacji. Ściśle biorąc,
w tej drugiej sytuacji nie ma mowy o zapominaniu – po prostu w danej
chwili nie możemy sobie czegoś przypomnieć. Nie wolno jednak nie
doceniać pracy, którą również bez naszego świadomego udziału wykonuje
mózg, aby rozpoznawać wzorce i wzajemne relacje w otaczającym nas
świecie. Być może nie jesteśmy w stanie przypomnieć sobie każdego słowa
z rozmowy z szefem, ale to, co naprawdę ważne, mózg zachowa i wyciągnie
w odpowiednim czasie.



System ten działa jednak tylko pod warunkiem, że nie wystawiamy mózgu na
zmasowane bombardowanie informacjami. Wtedy bowiem tak naprawdę
przestajemy już w ogóle zwracać uwagę na treść informacji, skupiając się
wyłącznie na rozlicznych sposobach, na jakie może ona do nas docierać
(przez dzwonek, wibrację lub pikanie telefonu, wyskakiwanie okienka na
ekranie itp.). Wszystko to sprawia, że w którymś momencie mechanizmy
filtrujące będą tak podkręcone, że wielu rzeczy nie będziemy w stanie
nawet świadomie rejestrować. Łatwo można jednak tego uniknąć, jeśli
tylko będziemy celowo robić sobie przerwy, w których mózg ma czas sobie
sam pomyśleć.



A zatem przerwa!



Czy pamiętacie jeszcze, jakie były trzy pierwsze słowa na poprzedniej
stronie? Wcale nie musicie, przecież właśnie w zapominaniu szczegółów
jest głęboki sens! Jedynie dzięki temu mózg jest w stanie robić coś
naprawdę wspaniałego: rozpoznawać prawidłowości i związki. Tak jest też
w przypadku tego rozdziału: o ile zapamiętacie tylko, że wylatywanie nam
czasem czegoś z głowy nie świadczy o słabości mózgu, lecz przeciwnie: to
jego sprytny sposób na to, by z gąszczu informacji wyłowić później te
najistotniejsze, po czym scalić je na nowo – wszystko jest w porządku,
przyswoiliście sobie najważniejszy przekaz. Mózg nie jest ani maszyną do
odtwarzania wspomnień, ani fanatykiem porządku, który z maniacką
pedanterią stara się wszystko zachować i starannie poukładać. To raczej
roztrzepany bałaganiarz, który wciąż błądzi myślami tu i tam. Ale
właśnie dzięki tym przeskokom myśli jesteśmy twórczy i niezależni.



Choćbyście więc w ostatnich kilku minutach zapomnieli mnóstwo szczegółów
z poprzednich stron, zapamiętajcie podstawową myśl: to właśnie przerwy
sprawiają, że mózg może posegregować informacje i oznaczyć je do
późniejszego wykorzystania. Dlatego z czystym sumieniem odłóżcie teraz
tę książkę, zrelaksujcie się i pozwólcie informacjom trochę się ułożyć
przed wznowieniem lektury. Nawet jeśli nie pamiętacie dokładnie
przeczytanego właśnie rozdziału, mózg oznaczył już najważniejsze
wiadomości i odłożył je na później.

  


Rozdział 2. Uczenie się



Rozdział 2




  [image: ]




UCZENIE SIĘ



Dlaczego z trudem uczymy się czegoś na pamięć, ale za to rozumiemy świat



Zewsząd słychać, że wiedza to potęga. Jak z tego wynika, najpotężniejsi dysponują największą wiedzą. Przynajmniej
zazwyczaj.



Niestety jednak wiedza nie spada nam z nieba – nasz mózg musi ją sobie
najpierw wypracować, czyli musi się uczyć. A to wcale nie jest proste.
Na rozgrzewkę sprawdźcie, jak dobrze idzie wam nauka, starając się
zapamiętać poniższą listę:



Imbir


Rodzynka


Koło


Truskawka


Noc


Jeż


Sałata


Winogrono


Makaron


Zegarek


Odpoczynek


Sen


Zebra


Lizak


Labirynt


Kameleon


Malina



Przeczytajcie sobie spokojnie ten zestaw kilka razy, aż rzeczywiście
opanujecie go śpiewająco. Można używać dowolnych sprytnych sztuczek,
podkładać obrazki, wymyślać historyjki czy skojarzenia. Potem czytajcie
dalej. Tylko uwaga: nie zapomnijcie tej listy! Nawet jeśli z poprzedniego rozdziału wiecie już, jak jest to trudne i jak bardzo
ludzkiemu mózgowi zależy na usuwaniu pewnych rzeczy z pamięci.



Uczenie się to nie wszystko



Nie ma co ukrywać, uczenie się ma raczej kiepski PR. Widać to już w języku, bo przecież nie tylko się uczymy, lecz także „zakuwamy”,
„wbijamy sobie do głowy”, „wałkujemy”, „ryjemy” czy bardziej
staroświecko „przysiadamy fałdów”. Wielu osobom nauka kojarzy się
niemiło ze spędzaniem masy czasu w szkolnej ławce czy na kursie
dokształcającym, z wysiłkiem i mozołem, frustracją, walką o stopnie i stresującymi egzaminami. Życie zostaje podzielone na czas poświęcany na
naukę i czas wolny, kiedy odrobiliśmy już lekcje albo przygotowaliśmy
referat na seminarium i wreszcie możemy zająć się tym, co nam sprawia
przyjemność. Uczenie się jest trudne, żmudne i mało atrakcyjne,
natomiast czas wolny to luz, święty spokój i sama radość. Można nieomal
odnieść wrażenie, jakby na potrzeby uczenia się należało rezerwować
zupełnie odrębny, wolny od zakłóceń czas i miejsce, żeby w ogóle do tego
dochodziło. Kiedy dokształcamy się w dorosłym wieku, idziemy na
specjalny kurs albo na warsztaty, a gdy mamy je za sobą, „dość się już
nauczyliśmy”. Egzamin na zakończenie, świadectwo do ręki – i do
widzenia.



Niestety, od nauki trudno się tak naprawdę uwolnić. W ten czy inny
sposób wciąż musimy się dokształcać, nie ma temu końca. „Uczyć się to
jak wiosłować pod prąd. Gdy tylko przestaniesz, zaczynasz się cofać” –
przeczytałem ostatnio w swoim dawnym pamiętniku. W ten sposób wpisał się
mój siedmioletni wówczas kolega ze szkoły, który już ponad dwadzieścia
lat temu zdawał sobie sprawę, że dla niego nauka nigdy się nie skończy.
W dzisiejszych czasach w modzie jest „edukacja ustawiczna”. Uczyć musimy
się po prostu wszędzie – w szkole, na uniwerku, w pracy. Na szczęście
mamy mózg, który sobie z tym wszystkim poradzi.



Tylko czy na pewno? Przecież często wcale nie tak łatwo jest przyswoić
sobie różne informacje i trwale zapisać je w pamięci. Jeśli chodzi o naukę, mózg ma trzy słabe punkty: po pierwsze, nie przyswaja zbyt dobrze
wiedzy pod presją. Każdy, komu zdarzyło się przygotowywać do ważnego
egzaminu, wie, jaki to problem. Po drugie, wprost fatalnie idzie nam
uczenie się dat, faktów i suchych danych, bo mózg bardzo szybko uznaje
je za nieciekawe. A może wciąż świetnie pamiętacie, kiedy wybuchła
Wiosna Ludów, jak wyglądają wzory skróconego mnożenia i jaka jest
różnica między orzecznikiem a okolicznikiem? Najprawdopodobniej
uczyliście się kiedyś tego wszystkiego – ale potem zapomnieliście. I to
jest właśnie trzeci słaby punkt: wszystkiego, czego się uczymy, możemy
się też później oduczyć. Niestety, uczenie się nie jest jednokierunkowym
wlewaniem wiedzy do mózgu.



Choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że proces uczenia jest nudny,
żmudny i zniechęcający, jednak ludzki mózg jest prawdziwym wirtuozem w tej dziedzinie. Uczenie się to nasza ewolucyjna nisza – coś, co
potrafimy wyjątkowo dobrze i co daje nam przewagę nad innymi gatunkami.
Ptaki fruwają. Ryby pływają. Ludzie się uczą. Robią to jednak w inny
sposób, niż zazwyczaj sobie wyobrażamy. Oczywiście to prawda, że uczenie
się nastręcza nam rozmaitych problemów (stres związany z nauką łatwo nas
paraliżuje, źle sobie radzimy z zapamiętywaniem faktów itd.), ale jeśli
przyjrzeć się dokładniej, widać, że to tylko niezbyt wygórowana cena za
to, że jesteśmy po prostu mistrzami świata w tej dyscyplinie. A nawet
więcej, bo przecież nie tylko się uczymy, lecz na dodatek rozumiemy
świat. Na tym polega ogromna siła ludzkiego myślenia. W takim kontekście
opłaca się nawet przyjąć jedną czy drugą rzekomą słabość mózgu „z dobrodziejstwem inwentarza”. Gdy sobie to uświadomimy, pojmiemy też, w jaki sposób najlepiej przyswajamy nową wiedzę (czyli jak się najlepiej
„uczymy”) – i dlaczego wciąż mamy przewagę nad komputerami.



Wielka orkiestra neuronalna



Zanim skupimy się na słabych (i mocnych) stronach techniki uczenia się,
warto powiedzieć parę słów o samym uczącym się mózgu. Co się dzieje, gdy
się czegoś uczymy? Albo jeszcze ogólniej: czym jest informacja, idea w głowie, którą chcemy sobie przyswoić?



W przypadku komputera sprawa jest stosunkowo prosta: jeśli zamierzam coś
zapisać w jego pamięci, potrzebuję na początek czegoś, co może być
zapisane – krótko mówiąc: danych, czyli znaków nadających się do obróbki
elektronicznej. Owe dane komputer musi gdzieś umieścić, żeby móc je
potem odnaleźć. Przyporządkowuje więc pakietowi danych odpowiednie
miejsce, do którego na żądanie sięga. Gdy ma już jedno i drugie (dane i miejsce), może przetwarzać tę parę jako informację. W bibliotece rzecz
przedstawia się podobnie. Tam także mamy książki złożone z (graficznych)
znaków, które odstawia się w odpowiednie miejsce na regał, by móc je
potem znaleźć. Jeśli więc chcemy dotrzeć do konkretnej informacji,
musimy wiedzieć dwie rzeczy: po pierwsze, gdzie stoi dana książka, po
drugie, jak odszyfrować zawarte w niej znaki.



W mózgu natomiast wszystko wygląda zupełnie inaczej, bo nie ma tam ani
znaków (czyli danych), ani stałego miejsca, w którym się owe dane
składuje. Co się bowiem stanie, jeśli poproszę: „Pomyślcie teraz o swojej babci”. Wbrew temu, co przez pewien czas zakładano w neurologii,
nie włącza się w tym momencie żadna konkretna komórka nerwowa (folder
Babcia), tylko w pewien charakterystyczny stan wchodzi sieć połączeń
pomiędzy komórkami. I właśnie ten stan, sposób, w jaki komórki nerwowe
pobudzają się nawzajem, jest „miejscem”, w którym kryje się informacja.



Brzmi to może nieco abstrakcyjnie, ale w uproszczeniu mózg można
porównać do olbrzymiej orkiestry. Orkiestra składa się z poszczególnych
muzyków, którzy mogą indywidualnie zmieniać swoją grę (grać ciszej lub
głośniej, niżej lub wyżej itd.). Jeśli spojrzymy z zewnątrz na bezczynną
orkiestrę, na muzyków, którzy po prostu sobie siedzą, nie będziemy
wiedzieć, jakie utwory potrafią zagrać. Tak samo obserwując z zewnątrz
sieć połączeń neuronalnych, nie wiemy, co może pomyśleć dany mózg.
Muzyka rozbrzmiewa, gdy członkowie orkiestry grają razem i nawzajem się
do siebie dostrajają. Kryje się ona nie w orkiestrze jako takiej, lecz w aktywności poszczególnych muzyków. Z kolei słysząc jedną jedyną altówkę,
dowiemy się wprawdzie czegoś o możliwościach danego muzyka, ale dalej
nic nie będziemy wiedzieć o całym utworze. W tym celu musimy poznać grę
pozostałych muzyków, i to następującą w tym samym czasie. Z tym że nawet
to jeszcze nie wystarczy, bo da nam pojęcie wyłącznie o zestawie
dźwięków w danym momencie – a muzyka powstaje, gdy przestrzega się
następstwa poszczególnych partii. Zatem informacja (w naszym przykładzie
melodia danego utworu) kryje się pomiędzy muzykami.



Podobnie jak to robią muzycy, również nasze komórki nerwowe dostrajają
się do siebie. Tak jak orkiestra „wytwarza” melodię dzięki współpracy
swoich członków, tak w przypadku neuronów treść danej myśli powstaje za
sprawą ich wzajemnej synchronizacji. W mózgu, tak jak w orkiestrze, myśl
nie kryje się gdzieś w samej sieci neuronów, lecz jest sposobem, w jaki
elementy tej sieci ze sobą współpracują. Żeby wszystko to mogło gładko
przebiegać, komórki nerwowe wykorzystują swoje punkty kontaktowe
(synapsy), bo tylko w ten sposób neurony mogą się dowiedzieć, co w tym
samym czasie robią inne. W orkiestrze także każdy z muzyków słyszy, co
grają pozostali, i dzięki temu możliwa jest ich współpraca. W kresomózgowiu neurony są połączone z wieloma tysiącami innych neuronów,
toteż są zdolne do aktywności znacznie bardziej skomplikowanej niż gra w orkiestrze. I właśnie w owych stanach aktywności kryje się treść
informacji; w przypadku orkiestry jest nią muzyka, w mózgu – myśl.



Taki sposób przetwarzania informacji ma kilka zdecydowanych zalet. Tak
jak jedna orkiestra jest w stanie grać całkowicie różne utwory, ponieważ
muzycy dostosowują się do siebie na nowo, tak jedna sieć połączeń
neuronowych może generować zupełnie odmienne myśli, ponieważ po prostu
zostanie pobudzona w inny sposób. Ponadto informacja (czy będzie to
melodia w orkiestrze, czy obraz w głowie) nie musi koniecznie być
zakodowana w jednym, konkretnym stanie aktywności, ale także w wariantach tego stanu. Podobnie jak ogólny wydźwięk utworu muzycznego
zmieni się w zależności od tego, czy muzycy będą grali coraz ciszej czy
coraz głośniej, tak samo zawartość informacyjna pewnego stanu mózgu może
kryć się w tym, jak neurony zmieniają swoją aktywność, nie zaś w tym,
jakie akurat w danym momencie są.



Z powyższego dość jasno wynika, że liczba możliwych wzorców aktywności
jest niemal nieskończona. Pytanie, ile myśli jesteśmy w stanie pomyśleć,
ma równie dużo sensu, jak to, ile utworów może zagrać orkiestra.



Wyraźnie uwidacznia się tu jeszcze jedno: w komputerze informacja zawsze
jest składowana w określonym miejscu. Nawet jeśli wyłączymy samo
urządzenie, ona będzie wciąż tam tkwić (zmagazynowana w postaci ładunków
elektrycznych) i można ją będzie ponownie przywołać po uruchomieniu
komputera. Jeśli natomiast wyłączę mózg, żarty się kończą. Informacje w mózgu nie są bowiem nigdzie fizycznie zmagazynowane, tylko przez cały
czas stanowią krótkotrwałe stany aktywności sieci neuronów. Zatem za
naszego życia każda myśl, każda zawartość informacyjna wynika zawsze z poprzedniej – jak gdyby zaistnienie jednej myśli stanowiło sygnał do
pojawienia się kolejnej. Widać więc, że myśli nigdy nie biorą się z niczego.



Między nami komórkami



Choć porównanie z orkiestrą jest zgrabne i obrazowe, między nią a mózgiem jest pewna kardynalna różnica: mózg nie ma dyrygenta. Nikt nie
stoi przed komórkami nerwowymi i nie tłumaczy im, jak mają pobudzać do
działania swoje koleżanki. A mimo to dokonują tego, z niebywałą precyzją
synchronizując swoje działania i wytwarzając nowe wzorce.



Fakt ten wpływa również na sposób przyswajania wiedzy przez sieć
neuronalną. O ile w orkiestrze to dyrygent nadaje tempo i koordynuje
pracę muzyków, o tyle w mózgu – gdzie zdolność współpracy jego
poszczególnych elementów składowych (neuronów) ma zasadnicze znaczenie
dla zawartej informacji – sprawdza się co innego.



Gdy orkiestra ma opanować nową melodię, muzycy muszą działać niejako na
dwa fronty. Po pierwsze, muszą doskonalić własną technikę gry (na
przykład przećwiczyć nowe ustawienia palców). Po drugie i jeszcze
ważniejsze, muszą dokładnie wiedzieć, co, jak i kiedy mają zagrać.
Najpierw trzeba poczekać na wejście dyrygenta, a następnie zwracać
baczną uwagę, jak grają pozostali. Uczenie się nowego utworu przez
orkiestrę polega więc na tym, że muzycy doskonalą wspólne granie, aż
wreszcie ów utwór zostaje „zapisany” w postaci świeżo nabytej
umiejętności wspólnej gry. Żeby go „odtworzyć”, trzeba zainicjować taką
aktywność muzyków, która doprowadzi do odegrania danego utworu.



Informacja w mózgu również jest zakodowana w postaci określonej formy
współpracy neuronów. A podczas „ćwiczenia” komórki nerwowe też zmieniają
wzajemne dopasowanie do siebie, tak by następnym razem łatwiej było
uruchomić tę samą wspólną aktywność. Żeby więc sieć neuronalna mogła się
czegoś nauczyć, musi zmodyfikować swoje punkty kontaktowe, czyli dokonać
pewnej drobnej przebudowy strukturalnej.



Skoro zaś, jak już wiemy, mózg nie ma dyrygenta, jedynym, co mogą robić
komórki nerwowe, jest precyzyjne dostrajanie się do sąsiednich komórek.
Uczeni znakomicie poznali przebiegające przy tej okazji procesy
wewnątrzkomórkowe. Upraszczając, można powiedzieć, że zmiany zachodzące
na synapsach (punktach kontaktowych komórek) podlegają jednej
zasadniczej prawidłowości: kontakty często używane zostają wzmocnione, a używane rzadziej podlegają demontażowi. Kiedy więc w mózgu pojawia się
ważna informacja (czyli dochodzi do współpracy neuronów według ściśle
określonego wzorca), komórki nerwowe muszą sobie ten wzorzec w jakiś
sposób „zapamiętać”. Robią to, wzajemnie dostosowując swoje synapsy tak,
by następnym razem łatwiej można było wywołać tę informację (czyli
konkretny przebieg aktywności).



Jeżeli dane synapsy są pobudzane szczególnie silnie, komórka podejmuje w tym miejscu prace remontowe, a przebudowa ma na celu ułatwienie ich
przyszłej aktywacji. I odwrotnie, rzadko używane połączenia z biegiem
czasu zanikają ze względu na brak „wsparcia strukturalnego”. Takie
rozwiązanie pozwala oszczędzać energię, dzięki czemu pracujący mózg
obywa się zaledwie jej 20 watami (dla porównania, włączony piekarnik
zużywa sto razy więcej energii, by upiec kilka nędznych bułeczek; cóż,
piekarniki nie grzeszą inteligencją).



Oto sposób, w jaki cały system przyswaja wiedzę: przebudowuje swoją
strukturę tak, żeby łatwiej osiągać określone stany aktywności. W tym
sensie można powiedzieć, że informacje są jednak zapisywane w sieci
neuronalnej, a mianowicie „pomiędzy” komórkami nerwowymi – w ich
strukturze i połączeniach.



Jednak sprawa wcale się na tym nie kończy, bo żeby móc taką informację
przywołać, trzeba ponownie pobudzić komórki do pracy. Co prawda, im
lepsze są połączenia pomiędzy neuronami, tym łatwiej to zrobić, jednak
same synapsy nie wystarczają do odczytania danej informacji. Mówiąc
bardziej obrazowo, jeśli przekroimy mózg, zobaczymy tylko połączenia
pomiędzy komórkami, ale nie sposób ich funkcjonowania. Dalej nie
będziemy wiedzieć, co zostało „zmagazynowane” w mózgu ani do jakich
błyskawicznie zmieniających się aktywności stał się on zdolny.



W stresie uczymy się najlepiej – i najgorzej



Opisany powyżej neuronalny system przetwarzania informacji osiąga
nieprawdopodobną wydajność z kilku powodów: jest znacznie bardziej
elastyczny niż statyczne systemy komputerowe, nie wymaga żadnego nadzoru
(nie ma „dyrygenta”) i wreszcie może dostosowywać się do najrozmaitszych
warunków zewnętrznych. Jednak taka forma przyswajania wiedzy ma też
swoje minusy. Ponieważ procesy przebudowy neuronów, podobnie jak inne
procesy zachodzące w organizmie, podlegają określonym rytmom
biologicznym, nie zawsze uczymy się równie efektywnie. Szczególnie
opornie idzie nam to zaś, gdy jesteśmy spięci i zestresowani. Każdy, kto
choć raz przygotowywał się do ważnego egzaminu, wie, jak trudno poradzić
sobie z takim stresem. Istotne informacje za nic nie chcą wówczas
wchodzić do głowy. A jeśli już nawet do niej trafią, w decydującym
momencie (czyli w trakcie egzaminu) nagle stają się nieosiągalne.



Ale właściwie dlaczego stres tak negatywnie wpływa na proces uczenia
się? W pierwotnym założeniu bynajmniej nie miał go blokować. Przeciwnie,
miał ułatwiać przebieg uczenia się i przyspieszać cały proces. W bardzo
stresującej sytuacji (np. gdy coś nas przerazi, ale też pozytywnie
zaskoczy) do mózgu trafia substancja przekaźnikowa zwana noradrenaliną.
Jej zadaniem jest pobudzenie dokładnie tych obszarów mózgu, które
odpowiadają za zwiększenie koncentracji1.
Nieco później do gry włącza się także hormon o nazwie kortyzol, który z kolei ma wytłumić inną, w danym momencie niepotrzebną aktywność komórek
nerwowych2. Dzięki temu stajemy się jeszcze
bardziej skupieni na jednej i tylko jednej kwestii. Efekt: w silnym
stresie uczymy się wyjątkowo szybko. Jeżeli, dajmy na to, przebiegaliśmy
nieuważnie przez ulicę i o mały włos nie potrącił nas samochód,
zapamiętamy sobie tę lekcję i w przyszłości będziemy znacznie
ostrożniejsi. To samo dotyczy stresu pozytywnego: to dlatego do końca
życia pamiętamy pierwszy pocałunek, choć przecież doświadczyliśmy go
tylko raz.



W taki sposób pod wpływem stresu sieć neuronalna staje się jeszcze
bardziej aktywna, a my szybciej się uczymy. Jeśli jednak przedmiot nauki
nie ma nic wspólnego ze źródłem stresu, cała ta przemyślna procedura
zawodzi. A to dlatego, że zadaniem zestresowanego mózgu jest całkowite
skupienie się na informacjach bezpośrednio związanych z przyczyną
stresu; reszta staje się chwilowo nieistotna. Dlatego rola stresu w procesie uczenia się jest tak niejednoznaczna. Gdy podczas eksperymentu
poddawano ludzi działaniu stresu, każąc im na trzy minuty włożyć dłoń do
lodowatej wody i jednocześnie uczyć się na pamięć listy słów, następnego
dnia pamiętali przede wszystkim te wyrazy, które miały jakiś związek z lodowatą wodą (np. „woda”, „zimny”), a nie inne („kwadrat”,
„przyjęcie”)3.



Jeśli cudem uniknąłem potrącenia przez samochód, natychmiast dostrzegam
związek pomiędzy rozglądaniem się w prawo i w lewo przed wejściem na
ulicę a ryzykiem tragicznego zgonu. W rezultacie zapamiętuję sobie tę
lekcję na całe życie. Gdy natomiast uczę się łacińskich słówek, muszę
się naprawdę zdrowo nagimnastykować, żeby dostrzec związek pomiędzy
alea iacta est a konsekwencjami złego stopnia ze sprawdzianu.



Podsumowując, stres sprawia, że mózg dobrze przyswaja informacje, które
wiążą się bezpośrednio z jego źródłem. Wystarczy raz dotknąć rozgrzanego
palnika kuchenki, żeby zapamiętać, że nie należy tego powtarzać. W tej
sytuacji hormony stresu aktywnie regulują dynamikę komórek nerwowych,
tak by usprawnić przyswojenie naładowanych emocjonalnie treści (ból
związany z oparzeniem jest znacznie istotniejszy niż marka kuchenki).



Ale uwaga: tylko treści naładowanych emocjonalnie, nie suchych
faktów4. Bo same fakty to przecież straszna
nuda. I w ten sposób docieramy do kolejnej słabości mózgu związanej z uczeniem się.



Problem z uczeniem się na pamięć



Pamiętacie jeszcze listę słów z początku tego rozdziału? Albo chociaż
połowę? Jeśli tak, należą wam się szczere wyrazy uznania. W jaki sposób
udało wam się wyuczyć tej listy na pamięć? Jeżeli wymyślaliście
historyjki, skojarzenia albo tworzyliście w głowie obrazki, żeby jakoś
połączyć wszystkie te pojęcia, w gruncie rzeczy zwiększaliście przecież
ilość informacji przeznaczonych do zapamiętania – trzeba było „nauczyć
się” więcej niż to konieczne, żeby lepiej zapamiętać całość. Paradoks,
prawda? Poza tym można było zadać sobie jak najbardziej uzasadnione
pytanie: A właściwie po co mam to robić? Lista tych słówek nie ma
przecież istotnego znaczenia – ot, kilkanaście pojęć, wrzuconych bez
ładu i składu. Po co w ogóle je zapamiętywać? Tylko dlatego, że autor
książki ma taki kaprys?



I w tym właśnie sęk: mózg potrafi odnaleźć się w naprawdę rozmaitych
sytuacjach, bardzo dynamicznie dostosowywać się do okoliczności i uczyć
nowych rzeczy, ale suche informacje, takie jak lista pojęć, zbiór dat
czy faktów, niestety się do nich nie zaliczają. Badania wykazały, że bez
posiłkowania się sprytnymi sztuczkami, takimi jak wymyślanie historyjek
czy skojarzeń, mózg jest w stanie zapamiętać nie więcej niż około
dwudziestu obiektów.



To naprawdę niewiele. Lista pojęć z początku tego rozdziału zajmuje
raptem 16 bajtów na twardym dysku komputera, na obrazek zebry potrzeba
miliony razy więcej miejsca. Mimo to wolimy wyobrazić sobie, jak, niczym
we śnie, zebra błąka się po labiryncie, trzymając lizak w pysku,
niż zapamiętywać te pojęcia osobno. Czemu mózg bardzo słabo radzi sobie
z tak prostą sprawą jak „zapisanie” kilkunastu słówek?



Wracamy tu do sposobu funkcjonowania mózgu. Nie „wkuwa” on informacji na
pamięć, żeby je potem przechowywać, tylko porządkuje je, a to duża
różnica. Prosty przykład: mogę natychmiast podać wam kolejność bramek w meczu, podczas którego Niemcy rozgromili Brazylię 7:1. Jedenasta minuta:
1:0 Müller, dwudziesta trzecia minuta: 2:0 Klose, dwudziesta czwarta
minuta: 3:0 Kroos… Fanom Brazylii oszczędzę dalszej wyliczanki i przejdę
od razu do sedna: choćbyście zebrali wszystkie suche fakty na temat tego
meczu, co wiedzielibyście o samej grze? Niewiele, bo nie widzieliście
ani szoku i konsternacji Brazylijczyków, ani radości Philippa Lahma.
Sens meczu nie wynika z zestawienia faktów. Jeśli zaś oglądaliście to
spotkanie, doskonale rozumiecie, czemu na samo jego wspomnienie
Brazylijczycy do dziś zgrzytają zębami – pomimo wziętego na olimpiadzie
rewanżu.



Massive learning



Niestety, u podstaw wielu modeli kształcenia (w szkole, na
uniwersytecie, w ramach rozmaitych kursów doszkalających w pracy) wciąż
leży przekonanie, że najlepiej jest uczyć faktów i dat. To z kolei
prowadzi uczniów do przyjmowania całkowicie błędnej strategii uczenia
się, określanej fachowo mianem massive learning („nauki
skomasowanej”): chodzi o to, by w krótkim czasie dosłownie zasypać mózg
informacjami w nadziei, że w ten sposób zapamiętamy z tego możliwie
dużo. Nie sprawdza się to jednak, bo odizolowane od siebie pakiety
danych są dla mózgu całkiem nieciekawe.



Wróćmy do naszej orkiestry. Muzycy przecież nie uczą się nowego utworu w ten sposób, że odgrywają przez sekundę jeden dźwięk, odczekują chwilę,
po czym zabierają się do przetwarzania kolejnego pakietu informacji
(czyli odgrywania następnego dźwięku), i tak dalej, krok po kroku
powtarzając całą operację tysiące razy ze wszystkimi kolejnymi dźwiękami
(tak wyglądałoby w ich przypadku massive learning). Przeciwnie, uczą
się utworu, od razu rozpoznając wzajemne relacje dźwięków i na bieżąco
łącząc je w spójną melodię.



Dopiero znajomość kontekstu pozwala uczyć się efektywnie – i to bez
konieczności świadomego koncentrowania się na nauce. Wykazały to między
innymi eksperymenty przeprowadzone przez badaczy z zespołu mojej
koleżanki Melissy Vo, podczas których sprawdzano zdolność zapamiętywania
u osób dorosłych. Uczestników proszono, aby na zdjęciach mieszkania
wskazali określone przedmioty (np. mydło w łazience). Choć wcale nie
polecono im zapamiętywać tych przedmiotów, okazało się, że utkwiły im
lepiej w głowie, niż kiedy mówiono wprost, że mają nauczyć się na pamięć
pokazywanych obrazków5. Jeśli bowiem
zdjęcia przedstawiały te same przedmioty na neutralnym tle, badani
najwyraźniej uznawali je za mniej interesujące i wyrzucali z pamięci.
Kostka mydła w łazience ma więcej sensu niż to samo mydło na
nieokreślonym zielonym tle. Przedmiot sam w sobie nie jest dla nas
ciekawy. Dopiero umieszczony w kontekście zdradza swój sens, który
zapamiętujemy. Może się to wydawać niewydajne, bo w ten sposób musimy de
facto zapamiętać więcej (nie tylko sam przedmiot, lecz także jego
otoczenie), jednak z tym akurat nie mamy najmniejszego problemu.



Zasada lasagne



Po to zaś, żeby pojąć wzajemne związki pomiędzy informacjami, kontekst,
znaczenie danego pojęcia, mózg musi uczyć się inaczej, niż to często
czyni, a mianowicie z przerwami. Już z poprzedniego rozdziału wiecie, że
pewną zawartość pamięci mózg celowo odsyła w niepamięć (lub nawet
aktywnie ją zapomina), żeby dynamicznie łączyć ze sobą rozmaite treści.



Podobna zasada dotyczy uczenia się: będzie ono efektywne tylko pod
warunkiem, że w trakcie nauki wygospodarujemy czas na przerwy. Taki
model określa się mianem spaced learning (czyli „nauki przerywanej”).
Nie całkiem zgadza się to z naszą intuicją, bo często sądzimy, że
wzajemne związki i głębszy zarys całości dostrzeżemy tylko wówczas, gdy
naraz przyswoimy sobie jak najwięcej informacji, a jeśli będziemy co
chwila robić przerwy, ryzykujemy przecież zapomnienie czegoś, co może
okazać się istotne. Jednak dla naszego mózgu najważniejsza jest nie sama
ilość informacji, ale ich wzajemne powiązania.



W celu przetestowania tej hipotezy proszono uczestników eksperymentu o rozpoznawanie stylów poszczególnych malarzy. Obrazy prezentowano im na
dwa sposoby: albo seriami, sześć obrazów jednego malarza, następnie
sześć obrazów kolejnego i dalej cykle czterech innych artystów, albo
niepogrupowane, tak że poszczególne style przeplatały się ze sobą.
Rezultat był jednoznaczny: gdy style często się zmieniały, uczestnicy po
pewnym czasie byli w stanie przyporządkować kolejny obraz określonemu
artyście wyłącznie na podstawie rozpoznania jego stylu. Ci natomiast,
którzy oglądali obrazy blokowo, gorzej radzili sobie z rozpoznawaniem
wyróżniającego je wspólnego zamysłu artystycznego (czyli indywidualnego
stylu). Warto dodać, że większość badanych twierdziła, iż woli uczyć się
blokowo (wybiera massive learning), bo ta metoda rzekomo lepiej się w ich przypadku sprawdza6.



W eksperymentach jednak wciąż powtarza się ten sam rezultat: to właśnie
przerwy sprawiają, że nauka jest efektywna. I nie dotyczy to wyłącznie
rozpoznawania stylów w malarstwie, ale choćby przyswajania słówek,
opanowywania określonej sekwencji ruchów, wzajemnych zależności w naukach przyrodniczych czy list pojęć. Wynika to ze sposobu, w jaki
współpracują ze sobą komórki nerwowe. Pierwszy impuls informacyjny
stanowi dla neuronów bodziec do zmian strukturalnych. Nad taką zmianą
trzeba jednak chwilę popracować, by przygotować komórki na kolejną
partię informacji. Z tego względu dopiero po krótkiej przerwie neurony
mogą optymalnie zareagować na kolejny bodziec. Jeśli impuls ten
nadejdzie za wcześnie, pozostanie bez echa7. Tylko różnorodność dostarczanych informacji
pozwala mózgowi osadzać je w jakimś wspólnym kontekście.



Przypomina to trochę przyrządzanie lasagne: w tym przypadku też można
oczywiście najpierw wlać do formy cały sos, potem jeden na drugim ułożyć
wszystkie płaty ciasta i całość zasypać serem. Otrzymana potrawa
stanowiłaby może świetny przykład massive cooking, ale na pewno nie
wyszłyby z tego lasagne. Tylko wtedy, gdy wszystko układamy na przemian,
powstaje to smaczne danie, a w przypadku mózgu – sensowna koncepcja.
Myślenie koncepcyjne stanowi naszą wielką siłę, pozwala nam bowiem wyjść
ze ślepej uliczki wkuwania na pamięć. Tylko w ten sposób możemy
porządkować świat wedle określonych kategorii i wzajemnych relacji, a tym samym go rozumieć.



Nie nauka na pamięć, a rozumienie



To, co z mozołem wbijamy sobie do głowy, może z niej prędzej czy później
wylecieć. Ale jeśli coś raz zrozumiemy, to już na dobre. Dlatego uczenie
się nie jest samo w sobie niczym nadzwyczajnym – potrafi to wiele
zwierząt, a nawet komputer. Natomiast rozumienie świata, sposobu, w jaki
funkcjonuje, to niezwykła umiejętność ludzkiego mózgu. Może on ją jednak
opanować tylko pod warunkiem, że nie pochłania masy informacji jak
maszyna, lecz próbuje znaleźć pomiędzy nimi związki. Tylko w ten sposób
ze zbioru danych powstaje wiedza. To kolosalna różnica, choć w dzisiejszym stechnicyzowanym i skomputeryzowanym świecie często
utożsamia się ze sobą te dwie kwestie. Ale ilość danych w :-) i w R%@
jest identyczna, natomiast płynący z nich przekaz całkowicie różny, nie
wspominając już nawet o ukrytym znaczeniu (uśmiechnięta buźka wyraża
sympatię). Z punktu widzenia komputera :-) i :-( różnią się zaledwie w 33 procentach – dla nas różnica wynosi 100 procent.



W jaki sposób powstaje wiedza, koncepcje myślowe? Jak rozumiemy świat?
Żeby uzmysłowić sobie, w jaki sposób tego nie robimy, przyjrzyjmy się
jeszcze raz algorytmom komputerowym, i to najnowocześniejszym, jakie
obecnie istnieją, tzw. Deep Neuronal Networks – głębokim sieciom
neuronowym. Są to systemy komputerowe, programowane już nie według
klasycznej logiki „jeśli A, to B”. Raczej naśladują one ludzki mózg
(przynajmniej tak chełpliwie określają to informatycy), kopiując
strukturę sieci neuronalnej. W ten sposób oprogramowanie w pewnym sensie
„wytwarza” cyfrowe neurony, które są w stanie dopasowywać do siebie
swoje „punkty kontaktowe” w zależności od tego, jakie dane mają
przetwarzać. A ponieważ komórki potrafią samodzielnie oceniać, jakie
znaczenie mają określone kontakty, system z czasem może się uczyć. Jeśli
zatem oprogramowanie tego typu ma rozpoznać pingwina, prezentuje mu się
setki tysięcy rozmaitych zdjęć, w tym kilkaset zdjęć pingwina. Z tego
natłoku informacji system samodzielnie „wyławia” cechy pingwina, aż
nauczy się rozpoznawać jego wygląd.



Takie sztuczne sieci neuronowe rozwijają się w oszałamiającym tempie.
Wystarczy częste pokazywanie rozmaitych obrazków, by system sam
rozpoznawał na dowolnych fotografiach zwierzęta, przedmioty i ludzi.
Obecnie doszło już do tego, że jego zdolność do rozpoznawania twarzy
przewyższa nawet ludzkie zdolności w tym zakresie (automatyczna funkcja
w Google Street View rozpikselowuje już nie tylko twarze ludzi, lecz
także krowie pyski)8. Ale powiedzmy to
sobie jasno: w porównaniu z ludzkim mózgiem taki supernowoczesny system
komputerowy to jak zawodnik z okręgowej ligi trampkarzy stający w szranki z olimpijskim mistrzem dziesięcioboju. Jak widać z podanego
przykładu, nawet dyscyplina sportowa jest inna, ponieważ komputery
działają zupełnie inaczej niż komórki nerwowe, cokolwiek mówiliby na ten
temat spece od marketingu w koncernach komputerowych tworzących sztuczne
sieci neuronowe. W komputerach nie naśladuje się bowiem prawdziwej sieci
neuronowej ani tym bardziej całego mózgu. To chwyt reklamowy firm
informatycznych. Żeby bowiem taki system nauczył się rozpoznawać
pingwina, musi zobaczyć setki i tysiące obrazków, czyli przebiega to na
zasadzie: ćwiczenie czyni mistrza. Tymczasem mózg niekoniecznie pracuje
taką metodą.



Deep understanding



Niedawno mój dwuipółletni sąsiad stanął u mnie w przedpokoju, wskazał na
sufit i oznajmił: „Czujnik dymu”. Osłupiałem i zacząłem się zastanawiać,
jakich rodziców musi mieć ten biedak. Z całym szacunkiem, ale czy
naprawdę katują go obrazkami czujników, podsuwając chłopcu wciąż te same
zdjęcia, by w końcu zaczął dostrzegać podobieństwa i cechy szczególne i mógł je ze sobą łączyć? Dodam może, że jego tata jest strażakiem, więc
zamiłowanie do systemów alarmowych i sprzętu gaśniczego jest poniekąd
zrozumiałe. Ale czyżby rzeczywiście ten maluch był zarzucany, podobnie
jak sztuczna sieć neuronowa, tysiącami zdjęć czujników, gaśnic i toporków strażackich, żeby potrafił je szybko rozpoznać w razie pożaru?
I czy przysłano go do mnie dopiero po zdanym pomyślnie egzaminie? Nic
podobnego! Jak w takim razie zdołał po zaledwie dwu- czy trzykrotnym
zobaczeniu czujnika rozpoznać odmienny model w całkowicie nieznanym
otoczeniu?



Chłopczyk nie „nauczył się” czujnika dymu, tak jak by to zrobił
komputer. On go zrozumiał. Taka umiejętność, którą my, ludzie,
opanowaliśmy w stopniu naprawdę doskonałym, nosi naukową nazwę fast
mapping (szybkie mapowanie). Na przykład, gdy trzyletnim dzieciom
prezentowano rozmaite nieznane im przedmioty użytkowe i wyjaśniano, że
jeden z nich nazywa się „koba” albo pochodzi z kraju „Koba”, jeszcze po
miesiącu były w stanie przypomnieć sobie przedmiot koba9. Uwaga: oglądały rzeczony przedmiot ten jeden
jedyny raz!



Jeszcze lepiej radzimy sobie, gdy trzeba zrozumieć nie tylko nowe
pojęcia, lecz także działania: już dwuipółlatkom wystarczało zaledwie 15
minut zabawy jakimś przedmiotem, by w rezultacie potrafiły przenosić
jego cechy na inne, podobne przedmioty. Jeśli na przykład zobaczyły, że
kolorową plastikową klamerkę o nazwie „koba” można położyć na zgiętej
ręce i balansować nią tak, by klamerka nie spadła, bez problemu uznawały
potem, że również podobne, choć nieco inaczej wyglądające klamerki
powinny nazywać się „koba” i że można się nimi bawić w ten sam
sposób10. Po zaledwie kilku minutach sprawa
była dla nich jasna. Zresztą jakim cudem dwuletnie dzieci miałyby
opanowywać (średnio) dziesięć nowych słów dziennie, gdyby każde z nich
musiały powtarzać setki razy? Żaden mózg nie ma tyle czasu.



Naturalnie, również mózg nie jest w stanie uczyć się, jeśli nie dostanie
żadnych danych. Obecnie uważa się, że w przypadku szybkiego mapowania
nowe informacje są wyjątkowo sprawnie „podczepiane” pod istniejące już
kategorie (prawdopodobnie odbywa się to nawet bez angażowania znanego
nam już z poprzedniego rozdziału hipokampu, który odpowiada za
trenowanie pamięci)11. Ale i same kategorie
potrafimy tworzyć wyjątkowo szybko – pod warunkiem, że mamy chwilę na
intelektualne przetrawienie nowych informacji. Gdy trzyletnim dzieciom
pokazywano na przykład trzy warianty nowej zabawki (grzechotki o różnych
kolorach i wykończeniu) i określano je wymyślonym słowem „wug”, dzieci
miały problemy z rozpoznaniem, że również kolejna, czwarta grzechotka to
wug. Jeśli jednak po zaprezentowaniu każdej z trzech pierwszych
grzechotek dawano maluchom pół minuty, by się nimi pobawiły,
błyskawicznie przyswajały, na czym polega „grzechotkowatość”, i kolejną
grzechotkę określały słowem „wug”, choć różniła się od poprzednich
kolorem i kształtem. Rzekomo zbędne przerwy, marnowanie czasu i rozpraszanie uwagi, które w naszych, nastawionych na wydajność czasach
najchętniej całkiem byśmy wyeliminowali – są naszą siłą, o ile
oczywiście mamy umieć więcej niż tępo przyswajający informacje komputer.



Podsumowując, kategorie pojmujemy niezwykle szybko, a związki pomiędzy
pojęciami, przedmiotami i działaniami – praktycznie natychmiast. Nie
wierzycie? Wciąż jesteście zdania, że dopiero wielokrotne powtórki i ćwiczenia mogą sprawić, że się czegoś nauczymy? Podam więc jeszcze jeden
przykład: ile zajęło wam przyswojenie nowego, sztucznie stworzonego
słowa „selfie”? Zapewne wystarczyło raz zobaczyć, jak czwórka pozujących
nastolatków strzela sobie fotkę smartfonem. Albo jak szybko
zrozumieliście inne całkowicie sztuczne słowo – „Brexit”? Pewnie też już
za pierwszym razem. W bardzo wielu sytuacjach pojmujemy świat
natychmiast, na pierwszy rzut oka. Ale na tym nie koniec – kiedy już coś
zrozumiemy, potrafimy to nie tylko odtworzyć, lecz także stworzyć na tej
podstawie coś nowego. Skoro „Brexit” to wystąpienie Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, to co może oznaczać Frexit, Grexit czy nawet Szwexit?
Albo, w drugą stronę, co oznaczałyby słowa „Bremain” albo „Breturn”?
Żaden problem, szybko się tego domyślamy, bo zrozumieliśmy podstawową
kategorię myślową, która leży u podłoża takich słów. W związku z tym
możemy ją od razu wykorzystać i generować nową wiedzę, mimo że nigdy
wcześniej nie słyszeliśmy o „Szwexicie”!



To tyle w kwestii częstych powtórek i deep learningu. Nauczyć się na
pamięć zbioru faktów naprawdę nie jest wielką sztuką. Ale coś z nich
zrozumieć – już tak. Być może w przyszłości komputery będą jeszcze
szybciej „uczyć się” obiektów i obrazów, ale nigdy nie pojmą, o co w nich chodzi. Żeby się uczyć, komputer wykorzystuje bowiem proste
algorytmy analizujące gigantyczne zasoby danych. My w gruncie rzeczy
działamy odwrotnie: gromadzimy o wiele, wiele mniej danych, za to nasze
możliwości ich przetwarzania są znacznie bardziej
różnorodne1. Ponieważ „wiedzieć coś” nie znaczy po prostu
dysponować morzem informacji, ale umieć te informacje wykorzystać.



Deep learning może i jest niezłą metodą, ale na głowę bije je deep
understanding. Tymczasem komputery nie rozumieją tego, co rozpoznają.
Interesujący przyczynek do tego stwierdzenia wniósł pewien eksperyment z 2015 roku. Badano w nim sztuczne sieci neuronowe, które nauczyły się
samodzielnie rozpoznawać określone obiekty (np. śrubokręty, autobusy
szkolne czy gitary). Chodziło o ustalenie, co konkretnie rozpoznaje taka
sieć. Jak musiałoby wyglądać zdjęcie, dajmy na to, rudzika, żeby program
komputerowy z niemal 100-procentową pewnością udzielił nam odpowiedzi
„rudzik”? Jeśli ktoś oczekiwałby, że będzie to doskonałe zdjęcie
modelowego rudzika, swego rodzaju „rudzik idealny”, doznałby srogiego
zawodu: efektem był bowiem kompletnie zamazany obraz, złożony z wielu
kropek w dziwnych miejscach12. Żaden
człowiek nawet nie domyśliłby się, że w tej gmatwaninie pikseli kryje
się ów ptaszek. Za to komputer jak najbardziej; z jego punktu widzenia
rudzik jest zaledwie określonym przedstawieniem graficznym. Maszyna nie
rozumie też, że jest to żywa istota. Nawet jeśli nauczymy komputer, że
„Brexit” to wystąpienie Wielkiej Brytanii z UE, sam nie wpadnie już na
to, że w przypadku „Szwexitu” to Szwedzi mieliby pożegnać się z Unią.



Takie błyskawiczne uczenie się, czy też, mówiąc ściślej, rozumienie
różnych spraw, jest jednak możliwe tylko wówczas, gdy nie „uczymy się”
każdej informacji z osobna i w oderwaniu, tylko dostrzegamy ich związki
w obrębie pewnej kategorii, która umiejscawia je w określonym kontekście
i pozwala je zrozumieć. Komputery działają dokładnie odwrotnie. Owszem,
mogą zgromadzić dowolnie duży pakiet informacji, są jednak wciąż równie
głupie, jak przed trzydziestu laty, tyle że teraz są głupie trochę
szybciej. A to dlatego, że nie zostawiają sobie czasu, by zastanowić się
nad zebranymi danymi, nie robią żadnych przerw. Komputer pracuje zawsze
pełną parą i działa na najwyższych obrotach (chyba że w ogóle nie
działa, bo wyłączymy prąd). Jeśli zaś człowiek nie będzie sobie robił
przerw, nie zdoła też wykorzystać zdobytych informacji do wytworzenia na
ich podstawie nowej wiedzy. Dlatego okres wolny od nowych bodźców (czas
snu) jest absolutnie niezbędny, jeśli mamy generować nowe pomysły.



My, ludzie, nie mamy z tym żadnego problemu właśnie dlatego, że nie
pozwalamy się zarzucić faktami i suchymi danymi, tylko od czasu do czasu
robimy sobie wolne. Na pierwszy rzut oka nie łączy się to z podnoszeniem
wydajności i może wręcz sprawiać wrażenie usterki naszego mózgu. W rzeczywistości jednak jest nadzwyczaj efektywne. Tylko dzięki temu
możemy rozumieć świat zamiast po prostu wykuwać go na pamięć.



Nauka od nowa



Przestańmy więc traktować mózg jako maszynę do przetwarzania informacji,
ponieważ najważniejsze wyzwania przyszłości związane z uczeniem się nie
będą wymagać od nas bezbłędnej pamięci (zresztą z kolejnego rozdziału
dowiecie się, że takowa nie istnieje), tylko tego, żebyśmy potrafili
szybko dostosowywać się do nowych warunków. Jeśli zaczniemy konkurować z komputerami i za pomocą rozmaitych sprytnych sztuczek „ulepszać” swoją
pamięć, by mieściło się w niej więcej faktów, numerów telefonów i list
zakupów – przegramy. Wykonywanie takich intelektualnych „zadań dla
początkujących” spokojnie mogą przejąć za nas algorytmy.



Nie chodzi więc o to, by wdrażać nowatorskie metody, które pozwolą nam
więcej zapamiętać. Znacznie ważniejszą kwestią jest praca nad
rozwijaniem zdolności rozumienia i myślenia koncepcyjnego. Mózg nie jest
bowiem nośnikiem faktów i informacji, tylko wytrawnym organizatorem
wiedzy. Pokazuje, co naprawdę potrafi, dopiero wówczas, gdy nie
narzucamy mu tak idiotycznych zadań jak to, które zaproponowałem na
początku rozdziału. Darujcie mi, proszę, ten podstęp.



W niniejszym rozdziale poznaliście wszystkie elementy, które mogą
przyczynić się do rozwoju takiego „porządkującego” myślenia. Stres,
owszem, pomaga w nauce, ale tylko pod warunkiem, że jest pozytywny,
krótkoterminowy i przychodzi niespodziewanie. Wpływ stresu
długoterminowego można natomiast zredukować, dokonując jego
reinterpretacji. Okazało się, że uczniowie, którzy zdają sobie sprawę,
czym w ogóle jest stres, dobrze sobie z nim radzą i nie dają się łatwo
obezwładnić tremie13.



Kiedy zatem uczymy się najlepiej? Wtedy, gdy coś wzbudzi naszą prawdziwą
fascynację. Fakty są drugorzędne, natomiast emocje – zaraźliwe.
Zwłaszcza kiedy są pozytywne. Takim pozytywnym stosunkiem do zdobywanej
wiedzy muszą emanować nauczyciele w szkołach, wykładowcy na
uniwersytetach czy przełożeni w miejscu pracy. To o wiele ważniejsze niż
sama merytoryczna zawartość wykładu. Moi najlepsi nauczyciele (w tym ów
chemik, o którym wspominałem we wstępie) nie mieli na podorędziu super
hiper prezentacji w PowerPoincie, byli za to autentycznie zafascynowani
przedmiotem, którego nauczali. A skoro w kimś cykl kwasów
trikarboksylowych wzbudza aż taki zachwyt, to znaczy, że musi być w tym
coś ciekawego. Zacząłem więc studiować biochemię. Nie dlatego, że tak
mnie zainteresowała treść (to przyszło z czasem), przyciągnęła mnie
cudza fascynacja, okazała się wprost zaraźliwa. Nie zapomnimy tylko
tego, co nas pochłonie emocjonalnie – bo przecież takie „pochłonięcie”
to też forma pozytywnego stresu.



Zatem uczenie się nie jest złe – ale rozumienie jest lepsze. A żeby
rozumieć, potrzeba kontekstu. Już małe dzieci błyskawicznie pojmują
świat, jeśli za pomocą przykładów i wskazywania konkretnych zastosowań
wyjaśnia im się, „po co” są określone rzeczy – jeśli nie przygniata się
ich tonami faktów i informacji, tylko pozwala samodzielnie wykoncypować
sens. Nauczyciel, który pragnie nauczyć swoich uczniów słówek, może po
prostu odpytać ich z podanej listy albo też nakłonić dzieciaki do
wymyślenia własnych historyjek, w których pojawi się nowe słowo. W tym
drugim przypadku nowe słówko zyskuje od razu tak potrzebny indywidualny
kontekst. Wszystkie słówka, które zdarzało mi się w życiu tępo wykuwać z listy, wyleciały mi z głowy. Tymczasem są takie, które usłyszałem tylko
raz, ale natychmiast ich użyłem i włączyłem je do mojego słownika.



Z drugiej strony nie wolno nam ulegać pokusie, by ścigać się i rywalizować z oprogramowaniem komputerowym i sztuczną inteligencją. Pod
względem tempa pracy, precyzji i wydajności przegramy z nimi na pewno.
Znacznie ważniejsze jest, byśmy pamiętali o swoich ludzkich słabościach
– o przepraszam: przewagach! – o tym, że potrafimy z przyjemnością
przyswajać z pozoru niepotrzebną wiedzę (robiąc przy tym z pozoru
niepotrzebne przerwy).



Niewątpliwie należy już w szkole uczyć dzieci informatyki i korzystania
z nowoczesnych mediów, bo bez tego w świecie przyszłości nie da się
funkcjonować. Ale nie możemy zaczynać myśleć niczym komputerowy
algorytm. Tym, co umożliwia nam tworzenie nowych koncepcji i dostrzeganie wzajemnych zależności, są takie przedmioty, jak historia,
nauki przyrodnicze, języki obce czy filozofia, krótko mówiąc: porządne
wykształcenie ogólne. Za każdym razem, gdy idę do mojego instytutu we
Frankfurcie, mijam po drodze budynek Starej Opery. Nad wejściem widnieje
napis: DEM WAHREN SCHÖNEN GUTEN (Dla prawdy, piękna, dobra). Ów antyczny
ideał, obrany przez Schillera za motto dla całej epoki literackiej,
którą miał współtworzyć, zajmuje w pamięci komputera 26 bitów i łatwo da
się go nauczyć na pamięć. Ale w takiej postaci nic jeszcze nie znaczy.
Tymczasem można raz pójść do opery i być może natychmiast zrozumieć, „co
poeta miał na myśli”. Wtedy hasło nabiera sensu.



Z powyższego rozdziału dowiedzieliście się, w jaki sposób tworzymy o wiele skuteczniejsze kategorie myślenia. Jeśli przyswajamy wiedzę
stopniowo, robiąc niewielkie przerwy, powoli wyłania się z niej pewna
ogólna koncepcja. Gdy raz ją pojmiemy, możemy natychmiast przenosić taką
zasadę na inne pola. Jest to coś, co potrafi robić tylko człowiek.
Komputer, działający na zasadzie deep learningu, po samodzielnym
przeanalizowaniu milionów obrazów zorientuje się zapewne, że krzesło to
najprawdopodobniej obiekt z czterema nogami, siedziskiem i oparciem. Dla
nas jednak krzesło to nie abstrakcyjny przedmiot o szczególnym
kształcie, tylko coś, co służy do siedzenia. I gdy raz to sobie
uświadomimy, nagle zaczynamy dostrzegać krzesła wszędzie wokół siebie, a posiłkując się tą wiedzą, możemy wymyślać, dopracowywać i projektować
nowe krzesła. Ostatnio na przykład w moim domu pojawiła się jedna z tych
wielkich gumowych piłek. Mój mały sąsiad opisał ją bardzo precyzyjnie:
„O, piłka!”. Ale gdy na niej usiadłem, stwierdził: „O, krzesło!”.
Spróbujcie nauczyć tego komputer.




  
    		
      
    O bardziej zaawansowanych algorytmach informatycznych korzystających z inspiracji pracą mózgu oraz inspirujących nas do doskonalenia tej pracy
można poczytać w przygotowywanej obecnie książce B. Christiana i T.
Griffithsa (Feeria Science, Łódź 2018) – przyp. red. pol. [wróć]





  




  


Rozdział 3. Pamięć



Rozdział 3




  [image: ]




PAMIĘĆ



Dlaczego fałszywe wspomnienie jest lepsze niż żadne



Czternastego października 1994 roku Tomowi
Rutherfordowi zawalił się świat: ów amerykański duchowny musiał
zrezygnować z funkcji pełnionej w swojej parafii po tym, jak córka
posądziła go o wykorzystywanie seksualne. Dwudziestojednoletnia kobieta
twierdziła, że pomiędzy siódmym a czternastym rokiem życia była
wielokrotnie wykorzystywana przez ojca. Zeznała nawet, że zaszła w ciążę, ale pod jego presją musiała ją usunąć za pomocą drucianego
wieszaka – i to w obecności własnej matki. Aż trudno to sobie wyobrazić.



Rutherford stracił pracę, odwrócili się od niego przyjaciele, z trudem
zarabiał na życie, imając się dorywczych zajęć. I oto rok później do
wiadomości publicznej podano, co następuje: jego córka wciąż jest
dziewicą. Żywe w jej pamięci wspomnienia wykorzystywania seksualnego
pojawiły się dopiero w trakcie wielotygodniowej terapii, która miała
pomóc jej w opanowaniu stresu. Podczas ponad sześćdziesięciu sesji za
pomocą odpowiednio skonstruowanego kwestionariusza u Beth Rutherford
wygenerowano sztuczne wspomnienie wydarzeń, które nigdy nie zaistniały.



W zamierzeniu wcale nie musiało to być szkodliwe. Terapeuta być może
próbował jedynie pomóc pacjentce przepracować nierozwiązane problemy z przeszłości. Jednak jej nadmiernie wybujała fantazja sprawiła, że w pewnym momencie nie była już w stanie oddzielić owych „wspomnień” od
rzeczywistości. Dopiero gdy orzeczenie ginekologiczne nie zostawiło
najmniejszych wątpliwości odnośnie do jej stanu, odwołała zeznania i zaskarżyła swojego terapeutę o milion dolarów odszkodowania, żeby w ten
sposób zwrócić uwagę opinii publicznej na niebezpieczeństwo fałszywych
wspomnień1.



Trzeba przyznać, że to wyjątkowo drastyczny przypadek. Jednak błędy i pomyłki wymiaru sprawiedliwości w aż trzech czwartych przypadków
wynikają z mylnych zeznań świadków2. Oto
znajdują się osoby twierdzące, jakoby pod wpływem diabelskich knowań
zaszły w ciążę, choć nigdy w ciąży nie były3. Skazani spędzają dziesiątki lat za kratkami,
bo świadkowie rzekomo widzieli ich podczas morderstwa, i dopiero test
genetyczny ostatecznie wykazuje, że sprawcą był ktoś inny4. To przerażająca wizja – a jednocześnie
rzeczywistość, ponieważ w większości przypadków świadkowie oskarżenia
bynajmniej nie są świadomi, że ich wspomnienia wyrwały się spod
kontroli. Żaden klasyczny wykrywacz kłamstw nie wykaże, że mijają się z prawdą. Świadkowie bowiem są święcie przekonani, że ich zeznania są
prawdziwe. Dlatego też do zeznań naocznych świadków zawsze trzeba
podchodzić z należytą ostrożnością.



Nie tylko sędziowie, lecz także historycy mają spory kłopot z oceną
wartości zeznań świadków wydarzeń. Wciąż trwa gorąca dyskusja na temat
tego, czy podczas bombardowań Drezna w 1945 roku strzelano z myśliwców
uderzeniowych bezpośrednio do ludzi. Dziesiątki drezdeńczyków pamiętają
ponoć takie sceny z młodości, jednak podczas nalotu dywanowego na Drezno
manewr z nurkowaniem byłby niemal niemożliwy do przeprowadzenia, nie
potwierdza go też żaden wojskowy raport. Mamy więc tutaj obrazowe
opowieści świadków przeciw suchym raportom. I komu jesteście skłonni
uwierzyć?



Najwyraźniej sami fałszujemy własne wspomnienia. „Nie ja! – powiecie
pewnie. – Wiem przecież, co mi się przydarzyło”. Ale sprawa wcale nie
jest taka oczywista. Przeprowadźmy mały test. Pamiętacie z grubsza listę
słów z poprzedniego rozdziału? (Nie zaglądać!). To spójrzcie teraz na
poniższe cztery słowa – tylko jedno z nich rzeczywiście było na liście.
Które?



Spanie


Fenoksyetanol


Jagoda


Lotniskowiec



Jasna sprawa, „lotniskowiec” na pewno nie. „Fenoksyetanol” też odpada. A jak z pozostałymi dwoma? Zastanówcie się jeszcze przez chwilę.
Spróbujcie przywołać w pamięci tamtą listę. Tylko jedno słowo się
zgadza, ale które: „spanie” czy „jagoda”?



Nie mam wątpliwości, że moi czytelnicy są bystrzy, dlatego z pewnością
zauważyli, że spośród podanych pojęć na liście nie było oczywiście
żadnego. A mimo to większość ludzi będzie się zastanawiać nad „spaniem”
i „jagodą” – albo nawet nabierze pewności, że chodziło o jagodę. Koniec
końców, pasuje przecież do ogólnego obrazu.



Przyznaję, że świadomie was podpuściłem, ponieważ, po pierwsze, z premedytacją udzieliłem fałszywej informacji (mówiąc, że jedno z powyższych pojęć z pewnością było na liście). Po drugie, lista zawiera
więcej niż jedno słowo klucz (sen, noc, truskawka, malina), które
doskonale można połączyć ze „spaniem” lub „jagodą”. Po trzecie, za
sprawą dwóch słów silnie kontrastujących z całością (lotniskowiec,
fenoksyetanol) dwa pozostałe wydają się bardziej prawdopodobne. Być może
w rezultacie wytworzyliście u siebie fałszywe wspomnienie i uwierzyliście, że przypominacie sobie na liście słowo „jagoda”. Ale nie
martwcie się. Na kolejnych stronach dowiecie się, dlaczego nie jest to
wcale usterka, tylko kolejny atut naszego mózgu.



Orkiestra wspomnień



W tym miejscu chciałbym jeszcze raz odwołać się (tym razem bez ukrytych
celów czy podwójnego dna) do waszych wspomnień z poprzedniego rozdziału:
informacje i treści w mózgu nie są statycznymi całostkami, wręcz
przeciwnie: mogą podlegać zmianom. A to dlatego, że nie rejestrujemy
świata czymś w rodzaju biokamery, żeby potem zapisać nagrany film i w tej formie zachować go na wieczne czasy. Raczej wygląda to w ten sposób,
że cały czas majstrujemy przy swoich wspomnieniach, które stanowią
konstrukcję bardzo dynamiczną.



Dynamiczną, czyli mogącą się szybko zmieniać. Ostatni raz posłużę się tu
metaforą orkiestry z poprzedniego rozdziału. Podobnie jak orkiestra może
szybko porzucić wykonywanie jednego utworu muzycznego na rzecz drugiego,
tak i mózg szybko może zmienić jedną informację na drugą. Oprócz tego na
wykonanie utworu za każdym razem pewien wpływ wywierają sami muzycy
(komórki nerwowe) – zasadniczy temat (informacja) pozostaje identyczny,
ale zmienia się charakter wykonania.



Cała nasza pamięć jest swoistym konstruktem, ponieważ, ściśle biorąc,
kiedy sobie coś przypominamy, wcale nie „przywołujemy” tego wspomnienia
z pamięci. W znacznie większym stopniu za każdym razem tworzymy je na
nowo, tak samo jak orkiestra za każdym razem na nowo wykonuje dany utwór
muzyczny (i zawsze robi to troszkę inaczej). W momencie gdy nasze
komórki nerwowe zakończą bieżącą działalność „wspominkową”, samo
wspomnienie wprawdzie umyka, ale wciąż jest w pewnym sensie
zmagazynowane w pamięci. W przypadku orkiestry taką pamięć można
porównać do zdolności muzyków słuchania się nawzajem, do orientacji,
kiedy dokładnie wchodzi dany instrument, i do umiejętności wpasowania
się w grę innych. W mózgu informacja jest zmagazynowana w punktach
kontaktowych pomiędzy neuronami, tak by przy następnej okazji dało się
ją ponownie „wzbudzić”. Krótko mówiąc, pamięć to zdolność sieci
neuronowej do wzbudzenia określonego stanu aktywności (odpowiadającego
danej informacji, myśli, wspomnieniu).



Żeby orkiestra mogła zagrać nowy utwór, a sieć neuronowa zmagazynować
nową informację, potrzebne są zatem trzy kolejne etapy działania. Muzycy
najpierw odgrywają nowy utwór po raz pierwszy, następnie go ćwiczą,
wzajemnie się dopasowując, by wreszcie podczas koncertu odwołać się do
nabytych umiejętności i wykonać go publicznie. Oczywiście bardzo ważne
jest, by możliwie bezbłędnie oddać każdą zapisaną nutę. I tu właśnie
mózg zasadniczo różni się od orkiestry. Nie odgrywa on bowiem tych
samych nut w tej samej, ustalonej wcześniej kolejności, tylko w każdym
podejściu odrobinę zmienia melodię. Celem mózgu nie jest odtworzenie
(aktywacja) określonych treści – nie ma przecież żadnego dyrygenta. O wiele ważniejsze jest osiągnięcie takiego poziomu gry, by całość
brzmiała płynnie, by powstał spójny obraz całości i jeszcze to, by praca
ta nie kosztowała neuronów zbyt wiele energii. A to może oznaczać, że
dana informacja będzie się z czasem zmieniać, szczególnie wtedy, gdy
często do niej sięgamy.



Jak więc widać, nasza pamięć jest narażona na rozmaite zagrożenia na
każdym etapie: podczas rejestrowania zdarzeń, w trakcie ich późniejszego
utrwalania i wreszcie podczas przywoływania wspomnień.



Kruchość pamięci



Nawet jeśli wyuczymy się jakiejś treści i w ten sposób ją „zapiszemy”,
wspomnienie może z czasem ewoluować. Często dzieje się tak dlatego, że
nowe informacje są tym łatwiej przetwarzane, im większą powierzchnię
mózgu angażują. Dlatego aby lepiej coś zapamiętać, często „zagęszczamy”
wspomnienie dodatkowymi informacjami. Na tym właśnie opierają się
niektóre mnemotechniki, zalecające, by do zapamiętywanych pojęć (np.
słówek) dokładać wymyślone historyjki i obrazki, dzięki czemu pojęcia
nie ulecą nam tak łatwo z głowy. Coś podobnego dzieje się w naszym mózgu
zupełnie automatycznie – i niekiedy idzie trochę za daleko.



Chcąc przebadać błędy ludzkiej pamięci w kontrolowanych warunkach w laboratorium, trzeba owe błędy wcześniej sztucznie wygenerować.
Wypróbowanym sposobem jest tu pewien test, nazywany metodą DRM (od
pierwszych liter nazwisk twórców: Deese’a, Roedigera i McDermotta).
Polega ona na przedstawieniu badanym listy pojęć, które muszą sobie
szybko przyswoić. Przeczytajcie więc uważnie poniższą listę dwa albo
trzy razy:



Ciężarówka, ulica, jechać, kluczyki, garaż, SUV, autostrada,
przyspieszyć, stacja benzynowa, autobus, kombi, kierownica, przegląd
techniczny, silnik, wyprzedzać.



Całą operację powtarza się następnie z kolejnymi listami, a na
zakończenie daje się badanym trochę czasu na zastanowienie lub odrywa
się ich uwagę od list krótkim ćwiczeniem na koncentrację. Żeby osiągnąć
z wami podobny efekt, ciągnę dalej to zdanie, wtrącam dodatkowo
niepotrzebne zdanie, dodaję coś nieistotnego (pobocznego) w nawiasie –
wszystko po to, by trochę oderwać was od listy. A teraz proszę nie
zerkać do góry! Bardzo proszę od razu przejść na kolejną stronę!



Zadanie. Które pojęcie(a) przeczytaliście wcześniej na liście:



Kierownica, auto, siedzenie, motocykl, kontrola.



Ewentualnie mógłbym też poprosić o wypisanie zapamiętanych przez was
pojęć, żeby porównać je z listą i sprawdzić, czy nie dodaliście czegoś
od siebie. Jak zauważyliście, jest to wariant ćwiczenia z początku
niniejszego rozdziału. Co ciekawe, za sprawą przemyślnej konstrukcji
tego eksperymentu (nie w tak ograniczonej formie, jak mogłem to zrobić w książce) udaje się doprowadzić blisko 80 procent badanych do tego, by
„rozpoznali” obce pojęcia jako rzekomo pamiętane z listy. Mówiąc
bardziej precyzyjnie, udaje się wygenerować u nich fałszywe
wspomnienia5.



Przyczyną takich kłopotów z pamięcią jest sposób, w jaki informacje są
od samego początku porządkowane w mózgu. Czytając listę pojęć,
przetwarzacie je najpierw w obszarach mózgu sąsiadujących z karkiem i odpowiedzialnych za „obróbkę” obrazów. Jednak żeby dane pojęcie dotarło
do nas również w sensie merytorycznym, potrzebna jest także obróbka
semantyczna, czyli zrozumienie znaczenia danego wyrazu. Proces ten
zachodzi w korze przedczołowej, a mówiąc dokładniej w jej przedniej i bocznej części (dla fanatyków precyzji: w brzuszno-bocznej części kory
przedczołowej, określanej angielskim skrótem VLPFC – ventrolateral
prefrontal cortex). Z badań wynika, że prawdziwe i fałszywe wspomnienia
wytwarzane są w niemal identyczny sposób. Co prawda, w przypadku tych
prawdziwych nieco bardziej aktywny jest obszar odpowiedzialny za
przetwarzanie obrazów; można powiedzieć, że wciąż jesteśmy bliżej
„surowych” informacji docierających z otoczenia. Jednak do dalszej ich
obróbki mózg angażuje przede wszystkim te same rejony co przy
wspomnieniach fałszywych6. Inaczej mówiąc,
nie ograniczamy się do postrzegania rzeczywistości, ale sami
kształtujemy sobie jej obraz. Nadajemy znaczenie, układamy informacje
(pojęcia) w odpowiedniej szufladce.



Od razu odsyłam tutaj do rozdziału 11, w którym będzie mowa o konsekwencjach takiego przesadnie szufladkującego myślenia, w tym
miejscu pozwolę sobie zaś podkreślić coś innego: to, że wymyślone
wspomnienia powstają w ten sam sposób co te zgodne z prawdą. Oczywiście
w nieco mniejszym stopniu są one naładowane „prawdziwym” doświadczeniem
zmysłowym, jednak później zostają wkomponowane w tę samą sieć. A gdy już
raz do tego dojdzie, jest po zawodach. Z perspektywy czasu mózg nie jest
w stanie oddzielić fałszywego wspomnienia od prawdziwego. Od tej pory
nie ma już dla niego różnicy między fantazją a tym, co realne. Albo, by
zacytować klasykę filmu neurologicznego, czyli Matrix: „Your mind
makes it real” (twój umysł to urealnia). Nieważne, czy to naprawdę
istnieje, czy nie. W gruncie rzeczy wspomnienia zawsze opisują
wyimaginowany świat wytworzony przez nasz mózg.



Zanim jednak całkowicie pochłonie nas fundamentalna dyskusja na tematy
filozoficzne i epistemologiczne, wróćmy jeszcze do tego, w jaki sposób
mózg konstruuje wspomnienia. Proces ten podlega zaburzeniom nie tylko
dlatego, że od samego początku próbujemy wpasować nowe strzępy
informacji w znane wzorce i szufladki, ale również dlatego, że
oddziałują nań nasze uczucia i otaczający nas ludzie.



W pułapce uczuć



Błędy popełniamy nie tylko podczas magazynowania w pamięci pojęć czy
list słów, lecz także w trakcie zapamiętywania kontekstu społecznego
danej informacji. Ostatecznie bowiem to nie sama informacja jest
najważniejsza, ale to, kto, co, jak, kiedy i komu powiedział. Żeby to
zbadać, uczestnikom eksperymentu przedstawiono rozmaite nagrania. Na
jednych mówca zwracał się wprost do badanych, a na innych kierował
spojrzenie nieco w bok. Ten prosty zabieg wywierał wpływ na
zapamiętywanie – co prawda, nie treści wypowiedzi (ta była pamiętana
równie dobrze w obu przypadkach), ale jej kontekstu sytuacyjnego:
większość badanych fałszywie przypominała sobie, że mówca w filmie
zwracał się do nich bezpośrednio, mimo że oglądali nagranie osoby, która
nie patrzyła wprost do kamery7.



Chociaż hipokamp (który, jak już wiemy, zawiaduje w mózgu pamięcią)
bezbłędnie „zapisał” treść wypowiedzi, sąsiadujący z nim obszar mózgu –
przedni zakręt kory obręczy – zadbał o mylne zapamiętanie sytuacji
komunikacyjnej i wykazał się nadmierną aktywnością przy tworzeniu
fałszywych wspomnień. Najwyraźniej odnosimy przyswajane informacje
bezpośrednio do nas samych i nie potrafimy zapamiętywać ich obiektywnie.



Na tym nie koniec. Do wypaczenia wspomnień przyczyniają się także
emocje, co widać nawet w prostym teście, takim jak na stronie 64. Gdy
przed zapamiętywaniem list słów narażono badanych na silny stres, każąc
im publicznie zabierać głos, a potem jeszcze rozwiązać podchwytliwy test
z mate