Główna 27 śmierci Tony’ego Obeda

27 śmierci Tony’ego Obeda

0 / 0
Jak bardzo podobała Ci się ta książka?
Jaka jest jakość pobranego pliku?
Pobierz książkę, aby ocenić jej jakość
Jaka jest jakość pobranych plików?
To też jest Kanada: siedem zapałek w słoiku, sny o czubkach drzew, powiewające na wietrze czerwone suknie, dzieci odbierane rodzicom o świcie. I ludzie, którzy nie mówią, że są absolwentami szkół z internatem. Mówią: jesteśmy ocaleńcami. Przetrwaliśmy.
– Zniszczono cały nasz naród. Nigdyśmy się nie podnieśli. W Europie ekscytujecie się modą na Kanadę, bo patrzycie na nią przez kolorowe skarpetki naszego nowoczesnego premiera. Ale prawda mniej się nadaje do lajkowania – powiedział autorce jeden z bohaterów tej książki.
Joanna Gierak-Onoszko spędziła w Kanadzie dwa lata, sprawdzając, co ukryto pod tamtejszą kulturową mozaiką. W swoim reportażu autorka kreśli obraz Kanady, który burzy nasze wyobrażenia o tym kraju.
Dlaczego Kanada ściąga dziś z pomników i banknotów swoich dawnych bohaterów? Jak to możliwe, że odbierano tam dzieci rodzicom? Czyja ręka temu błogosławiła?
27 śmierci Toby’ego Obeda to reporterska opowieść o winie i pojednaniu, zbrodni bez kary i ludziach, którzy wymykają się przeznaczeniu.
Rok:
2019
Wydanie:
1
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Dowody na Istnienie
Język:
polish
ISBN 13:
9788365970343
Plik:
EPUB, 778 KB
Ściągnij (epub, 778 KB)

Możesz być zainteresowany Powered by Rec2Me

 

Najbardziej popularne frazy

 
0 comments
 

To post a review, please sign in or sign up
Możesz zostawić recenzję książki i podzielić się swoimi doświadczeniami. Inni czytelnicy będą zainteresowani Twoją opinią na temat przeczytanych książek. Niezależnie od tego, czy książka ci się podoba, czy nie, jeśli powiesz im szczerze i szczegółowo, ludzie będą mogli znaleźć dla siebie nowe książki, które ich zainteresują.
1

That's That.

Tahun:
1972
Bahasa:
english
Fail:
PDF, 4.59 MB
0 / 0
2

Donkere ogen

Tahun:
2019
Bahasa:
dutch
Fail:
EPUB, 281 KB
0 / 0
WARSZAWA 2019





Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

jnzabinski@gmail.com





Joanna Gierak-Onoszko 27 ŚMIERCI TOBY’EGO OBEDA,

wydanie pierwsze, Warszawa 2019



Copyright © by Joanna Gierak-Onoszko, 2019

Copyright © for this edition by Fundacja Instytut Reportażu, 2019



REDAKCJA

Olga Gitkiewicz



KOREKTA I POPRAWNOŚĆ JĘZYKOWA

Justyna Tomas, Paweł Wielopolski



REDAKCJA MERYTORYCZNA

dr Tomasz Soroka



PROJEKT GRAFICZNY I TYPOGRAFICZNY SERII I OKŁADKI

Magdalena Wdowicz-Wierzbowska



ADAPTACJA PROJEKTU OKŁADKI

Dominika Jagiełło/OneOnes Creative Studio/

www.behance.net/OneOnes



SKŁAD I ŁAMANIE

Michał Wysocki



GRAFIKI NA OKŁADCE

Flatcat, Macro Icon, Top Vectro Stock, lana rinck/Shutterstock



OPRACOWANIE TECHNICZNE

Czarne Na Białym



ISBN 978-83-65970-34-3



REDAKTOR NACZELNA WYDAWNICTWA

Julianna Jonek-Springer



Wydanie elektroniczne 2019





Wydawnictwo Dowody na Istnienie

Imprint Fundacji Instytut Reportażu

Gałczyńskiego 7, 00-362 Warszawa

www.dowody.com

dowody@instytutr.pl, promocja@instytutr.pl



Konwersja publikacji do wersji elektronicznej





SPIS TREŚCI

Dedykacja



1. 27 ŚMIERCI TOBY’EGO OBEDA



2. SZEPT PHILA FONTAINE’A



3. DZIECI ŚWIĘTEJ ANNY



4. NIEBO HENRY’EGO PITAWANAKWATA



5. TAJEMNA ŚCIEŻKA CHANIEGO WENJACKA



6. LUSTRO NA URODZINY



7. TATUAŻE TOBY’EGO SICKSA



8. KUCHNIA JONATHANA KAYA



9. KAMIEŃ STEVENA COOPERA



10. DZIECI ŻÓŁWIEJ WYSPY



11. ŚMIECH ROBYN BOURGEOIS



12. UŚCISK MICHAELA WHITE’A



13. PIÓRO MICHAELA CHEENY



14. PTASZYNKA



15. SŁOWA ANGELI SHISHEESH



16. SERCE EVELYN KORKMAZ



OD AUTORKI



WYBRANA BIBLIOGRAFIA



Przypisy





Dla Macieja, Jaśka i Staszka





1. 27 ŚMIERCI TOBY’EGO OBEDA





Kiedy Toby Obed wreszcie się budzi, jest już wiosna.

Leży na wznak w niekrochmalonej pościeli, nie poznaje sufitu i ścian dookoła. Jeszcze przed chwilą spał spokojnym, farmakologicznym snem, a teraz jego neurony świecą do białości, usiłując poradzić sobie ze wszystkimi informacjami naraz.

Gdzie jestem? Dlaczego;  boli? Czy w końcu przestanie?

Toby rozgląda się, szuka widoku za oknem, jakiegoś punktu zaczepienia. Ale jego wzrok wciąż ucieka na środek łóżka. To miejsce, gdzie powinny być teraz jego nogi i stopy, ale przykrywająca Toby’ego kołdra leży płasko.

Toby myśli, że ma halucynacje – tak się czasem zdarza po większym piciu. Chce przetrzeć powieki, podnosi do oczu ręce.

Ale poniżej lewego łokcia nic już nie ma.

Patrzy w prawo. To, co zostało z drugiej dłoni, jest zawinięte w gruby bandaż.

– Chwileczkę! Gdzie się podziały moje nogi? I coście, kurwa, zrobili z moimi rękami?!

Nad łóżkiem pochyla się kobieta w białym fartuchu.

– Tak się cieszę, że się obudziłeś! Nie byliśmy pewni, czy się uda. Toby, jesteśmy w szpitalu w St. John’s, w stolicy Nowej Fundlandii i Labradoru. Już marzec. Niedawno były twoje dwudzieste drugie urodziny. Powiem ci, że naprawdę masz co świętować.

Ale Toby nie zgadza się ani na marzec, ani na nowe, okrojone ciało. Nie pamięta, żeby ktoś z nim te zmiany ustalał.

Ostatnie, co pamięta, to impreza w Happy Valley-Goose Bay, ponad tysiąc sześćset kilometrów na północ od jego łóżka, które od dziś będzie zawsze wydawać się za długie.

* * *

Goose, jak mówi się o nim na co dzień, to miasteczko na półwyspie Labrador – w tej części Kanady, która jednocześnie sięga na wschód, do Atlantyku, i na północ, w stronę Arktyki. Mieszka tu dziś nieco ponad osiem tysięcy ludzi. Goose powstało z połączenia dwóch miejscowości: Szczęśliwej Doliny i Zatoki Gęsi, ale sielska nazwa miasteczka jest myląca. Bo powodem jego istnienia jest wojna.

W latach czterdziestych gazety pisały, że w Morzu Labradorskim pojawiają się wieżyczki niemieckich U-Bootów. Od kiedy do wojny przystąpiły USA, było jasne, że w tym rejonie musi jak najszybciej powstać silna baza wojskowa, by bronić kontynentu. Do Goose na budowę ściągano mężczyzn ze wsi rozsianych po całej labradorskiej ziemi. Pracowali na kilka zmian. Aprowizacja liczyła, że dziennie potrzebowali od czterech do pięciu tysięcy paczek papierosów.

Robotnicy dostawali ułamek wynagrodzenia ludzi pracujących w głębi kraju, ale nie narzekali. Żalili się tylko na jedno – żeby przenieść się do pracy na budowie, musieli pozamykać domy. A to oznaczało tyle, że przed wyjazdem musieli pozabijać swoje psy.

W 1943 roku Goose było uznawane za największe lotnisko na świecie. Po wojnie zostało ważnym skrzyżowaniem, przez które biegną lotnicze, asfaltowe i morskie ścieżki Labradoru. W czasach pokoju szkoliły się tu jednostki NATO, a zarządzane przez wojsko tereny miały być zapasowym lądowiskiem dla pojazdów kosmicznych NASA.

Ale Goose na zawsze zostało miastem zapasowym. Ominęła je wojna, nie wylądował tu żaden prom kosmiczny, a oddziały NATO wycofały się z bazy w 2010 roku. Dziś przyjeżdża się tu po telefony satelitarne – można je wypożyczyć za darmo, nim wyruszy się w trasę po okolicy, co ma ułatwić pracę policji i ekipom poszukiwawczym, gdyby turysta zabłądził. Połykając kilometry w drodze przez Labrador, można wpaść do Goose na kiełbaski z mięsa karibu albo na panierowane dorszowe języczki. Kiedyś było to jedzenie biedoty, a dziś elegancka przystawka w cenie trzynastu dolarów[1] za porcję.

W Goose robi się też duże zakupy – to stąd łodzie, skutery śnieżne i lądujące na wodzie samoloty wiozą zapasy w kierunku maleńkich miejscowości położonych w mało gościnnych fiordach i zatoczkach Labradoru.

Mieszkańcy tej krainy mówią, że nigdzie na świecie nie jest się tak daleko od życia jak tutaj. Można znaleźć ścieżki, po których nikt wcześniej nie stąpał. Góry, których nikt nie zdobył. Widoki, którymi nie miał się kto zachwycać. To właśnie jest Labrador, Wielka Kraina. Tu słychać, jak rusza się Ziemia, powiadają.

Ale miasteczko, które nazywa się Szczęśliwą Doliną i Zatoką Gęsi, nie przyniosło Toby’emu Obedowi szczęścia. To tutaj Toby umarł po raz dwudziesty szósty.

Było to tuż przed dwudziestymi drugimi urodzinami, osiemnaście lat po pierwszej śmierci.

* * *

Kiedy mieszka się w maleńkiej osadzie wielorybników na dalekim Labradorze, wyprawa do Goose jest wielką odmianą. Toby wybrał się tam, żeby odwiedzić kuzyna. Dawno się nie widzieli, otworzyli butelkę. Potem przyszedł kolega:

– Co tam słychać, no to się może napijemy.

Napili się.

Resztę dopowie pielęgniarka.

– Policjanci znaleźli cię w śniegu dopiero następnego dnia. Byli przekonani, że nie żyjesz.

Toby trafił do Miller Center, placówki dla weteranów wojennych, gdzie chirurdzy, rehabilitanci, psycholodzy i protetycy holują okaleczonych ku życiu. Lekarze utrzymywali Toby’ego w śpiączce farmakologicznej przez dwa miesiące, próbując go wyciągnąć z głębokiej hipotermii.

– Udało się, ale musieliśmy cię amputować – powie nad łóżkiem pielęgniarka.

– Nie wiem, co ty do mnie mówisz, kobieto. Oddajcie mi moje nogi! Oddaj mi natychmiast moją rękę!

– Jesteś dzieckiem szczęścia, Toby. Bardzo ci współczuję.

* * *

Od tamtej nocy minęło ćwierć wieku. Wiosną 2018 roku Toby Obed ma czterdzieści siedem lat, a jego lustrem jest pięciuset Inuków z Wioski Nadziei.

Zanim przybyli tu Europejczycy (w tym portugalski władca ziemski, czyli lavrador), na tych ziemiach mieszkały rdzenne społeczności, takie jak Inuici oraz Innu. Jedni drugich przezywali „Eskimosami”: eskimo to zjadacz surowego mięsa. Termin ten przejęli biali antropolodzy i archeolodzy, dla których Eskimosi to zbiorcza, pojemna nazwa ludzi Północy: od Labradoru przez kanadyjską Arktykę i Alaskę aż po Kamczatkę.

W Europie nadal tak się mówi. Za to w Kanadzie tego języka już nie wypada używać, bo jest narzucony, dyskryminujący, krzywdzący. Mieszkańcy północnych prowincji nazywani są tu teraz tak, jak sami sobie życzą. W ich języku, czyli w inuktitut, Inuk oznacza człowieka, istotę ludzką, a inuit – ludzką społeczność.

I tak właśnie widzi ich i siebie Toby Obed – nie jak eksponaty, lecz jak ludzi.

Garnie się do nich, bo są jednocześnie jego lustrem i dowodem tożsamości, ważniejszym od kanadyjskiego paszportu.

– Cieszę się, gdy któryś sąsiad wtrąci tak przy okazji: och, Toby, zrobiłeś dokładnie taką samą minę jak twoja matka. Albo: chodzisz zupełnie jak twój ojciec, z daleka można by was pomylić. Jestem wtedy taki szczęśliwy! Bo to znaczy, że oni jednak byli – a teraz zostałem po nich ja.

Najważniejsze dla Toby’ego słowa: „Ty to jesteś cała matka”.

Kiedy Toby chce zobaczyć mamę, sięga prawą ręką do policzka. Gładka, napięta skóra, bez porów, bez jednej zmarszczki. Wysokie, mocne kości policzkowe. Nad nimi głęboko osadzone, wąziutkie oczy schowane pod grubymi, czarnymi brwiami. Włosy Toby’ego to pieprz i sól. Czarne i lśniąco białe, nic pośrodku. Gęste i sztywne, długie aż do drobnej, trójkątnej brody.

Czy takie właśnie, druciane włosy miała mama? Czy takie oczy, małe, czarne, że aż trudno odróżnić źrenicę od tęczówki?

Tego Toby nie wie.

– Nie mam żadnego zdjęcia. Nie pamiętam, jak wyglądała. Nie wiem więc, skąd jestem i po co.

* * *

Imię Tobijahu w języku hebrajskim oznacza „Jahwe jest mym skarbem”. To słowo pocieszenia dla kogoś, kto stracił wszystko i nie ma nadziei. W tradycji Starego Testamentu Tobiasz ślepnie i umęczony błaga Boga o śmierć. Ale Bóg ma wobec niego inne plany. Święta księga uczy, że wielkie cierpienie Tobiasza nie stanowi dla niego kary, lecz życzliwą próbę. Kochający Bóg najpierw zsyła męki, lecz za posłuszeństwo i lojalność przewiduje w swoim czasie nagrodę. To opowieść dydaktyczna – ciosy od losu trzeba rozumieć jako znaki od miłosiernego Boga.

Prorocze imię dała Toby’emu matka.

Dzieci miała pięcioro. Trudno było im wytrzymać w domu. Rodzice nie za dużo się nimi zajmowali. Pili. Emily i Sonny, czyli Syneczek, byli starsi mniej więcej o dziesięć lat od reszty dzieci. To oni opiekowali się maluchami: Sarą, Eliasem i Tobiasem.

Skąd w odległej wielorybniczej osadzie takie imiona?

Kiedyś to miejsce nazywało się Arvertok, co w języku Inuitów oznacza Miejsce Wielorybów. Na wieloryby polowano tu w miesiącach zimowych – Inukowie mieszkali wtedy w domach ukrytych głęboko w surowej, niegościnnej ziemi, częściowo tylko widocznych ponad jej powierzchnią. Chowali się tam przed dojmującym wiatrem, a z wiosną, gdy kończył się sezon na wieloryby i foki, przenosili się w głąb lądu. Brali ze sobą namioty z foczej skóry, szli polować na mięsodajne karibu. Schylali się po owoce, które oszczędnie wydzielała tundra, i szykowali się do przetrwania kolejnej zimy.

Ten rytm zaburzyli mieszkańcy Starego Kontynentu, pochodzący z Moraw niemieccy menonici, misjonarze z protestancką etyką pracy. Przygnał ich tu imperatyw pomnażania majątku i zapełniania kościelnej scholi. Nie rozumieli ludzi podążających niespiesznie za cyklem natury. Żarliwie pragnęli harować w trudnych warunkach w imię handlu – Europa miała wielki apetyt na naturalne, ciepłe futra. Na tym wyrosły fortuny, o których dziś mówi się w Kanadzie „stare pieniądze”. Morawscy osadnicy zachwycili się płytkimi wodami pełnymi fok i gęstymi lasami pełnymi lisów. W 1782 roku przemianowali Miejsce Wielorybów na niemieckie Hoffenthal, Wioskę Nadziei.

Przywieźli to samo, co zazwyczaj brali ze sobą ci, którzy mówili, że odkrywają nowe lądy: słowo Boże, narzędzia, broń, warzywa i choroby. Do tej pory Inukowie jedli zwierzęta – żuli surowe mięso, wysysali z kości szpik, zjadali wątrobę, nerki oraz przede wszystkim żołądki wraz z lekko nadtrawioną, zazwyczaj roślinną zawartością. Ich dieta była wysokobiałkowa, wysokotłuszczowa, pełna witamin i właściwie pozbawiona cukru. Ale pojawili się Europejczycy z marchwią, burakami i ziemniakami. Z sypkim cukrem i białą mąką. Mieszkańcy Labradoru zaczęli tracić zęby i chorować. Cukrzyca, miażdżyca, nowotwory – to też były dary, jakie przywieźli ze sobą biali osadnicy. Do dziś Labrador się po nich nie podniósł. Do dzisiaj żyje się tu średnio dziesięć lat krócej niż w innych częściach Kanady.

Menonici zdobywali te ziemie waltornią i puzonem. Biorąc Haydna i Bacha na sojuszników, wierzyli, że Inuici zachwycą się barokowymi mszami i otworzą dusze na obcego Boga. Do dziś w najmniejszej nawet osadzie można znaleźć orkiestrę dętą, grającą kantaty Bacha na pustkowiu kanadyjskiej tundry.

Misjonarze z radością dzielili się nutami, ale mówili, że ich Bogu nie podoba się, jak sypiają ze sobą gospodarze: bez sakramentu, w kilkoro, przy dzieciach. W lokalnej tradycji życiowy partner czy życiowa partnerka byli właśnie tym: wspólnikiem, osobą, dzięki której życie było znośniejsze albo w ogóle możliwe. Rodzina była przedsiębiorstwem do spraw przetrwania – a kochać ludzie chcieli się z tymi, którzy im się podobali, niekoniecznie z tymi, z którymi współpracowali, by przeżyć. Czasem pod jednym dachem mieszkało kilka rodzin, nie trzeba było chodzić daleko, by sięgnąć po ciepło i seks.

Misjonarze z Moraw przypłynęli, by oznajmić gospodarzom, że żyją oni w grzechu i obrażają Boga, który wiódł swój naród w upale przez piaszczystą pustynię. Mieszkańcy tych ziem nie rozumieli, co znaczy grzech, nie widzieli nigdy piaszczystej pustyni.

Dziś niemieckich osadników już tu nie ma – przegrali wojnę o futra z imperium handlowym Kompanii Zatoki Hudsona (Hudson’s Bay Company, HBC) i opuścili Wielką Ziemię. Zostały po nich kamienne groby, resztki drewnianych zabudowań menonickiej misji i zwyczaj nadawania biblijnych imion inuickim dzieciom. Z czasem, gdy tą częścią świata zawładnęła brytyjska monarchia, zmieniono nazwę – z Hoffenthal na Hopedale.

Niewiele więcej się tu zmieniło.

Dziś, kiedy wpływa się do Hopedale od strony zatoki, widok jest właściwie taki sam jak dwieście lat temu: niewielkie parterowe domki skupione wokół surowych, mało gościnnych wybrzeży Atlantyku. Osada leży na niemal jałowych skałach, ozdobionych gdzieniegdzie roślinnością tundry. Daleko od brzegu zaczyna się las, choć to nieodpowiednie słowo. Za Hopedale rozciąga się gęsta świerkowa puszcza, pełna zwierząt nieznających zapachu człowieka.

Nie zmienił się też taniec świateł. Tańczące Zorze, Aurorae Borealis, Światła Północy. Czasem widać je także w Hopedale. To firany, kolorowe kurtyny, wielkie migoczące płachty na niebie. Naukowcy twierdzą, że burza słoneczna rozpędza w kosmosie cząsteczki, które zderzają się z górną warstwą atmosfery, wyzwalając reakcje w polu magnetycznym Ziemi. Od długości fal zależy spektrum i barwa – zorze są tu zielone, turkusowe, żółte, czasem nawet liliowe.

Mieszkańcy mówią, że to po prostu jasność, na co dzień uwięziona w skałach Labradoru, próbuje wydostać się na świat. Kiedy na świat próbował wydostać się Toby, jasność była już na powrót zamknięta w kamieniach.

Jego matka prawdopodobnie klęczała wtedy na materacu, bo tak rodzi się tu dzieci, zgodnie z instynktem i grawitacją. Rodziła prosto na ręce położnej. Położne mają tu zresztą swoje sposoby: obwiązują rodzącą pasem foczej skóry, masują nim brzuch, i umiejętnie zaciskając, pomagają wypychać dziecko na szczycie każdego skurczu.

Toby z wielką wdzięcznością myśli o kobiecie z foczym pasem i z wytatuowanymi w czarne wzory dłońmi.

– Niech Bóg ma w opiece duszę tej, która sprowadziła mnie na świat, wprost na posłanie mojej matki. To pierwsza dobra myśl o moim życiu, wiele więcej ich nie mam.

Pierwsze wspomnienie Toby’ego: czerwone sukno munduru i równo przyszyte, błyszczące złote guziki. To wspomnienie nadal silne, bardzo żywe, jak uderzenie w brzuch. Zaczęło się zresztą od uderzenia, od walenia pięściami w drzwi.

Potem do domu weszły obce kobiety i oficer policji konnej RCMP[2]. Widuje się ich na kartkach z Kanady, tych stylowych, robionych na vintage. A tu nagle policjant z pocztówki stanął na progu w czerwonym mundurze i powiedział:

– Dzieci, przyszła opieka społeczna, musimy was zabrać.

Rodzice byli zaskoczeni, bo tamci przyszli bez uprzedzenia. Nie było jak się pakować, nie było jak się żegnać.

– Poszliśmy tak, jak staliśmy. Potem dowiedzieliśmy się, że w takich sytuacjach rodzice raczej nie mieli wyjścia. Za niewydanie dzieci groziły kary, w tym areszt i odebranie prawa do zasiłku, z którego żyła większość rodzin w okolicy. Czy stawialiśmy opór? Nie pamiętam. Czy płakaliśmy? Płakaliśmy wszyscy. Emily miała trzynaście lat, Sonny piętnaście, a ja tylko cztery lata. Wtedy, w 1975 roku, na progu koło butów konnego policjanta umarłem po raz pierwszy. Wsiedliśmy do małego samolotu, który mógł lądować na wodzie. Polecieliśmy jakieś dwieście kilometrów na południe, do North West River. Najpierw zabrali nas do szpitala. Tam zbadano, czy nic nam nie jest. Rutynowe oględziny: czy nie ma aktywnej infekcji, pasożytów, niedożywienia. I czy nie było krzywdy.

Nieopodal szpitala, w malowniczym świerkowym lesie, stała szkoła. Nazywała się Yale. Niektórzy studenci słynnej amerykańskiej uczelni chcieli wspierać wyprawy naukowe i badawcze na subarktyczne wybrzeża Labradoru. Czasem nawet przyjeżdżali jako „wopy”, workers without payment, pracownicy bez wynagrodzenia, albo posyłali pieniądze. To z wdzięczności za ich datki szkołę w lesie nazwano imieniem wielkiego uniwersytetu. Do dziś na stronie amerykańskiej uczelni można znaleźć informację o sponsorowaniu szkoły w North West River.

W odróżnieniu od większości kanadyjskich residential schools, czyli szkół z internatem, ta była świecka. Nigdy by nie powstała, gdyby nie misja brytyjskiego lekarza, Wilfreda Grenfella, który postanowił otoczyć mieszkańców Labradoru opieką medyczną – nowoczesną i według europejskich standardów. Zakładał punkty pielęgniarskie i proste przychodnie zarówno w trudno dostępnych osadach na lądzie, jak i na łodziach kursujących między topniejącymi krami. Czasem maszerował do pacjentów przez zamarznięte morze, wioząc ekwipunek psim zaprzęgiem. Nazywano go bohaterem, „muskularnym chrześcijaninem”, zbawcą Północy. Dostał za to szlachecki tytuł i założył dobroczynne stowarzyszenie swego imienia.

Słynne już wówczas Międzynarodowe Towarzystwo Grenfell (International Grenfell Association, IGA) poszerzało swoją działalność – w północno-wschodniej części dzisiejszej Kanady inwestowało nie tylko w ochronę zdrowia, ale i w edukację. W 1926 roku w malowniczej miejscowości North West River, w samym sercu Labradoru, obok szpitala postawiono także szkołę.

O pieniądze na działalność starał się sam sir Wilfred. Choć misje działały także w Nowej Fundlandii, nazwę tej wyspy skrzętnie omijano, bo tamtejsze warunki życia były za bardzo zbliżone do tych w USA, a przez to mało egzotyczne. Więcej znaczyło hasło „Labrador”, dlatego Grenfell niestrudzenie je eksponował. Chętnie pozował do fotografii w futrzanych rękawicach i mufkach oraz w wielkich, wyszywanych zimowych butach (choć zimy spędzał zazwyczaj w ciepłym domu w Vermont albo odwiedzając znakomitych sponsorów w wielkich amerykańskich metropoliach). Był porywającym mówcą, opowieściami o biedzie Inuitów zapełniał Carnegie Hall w Nowym Jorku i Massey Hall w Toronto. W sprawie pieniędzy występował nawet dwa razy dziennie.

Na spotkaniach z przyszłymi sponsorami pokazywał fotografie inuickiego dziecka chodzącego o kulach podpisane: „Biedna osierocona kaleka z Labradoru” albo zdjęcie chłopca z zabandażowaną głową i z napisem: „Nie zapomnij ty o mnie”. Inuici i księża pracujący na miejscu protestowali: to krzywdzące i niesprawiedliwe. Ale w oczach Grenfella służyło sprawie, bo poruszało serca i otwierało portfele.

Jego organizacja zaczęła wkrótce uchodzić za plaster na wyrzuty sumienia amerykańskiej burżuazji. O szkole, do której trafi potem Toby i jego rodzeństwo, „New York Times” napisał, że to „przedsiębiorstwo miłosierdzia”. Fundusze na misje Grenfella miłosiernie zbierano na rautach w Metropolitan Opera, lunchach w najwytworniejszych nowojorskich restauracjach i podczas przyjęć ogrodowych wydawanych przez kobiety dysponujące czasem i pieniędzmi.

Wkrótce tradycją rodzinną wielu elitarnych, zasobnych domów stało się wysyłanie dorastających dzieci na wopskie misje do Labradoru – robił tak między innymi John D. Rockefeller. Ale poza pracą i czekami amerykańscy sponsorzy oferowali także pomoc materialną. Towarzystwo opłacało kosztowny transport lotniczy, a potem pracownicy misji rozpakowywali dary. Jak zanotuje w pamiętniku jedna z działających w North West River kobiet, znaczna część darowanej pościeli była w takim stanie, że ze względów sanitarnych nadawała się już tylko do spalenia.

Co do ubrań, to często po prostu wietrzono szafy. Wiele darów było nadjedzonych przez larwy i mole, zarobaczonych i spleśniałych. Na potrzeby szpitala, gospodarstwa i pracujących przy wyrębie lasu robotników dobroczynne Amerykanki słały na drugi koniec kontynentu muślinowe bluzki, pończochy, pantofle na obcasach, wiązane babcine czepce i ozdobne kapelusze. Jeśli były w wystarczająco dobrym stanie, część ubrań przerabiano na patchworki albo szyto z nich szmaciane chodniki. Ale najczęściej po prostu rozpalano ognisko.

W zamian za dary sponsorzy oczekiwali dowodów wdzięczności. Korzystający z pomocy oraz obdarowywani byli zobowiązani do świadczenia pracy (IGA uważało, że pomoc bez zapłaty jest dla korzystających upokarzająca). Z Labradoru do USA i Kanady wędrowało więc rękodzieło, zdobione makaty, futrzane rękawice, kurtki i futra.

Dobroczyńcy oczekiwali informacji, co dzieje się z ich datkami. W latach 1903–1981 towarzystwo Grenfell wydawało kwartalnik „Pomiędzy Rybakami Głębokich Mórz”, w którym informowało sponsorów o swej działalności w północnych ziemiach dzisiejszej Kanady. W 1941 roku szkołę Yale położoną w świerkowym lesie z dumą opisano tam w następujący sposób: „Jest to instytucja najwyższej klasy. (...) Uczniowie z internatu mieszkają w chatach, jednej dla chłopców i jednej dla dziewcząt. (...) Każda chata ma kury i ogródek na czas wiosny i zimy, istnieje więc współzawodnictwo. Ci, którzy odwiedzają Northwest[3] River oraz Hamilton, są pod ogromnym wrażeniem najlepszych manier oraz widoku ożywionych, rozpromienionych dzieci. To w ogromnej mierze zasługa szkoły”.

Uwagę gości zwracało bardzo wydajne gospodarstwo powiązane ze szkołą, które „daje odpowiednio dużo warzyw, by zaspokoić potrzeby szpitala, szkoły, a także niektórych [innych naszych – J.G.-O.] stacji w Labradorze. Latem pani Paddon razem z miejscowymi kobietami robią przetwory – z ryb, zielonych warzyw, jagód – na potrzeby szkoły i szpitala w miesiącach zimowych”.

Kto pracował na grządkach i w polu, kto pracował w chlewie i w oborze – tego się już czytelnicy nie dowiadywali.

Wkrótce z okazji półwiecza misji towarzystwo Grenfell pochwali się, że uczy inuickie dzieci „czystości, higieny, pewnych wystarczających podstaw akademickich oraz tego, jak żyć, odnosząc sukcesy w swej ojczyźnie. Dziewczęta dowiadują się, jak prowadzić gospodarstwa domowe i opiekować się dziećmi, jak odpowiednio zaplanować jadłospis; chłopcy zaś uczą się rzemiosła, rolnictwa dopasowanego do warunków Północy, poznają łodzie, maszyny, sprzęt etc., co będzie im przydatne w życiu w społecznościach subarktycznych. Internaty są prowadzone tak, jak domy, a dzieci wykonują w nich tyle pracy, ile to tylko możliwe”.

Kiedy Toby i jego rodzeństwo trafili do szkoły dumnej z pracy dzieci, mieszkało tam prawie trzystu uczniów.

Szkoła to już nie były dwie chaty, tylko trzy osobne budynki mieszkalne. W pierwszym domu umieszczano dzieci małe, od noworodka do sześciolatka. Maluchów było niewiele, trzydzieścioro, czasem czterdzieścioro.

W domu juniorów mieściło się jakieś sto, sto dwadzieścia łóżek. Mieszkały tam dzieci szkolne, między siódmym a piętnastym rokiem życia. Na dawnych fotografiach widać niezbyt okazały budynek, ledwie dwupiętrowy. Dwa skrzydła po nie więcej niż cztery okna każde. Odebrane dzieci musiały się tam jakoś stłoczyć.

Nieopodal stał jeszcze dom dla najstarszych uczniów. Tych było najwięcej, bo prawie półtorej setki. Dopiero po przejściu domu dla seniorów, jak mawia Toby, i po skończeniu szesnastu lat zezwalano na opuszczenie szkoły.

Ale do tego droga jeszcze daleka.

Na razie jest rok 1975, a mali Obedowie po badaniu fizykalnym, bez rodziców i bez prawa do zadawania pytań stoją przed osobnymi wejściami do budynków, w których zostaną zamknięci na najbliższych pięć lat.

– Oczywiście rozdzielili nas, moje rodzeństwo było z innej kategorii wiekowej. Nie rozumiałem tego. Jeszcze rano miałem rodzinę, a teraz nagle zostałem sam, choć miałem tylko cztery lata. Wszystkiego, co wiem o życiu, nauczyłem się tam, w internacie, w domu dla juniorów w North West River. To były lekcje obowiązkowe, których nie chciałem. Arytmetyka czy gramatyka były najmniej istotne, przede wszystkim trzeba było się w miarę szybko nauczyć i orientować, kto jest przyjacielem, a kogo należy unikać. Dokąd i którędy chadzać, a za jakie drzwi przenigdy nie zaglądać. Co wolno powiedzieć, a o czym całymi latami milczeć. Byłem przedszkolakiem, kiedy zrozumiałem, że tak jak bezwiednie i automatycznie oddycham, tak samo muszę bezustannie i odruchowo upewniać się, czy jestem bezpieczny. Bez przerwy sprawdzałem, czy nic mi nie grozi. W takich okolicznościach alarm wyje w głowie przez cały czas.

Toby Obed, Kanadyjczyk z Labradoru, nie mówi o sobie, że jest absolwentem szkoły Yale, prowadzonej w North West River przez organizację charytatywną Grenfell.

Mówi:

– Jestem ocaleńcem. Przeżyłem, utrzymałem się przy życiu.

* * *

O tym, co działo się w szkole, Toby opowiada, jakby odskoczyła jakaś sprężyna, jakby otworzyła się szuflada z teczkami puchnącymi od policyjnej dokumentacji. Mówi i mówi, spokojnie, metodycznie, jakby relacjonował coś, co zdarzyło się komuś innemu. Nie przestaje przez blisko dwie godziny.

W przedszkolno-szkolnych wspomnieniach Toby’ego Obeda niewiele jest ćwiczeń z kaligrafii, nauki budowania łodzi albo nawet obowiązkowej pracy w oborze. Powtarzają się za to następujące słowa klucze:

świst, wizg, trzask (tak śmigał bat);

język, akcent, bicie (za mówienie w inuktitut należało się lanie);

komórka, ciemność, głód (triada, która obezwładni każde dziecko, bez wyjątku).

Dowiaduję się od Toby’ego, że posikać się ze strachu to żadna przenośnia.

W jego wspomnieniach wyróżnia się jedna wiodąca osoba: nauczycielka, Miss Devil, Panna Diabeł.

– Kazała nam patrzeć – mówi Toby. – Nie chciałem, ale żadnemu dziecku nie wolno było odwrócić buzi.

Swoje szkolne lata Toby podsumowuje tak:

– Dorośli na zewnątrz wiedzieli. Nic z tym nie zrobili.

* * *

Kiedy Toby wspomina szkołę, opowiada obrazami pełnymi szczegółów – choć to wszystko zdarzyło się ponad czterdzieści lat temu. Opowiada o poszczególnych dniach, konkretnych nocach, ale też o tym, co wyniósł w dorosłość ze szkoły Yale.

– Wciąż się bałem, co znów mi zrobią. Potem już całe życie wyczekiwaliśmy, skąd padnie cios. Całe życie na czworakach, skuleni.

Szkoła minęła, ale skulenie nie.

Do dziś Toby zadaje sobie pytanie, czy przypadkiem nie zasłużył na karę. Czy odgadł, czego się od niego wymaga? Czy robi, co mu każą? Czy odezwał się, jak trzeba, czy odszedł w porę, czy może znów sobie z czymś nie poradził?

Co teraz ze mną zrobią? Co mnie za to spotka? – te pytania zapierały dech w piersi i wtedy, w szkole, kiedy Toby miał cztery lata – i na łóżku, w białej pościeli, kiedy pielęgniarka powiedziała, że go amputowano.

To, co działo się w drewnianych ścianach Grenfell, było straszne – z czasem stało się jednak normą. Ale nie dawało się przywyknąć, że wokół nie ma nikogo, komu można by o tym opowiedzieć. I kogo można by poprosić nawet nie o ratunek, nie o interwencję, bo na to dzieci już nie liczyły, ale choćby o otuchę.

Toby nie wiedział, że jego imię zawiera pocieszenie dla tych, którzy nic nie mają. Czekał zmiłowania, które latami nie nadchodziło. Nie miał też poczucia, żeby był dla kogokolwiek skarbem.

– Masz cztery lata, potem sześć, dziesięć i wiesz, że nikogo, ale to nikogo nie obchodzisz.

Rozumiał tyle, że jest niepotrzebny i urodził się na marne. Że nikt go nie uratuje, że nie da się dla niego nic zrobić i musi być, jak jest.

* * *

Wtedy dzieciom wydawało się, że od szkoły prowadzonej przez towarzystwo dobroczynne nie ma wybawienia. Ale pewnego lata skończyły się pieniądze i placówkę zamknięto. Było to w 1979 albo 1980 roku, źródła nie są zgodne.

Jak dziś podaje na swojej stronie towarzystwo Grenfell, pod koniec lat siedemdziesiątych koszt opieki zdrowotnej znacznie przekroczył możliwości organizacji. Finansowanie misji w ogromnej części wzięło na siebie państwo. Od 1949 roku Labrador należał już do Kanady, która nie jest państwem jednolitym, ale federacją prowincji i terytoriów dołączających do niej w różnym czasie.

To ważne.

W latach osiemdziesiątych Grenfell wycofało się z dotychczasowej działalności. Majątek towarzystwa przekazano rządowi prowincji za symbolicznego dolara. Nowe władze przejęły sprzęt, ale weszły w obowiązki po organizacji dobroczynnej. Grenfell skupiło się zaś na fundowaniu grantów i stypendiów i działa aktywnie do dziś.

Ale choć Międzynarodowe Towarzystwo Grenfell wycofało się z prowadzenia misji, a szkoła Yale została zamknięta, to historia dzieci na tym się nie kończy. Nie można ich było rozpędzić, nie można też było odesłać ich do domów. Wielu rodziców było niewydolnych wychowawczo.

* * *

W Kanadzie nie ma domów dziecka, jakie znamy. Dlatego rozwiązaniem były rodziny zastępcze, do których posyłano dzieci prosto ze szkolnej bursy. Oczywiście nie biorąc pod uwagę pokrewieństwa.

Rodzeństwo Obedów nie miało szans być razem. Kto chciałby zająć się kilkorgiem złamanych inuickich dzieci?

Rozdzielono je po raz kolejny, tym razem na lata. Kontakt między dziećmi całkowicie się urwał. W tamte wakacje straciły już wszystko, zerwały się ostatnie sznurki. Ze swoją siostrą Sarą Toby spotkał się dopiero po trzydziestu siedmiu latach.

– Rozwalili naszą rodzinę do samego końca – mówi Toby. – Miałem osiem lat, kiedy moje życie skończyło się po raz kolejny.

Były to czasy zimnej wojny. W kanadyjskich lasach lokowano oddziały, szpikowano ziemię radarami, umacniano bazy. Nieopodal rozbudowywano placówkę Goose Bay, gdzie stacjonowali żołnierze. Wielu z nich miało już żony, ale jeszcze nie dzieci. Mogli zaopiekować się wychowankami ze szkoły w świerkowym lesie.

Kiedy Toby trafił do pierwszej rodziny zastępczej, miał osiem lat i myślał, że to koniec poniewierki – teraz będzie dom. Ale zamiast tego przenosili go od jednych opiekunów do drugich.

– W ciągu następnych ośmiu lat mieszkałem w dwudziestu domach. Przeprowadzałem się, a raczej przeprowadzano mnie z miejsca na miejsce średnio co cztery i pół miesiąca. Czego ja chcę, jak mi z tym jest, nie pytali. Byliśmy traktowani jak meble, jak zawalidrogi, jak worki ze śmieciami.

W tabelach i formularzach wypełnianych ręką opieki społecznej wszystko się zgadzało, system działał – bo chłopak nieprzerwanie był pod czyjąś formalną opieką. Co to oznaczało w praktyce, tego tabele nie pokazywały.

– W każdym domu było inaczej, ale chyba we wszystkich mnie bili – wspomina Toby. – Nie byłem już maluchem, nie należała mi się żadna ochrona. W końcu chodziłem do drugiej klasy, więc można mi było porządnie przyjebać. Zresztą zasługiwałem na to: nie rozumiałem, co się do mnie mówi. Nie wiedziałem, jak ich zadowolić. Starałem się odgadywać, starałem się dopasować, ale byłem bezradny.

W końcu przywykł. Było więc rutynowo: jedzenie, spanie, szkoła, bicie. Niematki i nieojcowie bili pasem i bili ręką za wszystko i za nic. Jak unikać ciosów, jak przetrwać, uczyło Toby’ego dwudziestu świetnie wyszkolonych, wysportowanych mężczyzn, wspieranych przez dwadzieścia zapobiegliwych, oddanych im żon.

Organizm Toby’ego jest silny, pozwolił mu wytrzymać. Umysł chłopaka też był dla niego łaskawy, o większości tych domów pozwolił mu zapomnieć. Toby wie, że one gdzieś tam są, ma je w sobie jak zrosty, jak blizny, jak raka. Ale głowa go od nich odcięła. Na co dzień ich nie widzi, można powiedzieć, że nie stwierdza się ognisk choroby. Ale Toby wie, że wciąż czynią szkodę jak nieoznaczone jeszcze w badaniu zmiany.

Ze wszystkich dwudziestu Toby potrafi przywołać może pięć, sześć rodzin. Niektóre wspomina dobrze. Wierzy, że się starali. Na przykład kilka niematek. Czasem były miłe, gotowały, chciały czesać sztywne, grube włosy Toby’ego.

– Pierdolę to, mówiłem im, zostawcie mnie w spokoju. To nie ty, ale moja rodzona matka powinna teraz głaskać mnie po głowie. Spierdalaj więc ode mnie jak najdalej, mówiłem. Także i niektórzy nieojcowie się starali. Zdarzało się, że miewali dla mnie czas. Próbowali tłumaczyć, że sam sprowadzam na siebie kłopoty. Że wagary i ucieczki w niczym mi nie pomogą. Ale nie chciało mi się tego słuchać.

Dla Toby’ego to już było za późno, on już był na wiecznej, przegranej wojnie.

– Nie winię ich. Nie byłem dzieckiem, które można pokochać, bo i za co?

Jako ośmiolatek Toby opanował podstawowe umiejętności z dziecięcego elementarza przetrwania: kłamał, zdradzał, oszukiwał i kradł. Dużo się bił. Szkoła, do której chodził wtedy w Goose, była dla niego jednym wielkim ringiem. Bił się cztery, pięć razy dziennie dzień w dzień. I nigdy nie przegrywał, to zawsze on tłukł innych do krwi. Nie przestawał, dopóki nie był pewien, że tamci naprawdę cierpią. Dzieci w szkole mówiły, że Toby jest niebezpieczny. Odpowiadało mu to. Bicie to była ta szczelina, ten błysk, kiedy przez moment był silny i coś od niego zależało. Obezwładniało go wtedy szczęście. Nie czuł bólu, bo to inni cierpieli. Cierpieli, bo on tak zadecydował.

To pozwalało mu uzbroić się na popołudnie i wieczór. Bo po szkole, wiadomo – wracał do rodziny zastępczej i wtedy to już on był lany.

Ale kar było więcej, takich codziennych, zwyczajnych. Najczęściej po prostu kazano mu się zamknąć i iść do swojego pokoju. Odprawiali go, nie dostawał wtedy jeść. To niby tylko niedogodność, żadna tortura.

– Wiesz, raz czy drugi bez problemu możesz się obejść bez kolacji. Ale nawet jeśli wiadomo, że jesteś najgorszym, niegodnym dzieckiem, to jednak nie chcesz być ciągle głodny. Z dzieckiem można zrobić wszystko. Wystarczy nie dawać za dużo jedzenia.

Toby wiele wie o mechanizmach psychologii dziecięcej. Na przykład to, że dziecko będzie znosić kary cierpliwie, zawsze mając nadzieję, że ciosy kiedyś ustaną, że ktoś się wreszcie zlituje.

Ale wtedy nie nadszedł jeszcze moment na nagrodę dla Tobiasza. Wtedy jeszcze dobry Bóg ciągle zsyłał mu kolejne lekcje i doświadczenia.

Kiedy żołnierze zmieniali jednostkę albo zdanie na temat dziecka, Toby skakał z radości. Skończy się bicie, skończy się chodzenie spać bez kolacji! Do domu, myślał, wreszcie będę mógł wrócić do domu.

Ale to się nigdy nie wydarzyło.

– Miałem wielką nadzieję dwadzieścia razy i dwadzieścia razy umierałem z rozpaczy.

Latami był przekonany, że jest najgorszy, że nie zasługuje na to, żeby go nie bić, nie karać. Potem dotarło do niego, że żołnierze często musieli się przeprowadzać. Przychodziły rozkazy i zostawiało się przygarnięte dzieci i ich sprawy za sobą. Wtedy nikt tego dzieciom nie tłumaczył. Były więc przeświadczone, że porzuca się je ciągle na nowo, bo są tyle warte, co niepasujące i zużyte kapcie.

Powrót do mamy i taty był poza zasięgiem. Lata mijały, a rodzice nie przestawali pić. Władze nie godziły się na powrót dzieci do domu, ale też niewiele robiono, żeby wesprzeć rodziców. Odebrać dzieci – to była radykalna i najprostsza, właściwie jedyna metoda terapii.

– Wtedy, całe dzieciństwo i wiele lat potem, byłem zły. Agresywny. Czułem się skrzywdzony i odtrącony. Dlaczego inni mogą być z mamą, a ja nie? Dlaczego inni mogą mieć normalne życie, tylko nie ja?

Wtedy Toby’emu nie śniło się nawet, że dzieci takich jak on jest w okolicy ponad tysiąc.

* * *

Toby opowiada mi to wszystko spokojnie, bez emocji, czystą angielszczyzną, choć to przecież jego drugi język. Ale co jakiś czas przychodzi moment, kiedy jego miękki głos cichnie i słychać tylko głuche uderzenia. Toby Obed bije się w piersi ręką, której brakuje palców.

– Szkołę mogę wybaczyć, domy mogę wybaczyć. Z jednym nie mogę się pogodzić: że nikt mnie nigdy nie kochał.

Toby już to mówił. To skarga, z którą stanął przed Sądem Najwyższym Nowej Fundlandii i Labradoru, by pozwać swoją ojczyznę – rząd federalny i rząd prowincji oraz towarzystwo Grenfell w takiej właśnie kolejności.

– Nikt mi nigdy nie powiedział, że jestem ważny, że jestem potrzebny. Nikt mnie nigdy nie pochwalił, nie pogłaskał po głowie, mówiąc: dobra robota, chłopcze.

Dopiero dziś czasem ktoś mu to mówi. Tak normalnie podczas polowania, przejażdżki skuterami śnieżnymi po Wielkiej Ziemi albo kiedy Toby sędziuje na turnieju siatkarskim: „No, chłopie, dobra robota!”.

Toby nie potrafi tego przyjąć. Instynktownie odpowiada wtedy od razu: „A weź się pierdol!”.

Nie wie, jak przyjmować komplementy. Wytrzymywał bicie, a nie umie wytrzymać, gdy ktoś go pochwali. Nie ma pojęcia, co z tym zrobić. Więc jest, jak jest. Ktoś mówi mu coś dobrego, a on irytuje się i krzyczy: „Fuck you, głupku jeden! To jakieś pierdolenie. Nie kłam, nie jestem taki!”.

– Nie wiem, co to znaczy, jak cię akceptują. Jak nie chcą zrobić ci krzywdy. Można powiedzieć, że ja zbytnio nie nawykłem do dobra.

* * *

Toby przeżył szkołę, przeszedł przez dwadzieścia domów, do których wysłała go opieka społeczna. Pomocna dłoń państwa cofnęła się, kiedy chłopak skończył szesnaście lat.

Co miał ze sobą zrobić? Gdzie się podziać? W 1987 roku wrócił do Hopedale, gdzie był kiedyś jego rodzinny dom.

Ale wtedy domu już nie było.

Rodzice Toby’ego zmarli w tym samym roku. Czy wybuchła wtedy jakaś epidemia? Czy jedno zmarło, a drugie, jak to często bywa, nie dało rady żyć dłużej samo i odeszło wkrótce potem?

– To żaden tragiczny zbieg okoliczności, żadna magia miłości i przywiązania – mówi mi Toby. – To było ich najstarsze dziecko.

Najstarszy syn, Sonny, Syneczek, wrócił do domu. On także spędził lata w szkole, potem tułał się po świecie. Była w nim jakaś przepaść, jakaś dziura, która pożerała go od środka. Czasem Sonny niby siedział z pozostałymi, niby rozmawiał, ale widać było, że tak naprawdę go nie ma.

Widzieli to, ale jak człowiek chce iść w stronę tańczącej zorzy, to co można zrobić?

Syneczek nigdy z nikim otwarcie nie rozmawiał i nie miał nikogo. Był bardzo zmęczony, wykończony tym zapadaniem się do środka. Toby mówi, że życie brata było jak jego własne, a może nawet gorsze, bo Sonny był starszy i więcej rozumiał.

Oczywiście Sonny bardzo dużo pił. Tego dnia przyszedł, żeby jak zawsze pić razem z mamą i tatą. Pokłócili się nie wiadomo o co i Syneczek wyciągnął pistolet. Najpierw zastrzelił mamę, potem tatę, a na koniec samego siebie.

Wtedy Toby mieszkał w Goose, u zastępczych. Na progu domu pojawił się ksiądz i dwie dalekie ciotki. Chłopak ucieszył się na ich widok, a oni podeszli i od razu powiedzieli: „Słuchaj, Toby, ich już nie ma”.

– I już wiedziałem. Był ósmy marca 1984 roku, miałem dwanaście lat, kiedy umarłem po raz dwudziesty czwarty.

Syn Obedów był nieletni, zgodę na jego przyjazd do Hopedale, na pogrzeb, musieli wydać opiekunowie. Toby usłyszał: „Absolutnie, nigdzie nie jedziesz”.

– Do dziś nie wiem, gdzie leżą kości moich rodziców. Starszyzna z Hopedale wie, ale nie chce mi powiedzieć. Mówią, że tego nie uniosę. Że jak pójdę na grób matki, to przepadnę. Że i przede mną otworzy się ta dziura. Powiadają: połączenie z matką złamie twego ducha, Toby. Mówią, że może kiedyś mi powiedzą, jak już będę gotów. Oczywiście boli mnie to, ale nie mam wyboru. Nauczyłem się, że być posłusznym to jedyny sposób, by utrzymać się przy życiu. Mam czterdzieści siedem lat. Tęsknię za mamą, odkąd miałem cztery.

Jestem cierpliwy. Uważam, że dla mnie to czekanie na mamę musi jeszcze potrwać.

Myślę, że wytrzymam.

Han-na Mar-cus, Hanna Marcus. Powtarzam sobie czasem jej imię przed snem, próbuję sobie wyobrazić jej twarz. Dotykam policzków, nosa. Może mama miała takie same. Hanna Marcus, Han-na Mar-cus. Ale te słowa to tylko ładna melodia, nic za nimi nie ma. Twarz mojej matki jest wielką, czarną pustką.

Rodzie zawsze byli nieosiągalni, toczyli swoje walki, mieli swoje cienie. Z cieniem nie wygra żadne, najśliczniejsze nawet dziecko. Nie miałem szans, by zdobyć miłość mojej mamy.

* * *

Do Hopedale nie prowadzi żadna droga, asfaltowa czy żwirowa. Czasem pojawia się highway, autostrada. Tak nazywa się tu zamarznięte morze. To droga ucieczki z Wioski Nadziei w świat. Kiedy lód skuwa zatokę, można rozpocząć wędrówkę i na białą taflę wyskakują skutery śnieżne, ski-doo. Tak bywało przez sześć miesięcy każdego roku.

Ale klimat się zmienia i odcina Hopedale od świata. Pojawiła się nowa, długa pora roku – mówią tu na nią: „między lodem a wodą”. To pora chlapy, pękającego lodu i załamujących się kier. Za ciepło, by bezpiecznie jeździć po zamarzniętym morzu. Zresztą skutery coraz częściej się psują. Zahaczają o kamienie, które wystają spod źle ubitego, niezmrożonego śniegu. Trzeba zamówić nowe części, zapłacić za ich transport samolotem. Kogo na to stać?

Zimą samoloty za często tu nie latają, więc skuter czeka na pomoc, a człowiek razem z nim, uziemiony i zdany na łaskę sąsiadów. Ze skuterami jest jeszcze jeden problem – kiedy je projektowano, był inny klimat. Nowe, ekologiczne maszyny miały do chłodzenia silnika wykorzystywać śnieg, po którym pędziły. Ale tu ludzie nie wątpią w globalne ocieplenie, bo sami tego doświadczają: śnieg się zepsuł i jest go coraz mniej. Nowoczesne skutery się grzeją, bo nie są prawidłowo chłodzone i jazda robi się niebezpieczna. Niektórzy wycinają jeszcze bloki śnieżne i montują je w maszynach, ale to topniejąca proteza. Co będzie dalej, lepiej nie myśleć.

Życie w maleńkim Hopedale jest bardzo drogie, a ceny – wielkomiejskie. Zapasy są zazwyczaj dostarczane samolotem z Goose Bay, ale transport lotniczy kosztuje. Latem, kiedy morze topnieje, uruchamia się prom, więc samoloty kursują rzadziej. Kiedy na wiosnę próbuję wybrać się do Toby’ego, z Toronto trudno jest zaplanować podróż. Z dużych kanadyjskich miast da się łatwo dolecieć do Goose, ale potem można tam utknąć na wiele dni. Jeśli pogoda nie pozwala, małe samoloty linii Borealis czy North nie dostają zgody na lądowanie. Nikt nie ryzykuje latania w niepewnych warunkach. Można jeszcze próbować przeprawić się przez zatokę – podróż jest malownicza, ale ryzykowna, bo do końca nie wiadomo, czy autostrada puściła i prom się przeciśnie.

Robi się coraz cieplej, jest koniec maja, więc Toby może jeździć skuterem śnieżnym bez czapki. Z czasem będzie jeszcze więcej słońca i dostawy przez wodę staną się częstsze, choć wcale nie tańsze. Najwięcej kosztuje jedzenie. We wsi jest gospoda, Amaguk Inn. Można się tu przespać i coś zjeść. W ofercie kanapka z indykiem i frytkami – trzynaście dolarów. Pieczony kurczak z ziemniakami i warzywami korzeniowymi przeceniony z dwudziestu na osiemnaście. Dopiero kiedy lód jest stabilny, można próbować przedzierać się na ski-doo, ale podróż trwa osiem godzin w jedną stronę, a bagażnik nie jest wielki.

Hopedale jest wdzięczne do badania – jak w kropli wody wszystko widać tutaj w powiększeniu. Próba badawcza niewielka, trochę ponad pięćset osób. Dzieci rodzi się mało. Częściej niż gdzie indziej ginie się tu z własnej ręki.

Co czeka młodzież z Wioski Nadziei? Przy odrobinie szczęścia – robota w przetwórniach ryb. Można też myśleć o pracy przy wydobyciu uranu, bo ziemie są tutaj dość bogate. Można jeszcze pójść w lokalną politykę, bo Hopedale jest siedzibą parlamentu Nunatsiavut, autonomicznego inuickiego regionu, ale to szansa raptem dla kilkunastu osób.

Można też marzyć o wyjeździe do Goose albo dalej, żeby zobaczyć swoją ojczyznę, która przoduje w rankingach najlepszych krajów świata, a do której na co dzień nie ma jak się przedrzeć.

Toby Obed, który przeżył szkołę w North West River, chciał domknąć figurę. Żeby to zrobić, postanowił wpisać się na nowo w cykl, z którego go wyrwano, gdy patrzył na buty i czerwony mundur konnego policjanta.

Postanowił odnaleźć nieprzejezdną drogę do domu. Ale w Hopedale żadnej nadziei dla niego nie było.

* * *

Mówi się dziś, że Kanada jest dumna ze swojej wieloetniczności, mozaikowej wielokulturowości. Ale Toby rozumie to inaczej: wtedy powrót do domu, choć znajdował się w tej samej prowincji, to było zderzenie kultur.

Na przykład w domu Obedowie mówili tylko w inuktitut. Potem w szkole gorliwie wybijano z dzieci ten język pasem i batem. Musiały nauczyć się mówić i myśleć po angielsku; zgodnie z oczekiwaniami systemu. Kiedy skończyła się szkoła, pierwszego języka właściwie już nie było.

Po powrocie do domu Toby musiał przypomnieć sobie wyparte słowa. Musiał połączyć się na nowo ze wszystkimi krewnymi duchowo i uczuciowo. Mapy nie było. System nie przewidywał pomocy dla takich straceńców jak dzieci ze szkoły z internatem.

Można powiedzieć, że jeśli ocalejesz, to jest to już wyłącznie twój problem.

Poza tym nie była to tylko podróż duchowa. Kiedy Toby mieszkał z żołnierskimi rodzinami w Goose i okolicach, zobaczył, jak może wyglądać proste, ale wygodne życie. Miał telewizję, bieżącą wodę, prąd, który dawał i światło, i ogrzewanie. Tutaj, w Hopedale, to wszystko było luksusem.

Niby ten sam kraj, ta sama prowincja – a jednak przepaść.

– Jak chciałem kupę, to musiałem szukać plastikowego wiadra, do którego zazwyczaj w sezonie zbiera się miód albo jagody. Ale nie było bieżącej wody i po wszystkim nie miałem co z tym wiadrem zrobić. Wiem, że wy, Polacy, w latach osiemdziesiątych masowo uciekaliście do Kanady w poszukiwaniu lepszych warunków, godności. W tym samym czasie my tu sraliśmy do wiadra i pozwalaliśmy krzywdzić dzieci.

Dlatego wtedy, po powrocie do Hopedale, życie Toby’ego zatrzymało się po raz dwudziesty piąty.

Zaczął pić. Poszło łatwo, bo nie brakowało ani powodów, ani towarzystwa.

– Przez moment myślałem, żeby wrócić do Goose Bay, do cywilizacji. Ale ty jesteś głupi, Toby, powiedziałem sobie po zastanowieniu. Co ty w ogóle pierdolisz? Całe życie jęczałeś, że chcesz do domu. To właśnie jest twój dom, musisz z tym jakoś żyć.

Toby zamieszkał u dalekiego wujka, który miał siedmioro swoich dzieci. Chciał się przydać, łapał dorywcze prace we wsi. Bardzo pragnął poczuć, że gdzieś pasuje – i do kogoś. Próbował przestać się bić, skończyć z piciem, zacząć ufać.

Nie szło.

Patrzył na białą autostradę przykrywającą zatokę i czuł jednocześnie ulgę i przerażenie, podniecenie i lęk. Zadawał pytania, ale znad zamarzniętej zatoki nie przychodziła żadna odpowiedź. Pomagał sobie butelką, spędził z nią kolejnych sześć lat.

Aż przyszedł początek 1993 roku. Umarł wtedy po raz dwudziesty szósty, umarł wtedy naprawdę.

W szpitalu stwierdzili zgon.

* * *

Tej nocy w Goose Bay było minus pięćdziesiąt stopni Celsjusza. Sprawdzam na stronie rządowej agencji monitorującej klimat w Kanadzie. Według danych historycznych najniższa temperatura w Goose w styczniu 1993 roku to minus trzydzieści dwa stopnie.

Skąd różnica? Odpowie ci wiatr, the answer is blowing in the wind.

W Kanadzie gazety drukują prognozę pogody w dwóch kolumnach – w jednej rubryce wartość odnotowywaną przez termometry, a obok tę ważniejszą, na którą wszyscy patrzą. To Wind Chill Index, wskaźnik wiatru, który pokazuje, jaką temperaturę będzie odczuwało ludzkie ciało. Dlatego minus trzydzieści może znaczyć dla człowieka tak naprawdę minus pięćdziesiąt.

W okolicy wspominają, jak kilka lat temu parę kroków od domu znaleziono zlodowaciałe ciało kobiety. Wykluczono działanie osób trzecich. Nie był to zawał ani udar. Szukano we krwi śladów alkoholu, ale kobieta była trzeźwa. Nie przejechał jej samochód, nie poślizgnęła się na lodzie i nie umarła od zatoru płucnego po złamaniu nogi.

Po prostu nie była zbyt dobrze ubrana, nie była szczelnie zapięta. Przechodziła przez jezdnię z jednego budynku do drugiego. Ile to, minuta, może dwie? Tyle wystarczyło, żeby zamarzła.

Jak mówi Toby, to była najgorsza z zim, jaką człowiekowi może zesłać Bóg. Wszechogarniająca, przenikająca, potworna.

– Najgorszy był wiatr. Starasz się iść szybko, żeby nie zlodowacieć, a wtedy łapczywie chwytasz powietrze. Wpada ci do płuc, pęcherzyki nie wytrzymują i pękają. Płuca zalewa krew, topisz się we własnych sokach. To jakby dobry Bóg chciał cię wykończyć swym miłosiernym oddechem pędzonym w ciebie prosto z kosmosu.

* * *

Toby pomieszkiwał wtedy w Happy Valley-Goose Bay. Spał na kanapie u kuzyna, który pozwolił mu trochę u siebie pobyć, odpocząć od dzwoniącej ciszy Hopedale. Był wieczór, osiemnasta trzydzieści. Pili we dwóch, a kiedy przyszedł kolega, ruszyli do baru. Zaroiło się od znajomych. W pewnej chwili usłyszeli: „Już wam więcej nie poleję, ledwie trzymacie się na nogach”.

– Powiedziałem tej kurwie za barem, że ja akurat mam życzenie się jeszcze napić i że się jeszcze napiję. Wściekłem się. Wziąłem z jakiegoś stolika butelkę, trzasnąłem drzwiami. Zszedłem po kilku stopniach przed bar, stanąłem na parkingu. Padał śnieg. Pamiętam, piłem duszkiem. Miałem na sobie cienką kurtkę. Pamiętam jeszcze, jak wyszedłem z parkingu w ciemność. I więcej już nic.

Minus trzydzieści czy minus pięćdziesiąt – ciało Toby’ego, ocaleńca ze szkoły Yale w North West River, leżało w śniegu i robiło to, do czego nawykło. Ze wszystkich sił walczyło, by zostać przy życiu.

* * *

Rano Toby’ego Obeda znalazła policja konna, ta sama, która przed osiemnastoma laty zabrała go z domu. Myśleli, że nie żyje. Kto się zorientował, że to może jeszcze nie koniec, nie wiadomo.

Zabrali go śmigłowcem do szpitala ponad tysiąc pięćset kilometrów na południe od zaśnieżonego parkingu, do miejsca, które mogło dać cień szansy na ratunek. Lekarze ze szpitala w St. John’s, stolicy Nowej Fundlandii i Labradoru, nie mieli złudzeń: wątroba i nerki Toby’ego były zamrożone. Obrażenia tkanek były nieodwracalne, musieli amputować obie stopy, lewą rękę poniżej łokcia i palce prawej dłoni. Ale mózg się nie poddawał.

Żeby spróbować ocalić Toby’ego, lekarze na dwa miesiące wprowadzili go w śpiączkę farmakologiczną. Aż przyszedł dzień, w którym Toby otworzył oczy i zrozumiał, że obok łóżka nie postawi już swoich butów.

– Co jest, kurwa, pytałem doktorów. Oddajcie mi moje nogi, dlaczego ja już nie mam nóg? Nie przyjmowałem żadnych wyjaśnień. Poprosiłem, żeby mnie znów uśpili. Tłumaczyli mi, że to cud, że żyję. Mój organizm się wyłączył jak system komputerowy. Wygasił się sam. W szpitalu stwierdzili zgon. Tak mi przynajmniej opowiedziano. Tak ja to przynajmniej opowiadam.

Toby wspomina, że mieli go chować, ale w kostnicy otworzył nagle oczy i zaczęła się reanimacja.

Bardziej prawdopodobne jest, że to jakiś policjant konny uparł się, żeby złapać za rękę chłopaka, który wymykał się do śmierci.

– Walczyli przez dwanaście godzin, żeby przywrócić krążenie, tyle zrozumiałem. Kiedy mnie ratowali, zakładali, że nawet jeśli się wybudzę, to będę jak kłoda, nigdy się nie podniosę. Ocalili mnie, znów ktoś zdecydował w moim imieniu. Nie miałem wyboru, musiałem żyć. Byłem wtedy dorosłym mężczyzną w wieku niemowlęcym. Na nowo uczyłem się jeść, ubierać, poruszać się. Najpierw czołgałem się po podłodze w szpitalu na jednej ręce. Potem dali mi wózek, ale uparłem się, że będzie tak, jak chcę. Że pierwszy raz w życiu będzie tak, jak ja sobie, kurwa, tego życzę. Z czasem chodziłem o kulach, a raczej upadałem i podnosili mnie z podłogi. Czepiałem się ścian, barierek i poręczy. Potem dali mi chodzik, a teraz patrz. Nie potrzebuję niczego. Mam swoje protezki, mogę na nich pomykać, dokąd tylko zechcę.

Kiedy jesteś niemowlęciem, wszyscy klaszczą i cieszą się z twoich sukcesów. Każdy upadek leczy się całusem kochającej matki, tak przynajmniej wyobraża to sobie Toby. Tutaj, w szpitalu dla okaleczonych przez wojny, wypadki i mróz, Toby stał sam, dorosły i bez nikogo. Trząsł się jak w delirium. Rehabilitanci uspokajali, że napięcie mięśniowe, że mięśnie się muszą przystosować, że to normalny proces. Ale on wiedział, że to nie mięśnie, tylko strach. Trząsł się ze strachu, czy przeżyje i na jakich zasadach.

Holowanie ku życiu trwało wiele miesięcy – był koniec lata, kiedy Toby opuścił oddział. Potem wracał z przepustek, żeby kontynuować rehabilitację. Uczył się ufać, opierać na chodziku, manewrować wózkiem. Do dyspozycji miał prawą rękę z kilkoma odjętymi palcami.

Był jeszcze brzuch. Dializy trwały rok, ale w końcu nerki ruszyły i podjęły pracę. Lekarze mówili, że po tym wszystkim musi być ostrożny, nie może pić alkoholu, ale Toby nie był w stanie się z nimi zgodzić.

Próbował terapii, by pozbierać się po szkole, rodzinach zastępczych i po amputacji. Nic nie pomagało – tylko butelka.

– Przestanę pić, dopiero jak zechcę. Na razie jeszcze nie mam takiego życzenia.

* * *

Z czasem lekarze zdecydowali się opowiedzieć o Tobym, dziecku szczęścia, cudzie medycyny. Toby stał się sławny. Do szpitala w St. John’s przyleciały ekipy telewizyjne, by nakręcić materiały o człowieku z lodu. Inuku, który wstał z martwych. Feniksie, siłaczu, bohaterze.

Wtedy, w 1993 roku, Kanada usłyszała o Tobym po raz pierwszy – ale jeszcze go nie doceniła.

W 2008 roku premier rządu federalnego Stephen Harper publicznie powie ocaleńcom ze szkół z internatem: „Przepraszam”. Ale przeprosiny nie będą dotyczyć wszystkich – zostaną z nich wykluczone dzieci z Labradoru i Nowej Fundlandii.

Wtedy serce Toby’ego Obeda zatrzyma się, dwudziesty siódmy raz.





2. SZEPT PHILA FONTAINE’A





To nieprawda, że nikt wcześniej nie wiedział. Nie da się nie wiedzieć.

Ktoś mieszka w pobliżu szkoły z internatem, w której zamknięte są rdzenne dzieci. Ktoś dowozi do niej jedzenie. Ktoś inny dzieci z internatów leczy, ktoś je przecież grzebie.

Czyjemuś dziecku znikają koledzy, jakiejś rodzinie – sąsiedzi.

Nie za głośno, nie przy najmłodszych, ale jednak się o tym rozmawia. Najczęściej w domu, jeśli w szkole, to nigdy na lekcjach. Z czasem napomknie coś jedna czy druga gazeta. Można tę krótką notkę jakoś wyłowić wzrokiem: przetrzeć oczy, stracić oddech.

Nie da się nie wiedzieć, więc przez te wszystkie lata Kanadyjczycy wiedzieli. Nie wiedziała tylko Kanada.

* * *

Latem 1990 roku wybucha kryzys w miejscowości Oka w prowincji Quebec. Do istniejących terenów zielonych ktoś chce dołączyć dawny cmentarz Mohawków. Powiększony areał miał być doskonałym polem golfowym i kolejną działką do zabudowy. Najpierw protestują pojedyncze organizacje rdzennych mieszkańców, ale szybko gromadzi się coraz więcej ludzi. Pojawia się policja, a potem wojsko. Twarz wściekłego rdzennego mężczyzny tylko kilka centymetrów od nosa białego żołnierza w zielonym hełmie – takie zdjęcia obiegną świat.

Po pacyfikacji Oki w Kanadzie panuje cisza, choć nie zgoda. Wiadomo, że w tym konflikcie nie chodzi już tylko o fragment porośniętego sosnami sanktuarium. Czuje się napięcie. Pomoże je wyzwolić siedem i pół minuty rozmowy z Philem Fontaine’em.

* * *

30 października 1990 roku Phil Fontaine składa wizytę w archidiecezji w Winnipeg. Jest już wtedy szanowanym politykiem, w Zgromadzeniu Pierwszych Narodów (Assembly of First Nations, AFN) reprezentuje rdzennych mieszkańców prowincji Manitoba. Mówią do niego: chief, wodzu.

Dla mediów jest podręcznym go-to Indian, „dyżurnym Indianinem”. Pierwszą osobą, jaka przychodzi do głowy, gdy potrzebny jest głos i perspektywa kogoś z Pierwszych Narodów.

Ludzie go podziwiają, ludzie mu ufają. Chief Fontaine wyszarpuje od rządu kolejne ustępstwa, piętnuje krzywdzące dla rdzennych mieszkańców zmiany w prawie. Jest skuteczny. Choć oczywiście nie wszyscy za Fontaine’em przepadają. Słychać, że jest zbyt pragmatyczny, a za mało konfrontacyjny i zbyt blisko współpracuje z rządem, przez niektórych rdzennych nazywanym „osadniczym” albo wręcz „okupacyjnym”.

Kiedy po latach Fontaine odejdzie z polityki do wielkiego biznesu, u wielu wzbudzi serdeczną i szczerą zawiść. Sukces i pieniądze trudno mu będzie wybaczyć. Jedno nie ulega wątpliwości: przez całe dziesięciolecia jedni go uwielbiają, inni równie gorąco go nie znoszą – ale liczą się z nim wszyscy.

Jest tylko jeden problem: Phil Fontaine nie potrafi publicznie zabierać głosu.

W którymś z wywiadów mówi o sobie tak:

– Nie jestem wcale groźny. Nikt się mnie nie boi. Między ludźmi jestem cichy i wycofany. Nie jestem charyzmatyczny, żaden ze mnie mówca. Mówię łagodnym, miękkim głosem, ale niech to nikogo nie zmyli.

* * *

Tego dnia w archidiecezji Phil Fontaine mówi jak zwykle o wiele za cicho. Mimo to księża słyszą, że dotarł do wiarygodnych danych: w niektórych prowadzonych przez Kościół katolicki szkołach z internatem (Indian residential schools), do których trafiały rdzenne dzieci, dochodziło do deprawacji, a nawet do aktów przemocy wobec podopiecznych.

Księża wzdychają. Takie skargi nie są niczym nowym. O przypadkach niewłaściwych zachowań ze strony kleru Kościół, także w Kanadzie, bywa od czasu do czasu informowany. Wdraża wówczas swoje wewnętrzne procedury, stara się też okazywać ofiarom wsparcie.

Ale Fontaine nie chce wsparcia.

– Czas rozpocząć formalne dochodzenie w sprawie tych krzywd – zaznacza.

Do tej chwili rozmowa była uprzejma i stonowana. Ale tego wątku księża jakoś podjąć nie chcą i spotkanie właściwie zmierza ku naturalnemu końcowi.

Tylko że Phil Fontaine ma do powiedzenia coś jeszcze.

Chodzi o szkołę z kamienną grotą, szkołę na słonecznej polanie.

Opowieść o niej Phil układa i ćwiczy w swojej głowie od wielu miesięcy. Jest to wystąpienie publiczne, które kiedyś zamierza wygłosić. W przyszłości – na pewno jeszcze nie dziś.

Praca nad przemówieniami to męka. Choć Phil Fontaine jest prominentnym politykiem, to nadal beznadziejnym mówcą. Czyta z kartki, zacina się i gubi. Przymyka powieki, nie umie utrzymać kontaktu wzrokowego. Za każdym razem, kiedy ma coś publicznie powiedzieć, zastyga.

Dlatego chce być dobrze przygotowany, zanim o tym opowie. Wie, że ryzykuje autorytetem i karierą. Wie też, że to się wydarzy, czeka na to od czterdziestu lat. Wydarzy się to całkiem niedługo. Ale na pewno jeszcze nie dziś.

Jednak na spotkaniu z księżmi Fontaine nagle wypala:

– To w waszej szkole doznawałem przemocy. To u was jako dziecko byłem wykorzystywany seksualnie.

* * *

Tego wieczoru wielu Kanadyjczyków wyciąga z pudeł gumowe pająki i papierowe girlandy w kształcie czarnych kotów. Kto jeszcze nie zdążył, na ostatnią chwilę drąży i wycina dynie. Już jutro Halloween. Niektórzy po kryjomu napoczynają cukierki kupione dla dzieci z okolicy, które będą chodzić w przebraniach od drzwi do drzwi. Szeleszczą więc chowane po kieszeniach opakowania od tootsie rollsów. Kanadyjskie rodziny zasiadają przed telewizorami. W wielu domach ekrany wyświetlają główny program informacyjny telewizji CBC, Canadian Broadcast Corporation, kanadyjskiego odpowiednika BBC.

Ten kanał to jednocześnie okno i lustro Kanady.

Prowadzący wydanie zaczyna:

– A teraz przejmujące oskarżenia o molestowanie dzieci w niektórych szkołach w prowincji Manitoba. Jeden z popularnych polityków i jednocześnie dawny wychowanek katolickiej szkoły wzywa do wszczęcia dochodzenia. Jak utrzymuje, także on sam w przeszłości padł ofiarą nadużyć.

Po emisji stacja łączy się już bezpośrednio z Philem Fontaine’em. Czterdziestosześcioletni Fontaine mówi bardzo powoli, zacinając się częściej niż zwykle.

Prowadząca wywiad dziennikarka Barbara Frum chce się najpierw dowiedzieć, o jakiej skali mowa. Czy Phil był jedyny? Czy jeszcze jakieś dziecko mogło paść ofiarą księży i sióstr z malowniczej polany?

W głównym kanadyjskim programie telewizyjnym szanowany i podziwiany polityk odpowiada tak:

– W mojej trzeciej klasie na dwudziestu chłopców każdy jeden przeszedł przez to, przez co i ja przeszedłem. Każdy był w jakiś sposób wykorzystywany seksualnie.

Dziennikarka zachowuje się, jakby nie dosłyszała, o jakie wykorzystywanie chodzi. Zauważa tylko, że do niedawna bicie dzieci było powszechne i mnóstwo osób z pokolenia Fontaine’a zaznało kar cielesnych – klapsów, uderzeń linijką po rękach.

– Dlaczego więc pan uważa, że pańska sprawa jest wyjątkowa?

– Chodzi o zasięg i o intensywność tej przemocy. Oraz o to, że mieliśmy do czynienia z instytucją, która reprezentuje najwyższy autorytet moralny w naszym społeczeństwie. Nic nie mogliśmy zrobić. Takiej władzy się nie kwestionuje.

Rozmowa jest trudna, szarpana. Phil Fontaine mówi o poczuciu wstydu i fałszywym przekonaniu, że trzeba milczeć, by zachować twarz. Tłumaczy, że ta sprawa wcale nie kończy się w murach szkoły, ale prowadzi do dalszego napędzania cyklu przemocy.

W czasie wywiadu Fontaine jest zdenerwowany, mówi z przerwami. I w końcu robi coś, na co nikt – ani jego bliscy, ani współpracownicy, ani dwa i pół miliona Kanadyjczyków przed telewizorami – nie miał jak się przygotować.

– Wykorzystywany potem sam wykorzystuje, a maltretowany maltretuje – oświadcza bardzo powoli i spokojnie.

– Czy to znaczy, że i panu się to zdarzyło?

– Oczywiście – odpowiada bez wahania Phil Fontaine na oczach osłupiałej publiczności. – Oczywiście, że tak. Robisz innym to, co tobie robiono.

* * *

Jedna z pierwszych szkół z internatem dla rdzennych dzieci, Mohawk Institute Residential School, została otwarta w 1828 roku na terenie dzisiejszej prowincji Ontario. A dokładnie w Brantford, rodzinnym miasteczku Aleksandra Grahama Bella. Placówkę tę nazywano kolokwialnie The Mush Hole, czyli Zagłębiem Brei, od serwowanej tu na okrągło rozgotowanej owsianki, która była podstawą wyżywienia dzieci.

Porastająca Kanadę sieć szkół z internatem, prowadzonych w znakomitej większości przez Kościół katolicki, a fundowanych przez państwo, zaczęła usychać w latach sześćdziesiątych, choć ostatnią z nich, Qu’Appelle w prowincji Saskatchewan, zamknięto dopiero w 1996 roku.

Wiele budynków spłonęło albo zostało rozebranych. Czasem działają w nich świeckie szkoły; niektóre przerabia się na szpitale albo hotele. Inne niszczeją. Z rzadka zostawia się je jako swego rodzaju miejsca pamięci.

Przez te wszystkie lata istnienia systemu szkół z internatem śladów się jakoś specjalnie nie zbiera, a dowodów nie zabezpiecza.

Co jakiś czas mówi się, a nawet pisze, o przykładach nieprawidłowości, o poszczególnych incydentach w niektórych placówkach. Takich jak pożar, utonięcie, epidemia (rzadziej: wykorzystywanie dziecka). I tak właśnie się to widzi: jako nieszczęśliwe wypadki losowe lub pojedyncze, marginalne wykwity patologii.

Przydaje się wtedy formuła mająca wszystkie wątpliwości rozwiać, a wszelkie winy unieważnić. Cudowne zaklęcie, trzy słowa, które dobrze brzmią w każdej epoce i pod każdą szerokością geograficzną.

Ta-kie-by-ły-cza-sy.

Mawia się też: to cena postępu, przykry odprysk wielkiej dziejowej historii. To, co prawda, niefortunne, ale jednak odizolowane przypadki.

O skali tego, co działo się w szkołach, Kanada dowie się oficjalnie dopiero w 2015 roku.

* * *

Następnego ranka słowa Phila Fontaine’a przedrukowują kanadyjskie dzienniki od Atlantyku po Pacyfik, od Vancouver po Wyspę Księcia Edwarda. Niektóre dają go na jedynkę.

Tego dnia wiele śniadań w kanadyjskich domach przebiega w zupełnej ciszy.

Po pierwsze, trudno uwierzyć, że coś takiego mogło stać się w publicznej szkole, kontrolowanej przez państwo. W szkole katolickiej, gdzie dzieci oddano pod opiekę osobom duchownym.

Po drugie, ciężko się pogodzić z faktem, że spotkało to polityka u władzy, osobę publiczną.

Po trzecie, jak to jest, że mówi się o tym na głos, a do tego w telewizji?

Po czwarte, pojawia się myśl, że może dzieci takich jak Phil było więcej.

Historycy, urzędnicy i przede wszystkim dawni uczniowie zaczynają powoli przyznawać, że istotnie, szkoła na polanie nie była pod tym względem jedyna. W pierwszych dniach po wywiadzie mówi się nawet o siedmiu placówkach, w których dzieci miały paść ofiarami przemocy ze strony duchownych. Dziś wiadomo, że takich szkół naliczono sto trzydzieści sześć. Zamknięto w nich co najmniej sto pięćdziesiąt tysięcy dzieci.

Ale w czasie emisji wywiadu ani Phil Fontaine, ani Kanada nie mają jeszcze o tym pojęcia.

* * *

Fontaine nie cofa słów i nie milknie. Rozmawia z każdym, kto chce wiedzieć. W tych opowieściach jak refren powtarza się: maltretowanie, wykorzystywanie seksualne, przemoc psychiczna i fizyczna, systematyczne, zinstytucjonalizowane znęcanie się nad dziećmi.

Dołączają do niego kolejni. Dzieje się coś, czego już nie da się zatrzymać. Choć naturalnie niektórzy spróbują to na różne sposoby spowolnić, rozmyć i zdeprecjonować. Albo przynajmniej wycofać z publicznej dyskusji.

Już w ciągu doby od wywiadu pojawia się komentarz Kościoła katolickiego. W telewizji CBC z rzecznikiem archidiecezji Świętego Bonifacego w Winnipeg, księdzem Claude’em Blanchette’em, rozmawia ta sama dziennikarka, Barbara Frum.

Ksiądz przyznaje, że plotki o tym, co działo się w katolickich szkołach z internatem, powtarzano od lat, jednak „większość ludzi dawno zostawiła ten bolesny bagaż za sobą”.

– Ale to coś więcej niż tylko plotki. – Prowadząca się uśmiecha. – Kościół przesuwał księży pomiędzy parafiami, dokonywał niezrozumiałych, nagłych kadrowych zmian. Może należy nazwać to zacieraniem śladów?

– No cóż, dziś takie przypadki istotnie nazywalibyśmy zacieraniem śladów, ale wtedy Kościół uważał... Nie tylko on, bo i całe społeczeństwo tamtych czasów... Otóż wtedy uważano, że tak właśnie należy postępować.

– Ale skoro teraz pan już o tym wie, a także prawdopodobnie wielu innych księży już o tym wie, to czy zamierzacie wszcząć w tej sprawie dochodzenie?

– Wiesz, Barbaro, publiczne dochodzenia z reguły mają cel polityczny. Nie jestem pewny, czy taki ruch przysłużyłby się drodze do uzdrowienia. Wolelibyśmy razem z władzami stworzyć dla tych cierpiących ludzi jakąś przestrzeń, w której zostaliby wysłuchani, w której mogliby podzielić się ważnymi dla siebie opowieściami.

– Rozumiem, że Kościół woli ciszę, ale wczoraj Phil Fontaine wzywał do wszczęcia publicznego dochodzenia w tej sprawie. Czy będziecie oponować?

Ksiądz tłumaczy, że teraz sprawa będzie procedowana na wyższych szczeblach w pałacu biskupim i wróci do zainteresowanych, czyli do „mister Fontaine’a”.

Ale dziennikarce telewizji publicznej to nie wystarcza.

– System szkół z internatem został zlikwidowany, od dawna nie istnieje. Ale co, jeśli nadal siedzicie na archiwum, które skrywa dziesiątki takich spraw? Czy pozwolicie im ujrzeć światło dzienne? Czy macie raczej nadzieję, że sprawa przycichnie? A może będziecie aktywnie prowadzić dochodzenie i szukać kolejnych takich przypadków? – dopytuje.

– Wcale nie czekamy, aż sprawa przycichnie. Uleczyć skrzywdzone osoby, pozwolić im na nowo stać się jednością – oto nasza największa nadzieja i największe pragnienie.

– Mówimy o ofiarach, a co zrobicie z tymi, których dotyczy oskarżenie? Z tymi, którzy nadal żyją i mogą zostać pociągnięci do odpowiedzialności?

– Tych ludzi należy otoczyć opieką terapeutyczną i systemem wsparcia, by ochronić ich przed pewnego rodzaju tendencjami, skłonnościami w ich osobowości. Czy powinni być oskarżeni, potępieni przez system sprawiedliwości? Cóż, okażemy im braterską miłość i braterskie zrozumienie. Spróbujemy pomóc im przetrwać ten trudny dla nich czas. Im, ich bliskim, ich środowisku, które ich zna i miłuje. Im samym, a także ich ofiarom.

– Ojcze Blanchette, pytałam, czy będziecie sprawdzać, czy było więcej takich przypadków. Tak czy nie?

– Na tę chwilę arcybiskup nie wyraził intencji prowadzenia takich poszukiwań.

Ksiądz Blanchette doda jeszcze:

– Takie przypadki były czymś okropnym, ale na przeszłość należy patrzeć ze zrozumieniem.

* * *

Po emisji wywiadu z Philem Fontaine’em do redakcji CBC przyszły tysiące listów od innych dorosłych, którzy byli molestowani w szkołach finansowanych przez państwo, a w większości prowadzonych przez Kościół katolicki. Pisali o tym do telewizji, bo do kogo niby mieliby pójść?

Redaktorzy otwierali koperty i czytali: nikt na świecie o tym nie wie, nawet moja żona. Ty, który trzymasz ten list, dowiadujesz się jako pierwszy.

Tylko że dziennikarze nie wiedzieli, jak to udźwignąć. W całej Kanadzie nie było ani narzędzi, ani instrukcji, jak o tym mówić. A tym bardziej pomysłu, co dalej z tym zrobić.

Zdecydowano, że najpierw trzeba znaleźć odpowiedni, nieraniący język.

Na początku mówiło się neutralnie: „dawni uczniowie”, a także „ofiary”, choć szybko uznano, że może być to powtórnie wiktymizujące. W miarę odkrywania kolejnych historii, gdy ośmieleni przez Fontaine’a zaczęli przemawiać następni świadkowie, ten język bardzo się zmienił. Wkrótce Kanada włączyła do swojego słownika wyraz survivor, ocaleniec, któremu nadała nowe znaczenie.

W Polsce, mówiąc o ocalonych, zazwyczaj mamy na myśli tych, którzy przetrwali Holocaust. Hasło „ocalony z zagłady” niesie nam konotacje, których nie trzeba tłumaczyć. Nasza część świata jest zanurzona w pamięci Holocaustu i mamy słowa klucze, które próbują ją pomieścić. Do niedawna także w Kanadzie survivor oznaczał człowieka, który przeżył Shoah.

Ale czasy się zmieniają – teraz survivor to coraz częściej ten, który przeżył prowadzoną przez Kościoły szkołę z internatem. „Jestem ocaleńcem” to już prawie to samo, co „jestem po kościelnym internacie”.

Polskie tłumaczenie tego słowa nie jest doskonałe. Ocaleniec to ktoś, kto ocalał, kogo uratowano niejako z zewnątrz. Jest jak ofiara kataklizmu, której ratownicy udzielili pomocy.

W języku angielskim survivor to ktoś, komu udało się przetrwać, przeżyć, wytrzymać (to survive). Tu akcent jest położony inaczej – na wewnętrzne sprawstwo, na siłę, która pozwala utrzymać się przy życiu.

Dzieci z kanadyjskich szkół z internatem, jeśli przeżyły, to dlatego, że wytrzymały.

Nie zostały przez nikogo uratowane, po żadne z nich pomoc nie przyszła.

Ta-kie-by-ły-cza-sy.





3. DZIECI ŚWIĘTEJ ANNY





Życie w katolickiej szkole z internatem imienia Świętej Anny (St. Anne’s Residential School) w Fort Albany, na północy prowincji Ontario, było jak film. A konkretnie jak Pasja Mela Gibsona. Tak przynajmniej uważa Louis Knapaysweet.

Przecież to o mnie, pomyślał w pierwszej chwili Louis, poprawiając się w fotelu przed telewizorem. Ale zaraz doszedł do wniosku, że różnic jednak jest sporo. Najważniejsza to ta, że kiedy skóra na plecach pękała od uderzeń bicza i grzbiet zalewał się krwią, Jezus miał trzydzieści trzy lata.

A Louis tylko dziesięć.

Spotykamy się w bibliotece Toronto Reference Library na projekcji dokumentu In Jesus’ Name (W imię Jezusa). Louis jest jednym z siedmiorga byłych wychowanków szkoły Świętej Anny, którzy w filmie dzielą się wspomnieniami z placówki. Kanadyjska reżyserka o szwedzkim nazwisku, Susan Enberg, mówi zgromadzonym w bibliotecznej auli:

– Mam do was jedną tylko prośbę. Po powrocie do domu powiedzcie wszystkim, których spotkacie, co działo się dzieciom w Świętej Annie.

Obok niej siedzi Louis. Jego włosy są siwe, długie do krzyża, związane w kitkę.

Na głowie – czapka z daszkiem, na czapce – orzeł i napis „Native Pride”, rdzenna duma.

Po filmie kucam przy nim, żeby porozmawiać. Widzę pasywną, mocno pomarszczoną twarz.

Oczy Louisa nie mają już rzęs. Są niewielkie, przymglone. Załzawione, jak to u starych ludzi przyjmujących regularnie krople. Mówić trzeba głośno, bo Louis niedosłyszy. A słuchać go – uważnie, bo Louisowi brakuje większości zębów. Ale nie pamięci.

Louis Knapaysweet to dziecko z Attawapiskat, osady w rezerwacie w północnej części prowincji Ontario, na brzegu Zatoki Jamesa, długiej na czterysta kilometrów, szerokiej na dwieście. Prawo i zwyczaj mówiły, że dzieci z tego regionu muszą realizować obowiązek szkolny w Świętej Annie, szkole z internatem położonej na obrzeżach miejscowości Fort Albany.

Fort Albany to tak naprawdę trzy wyspy – Sinclair, Main i Anderson Island – położone w delcie rzeki. Okolica z lotu ptaka wygląda jak liść kapusty – grubsze i cieńsze żyłki rzek i strumieni przecinają mokre ziemie i wlewają się do Zatoki Jamesa jak naczynia do żyły wrotnej. Miejscowość tę można nazwać miejscem przylotów, jest to bowiem niedostępne drogą lądową fly-in community. Latem można tam dotrzeć tylko samolotem. Lot do Timmins, najbliższego dużego miasta, kosztuje tysiąc dwieście dolarów. To dwa razy więcej niż najtańszy bilet w klasie ekonomicznej z nowoczesnego lotniska w Toronto na Okęcie. Tanich linii nie ma.

Zimą jest jeszcze highway, autostrada, podobna do tej, którą Toby Obed może czasem wydostać się ze swojej Wioski Nadziei. W sezonie zimowym autostrada łączy rezerwat Attawapiskat ze światem, a konkretnie z Moosonee, jednym z ostatnich przystanków na północy, do których dociera kolej. Pojawia się na przełomie grudnia i stycznia, kiedy rzeki chwyci lód – w najszerszym miejscu ma nawet trzysta metrów. Obsadza się ją choinkami, żeby kierowca nie zboczył z trasy. Czasem pobocze ciągnie się aż za horyzont, naokoło tylko biel. Autostradę codziennie badają strażnicy w kaskach i butach roboczych. Wiercą otwory, sprawdzając grubość lodu. Zaciskają kciuki, by pokrywa była grubsza niż metr i dziewięć centymetrów. Inaczej autostradę trzeba będzie zatopić. To znaczy: dowiercić się do wody i zalać nią przejazd jak lodowisko. Nowy lód zepnie jezdnię i dołoży do niej kolejną warstwę. I już – highway zrobi się sama, bo zimą temperatury w dzień spadają do minus trzydziestu stopni.

Kiedy autostrada jest gotowa, mieszkańcy Fort Albany albo Attawapiskat wiedzą, że wkrótce będą jeść. Do sklepów spożywczych dotrą ciężarówki z zaopatrzeniem, po lodzie będą mogli także ruszyć w odwiedziny bliscy. Dlatego w miarę możliwości śluby urządza się tu zimą – żeby mogli pojawić się jacyś goście.

Autostrada daje jeszcze jedno – pracę. Przy jej codziennym utrzymaniu zajęcie ma pięćdziesiąt osób.

Na północ docierają nią nie tylko żywność i papier toaletowy, nie tylko karetki i policja, lecz także alkohol i narkotyki. Picie i bicie to tło prawie wszystkich połączeń alarmowych wychodzących z tej okolicy.

Ale trochę się to zmienia. Wcześniej na świat przychodziło tu sporo dzieci z płodowym zespołem alkoholowym, więc mieszkańcy powołali straż obywatelską i zaczęli przeszukiwać auta wjeżdżające do rezerwatu. Nie zawsze dają radę. Skrzynkę wódki łatwo znaleźć – paczkę tabletek już nie.

Lodowa autostrada to stosunkowo nowa trasa, zaczęto ją zatapiać i mrozić dopiero w 1976 roku. Wcześniej misjonarze ze Świętej Anny ciągnęli ładunki saniami po ścieżce wykarczowanej w leśnej gęstwinie.

Dlatego odcięta od świata Święta Anna musiała być samowystarczalna.

Szkołę założono w 1903 roku. Po trzech latach zaczęła formalnie podlegać państwu. Ale na co dzień wszystkim w Świętej Annie zajmowali się francuskojęzyczni oblaci, Oblati Mariae Immaculatae, misjonarze Maryi Niepokalanej. Pomagały im szarytki, siostry miłosierdzia (Grey Nuns, Sisters of Charity) z Ottawy. Drzwi Świętej Anny ostatni raz zatrzasnęły się w 1976 roku i od tej pory budynek niszczał. Aż do 2002 roku, kiedy w opustoszałych ruinach wybuchł pożar. Skąd wziął się ogień, nie ustalono. Szkoły postanowiono nie odbudowywać.

Zostały plany misji, którą wielokrotnie rozbudowywano i modernizowano. Na jednym z projektów z 1939 roku widać, że dwie łazienki dla setek dzieci umieszczono w przestrzeni węższej niż schody między piętrami. W jednej dla chłopców i drugiej dla dziewczynek było miejsce tylko na dwa sedesy i cztery umywalki.

W dokumentach dla towarzystwa ubezpieczeniowego zaznaczono, że obok szkoły znajdowały się też budynki gospodarcze i mieszkalne. Pomieszczenia dla pielęgniarek, dla sióstr, a także rezydencja księży z prywatną kaplicą. Nieopodal – mała elektrownia, garaż, warsztat, piekarnia i obory. Zakonnice pracujące w szkole mieszkały w najdalej położonym budynku, jeszcze dalej niż bydło.

* * *

Dla uczniów ze Świętej Anny najbardziej upragnionym miejscem był szpital, niewielki ceglany budynek. Karmiono je tam mięsem i rosołem, dawano też zabawki, które – co prawda – należało oddać po zakończeniu leczenia, ale to nic nie szkodziło. Nie było tam bicia, tylko spokój i jedzenie.

Nic dziwnego, że niektóre dzieci próbowały się tam dostać, a to podduszając się, a to wieszając. Inne celowo narażały się na urazy, odmrożenia, oparzenia i złamania. Ale złamana noga to był żaden paszport – do szpitala trafiały tylko dzieci w naprawdę ciężkim stanie.

Po niektórych z nich zachowały się dokumenty. Dzięki nim wiadomo, że na potrzeby szkół z internatem przygotowano specjalne formularze na okoliczność dziecięcych śmierci. Archiwa dotyczące zgonów w Świętej Annie pokazują, że wypełniając je, używano tylko tyle atramentu, tylko tyle sylab, ile było konieczne. Dokumentacja jest lakoniczna i dziurawa – a kiedy nie ma danych, nie ma też zbyt wielu pytań.

* * *

Formalnie do szkoły trafiały pięciolatki, ale przyjmowano także dzieci dwuletnie. Koniec szkoły i cierpienia nadchodził dopiero po piętnastych urodzinach.

Stających na progu szkoły uderzała sterylność i pedantyczność tego miejsca. Placówka – poza schodami z szarego kamienia – była bielusieńka. Białe ściany i podłogi, obrusy i zegary.

Ocaleńcy zgodnie wspominają też silny zapach wybielacza, jaki na co dzień wypełniał gmach szkoły. Niektórzy pamiętają, że pachniało też pieczenią (dla kleru) i gotowaną fasolą (dla dzieci).

* * *

Budynki składające się na misję księży oblatów leżały na obrzeżach miejscowości ukrytej przed ludzkim wzrokiem. Naokoło tylko las i las. I jeszcze rzeka, Albany, która była jednocześnie łowiskiem i granicą oddzielającą szkołę od reszty świata.

Kontakt z placówką był bardzo trudny. Nie było telefonu, tylko radio w kancelarii jednego z księży. Nic dziwnego, że goście – tacy jak kontrolerzy z ministerstwa, Królewska Kanadyjska Policja Konna albo przełożeni księży – z rzadka tam zaglądali.

Choć czasem zdarzała się formalna wizytacja. To były dobre dni. Po pierwsze, dzieciom dawano lepsze jedzenie, na przykład jajka. A po drugie, na czas wizytacji oszczędzano bicia. Choć oszczędzanie to niedobre słowo – kara była tylko odraczana do chwili, kiedy gość opuści szkołę na dobre. Zdarzało się, że z powodu załamania pogody delegacja zawracała, więc z biciem czekano do momentu, kiedy było pewne, że żadni świadkowie już się nie zjawią.

Louis Knapaysweet pamięta, że w szkole mieli do dyspozycji jedną tablicę, z której uczyli się czytać i pisać. Nie dostawali zeszytów – chyba że mieli się zjawić goście. Dzieciom kazano wtedy kopiować na kartkach fragment Biblii. Odwzorowywały kształt liter, przerysowując zawijasy z tablicy. Co tak sumiennie kaligrafują – nie rozumiały.

Wizytacje wypadały dobrze. Że uczniowie nie potrafią czytać i pisać, nie wyłapano.

Ale to była rzadka odmiana, bo najczęściej nikt z zewnątrz tam nie docierał. Szkoła nie była ogrodzona, bo dzieci i tak nie miały dokąd uciekać.

Niektóre jednak próbowały. Jak John i dwóch małych Michelów.

Podobno uciekali nocą. Podobno dotarli aż do rzeki. Podobno ich szukano.

* * *

W 1941 i 1942 roku dostojnicy Kościoła katolickiego i świeccy urzędnicy z Ottawy wymieniali się korespondencją w sprawie zaginięcia i śmierci numeru 97, numeru 119 i numeru 125.

To John Kioki z Attawapiskat (lat czternaście), Michel Sutherland ze wsi Weenisk (o rok młodszy) i Michel Matinas też z Attawapiskat (jedenastolatek).

Ich ciał nigdy nie odnaleziono, choć podobno szukano. Tak zarzekali się księża ze Świętej Anny, ale policja i urzędnicy nie byli o tym przekonani.

Zaczęło się od wizytacji. Raz do roku do szkoły przyjeżdżał urzędnik, agent do spraw Indian (Indian Agent), doktor T.J. Orford. Tym razem towarzyszył mu policjant, George Dexter. Agent rutynowo przeglądał listę zgonów, do których doszło w szkole. Gruźlica, ospa, grypa, a także nieszczęśliwe wypadki nie budziły większych podejrzeń. Ale w tej sprawie coś się nie zgadzało.

O wyjaśnienia poproszono dyrektora szkoły, ojca Paula Langloisa. Jeśliby odtworzyć rozmowę na podstawie zachowanych dokumentów, wyglądała ona tak:

– Dlaczego dzieci uciekły? Czy coś tu się stało?

– Nie. Wszystko w jak najlepszym porządku.

– Czy wobec uczniów stosowano dyscyplinę?

– Nie, bynajmniej.

– A szukaliście w ogóle tych dzieci?

– Byliśmy przeświadczeni, że to tylko wagary i chłopcy wrócą najpóźniej na kolację. Niestety, nie sprzyjała nam pogoda. Przeprawa przez rzekę była niemożliwa, bo lód był za cienki.

– Nieprawda. Wiemy, że jeszcze tydzień później można było przekroczyć rzekę.

– Nie chcieliśmy ryzykować.

– Dlaczego nikogo nie powiadomiliście?

– Nie widzieliśmy takiej potrzeby.

Kilka dni później Orford i Dexter ruszyli na północ, do Attawapiskat. Bo trzeba było jeszcze powiedzieć rodzicom.

– Jak to dzieci zaginęły dwa miesiące temu? – Ojciec Johna Kiokiego rozłożył ręce. – Dlaczego nikt nas nie zawiadomił? Mogliśmy wyjść im naprzeciw, mogliśmy ich szukać. A teraz co?

Mężczyźni byli pewni, że dzieci uciekały, żeby się ratować. Nie chcieli siedzieć bezczynnie, byli traperami, umieli czytać ślady. Zdecydowali się iść po dzieci, choćby martwe.

Już pierwszej nocy rodzicielskiej akcji poszukiwawczej jeden z ojców, doświadczony myśliwy, przypadkowo strzelił sam do siebie – tak przynajmniej uznała potem policja.

* * *

Sprawa zaginionych chłopców nie dawała spokoju policjantowi Dexterowi. Gdyby nie on, o chłopcach prawdopodobnie do dziś nikt by się nie dowiedział. To Dexter sporządził notatkę o zaginięciu dzieci, o tłumaczeniach księdza i reakcji rodzin. Od siebie dodał: „Nie ma wątpliwości, że dzieci zmarły z głodu lub utonęły. Wodzowie plemion z Albany, Attawapiskat i Moose Factory proszą wszystkich swoich ludzi o poszukiwanie zwłok. Sprawa jest niezmiernie przykra, a ból rodziców po stracie dzieci zrozumiały. Jednak na tym etapie nie można już nic zrobić. Sprawę należy uznać za zamkniętą”.

Notatka trafiła na biurko Philipa Phelana, szefa Działu Nauczania z Oddziału do spraw Indian w Ministerstwie Kopalń i Surowców Naturalnych, któremu formalnie podlegały szkoły z internatem.

„Drogi ojcze Bellau, jestem bardzo zaniepokojony raportem, który dostarczyła mi właśnie Królewska Kanadyjska Policja Konna. Wynika z niego, że trzech uczniów uciekło ze szkoły w Fort Albany minionego kwietnia; prawdopodobnie utonęli” – stuka na maszynie w swojej kancelarii w stołecznej Ottawie Phelan, pisząc do biskupa. Doskonale wie, że warunki – tak jak dzieci – są trudne i niewdzięczne.

Nie może jednak oprzeć się wrażeniu, że tym razem księża posunęli się za daleko. Kry dawno już puściły, ale chłopców nadal nie odnaleziono. Nie ma ciał, nie ma też oficjalnego zgłoszenia ze strony księży, którzy pod nadzorem kanadyjskich władz prowadzili szkołę Świętej Anny.

Mówi się, że kościelne młyny mielą powoli. Nie inaczej krążą kościelne dokumenty.

Dopiero kiedy z inicjatywy Dextera szkołą zaczyna interesować się urząd, głos w sprawie zaginięcia dzieci zabiera dyrektor Świętej Anny, ksiądz Paul Langlois.

„Raport na temat śmierci trzech chłopców z naszej Szkoły Jeziora Świętej Anny w Albany, Zatoka Jamesa” z 14 czerwca 1941 roku napisano na maszynie; drobne zmiany, jak niektóre literówki, poprawiono ręcznie – ale korekta nie była dokładna, jakby ktoś spieszył się z wyprodukowaniem dokumentu.

Zanim ksiądz Langlois złożył pod raportem długi, ozdobny podpis, wypowiedział się na temat każdego z chłopców.

„John Kioki: Został przyjęty, gdy obiecał być cichy, posłuszny i okazywać szacunek. Przebywał w szkole od trzech lat i nie dawał wiele satysfakcji członkom personelu. Ciężko było sprawować nad nim kontrolę.

Michel Sutherland: Był to jego drugi rok w szkole. Mamy wiele uwag pod jego adresem.

Michel Matinas: Był to jego pierwszy rok w szkole, nie mamy powodów, by na niego narzekać”.

Fakty zdaniem księdza przedstawiały się następująco:

W nocy z 18 na 19 kwietnia 1941 roku chłopcy uciekli z dormitorium.

Personel zorientował się dopiero rano, ale wtedy jeszcze dorośli myśleli, że dzieci bawią się gdzieś w zaroślach otaczających szkołę. Księża i zakonnice czekali więc w nadziei, że chłopcy wrócą wieczorem. Tak się już przecież zdarzało: uczniowie próbowali wydostać się ze szkoły i biegli do lasu, ale po drodze dopadały ich głód, zimno i wątpliwości.

W tym czasie w pobliżu trwało polowanie. W niedzielę, prawie dwie doby po zaginięciu dzieci, myśliwi zgłosili, że widzieli chłopców w lesie otaczającym szkołę. Księża wysłali w ślad za nimi pracującego w misji mężczyznę rdzennego pochodzenia. Długo tropił ślady chłopców, ale zawrócił.

Dokumenty są niespójne – raz mowa o tym, że zapadała ciemność i wysiłki były daremne. Raz, że mężczyzna miał wypadek i musiał odstąpić od poszukiwań. Udało się ustalić tyle, że ślady chłopców wiodły w kierunku rzeki i bazy handlarzy futrami z Kompanii Zatoki Hudsona. Ale wiemy to z mowy zależnej, bo zeznań człowieka, którego wysłano na poszukiwania i który jako ostatni widział ślady dzieci, do dokumentacji nie włączono.

Z tonu raportu można się domyślać, że zapał księży prędko osłabł: skoro tropy prowadziły w stronę obozu handlarzy, to należało się spodziewać, że wszystko będzie w porządku. Gdyby dzieci tam dotarły, zostałyby ogrzane, nakarmione i odesłane z powrotem do szkoły.

Poza tym księża dopiero co wrócili psim zaprzęgiem z wyprawy. Zwierzęta były zmęczone, a oni nie chcieli iść po dzieci na piechotę. Akcję poszukiwawczą zawieszono.

Można było za to jakoś pomagać na miejscu. Na przykład rozpytać innych uczniów.

Przeglądając archiwa, odnoszę wrażenie, że ważny jest tu kalendarz liturgiczny. Ucieczka miała miejsce parę dni po Wielkiej Nocy, najważniejszym i najradośniejszym święcie, jakie obchodziło się w Świętej Annie (i w całym Kościele katolickim).

Jakie uroczystości, jaką celebrę przygotowano wtedy dzieciom? Co takiego się wydarzyło, że postanowiły uciekać w nocy w las? Co było czynnikiem wyzwalającym?

Tego wszystkiego w księżowskim raporcie nie ma.

Ksiądz Langlois stwierdził tylko, że na podstawie zeznań uczniów ustalono, że to najstarszy, czternastoletni John Kioki był przywódcą grupy i to on poprowadził młodszych chłopców na śmierć. Podobno mówił kolegom, że chce uciec do domu. Podobno namawiał swojego młodszego brata i wielu innych chłopców, by poszli za nim, ale odmówili.

Ksiądz własnoręcznie wpisał do raportu słowa młodszego brata Johna: „Nigdzie nie pójdę. Jesteśmy tu dobrze traktowani. W szkole mi się podoba”.

A jednak dwóch innych chłopców poszło za Johnem nocą w śnieg. Jak się wydostali – nie wiadomo. W co byli ubrani – też nie. Wiadomo za to, że mieli ze sobą mało jedzenia.

W szkole żywność była reglamentowana. Zazwyczaj dzieci kupowały dodatkowe porcje drobnymi przysługami, takimi jak seks. W miarę możliwości – kradły.

Ksiądz Langlois przekonywał, że chłopcy nie brali zapasów, bo chcieli sami wyżywić się w pokrytym śniegiem lesie. Wedle słów młodszego brata, który odmówił ucieczki i chwalił pobyt w szkole, John Kioki przygotował sobie mały łuk i kilka strzał, by po drodze polować na ptaki.

„Nie zauważyliśmy, by chłopcy przed opuszczeniem szkoły cokolwiek ukradli – nie wzięli ze sobą ani siekiery, ani zapasów jedzenia”, odnotował w raporcie ksiądz Langlois.

To dobry znak, pięknie świadczący o ich moralności.

To bardzo zły znak, świadczący o tym, że dzieci wkrótce zginą.

Minęła piąta doba od zaginięcia, gdy księża uznali, że psy już wystarczająco odpoczęły, i dopiero wtedy wznowiono poszukiwania.

Patrol składający się z „księdza, Indianina i psów” ruszył w stronę ujścia rzeki, ale nic nie wskórał. Mężczyźni szybko wrócili pod dach Świętej Anny, bo dość gwałtownie się ociepliło i zamarznięta dotąd rzeka zaczęła pękać. „Po tym wiadomo było, że nie możemy zrobić już nic więcej, by odnaleźć dzieci”, wyjaśnił dyrektor szkoły.

Po jakimś czasie do kancelarii księdza Langloisa zapukali myśliwi: na południowym brzegu rzeki, jakieś trzydzieści kilometrów od szkoły, znaleziono maleńki wigwam i kilka strzał.

Ale namiot był pusty, dookoła żadnych śladów.

„Dzieci wpadły do rzeki, a nurt zniósł je do zatoki. Rodzice zostali powiadomieni”, podsumował krótko ksiądz Paul Langlois i na tym jego rola w dochodzeniu się skończyła.

Wkrótce ktoś mu podpowiedział, że trzeba jeszcze formalnie powiadomić władze.

Tylko że w Świętej Annie nie spodziewano się odwiedzin, kontroli czy wizytacji. Księża naradzili się i ustalili, że być może upływ czasu przyniesie więcej odpowiedzi w sprawie dzieci. Najlepiej będzie zaczekać.

Ale wbrew zamiarom księży dzięki notatce policjanta Dextera o sytuacji dowiedziała się w końcu Królewska Kanadyjska Policja Konna, która niezwłocznie poinformowała o wszystkim Ministerstwo do spraw Kopalń i Zasobów Naturalnych, czyli Philipa Phelana.

Historia zapamięta go przede wszystkim za finansową dyscyplinę i za nakłanianie szkół do stawiania drewnianych pali obok okien dormitoriów. W szkołach wyjścia ewakuacyjne z reguły blokowano, a schody przeciwpożarowe demontowano, żeby utrudnić uczniom ucieczkę. Ale w czasie pożaru dzieci nie miały jak się wydostać i ginęły w ogniu. Phelan uważał, że w pobliżu okien należy umieścić drewniane pale. W razie zagrożenia maluchy mogły wskoczyć na nie prosto z parapetu, a następnie zsunąć się parę pięter w dół, na ziemię, jak strażacy.

Phelan był jednocześnie orędownikiem daleko posuniętych oszczędności – nie podobało mu się, że ministerstwo musi płacić rachunki, które wystawia policja za poszukiwania zbiegłych z internatów dzieci. Nakazał, by najpierw do działania brał się personel kościelny, który mógł działać najszybciej i najefektywniej, znał bowiem dzieci i okoliczny teren. Dopiero w dalszej kolejności należało angażować funkcjonariuszy. Pomoc dla zbiegłych rdzennych dzieci była nie tylko zbyt kosztowna dla władz, ale, jak zauważał Phelan, najczęściej po prostu spóźniona.

„Chociaż zdaję sobie sprawę, że nastręczałoby to trudności, to jednocześnie uważa się, że zarówno dyrektor szkoły, jak i personel powinni byli dołożyć większych starań, by odnaleźć chłopców”, podkreślił Philip Phelan w liście do biskupa Henriego Belleau, który sprawował bezpośrednią kontrolę nad szkołą Świętej Anny.

Odpowiedź z kurii przyszła prędko. Biskup Belleau wystosował długi i uprzejmy list, w którym wyjaśnił, że dzieci same sprowadziły na siebie śmierć. Naszej winy w tym nie ma, zaznaczył duchowny. Na adwokata wziął matkę jednego z zaginionych chłopców.

Obiecał pokazać wkrótce list od Agnes Kioki, matki chłopca, który zabrał ze sobą za mało chleba i chciał zabijać ptaki z dziecięcego łuku. Rzeczywiście po pewnym czasie taki list dosłał. Dokument miał być angielskim tłumaczeniem jej słów. Nie wiadomo, czy jest autentyczny. Nie opatrzono go ani datą, ani miejscem sporządzenia.

W liście, który kobieta miała wysłać do ojca innego zaginionego chłopca, czytam:

„Starajmy się podobać Bogu w cierpieniu, które na nas zsyła, choć jest ono najcięższe ze wszystkich. On je dla nas wybrał, podziękujmy Mu za nie z wdzięczności za miłość, którą nas otacza.

Nasze dzieci spotkało to, co zaplanował dla nich Bóg. Niech nie będzie to podstawą do pochopnych sądów. (...) Nie ma we mnie gniewu. Jednej rzeczy tylko znieść nie mogę, że protestancki szef [dopisek: ministerstwa] chciał oskarżyć ojca [Langloisa] zarządzającego szkołą”.

Na koniec Agnes Kioki zapewniła, że nie zamierza obwiniać księży: „Nie włączę się do rebelii przeciwko Bogu, który mnie miłuje”.

O tym, że ojcowie chłopców od początku oskarżali opiekunów o niedbalstwo, biskup nie wspomniał.

Ale Philip Phelan nie dał się przekonać. Żądał wyjaśnień, bo do Świętej Anny miał coraz więcej zastrzeżeń.

Po pierwsze, obowiązkowy raport kwartalny szkoła wysłała z wielomiesięcznym opóźnieniem.

Po drugie, na liście uczniów brakowało wielu nazwisk i jednocześnie dokumentów potwierdzających zwolnienie dzieci ze szkoły. Urzędnicy pytali, co się stało od czerwca do września z numerami: 103, 111, 113, 114, 115, 116, 120, 121, 126, 127, 128, 132, 133, 134, 078, 0106, 0130, 0139, 0152, 0122, 0149, 0157, 0160, 0161, 0165, 0166, 0167, 0168, 0170, 0176, 0180.

Szkoła miała bałagan w papierach – nie można było doliczyć się ponad trzydzieściorga dzieci.

Oczywiście pozostawały jeszcze numery 97 (John Kioki), 119 (Michel Sutherland) i 125 (Michel Matinas). Urzędnicy dopytywali także o nie, bo formalnie szkoła nigdy nie poinformowała ministerstwa o zaginięciu.

Urzędnicy pytali też o dzieci, które w szkole pojawiły się we wrześniu, ale nie było ich w czerwcu, a konkretnie o numery 066, 070, 074, 0127, 0129, 0136, 0138. W aktach brakowało podstawy, by przyjąć je do szkoły (nie było pozwolenia na odebranie ich rodzicom).

Jakim cudem te dzieci w ogóle przebywały u księży?

Brakowało też dokumentacji potwierdzającej warunki przyjęcia oraz stan zdrowia numerów 137, 138, 139, 140, 141, 142, 0181, 0182, 0183, 0184, 0185, 0186, 0187, 0188, 0189, 0190, 0191 oraz 0192. Urzędnicy próbowali się dowiedzieć, jak te dzieci trafiły do księży oblatów i w jakim były stanie.

Ale korespondencja z kancelarii księdza zarządzającego szkołą szła bardzo długo, a czasem na biurko Phelana nie docierała wcale.

W końcu wszczęto śledztwo w sprawie zaginięcia i śmierci chłopców. Raport rządowy sporządzony w Ministerstwie Kopalń i Zasobów Naturalnych, w Oddziale do spraw Indian, podsumował je tak: „Z satysfakcją przyjmujemy informację, że władze szkoły nie mogły przewidzieć tego nieszczęsnego wydarzenia oraz zrobiły wszystko, co możliwe w danych okolicznościach, by odnaleźć wagarowiczów. Ojcowie dwóch chłopców obecni na posiedzeniu komisji opuścili je przekonani, że nikomu nie można przypisać winy za śmierć ich dzieci”.



Kilka lat później przed śnieżnobiałym budynkiem Świętej Anny staje Louis Knapaysweet. Ma pięć lat i nigdy w życiu nie dostał klapsa.

* * *

Louis spędził w szkole dziewięć lat, od 1951 do 1960 roku. To było tak dawno, wiele szczegółów już uleciało z pamięci. Ale niektóre wryły się w głowę tak mocno, że Louis do dzisiaj widzi się w dormitorium, w chłopięcej sypialni na piętrze drewnianego budynku w głuchych lasach północnego Ontario.

Zbliża się pora kolacji. Potem modlitwa i spanie. Ale dzieci nadal nie mogą się wyciszyć. Czekają na jedzenie, rozrabiają. Niektóre szaleją, inne po prostu się bawią. Jak można mówić o skupieniu się w ciszy przed wieczerzą, kiedy w jednym pokoju zgromadzonych jest kilkudziesięciu chłopców?

Dlatego co wieczór do sypialni przychodzi ksiądz z ozdobnym krucyfiksem na piersiach albo siostra w szarym habicie, by zaprowadzić porządek.

Są skuteczni. Dzięki ich sprawdzonym metodom kolacja przebiega potem w bezwzględnej ciszy.

Kto posłuży dziś za przykład? Tego dzieci nigdy do końca nie wiedzą.

Louis wspomina, że któregoś wieczoru jedna z sióstr wybrała sobie chłopaczka, który miał sześć, może siedem lat. Zachowywał się za głośno, więc zakonnica zdjęła mu ubranie – koszulę, portki i majtki – i kazała mu się położyć na metalowym łóżku brzuchem do dołu.

Pozostałym dzieciom poleciła, by ustawiły się dookoła i wyciągały dla siebie wnioski.

– Oto nauka dla nas wszystkich – powiedziała.

Dzieciom kazała podejść jeszcze bliżej i zacieśnić krąg.

– Będziecie stać. Będziecie patrzeć.

Chłopiec nie próbował uciekać, położył się buzią do materaca.

Zakonnica wyciągnęła pas z czarnej skóry i wzięła zamach. Raz, drugi, trzeci.

Uderzała gorliwie, z wielką cierpliwością. Chłopiec na łóżku płakał, ale ona nie przestawała.

Inne dzieci stały, niektóre próbowały opuszczać brody, żeby dłużej tego nie oglądać. Wtedy podchodziła cicho inna szarytka i ciągnęła czarnowłosą główkę w górę i do tyłu:

– Patrz i ucz się, szczeniaku.

Z tego wieczoru Louis pamięta, że strasznie mu burczało w brzuchu. Chłopcy byli już głodni i chcieli, żeby bicie jak najszybciej się skończyło.

Dlaczego stali w milczeniu?

– Nie było sensu przeszkadzać siostrze. I mnie kazałaby się wtedy położyć do bicia. A to by oznaczało, że cała grupa będzie tylko dłużej głodna.

Dzieci stały cierpliwie i czekały zmiłowania nie tylko nad plecami chłopca, ale i nad własnymi żołądkami.

Ale zakonnica biła nadal.

Chłopiec na łóżku posikał się.

Szarytki to nie opamiętało, nie ustawała w biciu i wkrótce dormitorium wypełnił inny zapach.

Pod wpływem ciosów chłopiec na łóżku załatwił się.

– Widzicie, do czego mnie doprowadziliście? – Dopiero wtedy zakonnica się uspokoiła. Dzieci poproszono, by wyciągnęły z tej lekcji odpowiednią naukę i w skupieniu przystąpiły do wieczerzy.

Siostry na posiłek wyszły jako pierwsze. Ktoś delikatnie zamknął za nimi drzwi.

Dopiero wtedy chłopcy mogli zacząć działać. Kilku powlokło pobitego do mycia, ale byli za mali. Nie dawali sobie rady. Myć i tamponować trzeba go było na leżąco. Spieszyli się, bo w każdej chwili na progu mógł znów pojawić się szary habit.

Pracowali prędko, mieli to już przećwiczone.

Louis był jeszcze za mały, żeby pomagać w dźwiganiu, więc przydzielono mu wartę. Dzieci kazały mu zostać, a same zeszły do kantyny na wieczorny posiłek. Tego wieczoru Louis siedział przy łóżku chłopca, który raz odzyskiwał przytomność, a raz ją tracił. Żadnemu z nich koledzy nie przynieśli wtedy kolacji.

Louis dzisiaj nie wie, czy bardziej bali się wynosić jedzenie, czy raczej nie mieli już takich odruchów.

Potem, w nocy, nie myślał już o tym, że jest głodny – tylko o tym, że musi się jakoś ratować.

Mówi mi, że po tym biciu uciekł do domu.

Ze Świętej Anny do jego miejscowości jest ponad osiemdziesiąt kilometrów w linii prostej. A po drodze są jeszcze przecież rzeki. Louis nie mówi, jak je pokonał. Może więc to była inna okazja, inna ucieczka?

Może na którejś przepustce do domu postanowił po prostu nie wracać? O ocalenie przed powrotem do szkoły, o nieosiągalną łaskę bycia w rodzinnym domu błagało przecież wiele dzieci.

To się z czasem zatarło. Louis pamięta tyle, że był znów z mamą i czuł się bezpiecznie.

Ale trwało to krótko.

Po kilku dniach na progu domu pojawili się dwaj księża ze Świętej Anny:

– Szukamy waszego dziecka, jego miejsce jest w szkole.

Rodzice Louisa skłamali:

– Nasz syn jest gdzieś w lesie, na polowaniu z dorosłymi. Jak za kilka dni wróci, to go odeślemy.

Przekonywali księży, że to załatwią, że wszystko będzie w porządku.

– Przecież wiemy, że kłamiecie – odparli tamci. – Tym fałszywym świadectwem obrażacie Pana Boga. Zaprawdę jako grzesznicy nie wejdziecie do Królestwa Niebieskiego. Oddajcie nam dziecko.

– Moi rodzice rozumieli, że za odmowę spotka ich kara. Nie chodziło tylko o grzech nie do zmazania i ryzyko, że nie spotkamy się po śmierci. W życiu doczesnym sprzeciw oznaczał, że zostanie zabrany zasiłek, z którego żyło wtedy wiele rdzennych rodzin. Rodzice byli dobrymi chrześcijanami, bardzo bali się piekła. Kazali mi wyjść spod łóżka i przekazali księżom.

Louis ruszył z powrotem do Świętej Anny. Księża rozmawiali po francusku, nie rozumiał o czym. Kiedy dotarli na miejsce, zapadł już wieczór. Chłopiec był przekonany, że pozwolą mu się położyć i pokutę dostanie dopiero nazajutrz.

Nie miał racji.

– Obudzili inne dzieci i jak zwykle kazali im patrzeć. Tej nocy była kolej na mnie. Księża rozebrali mnie do naga. Przez nasze dormitorium biegła w pionie rura od ogrzewania. Przywiązali mi ręce nad głową do tej rury jak do pręgierza.

Pamiętam jednego z nich, nazywał się Jules Leguerrier.

* * *

Leguerrier był wtedy młodym księdzem i miał w sobie ewangelizacyjny ogień. Tłumaczył Biblię na język kri i z zapałem zakładał coraz to nowsze misje wśród rdzennej ludności. Szybko awansował. W 1967 roku Henri Belleau (ten, który nie chciał nadaremno wzywać pomocy do trzech zaginionych chłopców) nałożył mu na palec pierścień biskupi. Był to znak zaślubin z Dioecesis Musonitana, diecezją Moosonee. Leguerrier zmarł w 1995 roku. Potem okazało się, że policyjne notatki na temat czynów biskupa wobec dzieci zajmują ponad trzy tysiące stron.

Biskup nie żyje, ale wciąż patrzy na wiernych z witraża w katedrze pod wezwaniem Chrystusa Króla w Moosonee, dawnej diecezji, a dziś półtoratysięcznym miasteczku nazywanym kanadyjską bramą do Arktyki. Ozdobny witraż przedstawia Leguerriera i papieża Jana Pawła II na tle wiernych z Pierwszych Narodów.

Louis Knapaysweet zdejmuje czapkę z daszkiem i gładzi dłonią związane w kitkę siwe włosy:

– Tej nocy Leguerrier udzielił mi lekcji, którą zapamiętałem na całe życie. Przyniósł do dziecięcej sypialni kota o dziewięciu ogonach. Był to pejcz upleciony z dziewięciu osobnych rzemieni, więc przy jednym uderzeniu na ciało spadało dziewięć ciosów równocześnie.

Narzędzie księży miało wiele funkcji. Każdy z ogonów był dodatkowo zakończony kulką, ciasnym skórzanym węzełkiem. Dzięki temu rozpędzone rzemienie cięły skórę, a jednocześnie spadające na plecy kulki dodatkowo miażdżyły tkanki. To nie był nowy wynalazek, korzystano z niego już na statkach napędzanych siłą niewolniczą.

Ale księża i zakonnice wychowujący dzieci w Świętej Annie udoskonalili narzędzie. Wszystkie rzemienie najeżono gwoździkami. Dzięki temu każdy ze świstów oznaczał dla dziecka nie tylko cięcie skóry i uraz tkanek, ale też grad dziurawiących plecy ukłuć.

Louis Knapaysweet wstaje z krzesła i dopiero teraz widać, jak wielki i potężny jest to mężczyzna. Stoi na szeroko rozstawionych nogach, skręca tułów w lewo i bierze zamach zza łopatki, jakby grał w golfa.

– O tak mnie bił, o tak! Przez grzbiet, na wskroś, na wskroś!

Patrzę w milczeniu, jak Louisowi wydaje się, że znów ma dziesięć lat i stoi przypięty do żeliwnej rury.

Potem zaczyna tłuc powietrze niewidzialnym kotem o dziewięciu ogonach. A później jego głos zaczyna się trząść, tak samo jak i plecy.

– Bił mnie i mówił, że wymierza mi karę za grzechy w imię Jezusa Chrystusa, Pana naszego, amen! – płacze blisko dwumetrowy, bezzębny chłopiec z siwą kitką.

Kiedy dziesięcioletni Louis nie miał już siły stać, zawisł na nadgarstkach. Dopiero wtedy kot zamilkł, a chłopca odcięto. Nauka, jakiej udzielił dzieciom przyszły biskup, była jasna: sprzeciw wobec Kościoła zawsze będzie oznaczać nieuchronną karę.

Ale poza biciem Louis ma też inne wspomnienia ze szkoły.

Katolickie wychowanie to dla niego nie tylko kot o dziewięciu ogonach, ale też oklaski, owacje i śmiech.

* * *

To był koncert z okazji zakończenia roku szkolnego. Szczęśliwe dni, bo wkrótce rozpoczynały się wakacje. Kto tylko mógł, starał się o powrót do domu, choćby na tych kilka tygodni w roku.

Louis przebierał nogami z radości. Skończy się bicie, zacznie się mama!

Na uroczystość podsumowującą rok szkolny w szkole Świętej Anny zapraszano także gości z zewnątrz (choć akurat rodzice nie byli mile widziani). Louis nie pamięta dokładnie, ale zazwyczaj przyjeżdżali wyżsi rangą duchowni, przedstawiciele policji konnej, czasem piloci i zaprzyjaźnieni wojskowi. Większość dzieci ustawiono w rzędach, jak to na apelu. Niektóre miały wyznaczone miejsca.

Louis pamięta, że jeden z księży kazał mu usiąść na sporym krześle, które stało osobno, dalej od innych mebli.

Jedni uczniowie wspominali potem, że mebel był zielony. Inni – że podobny do wózka inwalidzkiego, ale nie miał kół. Zdaniem niektórych był drewniany, ale większość twierdziła, że metalowy, giętki, jak zwykłe krzesło ogrodowe, które dostawia się do kawiarnianych stolików.

Jak dokładnie krzesło wyglądało, do końca nie wiadomo, bo nie zachowało się żadne zdjęcie.

Zachowały się natomiast z