Główna Prawda. Krótka historia wciskania kitu

Prawda. Krótka historia wciskania kitu

0 / 0
Jak bardzo podobała Ci się ta książka?
Jaka jest jakość pobranego pliku?
Pobierz książkę, aby ocenić jej jakość
Jaka jest jakość pobranych plików?
Nowa książka autora bestsellera "Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko".

Tym razem przeczytacie o Prawdzie – a raczej o wszystkich genialnych sposobach wciskania kitu, jakie ludzkość wymyśliła przez wieki...

Żyjemy w wieku "postprawdy". Prezydent Stanów Zjednoczonych nie zawraca sobie głowy prawdziwością swoich słów (rekord pobił dzięki szczególnie intensywnemu tsunami bredni, kiedy w ciągu 120 minut wygłosił 125 fałszywych stwierdzeń, czyli więcej niż jedno na minutę!). Płaskoziemcy i antyszczepionkowcy już nie wierzą ekspertom. Internet zmienił nasze codzienne życie w dezinformacyjne pole bitwy.

Ale czy "złoty wiek" prawdy rzeczywiście kiedykolwiek istniał? Czy naprawdę ludzie kiedyś nie kłamali? Tom Phillips, redaktor serwisu fullfact.org zajmującego się sprawdzaniem faktów, każdego dnia zmaga się z zalewem bzdur. I rzuca sarkastyczne spojrzenie na przekonanie, że kłamstwo w debacie publicznej pojawiło się wczoraj. Z właściwym sobie humorem pokazuje, że zawsze mieliśmy tendencję do zmyślania i że dzisiejsza fakenewsowa histeria jest tylko najświeższą wersją starej dobrej umiejętności ludzi do rozsiewania kłamstw gdziekolwiek się da.

Imponujące kłamstwa i kłamcy, których aż chce się szanować!

Od Wielkiej Mistyfika­cji Księżycowej (kiedy nowojorska gazeta "Sun" wzbudziła sensację, publikując cykl artykułów o sławnym astronomie sir Herschelu, który odkrył na Księżycu zaawansowaną cywilizację), przez humbug o wannach, po grasującego w Croydon seryjnego zabój­cę kotów – wiele z tego, co czytaliśmy o wydarzeniach dzie­jących się na świecie, było totalną bzdurą.

Przed wami nie­prawdopodobne opowieści o mitycznych krainach i badaczach niekoniecznie będących w miejscach, o których pisali. Albo historie o manipulacjach na wielką skalę dzięki rozpowszechnianiu teorii spiskowych lub o nieudanych próbach tuszowania katastrof czy o propagandzie z czasów wojny – czyli cała niecna sztuka politycznej ściemy!

Przeczytajcie o maniach, lękach i zbiorowych histeriach pro­wadzących do wiary w absurdalne rzeczy – jak widmowe statki po­wietrzne czy niezwykle rozpo­wszechnione przekonanie, że ktoś próbuje kraść mężczyznom penisy – które przekładają się czasem na zupełnie rzeczywiste tragedie… na przykład powodują polowania na czarownice.

Okazuje się, że jeśli chodzi o życie w prawdzie, to sami jeste­śmy swoim największym wrogiem.

Ta książka opowiada o tym, jak ludzkość przez stulecia oszukiwała samą siebie.

Stawia też istotne pytanie: czy istnieje szansa, byśmy w przyszłości zdecydowali się porzucić kłamstwo?
Rok:
2020
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.
Język:
polish
ISBN 13:
9780198614128
Plik:
EPUB, 1,46 MB
Ściągnij (epub, 1,46 MB)

Możesz być zainteresowany Powered by Rec2Me

 

Najbardziej popularne frazy

 
0 comments
 

To post a review, please sign in or sign up
Możesz zostawić recenzję książki i podzielić się swoimi doświadczeniami. Inni czytelnicy będą zainteresowani Twoją opinią na temat przeczytanych książek. Niezależnie od tego, czy książka ci się podoba, czy nie, jeśli powiesz im szczerze i szczegółowo, ludzie będą mogli znaleźć dla siebie nowe książki, które ich zainteresują.
IMPONUJĄCE KŁAMSTWA I KŁAMCY, KTÓRYCH AŻ CHCE SIĘ SZANOWAĆ!


NOWA KSIĄŻKA AUTORA BESTSELLERA

LUDZIE.


KRÓTKA HISTORIA O TYM, JAK SPIEPRZYLIŚMY WSZYSTKO


Tym razem przeczytacie o PRAWDZIE – a raczej o genialnych sposobach wciskania kitu, jakie wymyślano przez wieki…

W dzisiejszych czasach nawet prezydent USA nie przejmuje się prawdziwością swoich słów – rekord pobił, kiedy w 120 minut wygłosił 125 bzdur, czyli więcej niż jedną na minutę! Za sprawą internetu nasze codzienne życie zamieniło się w dezinformacyjne pole bitwy.


Może nawet tego nie wiesz, ale dosłownie pływasz w morzu wymysłów, półprawd i wierutnych łgarstw. Pora się wreszcie czegoś o nich dowiedzieć!


Tom Phillips, redaktor serwisu fullfact.org zajmującego się sprawdzaniem faktów, każdego dnia zmaga się z zalewem bredni. I z właściwym sobie humorem udowadnia, że kłamstwo w debacie publicznej nie pojawiło się wczoraj.


Ta książka zabierze was na wycieczkę objazdową po najbardziej niesłychanych kłamstwach i horrendalnych ściemach w dziejach ludzkości. Wiele z tego, co tu przeczytacie, wyda się wam niewiarygodne, a przecież nie brakowało ludzi, którzy w to wszystko wierzyli.


Ciekawe, co o nas napiszą nasze wnuki?





TOM PHILLIPS


Dziennikarz i komik mieszkający w Londynie. Był dyrektorem wydawniczym brytyjskiej wersji serwisu BuzzFeed, gdzie dzielił swój czas między bardzo poważne relacjonowanie poważnych spraw… i robienie zupełnie niepoważnych żartów. Należał do grupy komediowej, pracował w telewizji i w Parlamencie, a nawet założył gazetę (fatalna porażka!). Studiował archeologię i antropologię, a także historię i filozofię nauki w Cambridge – i jest miło zaskoczony, że przy pisaniu swoich książek może korzystać z wiedzy zdobytej na wszystkich tych kierunkach.





Tego autora


LUDZIE

Krótka historia o tym, jak s*ieprzyliśmy wszystko


PRAWDA

Krótka historia wciskania kitu





Tytuł oryginału:

TRUTH. A BRIEF HISTORY OF TOTAL BULLSH*T



Copyright © Tom Phillips 2019

All rights reserved


The right of Tom Phillips to be identifie; d as the Author of the Work has been asserted by him in accordance with the Copyright, Designs and Patents Act 1988


First published in 2019 by Wildfire, an imprint of Headline Publishing Group


Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2020


Polish translation copyright © Maria Gębicka-Frąc 2020



Redakcja: Marta Gral


Zdjęcie na okładce: © Alamy/BE&W


Projekt graficzny okładki oryginalnej: Headline Publishing Group


Opracowanie graficzne okładki polskiej: Kasia Meszka



ISBN 978-83-8125-956-9



Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Facebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros





Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.


Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media





Spis treści


Od Autora

Wstęp. Chwila prawdy

1. Pochodzenie fałszu

2. Stare fake newsy

3. Epoka dezinformacji

4. Kłamstwo o Ziemi

5. Manifest szachrajstwa

6. Kłamstwo w państwie

7. Kombinatorzy

8. Zwykłe złudzenia

Zakończenie. Ku prawdziwszej przyszłości

Podziękowania

Do dalszej lektury

Ilustracje

Przypisy końcowe

Przypisy do wydania polskiego





Dla moich rodziców, którzy zawsze uczyli mnie cenić prawdę.



Chociaż, do Waszej informacji, ustaliłem, że to Wy byliście wróżką zębuszką.



Święty Mikołaj będzie zły, kiedy się dowie, że kłamaliście.





Najbardziej uderzającą sprzecznością naszej cywilizacji jest głoszony przez nas fundamentalny szacunek do prawdy i głębokie lekceważenie, z jakim ją praktykujemy.


Vilhjalmur Stefansson, Adventures in Error, 1936





Od Autora


Niniejsza książka jest poświęcona rzeczom, które nie są prawdziwe. Z dość oczywistych powodów oznacza to, że ubiegły rok spędziłem w stanie prawie bezustannego zdenerwowania.

Zajmuję się tu historią, a historia nawet w najlepszym wypadku jest skomplikowana, pełna tymczasowych prawd, półprawd i całkowitych mitów. W poprzedniej książce, która dotyczyła porażek, napisałem: „Szanse, że książka o wpadkach nie zawiera żadnej wpadki, są, szczerze mówiąc, minimalne” (i owszem, po jej ukazaniu się znaleźliśmy ich kilka, na szczęście żadna nie była szczególnie straszna). Jeśli pisanie na temat porażki wydawało się kuszeniem bogów losu, to wybieranie kłamstwa na temat kontynuacji jest właściwie równoznaczne z zapewnianiem bogom pewnego gola. I bądźmy szczerzy, jest mało prawdopodobne, żeby bogowie losu spudłowali, strzelając do pustej bramki z dwóch metrów. Nie z taką kondycją, w jakiej są obecnie.

Więc tak, w tej książce na pewno trafią się jakieś błędy. Dołożyłem wszelkich starań, żeby ich uniknąć: podwójne i potrójne sprawdzanie, wracanie do oryginalnych dokumentów, ilekroć było to możliwe, próbowanie unikania pułapek nadinterpretacji. Przypisy powinny wam pomóc w samodzielnym sprawdzeniu faktów (i zachęcam, żeby to zrobić). Mimo to na pewno coś się zakradło. Błędy są nieuniknione – jedyne, co możemy zrobić, to próbować minimalizować je, przyznawać się do nich i łagodzić skutki. Taki jest główny cel tej książki. Dlatego, jeśli ktoś zauważy błąd rzeczowy – nawet drobny – proszę o przysłanie maila na adres truth@tom-phillips.com. Będę prowadził aktualizowaną publiczną listę poprawek na tom-phillips.com/mistakes-and-regrets.





Wstęp

Chwila prawdy





Ś

ciemniasz.

Chwila! Stop! To koszmarny sposób na rozpoczynanie książki. Przepraszam.

Nie czepiam się akurat ciebie, zwłaszcza jeśli przeglądasz tę książkę w księgarni i zastanawiasz się, czy ją kupić. Powinieneś! Jesteś bardzo mądry! Poza tym dowcipny i masz klasę. Dla jasności, nie jesteś osobą wyjątkowo niegodną zaufania czy też obdarzoną skłonnościami do notorycznego mówienia nieprawdy (no, chyba że rzeczywiście jesteś zawodowym naciągaczem; w takim wypadku zapraszam – może spodoba ci się rozdział czwarty).

A jednak kłamiesz, zmyślasz i prawie na pewno na setki sposobów, w istotnych i nieistotnych sprawach, mylisz się co do świata, w którym żyjesz. Nie powinieneś w związku z tym czuć się źle, ponieważ – tu ważna uwaga – tacy sami są wszyscy wokół ciebie. W duchu całkowitej szczerości dodam, że łącznie ze mną.

Chodzi mi po prostu o to, że spędzamy codzienne życie na pływaniu w morzu wymysłów, półprawd i wierutnych kłamstw. Kłamiemy i jesteśmy okłamywani. Nasze życie towarzyskie polega na taplaniu się w stałym strumieniu drobnych białych kłamstw. Wciąż jesteśmy wprowadzani w błąd przez polityków, media, sprzedawców i tak dalej, i prawdziwy problem polega na tym, że to działa – wszyscy jesteśmy frajerami podatnymi na wierzenie w zręcznie podane bujdy. Chyba najbardziej wszechobecne są kłamstwa, które mówimy sami sobie.

W dzisiejszych czasach, gdziekolwiek spojrzeć, można zobaczyć złowieszcze ostrzeżenia, że żyjemy w epoce postprawdy. W 2016 roku redakcja Oxford Dictionaries ogłosiła postprawdę słowem roku; w 2017 tego samego dnia ukazały się aż trzy książki zatytułowane Postprawda. Wygląda na to, że politycy przekręcają, zniekształcają i kłamią z coraz większą bezkarnością. Społeczeństwo – jak wmawia się nam z przekonaniem – „miało dość ekspertów”. Internet przemienił nasze życie towarzyskie w dezinformacyjne pole bitwy, na którym jesteśmy coraz bardziej niepewni, czy nasz wujek Jeff jest prawdziwym człowiekiem, czy może rosyjskim robotem.

I nietrudno zrozumieć, dlaczego ludzie myślą, że żyjemy w czasach wyjątkowo odpornych na fakty. Wystarczy podać jeden dość oczywisty przykład: w tej chwili Stany Zjednoczone mają prezydenta, który notorycznie kłamie… chociaż może nawet nie są to kłamstwa. Może on po prostu nie wie, co jest prawdą, i wcale mu nie zależy na tym, żeby się dowiedzieć. Skutki są mniej więcej takie same. Według sprawdzającego fakty zespołu „Washington Post” – kiedy ja pisałem tę książkę – prezydent Trump w ciągu ośmiuset sześćdziesięciu dziewięciu dni sprawowania urzędu, obejmujących okres nazywany „rokiem bezprecedensowego oszustwa”1, wygłosił 10 796 „fałszywych albo wprowadzających w błąd oświadczeń”2.

To daje średnio ponad 10 nieprawdziwych informacji dziennie i co więcej, w miarę upływu czasu wskaźnik nieuczciwości Trumpa wydaje się wzrastać. Granicę 5000 kłamstw prezydent USA przekroczył siódmego września 2018 roku dzięki szczególnie intensywnej nawałnicy bredni, kiedy to według „Post” w ciągu zaledwie 120 minut wygłosił co najmniej 125 fałszywych albo wprowadzających w błąd oświadczeń, czyli więcej niż jedno na minutę3. A nie był to jego najbardziej nieuczciwy dzień – ten wątpliwy rekord został pobity piątego listopada 2018 roku, w przeddzień połowy kadencji, gdy w trakcie wystąpień podczas trzech wieców wyborczych „Post” odnotował 139 informacji niekoniecznie zgodnych z prawdą.

Można powiedzieć, że nie jest to bardzo moralne. Ale czy oznacza, że żyjemy w epoce postprawdy? Powiem krótko: nie.

Nie zrozumcie mnie źle, nie zamierzam was przekonywać, że nasze czasy nie pękają w szwach od kitu w stu tysiącach odcieni – bo pękają, bez dwóch zdań. Z koncepcją, że żyjemy w epoce postprawdy, jest tylko jeden problem: skoro teraz mamy czasy postprawdy, to znaczy, że w jakimś okresie musiała być epoka prawdy.

Niestety, dowody na istnienie epoki prawdy są… hm… delikatnie mówiąc, wątłe. Pomysł, że niedawno zostawiliśmy za sobą złoty wiek nieposzlakowanej uczciwości i żarliwego oddania precyzji słowa i dowodom, jest, mówiąc bez ogródek, stekiem starych bzdur.

Nie da się jednak ukryć, w dzisiejszych czasach mamy do czynienia z wciskaniem kitu na potęgę. Wszyscy w jakiś sposób, mniej lub bardziej, się do tego przyczyniamy; wszyscy przekazujemy dalej niesprawdzone pogłoski i klikamy, dzieląc się nimi w sieci albo udostępniając je bez sprawdzania podstaw, ponieważ niezależnie od tego, czego dotyczyły, trafiły nam do przekonania.

Ale wbrew temu, co być może słyszałeś, zachowujemy się w ten sposób już od bardzo dawna.

Właśnie o tym jest ta książka: o prawdzie i o wszystkich pomysłowych sposobach, jakie na przestrzeni dziejów podejmowali ludzie, żeby się z nią rozmijać. Bo rozmijanie się z prawdą nie jest niczym nowym. Donalda Trumpa dzielą długie lata od pierwszego polityka, który rozsiewał kłamstwa na prawo i lewo jak pokręcony spryskiwacz ogrodowy. Kiedyś nie potrzebowaliśmy Facebooka, żeby rozpowszechniać niezweryfikowane i zmyślone pogłoski. Jeśli bowiem tylko nadarzała się okazja szybkiego zarobku, nigdy nie brakowało takich, którzy kreatywnie manipulowali faktami, żeby naciąć frajerów na kasę.

Oczywiście dokładne zdefiniowanie, czym jest – i czym nie jest – prawda, nigdy nie było takie proste, jak niektórym może się wydawać. Są pytania, na które niełatwo odpowiedzieć, na przykład… skąd się bierze kłamstwo? Czy nieuczciwość jest wbudowana w człowieka i społeczeństwo? Czy ludzie są jedynymi stworzeniami, które kłamią? Spróbujemy się temu przyjrzeć w rozdziale pierwszym, „Pochodzenie fałszu”, w którym zbadamy subtelne różnice pomiędzy „kłamstwem” i „kitem”, odkryjemy niespodziewany fakt, że kłamstwo poza bielą może mieć inne kolory, i zmierzymy się z dość przerażającym faktem, a mianowicie takim, że mylić można się na znacznie więcej sposobów, niż mieć rację.

Przez kilka stuleci jednym z naszych głównych źródeł informacji o świecie była prasa. Dziennikarstwo, jak mówią, tworzy pierwszą wersję historii – ale jak zobaczymy, często była to koszmarna pierwsza wersja, nad którą redaktorzy wyrywali sobie włosy z głowy. W rozdziale drugim, „Stare fake newsy”, przyjrzymy się pochodzeniu naszego nienasyconego głodu nowin, poznamy martwego człowieka, który wcale nie był martwy, i odkryjemy, że nasze współczesne obawy związane z niemiarodajnymi źródłami informacji i przeciążeniem informacyjnym są może niezupełnie takie nowe, jak nam się wydaje.

Może i biznes informacyjny miał skromne początki, ale nie trwało to długo – szybko rozwinął się w przemysł, który wywarł ogromny wpływ na kształtowanie się społeczeństwa i nasze postrzeganie świata. To jednak wcale nie oznacza, że stał się o wiele bardziej wiarygodny. Od Wielkiej Mistyfikacji Księżycowej w 1835 roku (kiedy nowojorska gazeta „Sun” wzbudziła sensację w całym kraju, drukując cykl całkowicie wyssanych z palca artykułów o sławnym astronomie sir Johnie Herschelu, który odkrył na Księżycu zaawansowaną cywilizację), przez humbug o wannach po dzienniki Hitlera i grasującego w Croydon owianego złą sławą seryjnego zabójcę kotów, mnóstwo tego, co czytaliśmy o wydarzeniach dziejących się na świecie, było totalną bzdurą. Temu przyjrzymy się w rozdziale trzecim, „Epoka dezinformacji”.

Nie dość, że myliliśmy się odnośnie do tego, co się dzieje na świecie, to jeszcze spartoliliśmy robotę, jeśli chodzi o właściwe postrzeganie świata. W rozdziale czwartym, „Kłamstwo o Ziemi”, odbędziemy podróż przez kilka stuleci czegoś, co można nazwać tylko… hm… „kreatywną geografią”. Biorąc pod lupę nigdy nieistniejące wielkie pasma górskie, nieprawdopodobne historie o mitycznych krainach i badaczach niekoniecznie będących w miejscach, które, jak twierdzili, badali, zobaczymy, jak świadomość, że raczej nikt nie pójdzie sprawdzić, co jest na drugim końcu świata, wpływała na kształt map.

Ta niechęć do sprawdzania została wykorzystana do maksimum przez prawdopodobnie największego blagiera wszech czasów – człowieka, który nabrał pewien kraj, wciskając mu kit o istnieniu innego kraju. Jest on tylko jednym z drobnych oszustów i wielkich zmyślaczy, których poznamy w kolejnym rozdziale, „Manifest szachrajstwa”, zgłębiającym naszą wieczną fascynację hochsztaplerami. Od naciągacza Williama Thompsona i jego zaskakująco prostego numeru, przez radzieckiego kanciarza bawiącego się w ciuciubabkę z biurokracją, po Francuzkę, która przez dziesiątki lat wiodła światowe życie dzięki nieznanej zawartości tajemniczego sejfu, przyjrzymy się najbardziej niesamowitym oszustom w dziejach i zadamy pytanie: Na ile ci ludzie oszukiwali, a na ile po prostu wierzyli w siebie?

Jeśli cokolwiek wiemy o politykach, to na pewno to, że kłamią. Przywódcy naszych wspaniałych narodów nie zawsze są wobec nas uczciwi. Oddając sprawiedliwość politykom (niektórym), muszę przyznać, że takie stwierdzenie może być trochę krzywdzące, ale kłamstwa ludzi odpowiedzialnych za rządzenie krajem mimo wszystko zasługują na osobny rozdział – „Kłamstwo w państwie” – w którym zbadamy niecną sztukę politycznej ściemy: od manipulacji, przez teorie spiskowe i nieudane próby tuszowania różnych rzeczy, po propagandę czasów wojny.

Wszędzie tam, gdzie można zarobić, zawsze znajdzie się ktoś chętny przekręcić prawdę, żeby wypchać sobie kabzę. W „Kombinatorach” przyjrzymy się dwóm największym kanciarzom: światowemu handlowi i medycynie. Biznes od zarania dziejów opierał się na małych i dużych oszustwach, począwszy od Ea-nasira, starożytnego mezopotamskiego handlarza miedzią, który brał pieniądze, ale nie dawał towaru (stąd pierwsze znane w historii listy z zażaleniami klienta), po Whitakera Wrighta, który w dziewiętnastym wieku dorobił się fortuny na szeregu oszustw. Poznamy też cały wachlarz szarlatanów, od Doktora Koźle Jaja – pioniera nowych mediów z ambicjami politycznymi, zbijającego majątek na chirurgicznym wszczepianiu koźlich jąder impotentom – po człowieka, który unieśmiertelnił swoje nazwisko dzięki przypadkowemu odkryciu hipnozy, gdy próbował osiągnąć coś zupełnie innego.

Na tym etapie będziemy już znać wielu z najbardziej imponujących kłamców w historii. Ale jeśli myślimy, że kłamcy są naszym jedynym problemem, to czeka nas poważny szok. Okazuje się, że w gromadzie jesteśmy bardzo dobrzy w tworzeniu mitów z niczego. W „Zwykłych złudzeniach” zobaczymy, jak manie, panika moralna i zbiorowa histeria prowadzą do wiary w rzeczy absurdalne. W tym rozdziale pokrótce omówimy fenomen widmowych statków powietrznych, które nawiedzały Wielką Brytanię, niezwykle powszechne przekonanie, że ktoś próbuje kraść mężczyznom penisy, polowanie na potwory w amerykańskich lasach i… no cóż, dosłownie rozumiane polowanie na czarownice. Okazuje się, że jeśli chodzi o życie w prawdzie, to sami jesteśmy naszym największym wrogiem.

W ostatnim rozdziale, „Ku prawdziwszej przyszłości”, zapytamy: Co możemy z tym wszystkim zrobić? Jeśli kłamstwa i wciskanie kitu zawsze były obecne w historii, co to oznacza dla dyscyplin naukowych, takich jak nauki ścisłe, historia i inne dziedziny pozwalające ustalać fakty o świecie? Czy jesteśmy skazani na życie we mgle dezinformacji, czy też możemy podjąć jakieś kroki, żeby odrobinę przesunąć wskazówkę z powrotem w kierunku uczciwości?

Ta książka zabierze was na wycieczkę objazdową po kilku najbardziej niesłychanych kłamstwach, najbardziej horrendalnych bzdurach i najbardziej utrwalonych nieprawdach w dziejach ludzkości. Wiele z tego, co tu znajdziecie, wyda się wam niewiarygodne, chociaż nie brakowało takich, którzy w to wszystko wierzyli. Na koniec zrozumiecie, dlaczego nigdy nie istniała „epoka prawdy”, i zaczniecie na nowo doceniać cudowną rozmaitość absurdów wymyślanych przez nasz gatunek. Mówiąc wprost, dzięki tej książce staniecie się lepsi, mądrzejsi i bardziej atrakcyjni.

Mówię szczerze. Dlaczego miałbym was okłamywać?





1

Pochodzenie fałszu





T

o książka o prawdzie – albo, ściślej mówiąc, o tym, co nie jest prawdą.

Niestety, to oznacza, że zanim przejdziemy dalej, musimy trochę pomyśleć, czym w rzeczywistości jest prawda. I, co ważniejsze, czym nie jest.

Sprawa niezwykle się komplikuje z powodu niesamowitej różnorodności sposobów, w jakie można się mylić. To może być dla niektórych sporą niespodzianką. Wielu z nas zakłada, że istnieją po prostu prawda i fałsz i że łatwo jest je rozróżnić. Nie jest to jednak takie proste. Na przestrzeni wieków ci, którzy zastanawiali się nad naturą prawdy i jej przeciwieństwa, uświadamiali sobie jedną kluczową zasadę: Rację można mieć na niewiele sposobów, natomiast mylić się można na niezliczone sposoby.

„Prawda zawsze ma jednego ojca, kłamstwa zaś są bękartami tysiąca mężczyzn i są płodzone wszędzie”1, lamentował w 1606 roku elżbietański dramaturg Thomas Dekker. Albo, jak szesnastowieczny filozof Michel de Montaigne ujął to w swoim eseju O kłamcach: „Gdyby kłamstwo podobnie jak prawda miało tylko jedną twarz, łatwiej dalibyśmy sobie z nim radę; przyjęlibyśmy po prostu za pewnik przeciwieństwo tego, co mówi kłamca; ale odwrotna strona prawdy ma sto tysięcy postaci i nieograniczone pole”.

Ta książka jest próbą skatalogowania tylko kilku z tych stu tysięcy postaci.

Nasze czasy pod żadnym względem nie są pierwszym w historii okresem obsesji na punkcie prawdy i jej braku. Co więcej, całe dwa stulecia w Europie są czasami nazywane „epoką dysymulacji” z powodu powszechności kłamania – od szesnastego wieku kontynent był rozdarty konfliktami religijnymi i ludzie musieli nosić maski fałszu po prostu po to, żeby przeżyć.



Niccolò Machiavelli: on wiedział.

Machiavelli, człowiek tak bardzo kojarzony ze sztuką obłudy politycznej, że gdy o niej mówimy, wciąż sięgamy (raczej niesprawiedliwie) po jego nazwisko, w 1521 roku napisał: „Od dawna już bowiem i dzisiaj także (…) nie mówię nigdy tego, co myślę, ani nie myślę tego, co mówię, a jeśli nawet zdarzy mi się czasem powiedzieć prawdę, ukrywam ją za tyloma kłamstwami, że trudna jest do odkrycia”2. Bądźmy szczerzy – wszyscy mieliśmy w pracy takie dni.

Na przestrzeni dziejów ludzie byli zainteresowani kłamstwem do tego stopnia, że wymyślali niezwykle różnorodne sposoby na identyfikowanie kłamców. Wedy starożytnych Indii proponowały metodę opartą na języku ciała i głosiły na przykład, że kłamca „nie odpowiada na pytania albo udziela wymijających odpowiedzi; plecie trzy po trzy, grzebiąc w ziemi paluchem, i drży; jego twarz traci kolor, pociera palcami cebulki włosów; próbuje każdym sposobem opuścić dom…”3 Również w Indiach, kilka stuleci później, istniała metoda oparta na ważeniu: osobę oskarżoną o kłamstwo umieszczano na wadze z idealnie dobraną przeciwwagą. Następnie zdejmowano delikwenta, wygłaszano krótką mowę do wagi, zaklinając ją, żeby ujawniła prawdę, po czym przystępowano do ponownego ważenia. Jeśli człowiek był lżejszy niż wcześniej, uznawano go za niewinnego; taki sam albo większy ciężar jednoznacznie wskazywał na winę4.

(Co ciekawe, w wielu europejskich procesach o czary związek między ciężarem i prawdą był zupełnie inny: podczas gdy w Indiach lekkość kojarzono z niewinnością, to w Europie unoszenie się na powierzchni wody mogło wystarczyć do skazania oskarżonej osoby. Tak oto hinduskie podejście stanowi rzadki argument przemawiający za odchudzaniem się w sądzie).

Inne kultury preferowały prostsze, bardziej bezpośrednie metody identyfikowania kłamców, takie jak rozgrzane do czerwoności pogrzebacze albo wrząca woda. Nie jest do końca jasne, czy były skuteczniejsze.

Przez długi czas ludzie poświęcali mnóstwo wysiłku próbom sklasyfikowania rodzajów fałszu. Był to swego rodzaju teologiczny odpowiednik pisania listy BuzzFeed. Już roku Pańskiego 395 święty Augustyn ogłosił zidentyfikowanie ośmiu rodzajów kłamstwa i podał je w kolejności od najgorszych po te bardziej niewinne: kłamstwa w nauczaniu religijnym; kłamstwa, które krzywdzą innych i nikomu nie pomagają; kłamstwa, które krzywdzą innych i komuś pomagają; kłamstwa mówione dla przyjemności kłamania; kłamstwa mówione po to, żeby „zadowolić innych w gładkiej rozmowie”; kłamstwa, które nikogo nie krzywdzą i pomagają komuś materialnie; kłamstwa, które nikogo nie krzywdzą i pomagają komuś duchowo; kłamstwa, które nikogo nie krzywdzą i chronią kogoś przed „cielesnym splugawieniem” (sądzę, że przy tym ostatnim miał na myśli uniemożliwienie bzykanka, ale nie mam stuprocentowej pewności).

W dzisiejszych czasach oczywiście inaczej klasyfikujemy kłamstwa, ale są subtelności, których być może nie jesteś świadom. Wszyscy słyszeli o białych kłamstwach – nieszkodliwych towarzyskich wykrętach umożliwiających dogadanie się bez wzajemnego skakania sobie do gardeł – ale czy wiesz, że są inne kolory kłamstwa? Żółte kłamstwa są mówione ze wstydu, z zakłopotania albo tchórzostwa, żeby zamaskować porażkę: „Laptop mi padł i skasował raport, który obiecałem na dzisiaj skończyć”. Błękitne kłamstwa stanowią przeciwieństwo żółtych, bagatelizują nasze osiągnięcia i wynikają ze skromności („Och, ten raport to nic nadzwyczajnego, tak naprawdę większą część napisała Cathy”). Czerwone kłamstwa mogą być najbardziej interesujące ze wszystkich – to kłamstwa mówione bez zamiaru oszukania. Mówiący wie, że kłamie, słuchacz wie, że jest okłamywany, i kłamiący wie, że słuchacz o tym wie. W tym wypadku celem nie jest wprowadzenie kogoś w błąd – cel polega na zasygnalizowaniu rozmówcy, że czegoś nie można powiedzieć głośno (ani „Pieprzę cię”, ani nawet łagodniejszego „Po prostu będziemy udawać, że to się nie stało”). Wyobraź sobie dwoje ludzi, którzy w rozmowie z sąsiadem zaprzeczają, że wczoraj wieczorem była u nich potężna awantura, chociaż wiedzą, że wszyscy ją słyszeli – to właśnie jest czerwone kłamstwo.

Mówi się, że kłamstwo zdąży obiec pół świata, zanim prawda włoży buty. (Pytanie, kto pierwszy to powiedział, jest kwestią sporną. Słowa te są często przypisywane Markowi Twainowi albo Winstonowi Churchillowi, albo Thomasowi Jeffersonowi, albo komuś innemu ze zwykłej listy podejrzanych, gdy chodzi o cytaty – co niekoniecznie musi być prawdą. Być może autorem tych słów jest ikoniczny irlandzki satyryk, Jonathan Swift, który w 1710 roku napisał, że „kłamstwo frunie, a prawda za nim kuśtyka”).



Jonathan Swift wymyślający jakąś ściemę.

Niezależnie od tego, kto wymyślił to powiedzenie, niewątpliwie jest prawdą, że bujdy mogą się rozprzestrzeniać z wyjątkową i przerażającą szybkością, o czym się przekonacie, jeśli kiedyś spróbujecie demaskować internetowe plotki – robię to dla pieniędzy, więc możecie mi wierzyć, wiem coś o tym.

W rzeczywistości powód tak częstej przewagi nieprawdy nad prawdą ma mniej wspólnego z różnicą między tempem rozchodzenia się faktów i fikcji, a nawet z tym, że czasami decydowanie się na zaakceptowanie prawdy nie jest wygodne, a więcej ze skalą i różnorodnością kłamstw. Na każde kłamstwo, które przebywa pół świata, mogą przypadać tysiące takich, które nigdy nie wychodzą na światło dzienne. Ale już sama liczba możliwych kłamstw – nieograniczanych przez potrzebę dopasowania do rzeczywistości – zapewnia wielki darwinistyczny poligon do poszukiwania tych najbardziej przykuwających uwagę i najdłużej utrzymujących się przy życiu, tych, które jak zombie nie umierają i wciąż będą powracać. Przypominają one te gatunki ryb, które składają dwa miliony jaj, żeby mogła przeżyć dwójka potomstwa.

Prawda, w przeciwieństwie do kłamstwa, jest… no cóż, trochę nudna. Można powiedzieć, że po prostu istnieje – szara grudka nieokreślonej wielkości, znajoma, a jednak nieodgadniona. Poza tym, że nieco nudna, jest również wyjątkowo frustrująca; jak zaświadczy każdy, kto para się ustalaniem małych cząstek prawdy, ma ona paskudny zwyczaj wyślizgiwania się z zasięgu człowieka akurat wtedy, gdy ten myśli, że już ją dopadł.

Oczywiście pewne prawdy są proste i niezaprzeczalne: ogień jest gorętszy od lodu, prędkość światła w próżni jest stała, najlepszą piosenką wszech czasów jest Dancing On My Own w wykonaniu Robyn. Ale gdy się wyjdzie poza te niezmienne prawa natury, wszystko zatrważająco szybko staje się mętne. Nagle stwierdzamy, że często mówimy takie rzeczy jak „Najlepsze dostępne dowody sugerują, że…” i „Tak, ale co z szerszym kontekstem?”. Każdy, kto spędza czas na szukaniu precyzji i dowodów, rozumie, że jakikolwiek nowy fragment wiedzy ma zwyczaj budzenia dziesięciu kolejnych pytań; za każdym razem, gdy myślisz, że zbliżasz się do oświecenia, rzeczywistość odsuwa się coraz dalej w kierunku horyzontu, podczas gdy ty toniesz w morzu zastrzeżeń. Prawda wedle tej miary jest nie tyle konkretem, ile długą, irytującą podróżą ku miejscu przeznaczenia, do którego nigdy się nie dociera.

Tymczasem niezliczone półprawdy, które oferuje nam świat, są kuszące, łatwe do przyjęcia i – jeśli mamy być szczerzy – często mogą być ogromnie zabawne.

W tej książce przyjrzymy się czystej różnorodności nieprawdy, ponieważ kłamstwa są w rzeczywistości tylko jedną ze „stu tysięcy postaci”, jakie może przyjąć przeciwieństwo prawdy.

Jest na przykład spin, czyli sztuka oszustwa politycznego. Sprytne w spinie jest to, że niekoniecznie trzeba kłamać, żeby być nieuczciwym. Podczas gdy wielu polityków kłamie (szokująca wiadomość, wiem), prawdziwym szczytem umiejętności „spin doktora” jest sugerowanie czegoś zupełnie nieprawdziwego przez mówienie tylko tego, co jest prawdą – budowanie domu nonsensu z uczciwych cegieł. Są też złudzenia, wrodzona zdolność ludzi do mylenia się przy jednoczesnym wmawianiu sobie, że mają rację, od wyolbrzymiania własnych cech po uleganie zbiorowej histerii i owczemu pędowi. I dalej – może najbardziej rozpowszechnione i przynoszące największe szkody ze wszystkich – jest wciskanie kitu.

Powinniśmy tutaj podziękować filozofowi Harry’emu G. Frankfurtowi za nasze rozumienie tego zjawiska – on pierwszy poświęcił dużo czasu na przeanalizowanie tego skomplikowanego zagadnienia, pisząc swój doniosły traktat O wciskaniu kitu (tak, Harry Frankfurt najwyraźniej świetnie się bawi, będąc filozofem).

Główne spostrzeżenie Frankfurta jest takie, że – wbrew temu, co możesz myśleć – kłamanie i wciskanie kitu nie jest jednym i tym samym. Pisze: „Kłamać może tylko człowiek, który sądzi, że zna prawdę. Wciskanie kitu nie nakłada żadnych tego rodzaju ograniczeń”. Innymi słowy, dla kłamcy prawda nie jest obojętna z tego samego powodu, z jakiego żeglarz interesuje się górami lodowymi. Kłamcy, aby mogli podjąć precyzyjne i rozmyślne działania, żeby uniknąć mówienia prawdy, muszą wiedzieć, gdzie ona dokładnie leży. Natomiast dla osoby wciskającej kit prawda nie ma znaczenia; z zadowoleniem przyjmuje ją albo odrzuca. Przy wciskaniu kitu drobna przypadkowa zbieżność z prawdą może być uważana za opcjonalny dodatek; jeśli tworzony przez ciebie świat kitu czasami nakłada się na ten prawdziwy, to ci nie zaszkodzi, a może nawet będzie pomocną premią. Dla kłamcy natomiast nieostrożne przyznanie się do jakiegoś niewygodnego faktu może okazać się fatalne.

Kit opiera się na logice snów i radośnie tratuje niekonsekwencje, ponieważ, cóż, w danym momencie to ma sens. Frankfurt notuje, że ta „obojętność na to, jak się sprawy mają faktycznie, jest (…) podstawową cechą konstytutywną wciskania kitu”.

W konsekwencji wpływ kitu na świat jest zupełnie inny. Kłamanie jest jak praca skalpelem; wciskanie kitu to buldożer. Jeśli w dzisiejszych czasach rozglądasz się po świecie i zachodzisz w głowę, jak to jest, że tym kłamliwym kłamcom uchodzą na sucho bezczelne kłamstwa i dlaczego ludzie nie piętnują ich za to, że kłamią, cóż… oto odpowiedź: Oskarżasz ich o niewłaściwą rzecz. Kłamanie – trudne, skupione na szczegółach i analityczne działanie – niekoniecznie jest naszym głównym problemem. Naszym głównym problemem jest wciskanie kitu.

I za wszystkimi odmianami nieprawdy leży po prostu stare dobre bycie w błędzie.

Jak wspomniałem, zarabiam na życie, pracując w organizacji sprawdzającej fakty, gdzie często mamy do czynienia z całą gamą sposobów, w jakie ludzie mogą się mylić. W ubiegłym roku opracowaliśmy swego rodzaju eksperyment myślowy, żeby skłonić ich do zastanowienia się nad różnymi rodzajami błędów, jakie można znaleźć w środowisku naturalnym. Koncepcja polega na zdarciu całej mylącej gmatwaniny otaczającej większość rzeczy na świecie i sprowadzeniu każdej historii do jednego opartego na faktach prostego stwierdzenia z jednego źródła – takiego, w którym nie można liczyć na żadne inne dowody poza tym jednym, popierającym albo obalającym daną historię. Nazywamy to „zabawą z zegarem”, a wygląda ona następująco:


Zbudził cię uporczywie dzwoniący telefon. Otwierasz oczy. Jesteś w nieznanym ci pokoju, słabo oświetlonym przez nikły blask sączący się przez szpary wokół tego, co, jak zakładasz, jest drzwiami łazienki. Na podstawie uniwersalnych wskazówek, które sygnalizują, że jest „podobnie, ale niezupełnie jak w domu”, dochodzisz do wniosku, że przebywasz w pokoju hotelowym. Nie wiesz, gdzie jesteś ani jak się tu znalazłeś – ale czujesz się zmęczony i skołowany, więc dochodzisz do wniosku, że odbyłeś długą podróż samolotem.

Nie masz pojęcia, jak długo spałeś.

Rozglądasz się po pokoju, szukając jakichś wskazówek. Nie ma zegara, a czarne zasłony w oknach uniemożliwiają określenie, czy na zewnątrz jest dzień, czy noc. Telefon przy łóżku wciąż dzwoni denerwująco głośno. Niezdarnie podnosisz słuchawkę.

– Cześć, udało ci się! – wita cię nieco zbyt radosny głos z akcentem, którego nie umiesz zidentyfikować.

– Halo? – mamroczesz. – Kto mówi?

– Barry! Cieszę się, że końcu odebrałeś!

Nie jesteś pewien, czy znasz jakiegoś Barry’ego, ale przechodzisz nad tym do porządku.

– Ja, e… – zaczynasz, po czym uświadamiasz sobie, że w zasadzie nie wiesz, co powiedzieć. – Hm… która godzina? – kończysz kulawo.

– Zaczekaj chwilkę – mówi osoba, która twierdzi, że jest Barrym. – Pójdę spojrzeć na zegar.

Słyszysz stuknięcie odkładanej słuchawki i kroki cichnące w dali. Mija jakiś czas, kilka sekund albo minut, nie jesteś pewien. Znowu słyszysz kroki, tym razem zbliżające się.

– Piąta, stary – oznajmia samozwańczy Barry.

– Aha – mruczysz.


Cel zabawy jest następujący: Czy możesz wymienić wszystkie sposoby, na które da się podważyć twoją wiarę w prawdziwość odpowiedzi Barry’ego? Uwaga, spoiler: prawdopodobnie jest ich więcej, niż myślisz! Już mamy ich ponad dwadzieścia, a prawie na pewno kilka przeoczyliśmy.

Śmiało, poświęć chwilę i zobacz, ile zdołasz wymyślić. W tym momencie wyobraź sobie miłą dla ucha muzykę.

[LECI TAKE FIVE DAVE’A BRUBECKA, A TY GŁĘBOKO MYŚLISZ O ZEGARACH I BYĆ MOŻE RÓWNIEŻ ZASTANAWIASZ SIĘ, CZY AUTOR TEJ KSIĄŻKI NIE ZWARIOWAŁ].

OK, jesteś z powrotem? Dobrze! Najpierw zajmijmy się oczywistymi możliwościami. Może zegar Barry’ego źle chodzi: śpieszy się albo spóźnia, albo w ogóle stanął; może chodzi idealnie dobrze, tylko od początku był niewłaściwie nastawiony. A na tym zegarze naprawdę trudno odczytać czas, bo to jeden z tych przekombinowanych projektów z drewna wyrzuconego na brzeg i szklanych kulek, ładnie wyglądający na ścianie, ale niezbyt przydatny do określenia godziny. Może zresztą to wcale nie jest zegar. Może to tylko rysunek zegara. Może Barry w ogóle nie ma zegara i wcześniej tego dnia kazał komuś napisać godzinę na kartce.

Może ty i Barry znajdujecie się w innych strefach czasowych – więc chociaż podał czas z idealną dokładnością, dla ciebie nie jest to prawdą. Może dla wygody zaokrąglił minuty do najbliższej godziny, co tak naprawdę niewiele ci daje, ponieważ chciałeś wiedzieć, czy było bliżej wpół do. Może była piata, kiedy spojrzał na zegar, ale zanim wrócił, upłynął jakiś czas.

Może Barry celowo cię okłamał, z wielu nikczemnych powodów, jakie mają ludzie o takim imieniu. Może nie skłamał, tylko wcisnął ci kit, ponieważ nie zna się na zegarku, a nie chciał się do tego przyznać. Może myśli, że umie odczytać godzinę, ale myli wskazówki. Może zamierzał powiedzieć „dziewiąta”, lecz się przejęzyczył.

A może powiedział „dziewiąta”, a ty po prostu źle usłyszałeś. Może w gruncie rzeczy to ty się nie znasz na zegarze i w tej chwili myślisz: Aha, piąta, więc niedługo północ. Może założyłeś, że Barry nie uwzględnił czasu, jaki zajmie mu powrót do telefonu, więc sądzisz, że jest pięć po piątej, ale w rzeczywistości Barry to wkalkulował, więc niepotrzebnie zrobiłeś poprawkę.

Może w swoim lekko paranoidalnym stanie uznałeś, że Barry cię okłamie, więc teraz myślisz, że zdecydowanie nie jest piąta. Ale się mylisz. Barry jest przyzwoitym człowiekiem, i twoim przyjacielem, i nigdy by cię nie okłamał. Naprawdę jest piąta i twój brak zaufania wprowadził cię w błąd.

Może nawet ty i Barry posługujecie się innym czasem. Może Barry jest inżynierem NASA pracującym nad pozaziemskim projektem i jego zegar jest nastawiony na dzień marsjański, który trwa trzydzieści siedem minut dłużej niż ziemski.

Może nawet „Piąta, stary” nie jest próbą podania ci godziny, ale hasłem tajnej agencji, dla której obaj pracujecie, o czym zapomniałeś wskutek traumatycznej amnezji.

Może ludzie w ogóle nie mogą mierzyć czasu, tej tajemniczej rzeki, która nas wszystkich niesie, i nasze wysiłki podejmowane w tym celu są nieudolnymi przybliżeniami.

A może… może po prostu Barry’emu chodziło o piątą rano, podczas gdy ty założyłeś, że mówił o piątej po południu.

Oczywiście, możesz to wszystko uznać za nonsens – ale w rzeczywistości każdy jeden z tych sposobów mylenia się jest wziętym z życia przykładem wychodzenia w świat nierzetelnych informacji. Tak, nawet ten głupi przykład, gdy Barry podaje godzinę według czasu marsjańskiego albo przekazuje supertajne hasło.

Te bardziej prozaiczne wyjaśnienia wydają się całkiem oczywiste – zbyt duże zaokrąglanie, nieuwzględnianie błędów (jak czas przejścia od zegara do telefonu) albo niezdawanie sobie sprawy, że źródło informacji (na przykład spóźniający się zegar) jest po prostu niegodne zaufania. To są powszechne problemy, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z faktami opartymi na danych. Próba odczytywania godziny na zatrzymanym zegarze albo z kartki pasuje do ludzkiego nawyku, jakim jest nabieranie absolutnej pewności w różnych sprawach, podczas gdy powinno być dla nas jasne, że tak naprawdę nie możemy się oprzeć na żadnych pożytecznych informacjach. Marsjański zegar Barry’ego jest zaskakująco pospolitym błędem – ludzie zwyczajnie nie zdają sobie sprawy, że używają zupełnie różnych definicji tego samego pojęcia. (Pamiętaj, że Krzysztof Kolumb „odkrył” Amerykę tylko dlatego, że źle określił odległość do Azji, ponieważ obliczając obwód Ziemi, korzystał ze źródła, które, jak założył, podawało go w milach rzymskich, chociaż w rzeczywistości chodziło o mile arabskie, mające zupełnie inną długość).

Niesamowite, podczas zbierania materiałów do tej książki odkryłem, że nie my pierwsi wpadliśmy na pomysł takiego eksperymentu myślowego. W roku 1936 Vilhjalmur Stefansson, człowiek o nieco burzliwej karierze nieustraszonego badacza Arktyki, zszedł z obranej ścieżki i napisał książkę zatytułowaną Adventures in Error (Przygody z błędem) – to z niej pochodzi cytat zamieszczony na początku tej książki. Stefansson podaje bardzo podobny przykład, tylko że zamiast zegara używa krowy.

Scenariusz wygląda następująco: „Do domu wchodzi człowiek i mówi, że na podwórzu stoi czerwona krowa”5. Z początku myślicie, że nie ma w tym żadnej wieloznaczności. Czerwona krowa na waszym podwórku to sytuacja typu: jest albo nie jest. Ale Stefansson zauważa, że w rzeczywistości można się mylić na liczne sposoby. Krowa wcale nie musi być krową – może to być wół albo byk. Dodaje, że człowiek, który ją widział, „może był ślepy na kolory i krowa (całkowicie niezależnie od aspektu filozoficznego) nie musi być czerwona”. Albo dopuszcza możliwość, że w momencie, gdy ten człowiek mówi o krowie, pies mógł ją już przepędzić.

Mam nadzieję, że całe to lanie wody o krowach i zegarach przekonało cię, że jeśli czasami wydaje ci się, że toniesz w morzu fałszu, jest ku temu bardzo dobry powód: po prostu fałsz ma naturalną przewagę nad prawdą, ponieważ może go być znacznie więcej. Ale to nie jedyna jego przewaga. W naszych mózgach i naszych społeczeństwach jest mnóstwo czynników, które pozwalają kwitnąć nieprawdzie.

Przez wiele stuleci wierzyliśmy, że kłamanie jest wyłącznie ludzką cechą, naszym grzechem pierworodnym. Jak się okazuje, ludzie nie są jedynymi istotami, które kłamią. Na początek: życie wielu zwierząt i roślin opiera się na oszustwie – pomyśl o oposie udającym martwego albo o kukułce pasożytującej w gnieździe innego ptaka, albo o storczyku, który wygląda jak seksowna pszczoła, aby nabierać głupich napalonych samców, żeby go zapylały. Oczywiście możesz rozsądnie zauważyć, że to niezupełnie kłamanie – to tylko mimowolny produkt końcowy wielu pokoleń ewolucyjnego wyścigu zbrojeń. W porządku, jest jednak mnóstwo dowodów, że niektóre z bystrzejszych zwierząt są doskonale zdolne do zamierzonego i celowego oszukiwania.

Weźmy jeden szczególnie zapadający w pamięć przykład. W swojej pracy Can Animals Lie? (Czy zwierzęta potrafią kłamać?) językoznawca Thomas A. Seboek wspomina o „przystojnym tygrysie”, który żył w zuryskim zoo i nauczył się zwabiać gości ku kratom swojej klatki za pomocą „szeregu wzbudzających zainteresowanie zachowań”6. Kiedy oczarowany turysta podchodził do klatki, tygrys – i nie ma możliwości ująć tego delikatnie – zlewał go potężną strugą moczu. Tygrysowi ta sztuczka sprawiała taką frajdę, że w końcu kierownictwo zoo postawiło tablicę ostrzegającą gości, że nie wolno mu ufać.

Sikający tygrys nie jest wyjątkiem. Delfin w placówce badawczej w Missisipi, wyszkolony do sprzątania basenu i nagradzany za to rybami, nauczył się ukrywać śmieci pod skałą i wynosił je na powierzchnię w wybranym przez siebie czasie, żeby dostać rybę7. Szympansy, jak zaobserwowano, dopuszczają się całego wachlarza oszustw. Kiedy są zdenerwowane, mimowolnie szczerzą zęby – jeden, zagrożony przez znajdującego się za nim drugiego szympansa, zmusił się do schowania zębów i dopiero wtedy się odwrócił, udając, że wcale się nie przestraszył. Inny młody samiec, najmniej dominujący w grupie, próbował ukradkiem uwieść szympansicę, do której dominujące samce nie pozwalały mu się zbliżać. Gdy jeden z nich interweniował, młody zasłonił rękami erekcję, jak bohater w brytyjskiej komedii erotycznej z lat siedemdziesiątych8.

Oszukiwanie jest elementem znacznej części świata przyrody, więc może nie powinniśmy być dla siebie zbyt surowi za to, że od czasu do czasu ściemniamy.

Zdolność do oszukiwania raczej nie jest wrodzona – wydaje się, że ewoluowała. Badania naukowe wykazały, że u wszystkich naczelnych istnieją bliskie korelacje między wielkością kory nowej (części mózgu odpowiadającej za skomplikowane zadania, takie jak mowa) i częstością występowania oszustw. Innymi słowy, im większy mózg, tym więcej kłamstw9. Wyzwania stawiane przez życie w złożonych grupach społecznych – łącznie z potrzebą okazjonalnego oszukiwania – mogły spowodować zwiększenie złożoności i wielkości naszych mózgów.

Związek pomiędzy zdolnościami poznawczymi i oszukiwaniem komplikuje się w czasie, gdy dorastamy. Dzieci na ogół zaczynają kłamać, gdy mają dwa i pół roku, niedługo po tym, jak zaczynają mówić. Pierwsze kłamstwa służą „zaspokajaniu pragnień”: „Nie chciałbym być tym, kto zjadł ciastka”10. W miarę rozwijania się zdolności umysłowych, kiedy dzieci zaczynają rozumieć skomplikowaną naturę interakcji z innymi, talent do kłamania dotrzymuje kroku tym odkryciom.

Jak głęboko tkwi fałsz w naszym codziennym życiu? Prawdopodobnie głębiej, niż myślicie. Badania psychologiczne sugerują, że w ciągu pierwszych dziesięciu minut rozmowy z nieznajomą osobą przeciętnie wypowiada się trzy kłamstwa11. Inne badania wykazały, że każdy z nas kłamie średnio co najmniej raz dziennie – chociaż te badania są oparte na pytaniu, jak często kłamiesz, więc istnieje ryzyko, że odpowiadający… kłamie.

Nie jest to jedyny potencjalny problem związany z zadawaniem pytań o to, jak często kłamiesz. Gdy przystąpiłem do pracy nad tą książką, jeden z moich pierwotnych planów polegał na prowadzeniu „dziennika kłamcy” – chciałem przez kilka tygodni skrupulatnie notować wszystkie wypowiedziane przeze mnie nieprawdy. Miała to być próba uzyskania wglądu właśnie w to, jak bardzo fałsz przenika nasze życie, nawet (albo zwłaszcza) życie tych z nas, którzy uważają się za całkowicie uczciwych. Ekscytowała mnie ta perspektywa, chociaż również się denerwowałem. Ile przyjaźni nieodwracalnie zniszczy publikacja tej książki? – zastanawiałem się.

Niepotrzebnie się przejmowałem. Nie dlatego, że nagle się okazało, że jestem wzorem cnót w dziedzinie mówienia prawdy (chociaż oczywiście jestem), ale ponieważ każda podjęta przeze mnie próba notowania kłamstw kończyła się z hukiem mniej więcej po jednym dniu.

Po prostu nie byłem w stanie zauważyć, kiedy ściemniałem.

Jasne, wiem, że w tym czasie kłamałem. Ani jedno z tych kłamstw nie było wyjątkowo potworne; podczas pisania książki nie popełniałem masowych zbrodni. Zasadniczo kłamstwa należały do trzech kategorii: kłamstwa o tym, co już zrobiłem, kłamstwa o tym, co mogę zrobić w najbliższej przyszłości, i kłamstwa związane z moim życiem towarzyskim.

Pierwsza kategoria dotyczyła głównie SMS-ów i e-maili do mojego wydawcy i agenta z zapewnieniami, że książka idzie mi naprawdę dobrze i że mnóstwo już napisałem (przepraszam). Druga odnosiła się przede wszystkim do kolegów z pracy, którym z przekonaniem przyrzekałem, że zaraz zabiorę się do tego, co im obiecałem, i że jutro na pewno coś będę dla nich miał (ponownie przepraszam). Trzecia kategoria obejmowała szeroki wachlarz drobnych kłamstw, które powstrzymują ludzi od wpadnięcia w morderczą spiralę wzajemnych oskarżeń: zmyślone usprawiedliwienia nieobecności na imprezie, przejrzyście fałszywe twierdzenia, że dopiero przed chwilą przeczytałem SMS-a, gołosłowne zapewnienia, że tak, w tym sporze niewątpliwie ty masz rację, a ta druga osoba gada głupoty.

(Ostatnia kategoria prawdopodobnie byłaby znacznie obszerniejsza, gdyby nie to, że w owym czasie pisałem książkę i dlatego przez wiele miesięcy odrzucałem zaproszenia do pubu z absolutnie prawdziwych powodów – tłumaczyłem mianowicie, że muszę się skoncentrować na nadzwyczaj doniosłym zadaniu, jakim było tępe wpatrywanie się w ekran i niepisanie niczego. Mała rada, introwertycy: Zbliżający się termin oddania książki jest doskonałym i całkowicie uczciwym pretekstem do wykręcenia się od zobowiązań towarzyskich!).

W większości wypadków doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że mówiłem kłamstwa – z okazjonalnymi wyjątkami, gdy w dobrej wierze obiecywałem, że coś zrobię (obietnice bywały oparte na czystej i prostej iluzji, że mogę pracować bez przerwy bite trzydzieści sześć godzin, bo z tylu, jak mi się wydawało, składała się doba). A jednak podczas aktu kłamania w moim mózgu działo się coś więcej – przełączał się pstryczek i czasowo wymazywałem fakt serwowania małych porcji kitu. Zwróciłem uwagę na to zjawisko dopiero wtedy, gdy postawiłem sobie za cel notowanie wszystkich moich białych kłamstewek: po prostu w danej chwili nie byłem w stanie ich rozpoznać. Było tak, jakby mój umysł miał mechanizm samoobrony przed uświadamianiem sobie, że kłamię.

Nie mam pojęcia, czy inne mózgi też działają w ten sposób. Całkiem możliwe, że przypadkiem odkryłem, że jestem psychopatą. Są jednak całkiem spore szanse, że to samo dotyczy wielu ludzi – tak przypuszczam.

Kłamcy kłamią, ściemniacze ściemniają. Jak na razie to proste. Ale naprawdę interesujące jest nie to, dlaczego ludzie mówią nieprawdę, bo tak będzie zawsze. Naprawdę interesujące jest to, dlaczego niektóre kłamstwa nie tracą racji bytu – dlaczego mimo całego naszego zdeklarowanego szacunku dla prawdy i wszystkich struktur, które jako społeczeństwo tworzymy w celu zidentyfikowania i wykorzenienia kłamstwa, powszechnie wierzy się w pewne nieprawdy. Innymi słowy, jak ściemniaczom uchodzi to bezkarnie?

Otóż poza przewagą liczebną nad prawdą kłamstwo ma po swojej stronie pewne przyczyny strukturalne. W tej książce wciąż będziemy napotykać siedem głównych sposobów rozprzestrzeniania się i zakorzeniania nieprawdy.


Bariera wysiłku

Z barierą wysiłku mamy do czynienia wtedy, gdy względna trudność sprawdzenia jakiejś prawdy przeważa nad jej widocznym znaczeniem. Kluczowe jest to, że bariera działa na obu końcach skali: odnosi się do rzeczy, których sprawdzenie byłoby względnie łatwe, ale które są tak błahe, że nikt nie zawraca sobie tym głowy, i do rzeczy zdecydowanie ważnych, ale przy tym naprawdę trudnych do sprawdzenia. Szesnastowieczni odkrywcy mogli sobie pozwolić na twierdzenie, że w Patagonii żyje rasa czterometrowych olbrzymów, dokładnie z takiego samego powodu, z jakiego zwykle uchodzi ci na sucho zmiana oceny z matematyki na wyższą w CV. Tak, ktoś mógłby to sprawdzić, ale czy zadałby sobie tyle trudu?

To coś, co zaprawieni w boju ściemniacze rozumieją instynktownie. Wymyślanie nieprawd skonstruowanych tak, by przeszły przez znacznie większą kontrolę niż ta, jakiej kiedykolwiek zostaną poddane, jest po prostu nieefektywne. Utalentowany kłamca po prostu przerzuca swoje łgarstwa, wielkie i małe, na drugą stronę bariery wysiłku.


Próżnia informacyjna

Często lubimy myśleć, że Prawda i Kłamstwo toczą swego rodzaju odwieczną wojnę. Ale efekt bariery wysiłku jest taki, że w większości przypadków Prawda nawet się nie pokazuje na polu bitwy. Na świecie jest mnóstwo rzeczy, o których tak naprawdę niczego nie wiemy. I z powodu braku informacji zazwyczaj przestajemy mieć się na baczności, ilekroć pojawia się coś, co uchodzi za informację – nawet gdy nie ma dobrego powodu, żeby w nią wierzyć.

Wszystko to wiąże się z błędem poznawczym znanym jako kotwiczenie: nasz mózg ma tendencję do opierania się na pierwszej informacji, jaką uzyskujemy na jakiś temat, i przywiązuje do niej znacznie większą wagę niż do tych późniejszych. Kiedy nie ma rzetelnych informacji na jakiś temat, zawsze napłyną te gówno warte, żeby zapełnić próżnię – i w większości wypadków nie chcą ustąpić, nawet gdy wreszcie pojawiają się te wartościowsze.


Sprzężenie zwrotne ściemniania

Nikt z nas nie może samodzielnie ogarnąć całego świata. Wszyscy musimy polegać na innych, którzy dostarczają nam informacji. To dobra strategia – razem możemy dowiedzieć się o świecie więcej niż każdy z osobna – chociaż są też pewne minusy. Największym z nich jest sprzężenie zwrotne ściemy. Mamy z nim do czynienia wówczas, gdy niepewna informacja jest powtarzana, a my, zamiast brać te powtórki za to, czym są (zakładać, że nikt nie dokonał weryfikacji), traktujemy je jako potwierdzenie jej rzetelności; w końcu staje się ona powszechnie uznawana do tego stopnia, że ludzie zaczynają dostosowywać do niej to, co mówią – każdy wie, że informacja jest prawdziwa, więc jeśli nawet widzisz dowód świadczący o jej fałszu, to prawdopodobnie dlatego, że masz coś nie w porządku z oczami.

Tak oto osoba A mówi coś nieprawdziwego osobie B, a następnie mówi to samo osobie C. Osoba C jest sceptyczna, ale gdy słyszy potwierdzenie od osoby B, uznaje ją za drugie źródło i zaczyna wierzyć w prawdziwość informacji. Przekazuje osobie D ekscytujące wiadomości, po czym ta dzieli się nimi z osobą A, a ta uznaje to za dowód, że od początku miała rację. Tymczasem osoby E, F, G, H i I również słyszały to samo od wielu innych i wiadomość zostaje powszechnie zaakceptowana jako prawdziwa. W tym momencie osoba J nieśmiało pyta: „Naprawdę jesteśmy tego pewni?” i natychmiast zostaje przez resztę alfabetu spalona na stosie jako heretyk.

Albo, biorąc znajomy przykład, gazeta kopiuje coś z Wikipedii, a później cytuje Wikipedię na dowód, że to niepodważalny fakt.


Pragnienie, żeby to była prawda

Nasz mózg robi mnóstwo rzeczy, abyśmy stali się wyjątkowo kiepscy w wyczuwaniu różnicy pomiędzy prawdą i nieprawdą. Istnieje wiele fachowych terminów, które prawdopodobnie znasz choćby ze słyszenia – takich jak „rozumowanie umotywowane” i „efekt potwierdzenia” – ale wszystkie zasadniczo sprowadzają się do tego, że gdy chcemy w coś wierzyć, wówczas sprawdzanie, czy jest to prawdą, czy nieprawdą, zajmuje dość niską pozycję na liście priorytetów naszego mózgu. I nie ma znaczenia, czy chodzi o coś, co wspiera nasze poglądy polityczne, pasuje do naszych uprzedzeń albo jest tylko zwyczajnym rojeniem typu „Może wygrałem na loterii w Hiszpanii, mimo że nigdy nie kupiłem losu” – zawsze radośnie wymyślamy oparte na błędnych przesłankach powody, żeby uwiarygodnić najbardziej niedorzeczne twierdzenia, i wybieramy jedynie takie dowody, które je popierają, a jednocześnie beztrosko ignorujemy całą górę tych, które świadczą, że to kit.


Pułapka ego

Nawet gdy fałsz zostaje zdemaskowany, jest coś, co często stoi na drodze prawdy i rozchodzi się z równą łatwością jak kłamstwa: nie lubimy przyznawać się do pomyłek. Nasz mózg nie cierpi tego robić i całe mnóstwo błędów poznawczych odpycha nas od przyjęcia do wiadomości tego, że zawaliliśmy. Gdy do nas dotrze, że daliśmy się nabrać na jakieś kłamstwo, wiele nacisków społecznych sprawia, że chcemy to zamaskować. Kiedy ściema raz nas chwyci w swoje szpony, bywamy dość niechętni, żeby się z nich uwolnić.


Po prostu mam to gdzieś

Nawet gdy nadarza się okazja do odrzucenia nieprawdy, nie zawsze z niej korzystamy. Możemy myśleć, że nie jest ważne, czy coś jest prawdą, czy fałszem (zwłaszcza gdy podoba nam się kłamstwo). Albo sądzimy, że odpieranie okaże się nieskuteczne, i dlatego nie zawracamy sobie tym głowy. Możemy wierzyć, że kłamstwo jest tak rozpowszechnione, że przytłacza nas jego skala, i po prostu się poddajemy. Co więcej, myślimy, że… cóż, skoro wszyscy inni umywają ręce, to my też powinniśmy to zrobić.

Każde takie podejście jest zrozumiałe, ale złe.


Brak wyobraźni

Być może jedną z najmocniejszych przewag nieprawdy jest to, że nie rozumiemy niezliczonych i zaskakujących sposobów, w jakie się może przejawiać. To ma sens – przecież musimy zakładać, że większość tego, co słyszymy, jest prawdą, bo inaczej wpadlibyśmy w spiralę paranoi. Ale takie podejście może prowadzić do radykalnego lekceważenia prawdopodobieństwa, że coś wcale nie musi być prawdą. Przyjmujemy, że jeśli przeczytaliśmy o czymś w gazecie, to najpewniej jest to prawda. Uważamy, że jeśli ktoś sprawia wrażenie godnego zaufania, to nie próbuje nas nabić w butelkę. Wierzymy, że jeśli wielu świadków mówi, że coś widziało, to rzeczywiście coś w tym musi być. Żadne z tych założeń nie jest tak solidne, jak ci się wydaje.

Po prostu nie poświęcamy dostatecznej uwagi kwestii kłamstwa. Nie badamy go i o nim nie mówimy, wskutek czego nie zawsze umiemy je rozpoznać, gdy się z nim spotykamy.

Miejmy nadzieję, że po przeczytaniu tej książki to już nie będzie problemem.





2

Stare fake newsy





T

itan Leeds umarł. Nie było co do tego najmniejszych wątpliwości.

Pan Leeds, ciężko pracujący i uczciwy człowiek – przed smutnym końcem był odnoszącym sukcesy wydawcą w Burlingtonie w stanie New Jersey – zmarł w środę, siedemnastego października roku Pańskiego 1733 około wpół do czwartej po południu. Tragiczna wiadomość o śmierci Leedsa została ponuro odnotowana i wydrukowana czarno na białym, żeby wszyscy mogli przeczytać: „To bez wątpienia prawda, że rzeczywiście umarł i nie żyje1”. Tak brzmi fragment wiadomości o jego śmierci. Informacja o zejściu Leedsa z tego świata w stosunkowo młodym wieku – był po trzydziestce – musiała być szokiem dla wielu mieszkańców leżącego nad rzeką Delaware prężnego miasta Burlington, które szybko się rozrosło od czasu założenia go przez grupę kwakrów jakieś pięćdziesiąt lat wcześniej.

Prawdopodobnie najbardziej zszokowany był sam Titan Leeds, na sto procent pewny, że żyje.

Możemy się tylko domyślać jego reakcji, ale mamy powody wierzyć, że po przeczytaniu wiadomości o swojej śmierci pan Leeds – zdecydowanie nie martwy – musiał być, powiedzmy, mocno wkurzony. Chcę powiedzieć, że coś takiego każdym by wstrząsnęło, prawda? Każdemu z nas można by wybaczyć odrobinę świrowania. Ale taka sytuacja musiała być wyjątkowo kłopotliwa w latach trzydziestych osiemnastego wieku, ponieważ w owym czasie Leeds naprawdę nie miał wielu punktów odniesienia do tego, co go spotkało.

Na szczęście w dzisiejszych czasach dość rzadko przytrafia się tak niepokojące doświadczenie jak czytanie o własnej śmierci – ale przynajmniej zdajemy sobie sprawę z istnienia takiej możliwości. Prawdopodobnie wszyscy słyszeliśmy o błędnie zidentyfikowanych zwłokach albo o zbyt wcześnie opublikowanych nekrologach. Słowa „Doniesienia o mojej śmierci są mocno przesadzone” są na tyle znane, że właściwie weszły do kanonu cytatów (nawet gdyby jakiś pedant wykazał, że w rzeczywistości Mark Twain niezupełnie tak to ujął)2. W 1980 roku „New York Times” zamieścił nekrolog znanego kawalarza Alana Abela3 – była to problematyczna decyzja redakcyjna, co stało się jasne nazajutrz, gdy Abel zwołał konferencję prasową, na której powiedział, że zainscenizował własną śmierć, żeby „zrobić sobie reklamę”4 (kiedy zmarł trzydzieści osiem lat później, „New York Times” ponownie zamieścił nekrolog, cierpko dodając, że „najwyraźniej faktycznie umarł”)5.

Innymi słowy, w dzisiejszych czasach przedwczesne powiadomienia o czyjejś śmierci są czymś dobrze znanym. Nie tylko wiemy, że takie rzeczy czasami się zdarzają, ale wielu z nas prawdopodobnie w pewnym momencie wyobrażało sobie, co by było, gdyby coś takiego spotkało nas (przyznaj, że myśl „Ludzie omyłkowo uwierzyli, że nie żyję, więc się dowiem, co naprawdę o mnie sądzą” na pewno wpadała ci do głowy w mroczniejszych chwilach). W roku 2009 na skutek podmiany zawartości strony internetowej i błyskawicznego rozprzestrzeniania się plotek na Twitterze czasowo uśmiercono Jeffa Goldbluma. Aktor w odpowiedzi zamieścił w „The Colbert Report” pean na swoją cześć, co, jak chyba wszyscy się zgodzimy, jest pierwszorzędnym sposobem na poradzenie sobie z taką sytuacją6.

Ale dla Titana Leedsa – żyjącego w erze znacznie bliższej czasów, gdy mass media były jeszcze w zarodku – coś takiego musiało być dziwne i nowe. Świadomość, że ludzie uważają cię za zmarłego, ponieważ coś przeczytali, musiała być w tamtych czasach znacznie dziwaczniejsza, niż byłaby dla nas… znacznie bardziej doprowadzająca do szału. Choćby dlatego, że podejmowane przez pana Leedsa wysiłki zdementowania wiadomości były, powiedzmy, udane nie w stu procentach. Ze złością informował w druku, że jest zdecydowanie żywy, ale ukazujące się przez kilka lat doniesienia z przekonaniem zapewniały, że jest zdecydowanie martwy. Na domiar złego uparcie powtarzały, że pełne złości elaboraty Leedsa pisze podszywający się pod niego oszust, i nakłaniały go do natychmiastowego zaprzestania procederu, ponieważ kalają one pamięć umiłowanego nieboszczyka.

Wszystko to stało się dlatego, że informacja o śmierci Leedsa nie była niewinnym błędem – na przykład pomyłką urzędnika albo łatwowiernie powtarzaną bezpodstawną plotką. Był to bezpardonowy (i niezwykle celny) cios zadany przez rozpoczynającego działalność konkurenta na polu wydawniczym. Titana Leedsa prześladował wyjątkowy pech, ponieważ tak się złożyło, że jego rywal miał szelmowskie poczucie humoru. I jeśli ten numer podziałał panu Leedsowi na nerwy, to prawdopodobnie wpadł w absolutną wściekłość, gdy dowiedział się, że ten drobny cwaniak, który postanowił go uśmiercić w ramach taniego chwytu marketingowego, w późniejszych dziesięcioleciach został sławnym intelektualnym bohaterem powstających Stanów Zjednoczonych.

Krótko mówiąc, Titan Leeds miał całkiem brutalne wczesne spotkanie z tym, co można nazwać fake newsem.

Problem pana Leedsa, jakby żywcem wyjęty z epoki postprawdy, zaczął się z prostego powodu: kawałek dalej nad tą samą rzeką niespodziewanie pojawił się konkurencyjny wydawca almanachów. W Ameryce lat trzydziestych osiemnastego wieku wydawanie almanachów zaliczało się do wielce zyskownych przedsięwzięć i Titan Leeds był najlepszy w branży. Odziedziczył wydawnictwo Leeds Almanac po ojcu, Danielu, kiedy staruszek był zmuszony przejść na emeryturę. Daniel Leeds urodził się w rodzinie kwakrów pochodzących z Leeds w Anglii (małego miasta w hrabstwie Kent, nie tego dużego w Yorkshire)7. W obliczu narastających prześladowań Leedsowie w 1677 roku wyemigrowali do Ameryki, uciekając przed religijnymi ograniczeniami Starego Świata – tylko po to, żeby Daniel zderzył się czołowo z religijnymi ograniczeniami Nowego Świata.

Pełen oryginalnych myśli samouk, w młodości często ulegający duchowym wizjom i od czasu do czasu atakom płaczu, Daniel Leeds miał bardzo szczególną, trochę nieortodoksyjną filozofię łączącą heterodoksalny mistycyzm chrześcijański z głębokim umiłowaniem nauki. Pragnął rozpowszechniać prawdę taką, jaką ją widział, co pchnęło go do publikowania – najpierw pionierskich almanachów, a później wielkiego filozoficznego i teologicznego traktatu, który stanowił ukoronowanie pracy jego życia. Był zdruzgotany, gdy kwakrzy ze społeczności Burlingtonu, rozgniewani jego nonkonformistycznymi koncepcjami i intensywnym wykorzystywaniem astrologii, odrzucili jego prace, zbojkotowali jego pierwszy almanach i zniszczyli prawie wszystkie egzemplarze książki Daniela Leedsa.

Ale on był nieugięty i zamiast zadowolić się spokojnym życiem, z nową energią wrócił do wydawania almanachów. Jednocześnie prowadził długotrwałą, niesłychanie zaciekłą wojnę na pamflety ze swoimi sąsiadami; toczone z nimi potyczki zakończyły się oskarżeniem go przez wrogów o to, że jest wcielonym diabłem. Nazwali go „zwiastunem szatana”. Osiemnastowieczne kwakierskie spory bywały brutalne.

Taka zła sława mogła pociągnąć za sobą kilka niezręcznych incydentów na ulicach Burlingtonu, ale niekoniecznie była szkodliwa dla interesów, więc „Leeds Almanac”, jeden z pierwszych prawdziwych almanachów w angielskich koloniach, od początku swego istnienia miał licznych odbiorców. Gdy w 1714 roku Daniel przekazał ster nastoletniemu synowi, Titanowi, co było niefortunnym efektem ubocznym nierozważnego przymierza politycznego, „Leeds Almanac” już od dziesiątków lat cieszył się sławą wiodącego na tym obszarze.

Lider na rynku ma oczywiście pewien kłopot: jest tak, jakby nosił na plecach dużą tarczę strzelecką dla każdego, kto chce wejść na ten rynek. I właśnie Titana Leedsa wziął na cel młody, ambitny facet, niejaki Benjamin Franklin, który postanowił włączyć się do gry w almanachy.

Dzisiaj pamiętamy Franklina jako jednego z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych, człowieka, który nade wszystko był wielkim intelektualnym zawodnikiem wagi ciężkiej amerykańskiego ruchu niepodległościowego. Był wielostronnie utalentowanym geniuszem, którego spuścizna obejmuje między innymi pionierskie eksperymenty z elektrycznością, założenie pierwszej publicznej biblioteki w Ameryce, stworzenie amerykańskiego systemu pocztowego i wynalezienie okularów dwuogniskowych. Zapewniam, że nie zamierzam stosować w tej książce metody „kopiuj-wklej”, ale żeby dać wam pojęcie, jak bardzo irytująco ponadprzeciętny był Benjamin Franklin, przytoczę pierwsze linijki poświęconej mu strony w Wikipedii: „Wybitny pisarz, drukarz, teoretyk polityczny, polityk, wolnomularz, naczelnik poczty, naukowiec, wynalazca, humorysta, działacz społeczny, mąż stanu i dyplomata”8.

Szczerze mówiąc, od samego czytania kręci się w głowie. Skup się na tym, co robisz najlepiej, Benjaminie.



Benjamin Franklin. Irytująco ponadprzeciętny.

Ale w roku 1732 Franklin miał dwadzieścia kilka lat i jeszcze w niczym się nie wybijał. Jako siedemnastolatek prysnął z Bostonu, żeby wyrwać się z cienia starszego brata, i właśnie założył drukarnię w Filadelfii, szybko rozwijającym się mieście leżącym u ujścia rzeki Delaware (dzisiaj, po kilku stuleciach, Burlington jest przedmieściem Filadelfii). Franklin był dobry w swoim fachu i w rosnącej stajni wydawniczej miał już przynoszącą zyski „Pennsylvania Gazette”. Ale w tamtych czasach, jeśli człowiek chciał zbić kasę, musiał naprawdę zdywersyfikować portfel marek medialnych, żeby wejść w przestrzeń almanachów.

Almanachy, na wypadek gdyby ktoś nie wiedział, były, praktycznie rzecz biorąc, przewodnikiem po użytecznych informacjach, które być może przydadzą się w nadchodzącym roku. Podobnie jak w późniejszych stuleciach gazety zaczęły komasować wyniki sportowe, programy telewizyjne, małą dawkę opinii, prognozy pogody i szczyptę lekkiej astrologii w coś, co ludzie chcieli kupić, tak almanachy robiły to samo z… hm, małą dawką opinii, prognozami pogody i szczyptą lekkiej astrologii (w latach trzydziestych osiemnastego wieku programy telewizyjne były nieco mniej ważne). Dla środowisk, które wciąż miały w sercach uprawę roli, taka wiedza – kiedy wzejdzie i zajdzie słońce, kiedy przypływ będzie wysoki, kiedy zmienią się pory roku – była nieodzowna. Główny almanach tamtych czasów, publikowany przez Nathaniela Amesa w Massachusetts, osiągał nakład powyżej pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy rocznie – ogromna liczba jak na wciąż młody przemysł wydawniczy9. Można więc zrozumieć, dlaczego Franklin chciał się wkręcić w tę branżę.

I tak oto w roku 1732 zaczął wydawać „Almanach Biednego Richarda”, pisząc pod pseudonimem Richard Saunders, którego scharakteryzował jako zubożałego badacza gwiazd, zmuszonego do publikowania przez wymagającą żonę, która się uparła, że małżonek musi w jakiś sposób zarabiać na życie. (Franklin piekielnie uwielbiał pseudonimy. Uwaga, spoiler: nie tylko tutaj pseudonim Bena Franklina odegra znaczącą rolę w tej książce).

W tym momencie waśnie pomiędzy konkurującymi prognostami stały się już solidnie ugruntowanym aspektem wcześniej dość niewinnej amerykańskiej sceny almanachów z kilkoma wydawcami pomstującymi na rywali w corocznych dawkach inwektyw (w 1706 roku pewien bostoński autor almanachów, Samuel Clough, poinstruował rywala, Nathaniela Whittemore’a, żeby – tu wierny cytat – „spadał”10). Ale podczas gdy większość waśni zasadniczo sprowadzała się do stwierdzeń w rodzaju „Jesteś beznadziejny w robieniu almanachów”, Franklin, chcąc dołożyć swojemu głównemu konkurentowi, wybrał sprytniejsze… i znacznie zabawniejsze podejście. Kazał „Saundersowi” napisać we wstępie, że naprawdę skorzystałby z okazji publikowania zyskownego almanachu wiele lat wcześniej, gdyby nie to, że z dobroci serca nie chciał rujnować interesu „drogiego przyjaciela i kolegi, pana Titana Leedsa”.

Jedynym powodem, który skłonił go do zmiany zdania, jak napisał, było to, że ta przeszkoda, niestety, przestanie być problemem – ponieważ Titan Leeds niebawem umrze. Albo, jak to ujął, „nieuchronna śmierć, która nigdy nie słynęła z szanowania cnót, już przygotowała zabójczą strzałę; zgubna siostra już wyciągnęła swoje niszczycielskie nożyce i ten zacny człowiek niebawem zostanie nam odebrany”11. Zatrzymajmy się tu na krótko, by zauważyć, że Zgubna siostra wyciągnęła swoje niszczycielskie nożyce to czekający na wzięcie absolutnie fantastyczny tytuł dla albumu zespołu heavymetalowego.

Franklin przepowiedział, że Titan Leeds umrze „wedle mojej rachuby uczynionej na jego prośbę, siedemnastego października roku 1773, o godzinie trzeciej dwadzieścia dziewięć po południu, w chwili koniunkcji Słońca i Merkurego”, po czym dodał wiadomości nieco koloru, pisząc, że był w niezgodzie z Leedsem co do dokładnej daty: „Wedle jego własnych obliczeń przeżyje do dnia dwudziestego szóstego tego samego miesiąca”.

To przedni żart, chociaż to nie Franklin go wymyślił – ściągnął go z Jonathana Swifta, który w 1708 roku wyciął dokładnie taki sam numer astrologowi i autorowi almanachów, niejakiemu Johnowi Partridge’owi, gdy w wydanym pod pseudonimem fałszywym almanachu przepowiedział, że wyżej wymieniony „niezawodnie umrze dwudziestego dziewiątego marca około jedenastej w nocy, z powodu wysokiej gorączki”12. Franklin, żaden fan astrologii, z pewnością wiedział o kawale Swifta (i o tym, że Daniel Leeds był zwolennikiem Partridge’a) i w ten sposób puścił oko do każdego wtajemniczonego czytelnika.

Niestety, Titan Leeds nie poznał się na żarcie. Podczas gdy jego ojciec był obdarzony poczuciem humoru, on (według słów pewnego badacza) był „poważnym, zadufanym w sobie, łatwowiernym, praktycznym człowiekiem, który jak się zdaje, brał wszystko na poważnie”13. W rezultacie zrobił to, co – jak mógłby nam powiedzieć każdy łobuz z placu zabaw – było absolutnie najgorszą rzeczą: chwycił przynętę. Rok później, reagując w swoim almanachu na słowa Biednego Richarda (waśnie almanachowe toczyły się nieco wolniej niż te na Twitterze), zaatakował rywala za „karygodną nieprawdę”, napiętnował go jako „głupca i kłamcę”, a nadto dumnie się chełpił, że pomimo jego fałszywej przepowiedni „za sprawą łaski Bożej dożyłem, żeby napisać almanach na rok 1734 oraz rozgłosić głupotę i ignorancję tego bezczelnego autora”14.

Był to dokładnie taki pretekst, jakiego Franklin potrzebował, żeby przenieść swój kawał na następny poziom. Najpierw w almanachu z 1734 roku wyraził oburzenie z powodu wypisywanych o nim strasznie niemiłych rzeczy i zasugerował, że skoro jego drogi stary przyjaciel Leeds prawie na pewno nie żyje, oznacza to, że jakiś nikczemnik podszywa się pod niego i pisze jego almanach. Rok później w nowym wydaniu napisał, że Leeds rzeczywiście zmarł przepowiedzianego dnia, po czym lamentował, że „spotkała go wielka krzywda ze strony ducha Titana Leedsa, który udaje, że wciąż żyje, i pisze almanachy na przekór mnie i moim przepowiedniom”.

Niestety, nigdy się nie dowiemy, jak długo Franklin szydziłby z Leedsa w swoich almanachach i jak Leeds reagowałby na kolejne ogłoszenia o swojej śmierci. W 1738 roku, właśnie gdy cała sytuacja nabierała rumieńców, Titan Leeds ją uprościł, naprawdę schodząc z tego świata.

Sądzisz, że to powinno zamknąć sprawę choćby dlatego, że niemal każdy na wieść o nagłej rzeczywistej śmierci osoby, z której śmierci żartował, czułby się trochę winny i więcej nie wspomniał o tym słowem. Taka byłaby twoja reakcja, prawda?

Ale nie Franklina.

W 1739 roku opublikował list od ducha Titana Leedsa, potwierdzający, że Biedny Richard od początku miał rację, że Leeds naprawdę zmarł w 1733 roku i że almanach, który Titan Leeds wydawał przez lata, był dziełem oszustów.

Powiedzmy sobie jasno: Benjamin Franklin był potężnym pieprzonym trollem.

I to trollem, któremu się powiodło. „Almanach Biednego Richarda” stał się ogromnym hitem, podczas gdy „Almanach Leedsa” chylił się ku upadkowi i dziesięć lat później przestał się ukazywać. Franklin miał bardziej cięte i dowcipniejsze pióro niż jego konkurent, no i stosował bardziej bezlitosne praktyki biznesowe. Nie tylko bezpardonowo atakował astrologię, ale też przypominał czytelnikom o powiązaniach rodziny Leedsów z dziwnymi przekonaniami i o dawnych oszczerstwach, że są „zwiastunem szatana”. Fakt, że to, co pisał, nie było prawdą… nie miał większego znaczenia.

I właśnie między innymi o tym piszę w tej książce. Bo, jak zobaczymy, od zarania dziejów, ilekroć stoimy przed wyborem pomiędzy prawdą i dobrą opowieścią, z reguły wybieramy to drugie.

Ale cofnijmy się nieco: jakże dziwny i zagmatwany stawał się nowy świat mass mediów, ten świat, w którym żył Titan Leeds. Koncepcja „newsów” i głodu wiadomości oczywiście nie była nowa. Ludzie zawsze chcieli wiedzieć różne rzeczy, a zwłaszcza to, o czym nie wiedzieli inni: Co się dzieje za horyzontem albo po drugiej stronie zamkniętych drzwi, albo za czyimiś plecami.

Było to szczególnie widoczne we wcześniejszych stuleciach, kiedy podróże były trudniejsze i rzadsze; wieści rozchodziły się z prędkością konia i przybywały nieczęsto, jeśli w ogóle – i dlatego były łakomie konsumowane. W Walii w jedenastym wieku mnisi w dwóch odległych o setki kilometrów klasztorach byli tak spragnieni świeżych informacji, że co trzy lata robili wymianę, każdy klasztor wysyłał mnicha w ryzykowną podróż przez Snowdonię, żeby tydzień pomieszkał w drugim klasztorze i podzielił się wszystkimi najnowszymi plotkami15.

Od połowy piętnastego wieku sytuacja zaczęła się dramatycznie zmieniać. Rozstrzygnięcie, co było przyczyną czego w tym okresie europejskiej historii, jest dość trudne, ponieważ wiele się działo: prawie bezustanne wojny, mnóstwo schizm religijnych, odkrywanie nowych ziem, większy kontakt z innymi kulturami i odkrycie starożytnych pism z minionych wieków. Ale dla uproszczenia powiedzmy, że nastąpiły wówczas trzy główne zmiany, które przemieniły nasze podstawowe ludzkie pragnienie wiedzy w coś znacznie ważniejszego: eksplozję informacyjną, która głęboko ukształtowała świat na dziwne sposoby.

Jedną z tych zmian był stopniowy rozwój godnych zaufania i rozległych sieci usług pocztowych. Drugą – rozkwit warstwy kupieckiej związany z ekspansją handlową; ta nowa zamożna elita miała powiązania i prowadziła interesy, które mogły obejmować cały kontynent, a najnowsze wiadomości były dla niej nie tylko interesujące, lecz także niezmiernie cenne. Trzecią zmianą było oczywiście wynalezienie prasy drukarskiej.

Sieć placówek pocztowych sprawiła, że wiadomości już nie musiały być przekazywane osobiście: każdy mógł je wysyłać i otrzymywać wygodnie w domu, bez potrzeby odbywania niebezpiecznej podróży czy korzystania z armii posłańców (albo samej armii, dla pewności, że posłańcy bezpiecznie dotrą do celu). Listy szybko stały się ulubionym środkiem przekazu dla ludzi uzależnionych od wiadomości – i w końcu również okazją biznesową.

Pod koniec szesnastego wieku wyłoniła się nowa profesja: nowiniarz. Poczynając od wielkich miast Włoch, ci novellanti gromadzili najświeższe i najbardziej wiarygodne informacje, spisywali je i rozsyłali pocztą do swoich subskrybentów na całym kontynencie: bogatych polityków i biznesmenów, którzy płacili grube pieniądze za taką usługę. Nowiniarze, zmyślni i mający doskonałe koneksje, byli „pierwszymi agencjami prasowymi” (jak Andrew Pettegree opisuje ich w swojej książce The Invention of News)16.

Tymczasem w 1439 roku Jan Gutenberg wprowadził w Europie prasę drukarską z ruchomymi czcionkami i w ten sposób odpalił Niespodziewaną i Dezorientującą Bombę Zmian, która z dziką beztroską siała odłamkami po kontynencie przez wiele stuleci. Nagle możliwość kontaktu z odbiorcami przestała być krępowana przez to, na ilu skrybów cię stać, i zdolność elit do pełnienia funkcji stróżów informacji zaczęła słabnąć. Druk od początku był skrajnie kapitalistycznym przedsięwzięciem: większość drukarni należała do osób prywatnych, wykonujących pracę dla zysku, rywalizujących między sobą i generalnie niepodlegających władzom świeckim czy kościelnym (przynajmniej dopóki nie rozpracowano, że z ich pomocą zrodził się protestantyzm). Przez stulecia cena książki pozostawała względnie stabilna… i niebotyczna. Od czasów Gutenberga spadała w tempie około dwóch procent rocznie przez ponad sto lat. Może nie wydaje się to dużo w skali roku, dopóki człowiek nie uzmysłowi sobie, jak to działało przez wiele dziesięcioleci: w 1450 roku cena książki równała się wielu miesięcznym zarobkom. W roku 1600 można ją było kupić za mniej niż dniówkę17.

Te zmiany – rozwój biznesu, poczty i drukarstwa – dreptały wesoło ramię w ramię przez półtora stulecia, radośnie wzniecając zamęt, aż w 1605 roku w Strasburgu wreszcie się zderzyły dzięki młodemu człowiekowi, niejakiemu Johannowi Carolusowi.

Carolus był z zawodu introligatorem i księgarzem – ale, co ważne, angażował się również w działalność dodatkową: w wydawanie biuletynów. Strasburg, ośrodek handlu i sieci pocztowych, był doskonałym miejscem, żeby się tym zajmować. Ale oczywiście ręcznie pisane wiadomości miały naturalny pułap decydujący o rozwoju tego rzemiosła: mianowicie jak szybko umie się pisać. I tu oto Johann Carolus spojrzał na dwie strony swojego źródła dochodu. Z jednej – drukowane książki; z drugiej – żmudnie pisane listy. Drukowane książki, ręcznie pisane listy. Hm…

Johann Carolus dodał dwa do dwóch i stworzył GAZETĘ.

Można powiedzieć, że zainwestował w rewolucyjną nową technologię w celu wypromowania swojego medialnego startupu podczas fazy growth-hackingu. Produkt tej chwili inspiracji, „Relation: Aller Fürnemmen und gedenckwürdigen Historien”, odniósł oszałamiający sukces. Była to pierwsza drukowana gazeta na świecie. Oczywiście nie przypominała dzisiejszych gazet; wyglądała bardziej jak mała książka in quarto i brakowało w niej nowoczesnych innowacji w rodzaju zdjęć, nagłówków czy zasadniczo sensacji. „Relation” mocno trzymała się schematu ręcznie pisanych wiadomości, podając suchą, niezróżnicowaną listę rzeczowych komunikatów – na przykład, w jakim mieście obecnie przebywa ktoś ważny, bez podejmowania wysiłku wyjaśnienia, kim jest ta osobistość, tym, którzy nie należeli do elity i tego nie wiedzieli. Pod tym względem była całkiem podobna do kroniki towarzyskiej we współczesnych gazetach.



Drzeworyt przedstawiający mężczyznę wymachującego „Relation”.

„Relation” odniosła wielki sukces i w ciągu kilku lat idea gazety była kopiowana w coraz liczniejszych miastach północnej Europy. Druga, „Aviso Relation oder Zeitung”, ukazała się w Wolfenbüttel w 1609 roku. W następnym dziesięcioleciu Frankfurt, Berlin i Hamburg zaczęły wydawać własne gazety18, a w 1619 Amsterdam miał dwa konkurujące periodyki19. W siedemnastym wieku w samych Niemczech ukazywało się około dwustu tytułów.

Pomysł cieszył się mniejszą popularnością w Europie południowej; Włosi, pionierzy ręcznie pisanych wiadomości, wypięli się na ten nowomodny wymysł. Nie byli jedyni: na początku siedemnastego stulecia eksplozja prasy została powitana z radością przez spragnione informacji społeczeństwo, ale sprowokowała również drwiny, szyderstwa i trwogę – w sposób uderzająco podobny do reakcji współczesnego czytelnika.

Niepokój z powodu fałszywych wiadomości, zwłaszcza wśród elit, które przestawały być stróżami informacji; brak zaufania do profesjonalnych publikacji, kontrastujący ze zbyt wielkim zaufaniem do informacji przekazywanych przez kogoś, kogo zna się osobiście; rozpowszechniony strach przed skutkami przeciążenia informacyjnego; pogarda wobec ludzi z „uzależnieniem od wiadomości” – to cechy naszej infopaniki w dwudziestym pierwszym wieku, ale każda z nich była również powszechna w siedemnastym stuleciu. Często nazywana dokładnie takimi słowami.

Weźmy na początek uzależnienie od wiadomości. Bardzo szybko Niemcy wymyślili na to określenie: Neuigkeitssucht, co dosłownie znaczy „żądza nowin”20, rozpaczliwie opisywana jako „straszna ciekawość pchająca pewnych ludzi do czytania i słuchania nowości”21. W Holandii ci opętani na punkcie najświeższych informacji byli wyszydzani za swoje uzależnienie: pamflecista z południa nabijał się z mieszkańców północy, mówiąc: „Musimy czytać nowiny, inaczej zabraknie nam cierpliwości”. Angielski dramaturg i satyryk Ben Jonson w latach dwudziestych siedemnastego wieku kpił z produkcji i konsumpcji wiadomości w kilku sztukach, zwłaszcza w News from the New World Discovered in the Moon (Nowiny z nowego świata odkrytego na Księżycu) i The Staple of News (Chleb powszedni wiadomości).

Nie tylko przewracano oczami z powodu nienasyconego głodu informacji, ale również panował powszechny niepokój o zgubny wpływ tej eksplozji drukowanego materiału na ludzi i społeczeństwo. Tak samo jak dzisiaj, przeciążenie informacyjne było przedmiotem głębokiej troski, którą wyrażano, używając złowieszczych określeń. W roku 1685 francuski uczony Adrien Baillet apokaliptycznie napisał: „Mamy powody się obawiać, że mnogość książek, których codziennie przybywa w kolosalny sposób, sprawi, że przyszłe stulecia pogrążą się w stanie barbarzyństwa jak w wiekach po upadku cesarstwa rzymskiego”22.

(Podobnie jak dzisiaj, o przeładowaniu informacjami mówiono tak, jakby to było zupełnie nowe zjawisko, przypisane epoce, w której się żyje; w rzeczywistości ludzie biadolili z powodu zbyt wielu rzeczy do czytania od wieków. Mamy to nawet w Biblii – „Pisaniu wielu ksiąg nie ma końca, a wiele nauki utrudza ciało”, utyskuje Księga Koheleta*. Tymczasem w pierwszym wieku rzymski filozof Seneka narzekał, że „mnogość ksiąg rozprasza”.

Ale podczas gdy poczucie wstydu z powodu stosu nieprzeczytanych książek może być uczuciem ponadczasowym, to ludzie żyjący na początku epoki mass mediów nie bez powodu czuli, że sprawy posuwają się odrobinę za daleko. A działo się naprawdę wiele.

Jak w 1621 roku w swoim klasycznym dziele nurtu emo Anatomia melancholii napisał Robert Burton:


Codziennie nowe wieści mnie dobiegają, zwykłe pogłoski o wojnach, zarazach, pożarach, wielkich powodziach, złodziejstwach, morderstwach, rzeziach, meteorach, kometach, upiorach, zjawach, cudach, o miastach zdobytych lub oblężonych we Francji, w Turcji, Persji, Polsce etc., o musztrach i innych przygotowaniach czynionych codziennie w naszych burzliwych czasach, o stoczonych bitwach, w których wielu padło zabitych, o wojnach mnichów, o statkach, co poszły na dno, o czynach pirackich i morskich bitwach, o pokojach, przymierzach, strategiach i wciąż na nowo rozbrzmiewających trąbach na trwogę. Wielka obfitość przysiąg, pragnień, czynów, edyktów, petycji, skarg sądowych, wniosków, praw, proklamacji, skarg, zażaleń dzień w dzień dochodzi naszych uszu. Codziennie wciąż nowe książki, pamflety, opowieści, całe katalogi wszelkiego rodzaju woluminów, nowe paradoksy, poglądy, schizmy, herezje, spory w filozofii, religii etc. Raz dobiegają nas wieści o weselach, zabawach, balach przebierańców, przedstawieniach, jubileuszach, przyjazdach ambasadorów, turniejach i potyczkach rycerskich, trofeach, triumfach, sztukach, ucztach i wszelkiego rodzaju sportach; to znów, jakby ze sceny, na której zmieniono dekoracje, słyszymy o zdradach, chytrych podstępach, rozmaitych podłościach i okrucieństwach, złodziejstwie i łupiestwie, pogrzebach, pochówkach, śmierci książąt, nowych odkryciach i ekspedycjach; raz rozbrzmiewają sprawy komiczne, kiedy indziej zgoła tragiczne. Dzisiaj słyszymy o nowo mianowanych władcach i oficerach, jutro wieść nas dojdzie o zdetronizowanych wielmożach po to, by za nią inna wiadomość przybiegła – o nowo komuś nadanych godnościach; jednego wypuszczają na wolność, innego zaś wsadzają za kraty; jeden kupuje, drugi kradnie; ktoś opływa w bogactwa, a jego sąsiad ogłasza się bankrutem; teraz panuje dostatek, kiedy indziej znowu śmierć i głód; jeden biegnie, drugi podróżuje konno, ten się swarzy, ów płacze, jeszcze inny się śmieje etc** 23.

Możliwe, że Robert Burton potrzebował trochę luzu. Powinien zrobić sobie wolne i wyskoczyć na długi weekend gdzieś za miasto, żeby popracować nad polepszeniem samopoczucia.

Burton na tym nie poprzestał. Jak Baillet, spojrzał na nagłą obfitość druku i przepowiedział nadchodzącą książkową apokalipsę: „Kto mógłby być takim nienasyconym pożeraczem książek, kto zdoła je przeczytać? Już mamy wielki chaos i zamęt ksiąg, jesteśmy nimi przytłoczeni, oczy nas bolą od czytania, a ręce od przewracania kartek”24.

I dalej w Anatomii melancholii narzeka, że „w dzisiejszych czasach to rodzaj polityki, umieszczanie cudacznego tytułu na wstępie książki, która ma zostać sprzedana (…) jak zauważa Scaliger, nic bardziej nie zachęca czytelnika niż argument niespodziewany lub nie do pomyślenia, i książka sprzedaje się lepiej niż kuriozalna broszura”25. (Nie wiem, czy Twitter szuka nowych sloganów reklamowych, ale sądzę, że „argument nie do pomyślenia” jest całkiem niezły).

Krytyka „kuriozalnych broszur” była w siedemnastym wieku powszechna. Podczas gdy wczesne biuletyny, z ich elitarnymi subskrybentami, słynęły z podawania wiarygodnych i rzetelnych informacji, nie można tego samego powiedzieć o wszystkim, co drukowano. Wprawdzie wiele osób było uzależnionych od najświeższych wiadomości, ale inni odnosili się do nich nieufnie26. Ludzie wykazywali sceptycyzm wobec tego, co czytali w druku; wielu wciąż wierzyło, że ręcznie pisane listy z natury są bardziej wiarygodne – że najbardziej miarodajnych informacji dostarcza ktoś, kogo się zna27.

Mówiąc wprost, mnóstwo ludzi myślało, że wokół jest pełno fake newsów.

Być może mieli rację. Weźmy tylko jeden przykład, słynną broszurę opublikowaną w roku 1614 roku pod chwytliwym tytułem: Prawdziwe i cudowne: Rozprawa relacjonująca niedawne odkrycie dziwnego i monstrualnego węża (albo smoka), ku wielkiemu niepokojowi zabijającego ludzi i bydło silną, gwałtownie działającą trucizną, w Sussex, dwie mile od Horsham, w lesie zwanym St Leonard’s Forest, w bieżącym miesiącu sierpniu 1614 roku. Z prawdziwym pokoleniem węży. Obecnie Horsham nie musi się wydawać szczególnie obiecującym miejscem do polowania na smoki: to małe, przyjemne miasto targowe, może najlepiej znane jako miejsce, gdzie człowiek sobie uświadamia, że wsiadł do niewłaściwej połowy pociągu i jedzie do kurortu Bognor Regis. W Anglii jest wiele rozległych, mrocznych i nieprzebytych lasów, w których z powodzeniem mogą się czaić smoki, ale St Leonard’s Forest prawdopodobnie nie zająłby wysokiej pozycji w rankingu.

To jednak nie powstrzymało wydawcy tej broszury, niejakiego Johna Trundle’a, od zdania relacji o „pewnym aż nadto prawdziwym” długim prawie na trzy metry smoku, który był pokryty czarnymi i czerwonymi łuskami, biegał szybciej niż człowiek, zostawiając za sobą śluzowaty ślad jak ślimak, i pluł trucizną na dwadzieścia pięć metrów – i że w ten sposób uśmiercił już dwie osoby. Jeszcze bardziej złowieszcze było to, że stwór miał po obu stronach tułowia dwa nabrzmiewające guzy, co sugerowało, że wyrastają mu skrzydła28.

Trundle był dokładnie tym rodzajem wydawcy, za sprawą których ludzie odnosili się sceptycznie do środków masowego przekazu swojej epoki: miał długą i niesławną historię publikowania bzdur. Jeśli coś było nieprawdopodobne, ale robiło wrażenie, on wydawał to drukiem. Był powszechnie atakowany przez komentatorów i konkurencję, jak wielu innych wydawców, którzy wymieniali się sensacjami i drastycznymi szczegółami. Pewien anonimowy pamflecista w 1617 roku pomstował na drukowanie „naiwnych bajek o latających wężach albo równie naiwnych złud o żarłocznych smokach, o mężczyznach albo kobietach cudownym sposobem spalonych na śmierć bez ognia, o martwych wstających z grobów”29 (w broszurze, która wywołała tę krytykę, opisywano „potężnego potwora morskiego, inaczej wieloryba”, podobno wyrzuconego na brzeg w Essex).

W siedemnastym wieku najsilniejszy niepokój związany z nieprawdziwymi wiadomościami panował wśród elit, które otwarcie okazywały niezadowolenie, że ludzie mogą drukować i rozpowszechniać wszystko, co chcą. W Anglii sytuacja stanęła na ostrzu noża pod koniec tego stulecia, gdy w kraju wciąż panował zamęt po wojnie domowej. Wprowadzono prawa regulujące używanie pras drukarskich, a siły królewskie otrzymały uprawnienia do poszukiwania tych nielegalnych. Strach budziło nie tylko drukowanie – w klasycznym przykładzie próby zduszenia mediów, obawiając się propagowania politycznie niepoprawnych treści, elita zaczęła świrować również na punkcie kawiarń.

Kawa, podobnie jak gazety, była nowym i przerażającym fenomenem. Pierwsza kawiarnia w Londynie, założona przez greckiego imigranta w 1652 roku, szybko odniosła ogromny sukces. Kolejne wyrastały jak grzyby po deszczu i w ciągu kilku dziesięcioleci kawa stała się ważnym elementem siły napędowej miasta. Ludzie nie tylko pili kawę, ale też – ku przerażeniu elit – prowadzili w kawiarniach ożywione dyskusje polityczne. Niektórzy może nawet rozpuszczali fałszywe pogłoski! Ten stan musiał się zmienić.

Dwudziestego dziewiątego grudnia 1675 roku król Karol II uznał, że dość tego, i wydał „proklamację likwidacji kawiarń”, w której odnotowano, że „w takich domach i przy okazji spotkań w tych miejscach są obmyślane i szeroko rozpowszechniane rozmaite fałszywe, złośliwe i skandaliczne relacje, które przyczyniają się do szkalowania rządu Jego Królewskiej Mości i zakłócania spokoju i ciszy w królestwie”30. Na mocy tej proklamacji wszystkie kawiarnie w Anglii (również w Walii, a także na spornym szkockim pograniczu Berwick-on-Tweed) miały zostać zamknięte już dwanaście dni później, dziesiątego stycznia. Reakcja uzależnionych od kofeiny ważnych ludzi w Londynie była szybka i choleryczna: absolutnie pod żadnym pozorem nie dadzą sobie odebrać kawy. Karol II złożył broń i odwołał zakaz kawowy kilka dni przed tym, nim miał wejść w życie.

W październiku 1688 roku król Jakub II podjął kolejną próbę, która tym razem dotyczyła „powstrzymania rozgłaszania nieprawdziwych wiadomości”. Każdego, kto „rozpowszechnia fałszywe wiadomości albo szerzy złośliwe oszczerstwa i kalumnie”, a zwłaszcza „wypowiada albo publikuje słowa nienawiści albo antypatii o Naszej Osobie lub rządzie”31, miała spotkać kara. Można zrozumieć jego zdenerwowanie, w tym czasie bowiem holenderska flota przygotowywała się do inwazji na Anglię. Pechowo dla Jakuba próba stłumienia nieprawdziwych wiadomości niewiele mu pomogła: został zdetronizowany przez córkę i niespełna miesiąc później uciekł z kraju.

Przepisy dotyczące angielskiej prasy przestały obowiązywać w roku 1695, czego rezultatem była druga eksplozja tego środka masowego przekazu. Pociągnęła ona za sobą wszystkie problemy, jakie dziś widzimy w mediach. Już w 1734 roku „Craftsman” zidentyfikował jeden z kluczowych problemów strukturalnych dotyczących prasy, mianowicie tendencję do wzajemnego kopiowania materiału, dopóki nie powstaje maksymalne sprzężenie zwrotne ściemy: „Gdy fałszywa wiadomość zostaje wydrukowana na łamach jednej gazety, zwykle trafia do wszystkich, jeśli w porę nie zdementują jej ci, którzy są zaznajomieni z konkretnymi okolicznościami”32.

Sytuację pogorszył rozwój prasy za oceanem – potok informacji przepływających pomiędzy Anglią i jej amerykańską kolonią dostarczał wiele więcej okazji do kopiowania informacji, a dodatkowo bariera wysiłku utrudniała sprawdzenie ich rzetelności. Dzikie pogłoski i kompletne wymysły o tym, co się dzieje po drugiej stronie oceanu, skakały w tę i z powrotem między Anglią i Ameryką, wyolbrzymiane z każdym powtórzeniem.

Chyba najlepszym przykładem jest mowa wygłoszona w sądzie przez pokrzywdzoną kobietę, przez kilka dziesięcioleci w osiemnastym wieku przesyłana przez Atlantyk tam i z powrotem, na okrągło publikowana, z wielokrotnie mutującą osią historii, z przesłaniem nabierającym retorycznej siły, gdy zmieniał się kontekst historyczny. Była to mowa Polly Baker.

Dla współczesnego oka historia Polly Baker wydaje się celowo stworzona jako wirusowa wiadomość – bo i rozchodziła się jak wirus, na osiemnastowieczny sposób. Opublikowana piętnastego kwietnia 1747 roku w londyńskim „General Advertiser”, została przedstawiona jako zapis mowy, którą panna Baker wygłosiła na procesie sądowym po drugiej stronie oceanu, „w Connecticut w pobliżu Bostonu w Nowej Anglii”. Baker była sądzona za urodzenie nieślubnego dziecka – po raz piąty. Zamiast okazać zawstydzenie, nie owijała w bawełnę. Czy to sprawiedliwe, dowodziła, że wiele razy ją karano za posiadanie nieślubnego potomstwa, podczas gdy ich ojcom uchodzi to na sucho? „Wydałam na świat piątkę pięknych dzieci, narażając życie – powiedziała. – Sama je utrzymuję. Ryzykowałam utratę publicznego szacunku i często byłam narażona na publiczną niełaskę i karę. Dlatego, moim skromnym zdaniem, zamiast chłosty powinnam dostać posąg wzniesiony na moją cześć”.

Mowa Polly miała taką siłę, o czym mówi nam wstęp do tekstu w „General Advertiser”, że nie dość, że sąd jej nie ukarał, to jeden z przysięgłych, wzruszony jej słowami, nazajutrz się z nią ożenił. To wydaje się gotowe do przetłumaczenia na język współczesnych stron inspirowanych przez treści wirusowe: „Kobieta zamyka usta sądowi potężną mową o piętnowaniu za swoją seksualność – i będziecie zdumieni, co było dalej”.

Była to najwyraźniej dobra treść. I tak oto brytyjska prasa zabrała się do pracy. Historia trafiła do gazet w innych miastach: w Northampton, Bath, Edynburgu, Dublinie. Kilka tygodni później opublikowały ją również periodyki. (Najwyraźniej nikt nie znalazł czasu, żeby wyskoczyć do Connecticut i spróbować wytropić Polly; geograficzna bariera wysiłku znowu zapewniła doskonałą przykrywkę do rozprzestrzeniania się nieprawdy). Nie skończyło się na przedrukach; zaczęły się pojawiać zmiany w tekście, czy to wskutek błędu, czy też wprowadzane rozmyślnie; najbardziej znacząca znalazła się w „Gentleman’s Magazine”, który uznał, że poślubienie sędziego przysięgłego nie jest wystarczającym zwrotem akcji, i dodał, że małżonkowie mieli razem piętnaścioro dzieci. Nie wiadomo, kiedy ta piętnastka miałaby się urodzić, bo tekst nie informował o czasie rozgrywania się opisanych wypadków.

Kilka miesięcy później, w lipcu, historia przedostała się za Atlantyk i trafiła na powstający rynek prasowy brytyjskich kolonii; zadebiutowała najpierw w Bostonie, a następnie migrowała wzdłuż wybrzeża do Nowego Jorku i Marylandu. Amerykańskiej prasie pewnie trochę łatwiej byłoby sprawdzić autentyczność opowieści, ale chyba nikt nie zadał sobie trudu – co, szczerze mówiąc, raczej nie jest zaskakujące. Próba ustalenia, czy jakieś zdarzenie rzeczywiście miało miejsce, może okazać się niesamowicie trudna nawet w erze telefonów i Google’a. W czasach, kiedy w kraju wydawano tylko dwanaście gazet, a pierwsi nieustraszeni dziennikarze śledczy mieli się pojawić dopiero za jakieś sto lat, raczej nie powinno zaskakiwać, że wszyscy uważali, że mają lepsze rzeczy do zrobienia. Przedrukowywanie tekstów z bardziej rozwiniętej prasy brytyjskiej było powszechną praktyką; bariera wysiłku sprawdzenia faktów może się obniżyła, ale zastąpiła ją z góry przyjęta reputacja solidności wyspiarskiej prasy. Kilka tych problemów strukturalnych połączyło się w jeden pakiet: bezkrytyczne założenie, że brytyjska prasa musi być godna zaufania, spowodowało sprzężenie zwrotne ściemy na wielką skalę.

I tak oto zamiast zachęcić do jakiegoś dalszego działania (pokopania głębiej czy zdementowania), apel Polly przeciwko seksistowskim podwójnym standardom po cichu znalazł sobie drogę do kanonu świadomości zbiorowej, stając się jedną z tych starych faworyt – opowieścią, która tworzy szum tła psychiki społeczeństwa i co jakiś czas wyskakuje, gdy ktoś chce coś udowodnić. Przez następnych kilka dziesięcioleci ta historia pojawiała się na okrągło; była przedrukowywana w gazetach, czasopismach, książkach; została przetłumaczona na szwedzki i francuski. Odezwa Polly, będącej symbolem szarego człowieka występującego przeciw niesprawiedliwemu prawu, stała się ważna w świecie deizmu – ruchu teologicznego, który argumentował przeciwko ingerującemu Bogu i arbitralnej władzy Kościoła, wywierając główny intelektualny wpływ na rewolucję francuską i amerykańską wojnę niepodległościową.

W tym kontekście ponad dwadzieścia lat po pierwszej publikacji mowa Polly zyskała drugie wielkie życie – co również doprowadziło do ujawnienia jej prawdziwego źródła. W roku 1770 historyjka w napisanej na nowo i znacznie bardziej melodramatycznej formie trafiła do bestsellerowej francuskiej książki historycznej Abbé Raynala – byłego księdza, który miał marne pojęcie o historii, ale dobrze sobie radził z agitacją. (Napisał przynajmniej część książki; duże fragmenty wyszły spod pióra nieco bardziej utalentowanego filozofa, Denisa Diderota, i czeredy współpracowników. Całkiem możliwe, że to Diderot włączył historię Polly do tekstu, bo jak się zdaje, był jej wielkim fanem).

W gorączkowej atmosferze przedrewolucyjnej Francji opowieść o prześladowaniu Polly Baker przez tyranicznych prawodawców w Nowej Anglii trąciła właściwą strunę i stała się szalenie popularna. Książka Raynala była wiele razy przedrukowywana w autoryzowanych i nieautoryzowanych wydaniach, a w latach siedemdziesiątych oraz osiemdziesiątych osiemnastego wieku ukazywały się inne francuskie wersje dziejów Polly. Tak się złożyło, że pewnego dnia w 1777 albo 1778 roku, gdy trwała amerykańska wojna o niepodległość, Raynal wpadł z wizytą do ambasadora Stanów Zjednoczonych we Francji i stwierdził, że gospodarz rozmawia o jego sławnej książce z gościem z Connecticut.

Żadna z trzech osób biorących udział w tym spotkaniu nie napisała o jego przebiegu. Znamy tę historię z drugiej ręki, dzięki Thomasowi Jeffersonowi, amerykańskiemu prezydentowi, który kilka lat później opowiedział, co się stało tego dnia. Jak w przypadku większości historii, nie zaszkodzi szczypta rezerwy.

Z grubsza wyglądało to tak: dwaj Amerykanie dyskutowali o książce Raynala, nie szczędząc krytycznych komentarzy, gdy niespodziewanie wszedł Raynal. Przybysz z Connecticut, niejaki Silas Deane, powitał go radośnie, mówiąc, że właśnie rozmawiają o błędach w jego książce (tak na marginesie: jako autor błagam, nie róbcie tego – to absolutne grubiaństwo; zanim zaczniecie krytykować, poświęćcie przynajmniej kilka minut na luźną pogawędkę). Raynal zaprotestował, że przecież nie ma tam żadnych błędów i że z nadzwyczajną skrupulatnością sprawdzał, czy fakty pochodzą z pewnego źródła.

– Ale co z Polly Baker? – zapytał Deane. – Jej historia jest w książce, mimo że zdecydowanie nigdy się nie wydarzyła.

– Przeciwnie – odparł Raynal. – Czerpałem z miarodajnego źródła, chociaż akurat wypadło mi ono z głowy.

W tym momencie amerykański ambasador – niejaki pan Benjamin Franklin – stwierdził, że nie jest w stanie dłużej powstrzymać się od śmiechu.

Bo to on trzydzieści lat wcześniej wymyślił historię Polly Baker i zamieścił ją w brytyjskiej prasie. Jego kariera w tworzeniu fikcji nie zakończyła się na uśmierceniu Titana Leedsa.

Co więcej, nie od niej się zaczęła.

Franklin tak naprawdę rozpoczął karierę oszukiwania w przemyśle medialnym już jako nastolatek, w 1722 roku, kiedy jego starszy brat James zakazał mu publikowania w gazecie „New-England Courant”, którą wydawał. Wkurzony takim tłamszeniem mocy twórczej, młody Benjamin zrobił to, co zrobiłby każdy przedsiębiorczy szesnastolatek: wymyślił wdowę w średnim wieku, niejaką Silence Dogood, i pod jej nazwiskiem wysyłał listy do redakcji (wiesz o tym coś, jeśli widziałeś ważny film dokumentalny zatytułowany Skarb narodów z Nicholasem Cage’em). James Franklin, nie mając bladego pojęcia, kto jest prawdziwym autorem listów, opublikował ich czternaście, a pani Dogood doczekała się licznej grupy fanów, a także kilku propozycji małżeństwa.

Pierwsza wycieczka w krainę perfidii była tak wielkim sukcesem, że Franklin radośnie kontynuował tę podróż. W Filadelfii od 1730 roku wydawał własną gazetę, „Pennsylvania Gazette”, w której drukował całkowicie fikcyjne relacje z procesu o czary (w Ameryce nie było godnych uwagi spraw tego rodzaju od kilku dziesięcioleci). Następnie (znów pisząc pod pseudonimem) zajął się „Almanachem Biednego Richarda”, w którym uśmiercił nieszczęsnego pana Leedsa.

Podam przykład dla zilustrowania, ile wysiłku Franklin wkładał w swoje nawet najbłahsze kawały: w roku 1755 wydrukował Biblię z całkowicie fałszywym rozdziałem (zdecydowanie nieistniejącym pięćdziesiątym pierwszym rozdziałem Księgi Rodzaju), po prostu po to, żeby wygrać sprzeczkę z pewną wytworną angielską damą33.

Polly Baker naprawdę nie zamierzała podsycić rewolucyjnego ferworu; została stworzona głównie ku uciesze Franklina. Był to żart, który po prostu… trochę się wymknął spod kontroli.

Wszystko to działo się we wczesnych latach mass mediów; przemysł prasowy, do jakiego przywykliśmy, rozwinął się w pełni dopiero kilkadziesiąt lat później. A jednak już w tamtej epoce pojawiło się wiele znajomych nam elementów, takich jak bezmyślne kopiowanie wiadomości bez sprawdzania, czy są zgodne z prawdą; niepokojąca mieszanina nieufności i łatwowierności czytelnika; to, że opowieści, które są zbyt dobre, żeby mogły być prawdziwe, nie chcą odejść w niepamięć. Żadna z tych rzeczy nie znikła, gdy przemysł medialny rozrastał się w swego rodzaju bekającego z zadowolenia molocha, jakiego znamy w dzisiejszych czasach. Przyjrzymy się temu w następnym rozdziale – gdzie odkryjemy, że historia Polly Baker pod żadnym względem nie była jedynym żartem, który trochę się wymknął spod kontroli.





3

Epoka dezinformacji





N

a początku sierpnia 1835 roku fani wiadomości w Nowym Jorku stwierdzili, że jest o czym mówić.

Naturalnie o pogodzie – od długiego czasu panował piekielny skwar, który w tym miesiącu nie chciał odpuścić. Na Dolnym Manhattanie wybuchł wielki pożar. Pogłębiała się atmosfera politycznego napięcia, zdominowana przez temat niewolnictwa i częste gwałtowne starcia między wigami i demokratami w roku, w którym doszło do pierwszego nieudanego zamachu na prezydenta. Wśród osób obdarzonych bardziej naukowym umysłem panowało przyprawiające o zawrót głowy oczekiwanie na zapowiedziany rychły powrót na niebo komety Halleya. Odbywała się też ciekawa wystawa w popularnym miejscu rozrywki, Niblo’s Garden, zorganizowana przez ambitnego młodego gościa pragnącego rozpocząć karierę showmana – niejakiego Phineasa Taylora Barnuma – wzbudzająca sensację od czasu otwarcia dziesiątego sierpnia.

Nie dość, że nie brakowało wiadomości, to ich dostępność była ważnym nowym faktem. Miasto widziało eksplozję powstałych w poprzednich dwóch latach gazet groszowych: nowego gatunku tanich, przeznaczonych na masowy rynek publikacji, agresywnie rywalizujących o tematy i czytelników.

Więc tak, na początku sierpnia było o czym mówić.

Ale pod koniec tego miesiąca wszyscy mówili wyłącznie o rasie ludzi-nietoperzy żyjących na Księżycu.

Należy tutaj zaznaczyć (ponieważ nie chcę, żebyście mnie źle zrozumieli), że czerwonowłosi ludzie-nietoperze nie byli jedynymi mieszkańcami naszego satelity. Nie bądźcie głuptasami. Jak powszechnie wiadomo, stanowili oni część tętniącego życiem i skomplikowanego kosmicznego ekosystemu, który obejmował – między innymi – ogromne dwunogie bobry czule noszące swe dzieci w ramionach, piekielnie szybkie kuliste płazy, które turlały się po plażach wielkich księżycowych rzek i jezior, a także stada małych, niebieskich jednorożców o kozich pyskach, wesoło brykające po idyllicznych łąkach pełnych rozkołysanych szkarłatnych kwiatów.

Te księżycowe cuda były stopniowo ujawniane czytelnikom gazety „New York Sun”, która przedrukowała wiadomości o tym odkryciu z relacji opublikowanej w suplemencie do „Edinburgh Journal of Science”. Były oparte na świeżych obserwacjach poczynionych przez wielkiego astronoma sir Johna Herschela przy wykorzystaniu nowego teleskopu o bezprecedensowej mocy i rozdzielczości, znajdującego się po drugiej stronie oceanu, na Przylądku Dobrej Nadziei w Afryce Południowej.

Doniesienia o księżycowych odkryciach spowodowały falę uderzeniową, która wstrząsnęła Nowym Jorkiem i obiegła świat. Przyciągnęły wielkie tłumy do redakcji, skłoniły konkurencyjne gazety do walki o prawo do przedruku, stały się popularnym tematem rozmów i zdominowały kulturę popularną, łącznie ze spłodzeniem cieszącej się szalonym powodzeniem sztuki mającej premierę niespełna miesiąc później w Bowery Theatre. I pomogły potwierdzić przypuszczenie, że założony zaledwie dwa lata wcześniej „Sun” jest prawdopodobnie najlepiej sprzedającą się gazetą na świecie.

Ale (tu przygotujcie się na szok) nic z tego nie było prawdą.

Wiem, wiem. To całkiem sporo informacji, żeby poukładać je sobie w krótkim czasie. Ale możecie mi wierzyć, kiedy powiem, że naukowcy bardzo starannie to sprawdzili: na Księżycu nie ma ludzi-nietoperzy. Ani kozo-jednorożców.



Francuski sztych braci Thierry ukazujący księżycowych ludzi-nietoperzy.

Wielka mistyfikacja księżycowa z 1835 roku nie była, jak twierdziły pierwsze artykuły w „Sun”, dziełem „doktora Andrew Granta”, który był „przez kilka lat nieodłącznym asystentem młodszego Herschela”1. Jej autorem był młody angielski imigrant w Stanach Zjednoczonych, Richard Adams Locke. Został on zatrudniony jako redaktor „Sun” dwa miesiące wcześniej i chcąc zrobić wrażenie, nie marnował czasu.

Gdyby was poproszono o wskazanie okresu narodzin nowoczesnych mediów w historii, połowa lat trzydziestych dziewiętnastego wieku w Nowym Jorku byłaby równie dobrym kandydatem jak każdy inny. Gazety przed tym okresem bardzo się różniły od tych dzisiejszych (albo, ściślej mówiąc, tych, których nie kupujemy, ale o których czasami czytamy na stronach internetowych). Przede wszystkim były artykułami luksusowymi przeznaczonymi dla zamożnych kupców i klasy politycznej, z niewielkimi próbami trafienia do szerszych kręgów odbiorców. Nowojorskie gazety na początku lat trzydziestych dziewiętnastego wieku kosztowały po sześć centów, co nie było ceną przystępną dla większości mieszkańców szybko rozwijającego się miasta. Składały się z jednego złożonego arkusza papieru, miały więc tylko cztery strony, przy czym pierwsza i ostatnia – najcenniejsze dla każdego współczesnego redaktora – były zapełnione wyłącznie niezliczonymi krótkimi ogłoszeniami, wydrukowanymi prawie nieczytelnym maczkiem.

Dzięki dwudziestowiecznym innowacjom Ruperta Murdocha w umysłach brytyjskich miłośników gazet „trzecia strona” jest nierozerwalnie połączona ze zdjęciami kobiet w topless. Dla porównania, trzecia strona nowojorskich gazet na początku lat trzydziestych dziewiętnastego wieku zawierała długie listy takich rzeczy jak kurs wymiany walut i szczegóły dotyczące statków, które ostatnio zawinęły do portu – informacje ważne dla kupców, ale poza tym kompletnie bezużyteczne jak miękk