Główna Statystycznie rzecz biorąc… Czyli ile trzeba zjeść czekolady, żeby dostać Nobla?

Statystycznie rzecz biorąc… Czyli ile trzeba zjeść czekolady, żeby dostać Nobla?

0 / 0
Jak bardzo podobała Ci się ta książka?
Jaka jest jakość pobranego pliku?
Pobierz książkę, aby ocenić jej jakość
Jaka jest jakość pobranych plików?
Statystycznie rzecz biorąc to książka o statystyce (tak, o statystyce!), której lektura przyprawia o ból przepony (ze śmiechu. Nie trzeba od razu biec do lekarza). No i nawet można zrozumieć o co w niej (statystyce) chodzi. Wszystko dzięki Janinie Bąk, pandze biznesu, komendancie komedii, charyzmatycznej liderce ortodoksyjnej grupy #DrużynaJanina. Ile trzeba zjeść czekolady, by dostać Nobla? Dlaczego koń i szop pracz nigdy nie dostali doktoratu? Czy język angielski powoduje zawały serca, a masło przedłuża życie? Czego statystyka nauczyła się od martwego łososia? A przede wszystkim: czy naukowcy są jak żony i nigdy się nie mylą? Dzięki setkom ciekawostek zobaczycie, że statystyka potrafi zmierzyć wszystko i – wbrew pozorom – przydaje się do wszystkiego. Pozwala nawet oszacować matematyczny wzór na miłość!
Rok:
2020
Wydawnictwo:
WAB
Język:
polish
Strony:
216
ISBN 13:
9788328072602
Plik:
PDF, 2,43 MB
Ściągnij (pdf, 2,43 MB)

Możesz być zainteresowany Powered by Rec2Me

 

Najbardziej popularne frazy

 
0 comments
 

To post a review, please sign in or sign up
Możesz zostawić recenzję książki i podzielić się swoimi doświadczeniami. Inni czytelnicy będą zainteresowani Twoją opinią na temat przeczytanych książek. Niezależnie od tego, czy książka ci się podoba, czy nie, jeśli powiesz im szczerze i szczegółowo, ludzie będą mogli znaleźć dla siebie nowe książki, które ich zainteresują.
1

Hábitos Atómicos

Bahasa:
spanish
Fail:
PDF, 1.84 MB
0 / 0
2

东南沿海城市与中国近代化

Tahun:
1996
Bahasa:
chinese
Fail:
PDF, 95.86 MB
0 / 0
Janina Bąk

STATYSTYCZNIE RZECZ BIORĄC

Czyli ile trzeba zjeść czekolady, żeby dostać Nobla?

Spis treści

Dedykacja
Na początek: czy wiecie, że istnieje matematyczny wzór na dobre
piwo?
Ilu osób potrzeba, by napisać jedną książkę?
Statystyka – królowa nauk czy popychadło medialnego świata?
Czy naukowcy są jak żony i nigdy się nie mylą?
Dlaczego koń i szop pracz nie dostały doktoratu?
Skąd wiemy, że owca rozpoznałaby na ulicy prezydenta?
Czy kiedy wychodzimy z psem na spacer, to średnio mamy po trzy
nogi?
Czy 117% Polaków może się mylić?
Czy da się zmierzyć szczęście linijką?
Czy po seksie będziemy opanierowani w banknotach niczym krokiet
w bułce?
Na imieniny lepiej kupić czekoladki czy kokainę?
Czy wszyscy jesteśmy rasistami?
Czy jak wsadzimy głowę do lodówki, a nogi do piekarnika, to będzie
nam w sam raz?
Ile trzeba zjeść czekolady, żeby dostać Nobla?
Czy język angielski powoduje zawały serca, a masło przedłuża życie?
Czego statystyka nauczyła się od martwego łososia?
Dlaczego ufamy szarlatanom?

Na koniec: dlaczego wciąż się wzruszam na myśl o bezdomnych
lamach?
Bibliogra a
Przypisy

Krzysiowi, który nauczył mnie, że bycie bliźniakiem to nie tylko urodziny tego
samego dnia, a potem milion razy udowadniał, że to prawda. A ja
studiowałam statystykę i wiem, że milion to dużo.

Na początek: czy wiecie, że istnieje matematyczny
wzór na dobre piwo?

Jeden z najbardziej znanych statystyków na świecie wcale nie był
człowiekiem-akademikiem. Nie przychodził do roboty w piżamie, nie
pisał w uczelnianej windzie markerem rozszerzenia liczby pi, a na
śniadanie nie jadał kanapek z artykułami naukowymi zamiast sałaty. Być
może trudno w to uwierzyć, ale jego życie było znacznie bardziej
ekscytujące. Otóż ów człowiek zawodowo warzył piwo, i to jedno
z najlepszych piw na świecie – irlandzkiego Guinnessa. Nazywał się
William S. Gosset1, a oprócz doskonałego piwa zawdzięczamy mu też
jeden z najpopularniejszych testów statystycznych, test t-Studenta2,
i pierwsze rozważania dotyczące istotności statystycznej. Cel tych bad; ań
był
szczytny
–
opracowanie
matematycznej
metody,
która
gwarantowałaby, że absolutnie każde piwo opuszczające browar Guinness
będzie tak samo dobre jak wzorcowe. Czyli to w sumie dokładnie to,
czym zajmują się absolutnie wszyscy studenci w krajowych akademikach,
z tym że oni poszli raczej w zaawansowane badania empiryczne. Klawo,
nie? Statystyka pozwala stworzyć matematyczny wzór na dobre piwo!
Zresztą nie tylko. Również wzór na miłość (Skopek et al. 2010), a także –
o czym piszę w rozdziale Czy da się zmierzyć szczęście linijką? – na radość
życia. I właśnie o tym jest ta książka. O tym, do czego właściwie przydaje
nam się statystyka, i – że do wszystkiego.
Dlaczego wyniki badań są lepsze od obserwacji pani Hani spod piątki,
która przecież od trzydziestu lat siedzi w oknie i wie wszystko o życiu
osiedla?
Czy rację miał Kazimierz z Białej Podlaskiej, oburzony tym, że ta
ankieta, o której przeczytał w gazecie, nadaje się tylko do kosza, bo
podobno przeprowadzono ją wśród bałaganiarzy, a jego nikt o zdanie nie
spytał, mimo że od 1995 roku nie może znaleźć swojego chomika, który
niefortunnie zawieruszył się wśród brudnych naczyń?
Dlaczego twierdzimy, że palenie powoduje raka płuc, ale gdy babcia
mówi, że podczas ataku halnego jej sernik, a w konsekwencji i ręce,
zawsze opadają, to komitet noblowski nie jest skłonny, by uznać, że jedno

powoduje drugie? No więc w jaki sposób ustalić te związki przyczynowoskutkowe?
Dlaczego istnieją sytuacje, w których świat nauki nie rzuca jajkami
w autorów badań, chociaż przebadali ledwie kilka osób? Czy to prawda,
że wielkość (próby badawczej) nie ma znaczenia?
Jak to możliwe, że przez wszystkie lata szkolne liczono nam średnią
ocen i to było OK (choć nasi rodzice niekoniecznie twierdzili, że OK),
a jednak zawsze znajdzie się jakiś fanatyk (statystyk), który uważa, że
kiedy jesteśmy z psem na spacerze, to statystycznie wcale nie mamy
trzech nóg?
Czy możemy ufać tym miłym naszemu sercu gazetowym nagłówkom,
które donoszą: „uprawiaj więcej seksu, a zarobisz więcej”? (Spoiler: nie.
Ale zawsze można próbować). W jaki sposób zwery kować, czy odkrycia
amerykańskich naukowców mają sens, czy też wcale nie jest prawdą, że –
jak donosi portal Fronda – omlet z pieczarkami zwalczy depresję?
Nie można pominąć też innych, kluczowych dla rozwoju ludzkości
zagadnień. Czy na imieniny lepiej kupić czekoladę, czy kokainę? Skąd
wiemy, że owca rozpoznałaby na ulicy Zenka Martyniuka? Czy wielkość
penisa wpływa na rozwój gospodarczy kraju? To tylko kilka z wielu
pytań, na które odpowiada ta książka.
Nie czytajcie jej w kapciach, bo wam pospadają z wrażenia.

Ilu osób potrzeba, by napisać jedną książkę?

To nie jest podręcznik do statystyki, nie ma więc potrzeby dzwonić do
zakładu pogrzebowego, że halo, proszę przyjechać, zaraz umrę z nudów.
Bo to książka o tym, że statystyka jest wspaniała. Lubię myśleć o tej
dyscyplinie jak o takim pomelo naukowego świata – mnie wiecznie
zadziwia, wielu onieśmiela. No bo, dajcie spokój z tym pomelo, przecież
człowiek nigdy nie wie, czy to grejpfrut jest, czy pomarańcza, czy też
owoc (he, he) nieudanego romansu cytrusa z arbuzem. W sumie to nie
wiadomo3. No właśnie, to jest to, czego nauczyłam się po latach zapasów
z tą dyscypliną – że niczego nie można być pewnym. A najbardziej
fascynujące w tym wszystkim jest to, że statystyka potra tę niepewność
policzyć. Pozwala również oszacować matematyczny wzór na miłość.
I w ogóle rozplata misterną sieć związków przyczynowo-skutkowych we
wszystkim, co nas otacza.
W życiu zawodowym pożeniłam statystykę z naukami społecznymi,
głównie socjologią migracji i socjologią pracy. Daleko mi do wielkich
matematyków wymyślających zmieniające świat wzory, często
niedostępne dla zwykłych śmiertelników – mój podziw dla takiej pracy
jest nieskończony, ale ja poszłam w trochę inną stronę. Tworzyłam
modele pozwalające przewidzieć, kto w ciągu kolejnych kilku lat
awansuje w strukturach danej organizacji. Pisałam równania, które miały
wyłuskać wszelkie nierówności rządzące rynkiem pracy. Projektowałam
eksperymenty, których celem było wyjaśnienie, dlaczego ludzie decydują
się przyjąć propozycję jednego pracodawcy, a zrezygnować z innej.
Pracowałam z liczbami, modelami i równaniami, którymi próbowałam
objaśnić wszelkie zagadki społecznego świata, wypełniałam puste pola
wiedzy o człowieku, rozplatałam skomplikowane struktury ekonomii
behawioralnej, a potem przychodziłam na zajęcia i student pytał mnie,
czy da się oszacować, jakie jest prawdopodobieństwo, że w swoim życiu
spotka w lesie dwa razy tego samego jeża.
Oczywiście, że się da4. Dajcie spokój, ta dyscyplina nie miałaby żadnego
sensu, gdyby nie umiała dawać odpowiedzi na tak fundamentalne

pytania. Albo szerzej – zaspokajać ludzkiej ciekawości. Jestem wdzięczna,
że przez kilka lat mogłam towarzyszyć moim studentom w tych
dociekaniach i związanej z nimi niepewności. Przecież nie oszukujmy się,
to nie zawsze jest prosta dyscyplina. Mam jednak nadzieję, że zapamiętali
z tych zajęć to, co chciałabym, byście i wy zapamiętali z tej książki – że
statystyka to nie tylko wzory, trudne de nicje i dziwne znaczki, których
nie sposób znaleźć na klawiaturze i potem człowiek, kiedy pisze pracę
magisterską, cały czas musi kopiować grecką betę z Wikipedii. Statystyka
to wspaniałe narzędzie do odpowiadania na wszelkie pytania dotyczące
otaczającego nas świata, na przykład – choć nie tylko – na te dotyczące
jeży. Jest to też dyscyplina dość smutna w tym sensie, że gdyby była
psem, to najpewniej takim łaciatym kundelkiem o wielkości konia,
którego wszyscy się boją, a który po prostu bardzo chce być kochany. Nie
no, serio, nie bójcie się, po prostu spróbujcie go oswoić.
Myślę, że to, co jest najtrudniejsze w uczeniu się statystyki, to głębokie
przekonanie wielu ludzi, że kompletnie się do tego nie nadają. Najczęściej
dlatego, że ktoś im kiedyś powiedział, że nie dadzą rady, że się tego nigdy
nie nauczą, że to nie dla nich. Lubię powtarzać, że nie ma głąbów
matematycznych, są tylko źli nauczyciele. Że każdy może się nauczyć
poprawnego wnioskowania i mentalnie poprzytulać się z dowolnym
modelem regresji. Jeśli w jakiejś szu adce w głowie trzymacie kartkę, na
której ktoś kiedyś napisał wam: „humanistyczny umysł”, „głąb
matematyczny”, „liczbowy analfabeta”, to jest to najlepszy moment, by ją
zgnieść i rzucić na pożarcie kotom. Kto nie ma kota w domu, może ją
wyrzucić do śmieci. Byle do segregowanych.
Gdy będziecie czytać tę książkę i nieśmiało pluskać się w jeziorku
metodologicznych pojęć i sadzawce metody naukowej, to chciałabym,
byście myśleli sobie o… dzieciach. Popatrzcie na to w ten sposób: nikt nie
śmieje się z niemowlaków, że nie potra ą mówić (a jeśli tak, to tylko za
ich plecami i na tyle cicho, żeby nie słyszały). Jest dla nas naturalne, że
to umiejętność, której dopiero muszą się nauczyć, jeszcze trochę poczekać
i poćwiczyć.
Tak samo jest ze statystyką. Jednak tu przy pierwszych trudnościach
natychmiast stwierdzamy, że dość tych matematycznych upokorzeń. Oto
najwyższy czas zamknąć się w piwnicy u rodziców i do końca życia
wycinać anonimy z literek z gazety, z prostym, acz wyrazistym
przesłaniem: PRECZ Z LICZBAMI!!!

Mam w sobie dużo miłości do liczb, statystyki i metodologii. I to się
wspaniale składa, bo gdyby nie miłość, nie byłoby tej książki. Dziękuję za
to, że powstała, trzem mężczyznom, którzy wierzyli we mnie bardziej niż
ja sama.
MOJEMU MĘŻOWI, najdoskonalszemu współczynnikowi we wszelkich
moich życiowych równaniach. Jest bozonem Higgsa mojego wszechświata
– bez niego nie byłoby niczego.
MAĆKOWI MAKSELONOWI, bo choć wedle umowy miał być taką
moją redaktorską mamą kwoką, to na końcu procesu więcej jednak było
w tym wszystkim przyjaźni i nieskończonych pokładów cierpliwości. Na
przykład wtedy, gdy zapytał mnie, kiedy w końcu napiszę rozdział, a ja
musiałam mu powiedzieć, że chwilowo nie mogę, bo niosę przez miasto
wiklinowego kangura i bardzo jest nieporęczny. I Maciek mnie nie zabił.
A mógł.
PIOTROWI BUCKIEMU, który jest człowiekiem o tak pięknym umyśle
i pluszowym sercu, że każda rozmowa z nim była jednocześnie jak
naturalna tabletka uspokajająca na niepewność lub – gdy była odwrotna
potrzeba – jak mocne intelektualne espresso (z tym że bez cierpkiego
posmaku, sama słodycz).
Dziękuję prawdopodobieństwu, które nas sobie przytra ło.
Gdyby nie oni, nie powstałaby ta książka. A gdyby nie powstała, to nie
miałabym możliwości przekonania was, że to brzydkie kaczątko wśród
dyscyplin naukowych jest warte uwagi. Dla większości ludzi statystyka to
taki brzydki, smutny chłopak w odziedziczonych po dziadku
sztruksowych spodniach, który przyszedł na potańcówkę, bo matka mu
obiecała trzy złote i chupachupsa, jeśli pójdzie (bo w końcu kiedyś musi
wyprać tę jego pościel z Supermanem), i on przywdział te sztruksy,
marynarkę z łatami na łokciach i jeszcze, by dodać całości nonszalancji,
T-shirt z napisem FBI. FEMALE BODY INSPECTOR (którego znaczenia nie
rozumie, bo w jego wsi nieprzerwanie od 1772 uczą rosyjskiego),
pożegnał czule swoją dziewczynę, co ją sobie jakiś czas temu wyciął
z kartonu po mleku, żeby rodzina przestała się czepiać, skąpał się
w delikatnej chmurze hjugobosa kupionego od luja spod bloku za konia
i słoik kapuśniaku matki, i poszedł na tę potańcówkę, a potem osiem
godzin stał samotnie pod ścianą. Nikt z nim nie chciał zatańczyć, nikt
porozmawiać, królem balu też nie został. Jeśli więc statystyka jest tym
biednym chłopcem w sztruksach na wiejskiej potańcówce, to chciałabym,

by ta książka pełniła funkcję opisu na Tinderze. Ale wiecie, takiego, który
zwala z nóg i sprawia, że w pierwszej wiadomości pytacie: „Cześć, czy
masz czas wieczorem i ile dzieci mogę Ci urodzić?”.
I nie, książka też nie odpisuje na takie wiadomości. Ale nauczy was
przynajmniej te swoje dzieci liczyć.

Statystyka – królowa nauk czy popychadło
medialnego świata?

W 2001 roku na uniwersytecie w Wirginii profesor Timothy Wilson
przeprowadził eksperyment. Wymyślił sobie, że będzie razić ochotników
prądem. Wiadomo – nauka. I dostał na to grant, o czym wam mówię,
gdybyście się kiedyś zastanawiali, na co idą wasze podatki. Na potrzeby
eksperymentu skonstruował specjalny przycisk, który mieli naciskać
badani. I wtedy szok (dosłowny, he, he, he) – przyciskający byli rażeni
prądem. Ale nie takim byle jakim prądem, co to człowiekowi po palcach
przebiega, jak mu się kot naelektryzuje balonem – to był taki zyczny,
realny ból o bardzo wysokim natężeniu. Taki ból, jaki odczuwa się
w trakcie oglądania polskich komedii romantycznych. Następnie spytano
tych biednych, porażonych prądem ludzi, czy kiedykolwiek chcieliby
powtórzyć to doświadczenie, a oni oczywiście powiedzieli, że nie, nigdy,
że zdecydowanie było to zbyt nieprzyjemne. A potem spytano, czy
w takim razie wolą obejrzeć ostatni lm z Martą Żmudą-Trzebiatowską,
a oni bez wahania mówili, że no dobra, to dawajcie już ten prąd.
Nie no, OK, to ostatnie zdanie to żart. Niemniej jestem przekonana, że
gdyby tylko Amerykanie znali Martę Żmudę-Trzebiatowską, to dokładnie
tak by to wyglądało. Profesor Wilson zrobił jednak coś zupełnie innego –
zamknął każdą z osób w oddzielnym pokoju o wystroju takim, rzekłabym,
nienachalnie ekstrawaganckim: krzesło, ciemne ściany i jakiś stolik.
Ochotnikom powiedziano, że muszą pozostać w tym pokoju przez z góry
określony czas i robić… nic. Był tylko jeden szkopuł – w pokoju
znajdował się jeszcze jeden niewielki przedmiot, umieszczony tuż obok
krzesła, na którym siadał badany: ten magiczny przycisk, który raził
prądem.
Timothy Wilson chciał bowiem sprawdzić, czy jego ochotnicy osiągną
poziom znudzenia tak wysoki, że aż z tego wszystkiego zaczną razić się
prądem. Myślicie, że z tych nudów, dla zabawy, faktycznie to robili?
Mhm. Średnio dwa razy. Przed upływem siedmiu minut. 2/3 mężczyzn co
najmniej raz. No i oczywiście zawsze znajdzie się jeden człowiek, który
porazi się 192 razy i trzeba przerwać eksperyment. Wiadomo.

A pamiętacie, jak pisałam, że uczestnicy badania wiedzieli, ile czasu
będą musieli się nudzić? Zgadniecie, jak długo? Mhm.
15 minut.
O mój Boże, przecież jak ja to usłyszałam, to natychmiast pomyślałam
sobie, że kiedy moi studenci nudzą się na wykładzie, to to jest dokładnie
tak, jakbym raziła ich prądem. No właśnie – moi studenci. Musicie
wiedzieć, że większość swojego zawodowego życia spędziłam za granicą,
bo gdy kiedyś wpisałam w Google: MAM MAGISTRA NIC NIE UMIEM
SZUKAM PRACY, to ten poradził mi, żebym wyjechała do Irlandii. Tam
pierwszą robotą, do której aplikowałam, była posada rozdawacza
balonów w świątyni hamburgerów i cholesterolu i, co ciekawe, opis
obowiązków był w miarę adekwatny do nazwy posady, albowiem
słuchajcie, ta praca polegała na tym, że się rozdawało dzieciom balony.
Oprócz tego, że miałam wszelkie kompetencje do wykonywania
kluczowych czynności wymaganych na tym stanowisku, to czułam się
szalenie związana emocjonalnie z moim przyszłym pracodawcą,
a zwłaszcza z jego cheeseburgerami, więc aplikowałam. Naszkicowałam
CV, trzasnęłam list motywacyjny, trzeba było wypełnić bardzo dużo
formularzy i testów, więc je wypełniłam, a kilka dni później otrzymałam
odpowiedź, że niestety nie otrzymam pracy na stanowisku rozdawacza
balonów dzieciom, bo oblałam wymagane testy psychologiczne. No
i właśnie dlatego zostałam nauczycielką.
Tym samym dość szybko przyszło mi się przekonać, czy to rzeczywiście
jest tak, że większość ludzi staje w płomieniach na widok liczb.
Dokładniej rzecz ujmując, przekonałam się wtedy, kiedy na mojej uczelni
po raz szósty w tygodniu wybuchł pożar.

Pożar i dramatyczne losy człowieka-krzesła
Bo musicie wiedzieć, że jeśli chodzi o hobby i sposoby spędzania czasu
wolnego, to nic nie cieszy Irlandczyka bardziej niż możliwość spędzenia
kawałka dnia na miłych dla ciała, ducha i ucha czynnościach związanych
z fałszywym alarmem przeciwpożarowym. Irlandzkie alarmy
przeciwpożarowe są wspaniałe, bo one wybrzmiewają taką melodią, którą
przyrównać można do wycia susła przed mutacją – i to takiego susła, co
to nie jest zbytnio utalentowany muzycznie; w sensie, że kolędę to jeszcze
może zanuci, ale do Backstreet Boys to już go nie chcieli przyjąć.

Najlepiej to było wtedy, gdy nam się w bloku, w którym mieszkaliśmy,
takowy alarm zepsuł i wył bez przerwy od trzeciej w nocy do dziesiątej
rano, to znaczy tak mi opowiadali sąsiedzi, bo tego dnia o piątej rano to
ja już byłam w robocie, gdzie siedziałam pod biurkiem w pozycji
embrionalnej, kiwałam się na boki i płakałam ze wzruszenia z powodu
panującej dookoła ciszy. Na pewno zastanawiacie się, co w tamtym
momencie robił mój mąż. Otóż odpowiadam: spał. Znaczy, czaicie, ten
alarm to tak ija, ija, ija, ale nie tak, że cichutko ija, ija, ija, jakby mama
szeptała wam czule do uszka, że wstawaj Mariuszku, kotlety na stole,
tylko tak ekstremalnie irytująco IJA, IJA, IJA. A w tym czasie mój mąż
spał kamiennym snem i przebudził się tylko po to, żeby mi powiedzieć, że
jeśli coś się na serio pali, to żebym wzięła kij od miotły i nadziała na
niego kiełbasę, to przynajmniej, kiedy już wygramy tę walkę o życie,
będziemy mieli niewielki poczęstunek.
Ja w ogóle uwielbiam samą ideę fałszywych alarmów
przeciwpożarowych, bo na przykład u mnie w robocie to wyglądało tak,
że za pierwszym razem, kiedy włączył się alarm, to człowiek wybiegał na
zewnątrz podekscytowany jak czyżyk przed godami, a następnie
obdzwaniał całą rodzinę, że oto ledwo wyrwał się ze szponów śmierci,
całe życie stanęło mu przed oczami, mój Boże, on dopiero teraz
zrozumiał, że w życiu to trzeba carpe diem, memento mori, bon ton,
savoir-vivre i habemus papam. No a kilka alarmów przeciwpożarowych
później to na sam ich dźwięk przewracał oczami, jakiegoś maila sobie
trzasnął, szedł jeszcze do kuchni, żeby mleko ubić do swojego capuccino,
a następnie ruchem powolnym, nienachalnym opuszczał budynek, po
drodze tylko dwukrotnie zatrzymywał się obok maszyny z batonikami. No
i raz na siku.
Oczywiście inaczej rzecz się miała, gdy alarm przydarzył się w trakcie
wykładu, bo wtedy to w mojej sali odbywała się Jaka to melodia?
połączona z olimpiadą. Moi studenci to już po pierwszej nutce byli na
zewnątrz uczelni i biegli tak szybko, ale to tak szybko, że ja to tylko raz
w życiu byłam człowiekiem, który tak szybko biegł, i to było wtedy, gdy
nad morzem mewa chciała mi ukraść frytkę.
No i na przykład kiedyś na zajęciach opowiadałam im jakąś
ekstremalnie ciekawą historię, nie wiem, o czym dokładnie, ale skoro
było to superciekawe, to najpewniej chodziło o współczynnik
determinacji, bo z niego to jest taki celebryta statystycznego świata, rzec

by można – Beata Kozidrak matematyki. I ja tak moim studentom
opowiadałam o tym czymś superciekawym, i wtem alarm! No i jak oni
usłyszeli alarm, to trzy sekundy później już nikogo nie było w sali,
wszyscy stali na zewnątrz zbici w jedną nieokreśloną masę jak
najwspanialsze w życiu bierki, a alarm wył, ija, ija, ija. No to po chwili ja
też stałam wśród tych studentów, w samym swetrze, bo z jakiegoś
zaskakującego powodu okazało się, że miłość moich studentów do mojej
osoby kończy się tam, gdzie zaczyna się zagrożenie ich życia, co oznacza
mniej więcej tyle, że nikt nie chciał wrócić do płonącego budynku po
moją kurtkę.
Niemniej po chwili dotarła do nich groza tej sytuacji. Zaczęli szeptać
między sobą nerwowo, rozglądać się na boki, aż w końcu wydelegowali
jakiegoś ochotnika bohatera, który klepnął mnie w ramię i – w połowie
w strachu, a w połowie we łzach – spytał: Janina, czy w sali przypadkiem
nie została… – tu wziął przerwę na oddech, łzy przełknął – …lista
obecności?
Lista obecności! Lista obecności!!! Zdenerwowałam się. Człowiek tutaj
balansuje na krawędzi życia i śmierci, ledwo wygrał z kostuchą
pojedynek na pięści, wywalczył dodatkowe sekundy swojego istnienia,
a ich interesuje tylko lista obecności, zero szacunku do kruchej
wydmuszki ludzkiego bytu, do cudu życia, który to cud się dokonuje na
naszych oczach każdego dnia!!!
A co by było – pytam ich – gdyby w tej sali został jakiś ich kolega,
dajmy na to kolega Paraic, bo ten by miał największe
prawdopodobieństwo pozostania w płonącym budynku, bo nawet gdyby
chcieć go zawołać, to w sumie nie do końca wiadomo jak5. No i ten
Paraic, opowiadam im, akurat w trakcie moich zajęć postanowiłby się
założyć z kolegą obok, że cały się zmieści pod krzesło. No totalnie tak by
mogło być – on wszedłby cały pod to krzesło i utknąłby, a kiedy zacząłby
wyć ten alarm, tak wyć, że ija, ija, to Paraic próbowałby uciekać, rzuciłby
się do drzwi jak bażant w krzaki na widok kojota, ale nie zmieściłby się
we framudze, bo akurat byłby człowiekiem krzesłem. No i ten budynek
tak by płonął i płonął, ale nie możemy wykluczyć, że zaraz zrobi BOOM,
a tymczasem kolega Paraic wciąż mógłby siedzieć w sali z tym krzesłem
na plecach i nikt o nim nie myśli, nikt! Im tylko ta lista obecności
w głowie, a tymczasem ich rówieśnik, bliźniak studenckich doświadczeń,
no dobrze, nie bójmy się tego słowa, ich PRZYJACIEL Paraic mógłby

właśnie tam płonąć, aaaaa, aaaaa! Mój Boże, jak on by płonął, niech ktoś
zatrzyma tę spiralę zycznego cierpienia i rozpadu ducha!
Czy wy w ogóle macie jakieś uczucia, ludzie?! – kończę swoją opowieść
wzburzona. Nikogo nie wzrusza dramatyczny los Paraica, który zaraz
zginąłby bohatersko tylko dlatego, że chciał udawać krzesło?!
Zamilkli. Popatrzyli na mnie jak gołąb na kromkę suchego chleba, oczy
mieli jak spodki, nie miałam żadnych wątpliwości, że w środku płynęły
potoki rozgoryczenia i łez spowodowane dramatycznym losem kolegi
Paraica. I oni tak patrzą na mnie, zastanawiają się, myślą. W końcu jeden
przemówił: Noooooo, to zależy – zaczął ostrożnie – czy kolega Paraic
miałby przy sobie listę obecności.
I w ten właśnie sposób dowiedziałam się, że trudno będzie przekonać
moich studentów, by nie stawali w płomieniach na widok liczb. Co
więcej, okazało się, że są gotowi to zrobić nawet dosłownie, jeśli tylko
w grę wchodzi lista obecności. I wiem, co sobie myślicie. Myślicie sobie,
że was ten problem ograniczonego afektu do statystyki nie dotyczy, jeśli
tylko nie nazywacie się Paraic i nie lubicie w wolnym czasie udawać
mebli czy innych elementów wystroju wnętrz. Mam jednak dla was złą
wiadomość: ten problem dotyczy wszystkich, bez wyjątku. A nauczył nas
tego pewien szalenie emocjonalny kot miłujący wyszukaną muzykę.

Kot, który kochał tureckie disco
Trzy lata temu w serwisie YouTube pojawił się niesamowicie rozczulający
lmik, który powodował, że serca wszystkich widzów rozpuszczały się jak
smalec na patelni. Film przedstawiał kota oglądającego nagranie, na
którym widać było jego niedawno zmarłego właściciela.

Jeśli obejrzycie ten lm, który wciąż krąży po sieci6, to przekonacie się
totalnie, że to dzieło sztuki lmowej jest kocią odpowiedzią na Titanica.
Kot ogląda lm, przytula się do telefonu, później przykłada jeszcze swoje
puchate poliki do ekranu… i generalnie jak pokazałam ten lm na
ostatniej wigilii, to wszyscy odwracali zawstydzeni głowy i mówili, że to
nie łzy, to deszcz. Film ten w ciągu dwóch lat zdobył 42 miliony odsłon
i ogólnie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że tak naprawdę
przedstawia on zupełnie inną historię, to znaczy, owszem, kota. Ale kota,
który ogląda żółwia. Słuchając przy tym tureckiego disco.
Wprawdzie znalazł się człowiek, który postanowił zabawić się
w bojownika prawdy i napisać wszystkim pod owym lmikiem, że ej,
ludzie, przecież ten kot ogląda żółwia, a nie swojego właściciela.

Jednak nie wszystkich to przekonało, no bo totalnie wiadomo, że nie,
ogląda swojego właściciela.

Szczęśliwie jednak internet nigdy nie zawodzi, więc i tutaj przyszedł
z pomocą w postaci genialnego rozwiązania. Oto pojawił się człowiek
o odwadze tak wielkiej, że najpewniej byłby w stanie rozsądzić nawet
miłośników pomidorowej z ryżem i tych, co jedzą ją z makaronem (?!).
Jeśli to żółw… – zastanawiał się nasz bohater, bojownik pokoju i prawdy,
użytkownik Tsukuyomi Mugen – jeśli to żółw, to skąd wiemy, czy
przypadkiem żółw nie był po prostu właścicielem tego kota?

I o ile w przypadku żółwia opiekującego się kotem pomyłka
internautów raczej nie ma większego znaczenia, to dokładnie ten sam
mechanizm konsumowania i udostępniania treści dotyczy innych,
znacznie poważniejszych tematów. Na przykład takich, o których można
przeczytać w nagłówkach niektórych portali:
Wzrost ceny bekonu zwiększa liczbę rozwodów
Życie w biedzie zwiększa rozmiar penisa
USG wykonane w ciąży powoduje leworęczność (ale tylko u chłopców!)
Wszyta pod skórę cieciorka leczy raka
Zamordowani holistyczni lekarze odkryli powodujący raka enzym
dodawany do wszystkich szczepionek

Jak widzicie – im dalej, tym straszniej. Bo jeśli zastanowimy się nad tym,
z jakich elementów składa się cykl życia badania naukowego, faktu czy
dowolnej statystyki, to wygląda to mniej więcej tak: zaczyna się od
jakiegoś badania naukowego zrealizowanego (najczęściej) rzetelnie7 przez
określonych badaczy lub całe instytuty intelektualnej rozkoszy. Jeśli
wyniki tego badania są ciekawe (nie tylko dla naukowców) albo
kontrowersyjne, to najpewniej temat przedostanie się do mediów, gdzie
opanieruje się go w odpowiednią dozę dramaturgii i niedopowiedzeń,
a całość posypie szczyptą clickbaitowego nagłówka. I teraz główny
problem polega na tym, że niewielu czytelników dotrze do źródła.
Większość przeczyta tylko artykuł w porannej gazecie, a niektórzy sam
nagłówek, co nie zmienia tego, że wszyscy będą o tym dyskutować. To,
w jaki sposób przekazywane są fakty w tym łańcuchu: badania naukowe –
media – opinia publiczna, przypomina trochę grę w głuchy telefon, kiedy
pierwsza osoba mówi, że lubi brukselkę, a ostatnia słyszy, że mleko od
łaciatych kóz powoduje jąkanie.
Słuchajcie, ja zawsze mówiłam, że w życiu poprzeczkę należy sobie
zawieszać wysoko, bo wtedy, przechodząc pod nią, nie trzeba się schylać.
I właśnie dlatego teraz uczę statystyki i metodologii badań, która –
wbrew studenckim ewaluacjom – jest szalenie interesującym
przedmiotem. Bo to nie tylko liczby, wzory długie jak spaghetti
i zakręcone jak słoik po ogórkach, to przede wszystkim zestaw reguł
wnioskowania, na podstawie których możemy ocenić, czy dane badanie
naukowe, wniosek logiczny lub sposób myślenia są prawidłowe.
Wszystko, co przeczytacie w tej książce, sprawi, że już nigdy nie dacie się
omamić spektakularnym nagłówkom w gazecie, na przykład takim, które
donoszą, że „w zeszłym miesiącu 2 135 000 Amerykanów zażywało
kokainę” (co brzmi zdecydowanie bardziej dramatycznie niż równie
prawdziwy tytuł, który oznajmia, że w zeszłym miesiącu 0,7%
Amerykanów zażywało ten narkotyk).
A to, by nie dać się oszukać, jest ważne, bo decyzji, czy zaufać
konkretnym liczbom, danym, doniesieniom medialnym, podejmujemy
codziennie mnóstwo, często nawet tego nie zauważając. Co zresztą
najlepiej wyjaśnią nam mordercze samochody.

Porozmawiajmy o samochodach z licencją na zabijanie

W ostatnich latach zdarzyły się co najmniej dwa głośne wypadki
z udziałem samochodów autonomicznych. Niestety oba śmiertelne.
Podejście mediów do tych wypadków było różne. W jednej z gazet
mogliśmy przeczytać, że samochody autonomiczne już decydują, kogo
zabiją (oryg. self-driving cars are already deciding who to kill), co w sumie
brzmiało wystarczająco strasznie, by zdecydować się na natychmiastową
przeprowadzkę do lasu, a tam granie do końca życia w warcaby
z kolegami zrobionymi z patyka i garści kurzu. Drugi nagłówek dotyczący
tego samego wydarzenia wyglądał trochę inaczej i donosił, że owszem,
autonomiczny uber zabił pieszego, lecz ludzie za kierownicą zabiją dziś
szesnaścioro (oryg. a self-driving uber killed a pedestrian. Human drivers will
kill 16 people today). Oba nagłówki dotyczą tej samej sytuacji, niemniej
zostały zaplanowane tak, by wywołać skrajnie różne emocje i opinie.
A wiecie, który z nich jest prawidłowy? Żaden.
Bo aby móc tak naprawdę zastanowić się nad tym, na ile zabójcze są
samochody autonomiczne i ile tych patyków musimy nazbierać, żeby
starczyło nam przyjaciół do końca życia, musielibyśmy wziąć pod uwagę
proporcje między śmiertelnymi wypadkami spowodowanymi przez
samochody autonomiczne a tymi, które zostały spowodowane przez ludzi
za kierownicą. No i wyliczyć średnią zużywalność przyjaciół z kurzu
i patyków. Dopiero takie porównanie dałoby nam odpowiedź na pytanie,
które z samochodów są większym zagrożeniem na drodze. A to nie koniec
ciekawostek! Teraz czas na nowinkę, która – gdyby była owocem –
byłaby najdorodniejszym awokado w supermarkecie nudnych informacji.
Ona sprawi, że będziecie brylować na absolutnie każdej prywatce (chyba
że wciąż mówicie „prywatka”, to wtedy nie, bo i tak nikt was nigdzie nie
zaprasza i wszyscy wiemy, że waszego kolegę Kamila tak naprawdę
wymyśliła wam mama – bo w mieście trudno o patyki).
A więc uwaga, ciekawostka! Otóż gdy ostatnio czytałam statystyki
motoryzacyjne z dziewiętnastowiecznej Anglii, to dotarły do mnie dwie
rzeczy:
1. Zrozumiałam, dlaczego nie mam przyjaciół.
2. Dyskusja, którą toczymy obecnie na temat bezpieczeństwa
samochodów autonomicznych, jest identyczna jak ta, która miała miejsce,
gdy przesiadaliśmy się z koni do samochodów. Z tym że wtedy
o statystykach śmiertelności donoszono poprawnie, a mianowicie
raportowano, że 1 na 17 000 przejazdów konno kończy się śmiercią,

a w przypadku samochodów ta proporcja wynosi 1:30 000. I co,
interesujące, nie? Jestem przekonana, że kolega Kamil byłby pod dużym
wrażeniem.
I teraz słuchajcie, ja wszystko rozumiem, ja wiem, co sobie myślicie: że
Kamil nie może być pod wrażeniem, bo został zmyślony przez mamę.
A także, że przecież takie uproszczone myślenie o świecie, które często
spotykamy w serwisach informacyjnych czy dyskusjach internetowych,
jest znacznie przyjemniejsze niż poświęcanie czasu na dokładne
zapoznawanie się z liczbami i statystykami (to też prawda). Ten błąd
poznawczy i wnioskowania nazywamy ILUZJĄ GRUPOWANIA, która
oznacza ludzką tendencję do szukania uproszczonych rozwiązań i do
łączenia kropek tam, gdzie nie ma żadnego wzoru. Niemniej Hans Roslin,
absolutnie cudowny profesor statystyki i popularyzator nauki, powiedział
kiedyś coś, co właściwie oddaje cały sens tego rozdziału (nie wliczając
w to rzecz jasna wybitnej anegdotki o człowieku-krześle). Powiedział
mianowicie: Let my dataset change your mindset – niech moje dane zmienią
twój sposób myślenia. To liczby i wyniki badań powinny zmieniać
myślenie i opinie społeczeństwa, a nie odwrotnie. Oczywiście liczby,
zupełnie tak jak samochody autonomiczne, czasem się mylą. Ale wciąż
znacznie rzadziej niż ludzie.
Niech moje dane, statystyki, wyniki badań zmienią wasz sposób
myślenia. Jakie to ładne. I jakie… trudne. Zdaję sobie sprawę, że kto by
miał czas zastanawiać się nad takimi rzeczami, skoro w internecie jest do
obejrzenia tyle kotów z chlebem na głowie i tylu ludzi, którzy rzucają
sobie plastrami sera w twarz. Rozumiem też, że ludzkość ma inne,
znacznie bardziej palące problemy, z którymi od lat nie potra sobie
poradzić. Na przykład: czy lepiej mieć kaczkę wielkości konia, czy konia
wielkości kaczki? Albo: jeśli pływając, spala się 500 kcal na godzinę, to
dlaczego wieloryb wciąż jest gruby? No i to jedno kluczowe, absolutnie
najważniejsze pytanie: sweter w romby – zbrodnia na modzie czy na
geometrii? Niemniej chwilowo zaczniemy od czegoś prostszego.
Zastanówmy się, na ile właściwie możemy tej nauce wierzyć, na ile jej
ufać. To znaczy – czy na pewno naukowcy są jak żony i nigdy się nie
mylą?

Czy naukowcy są jak żony i nigdy się nie mylą?

Wraz z chwilą, w której objęłam stanowisko żony, posiadłam niezwykłą
umiejętność, która polega na tym, że wiem wszystko na każdy temat,
a mój mąż to nawet uważa, że ja wiem zawsze wszystko najlepiej, choć
z jakiegoś powodu twierdzi też, że to nie jest komplement. Dla tych,
którzy nie wiedzą, o co chodzi, wyjaśnię. To po prostu działa tak, że wraz
z momentem pojawienia się obrączki na palcu nabrałam głębokiego
przekonania, że każda z moich opinii jest niezbędna dla istnienia
wszechświata, a im mniej wiem na dany temat, tym bardziej kluczowe są
moje komentarze. Jeśli zastanawiacie się, gdzie można trenować takie
kompetencje, to podpowiadam, że najwięcej profesjonalnych trenerów tej
dyscypliny znajdziecie w instytucji zwanej internetem.
Oczywiście czołowym bene cjentem wszelkich złotych rad mojego
autorstwa jest mój mąż. Co więcej, Wojtek ma pakiet premium z opcją
zapętlania, to znaczy, że jak on będzie parkował, to ja w trakcie tego
parkowania poinformuję go sto razy, że nie ma szans, żeby się zmieścił na
tym miejscu, nie zmieści się, no nie ma cudów – nie zmieści się, Wojtek,
ale przecież ty się nie zmieścisz, i generalnie to ja tak będę powtarzać do
czasu, aż Wojtek się zmieści, wyłączy silnik i wyjdzie z samochodu. I ja
wtedy nigdy nie mam pewności, czy jeszcze kiedykolwiek wróci.
No i słuchajcie, ostatnio się przeprowadziliśmy, na przedmieścia się
przeprowadziliśmy, do takiego miłego miejsca, gdzie koty siedzą na
płotach, dzieci bawią się na ulicy i jeszcze jeździ tam taka grająca
ciężarówka sprzedająca lody, którą uważam za wynalazek szatański, no
bo to niby lody, czyli pycha, ale żeby do tej rozkoszy dotrzeć na czas, to
trzeba galopować jak rozhisteryzowany źrebak, a ja to jednak nie mam aż
tyle determinacji, żeby ryzykować bajpasy dla truskawkowego rożka.
W każdym razie nasz proces przeprowadzki wymagał wielu decyzji: co
spakować, jak przenieść, gdzie znaleźć, mój Boże, toż to był Disneyland
dla żon! I ja się bardzo starałam, naprawdę, no ale to totalnie nie moja
wina, że jak na przykład mój mąż wieszał obrazek, to wieszał go krzywo
i ja mu mówiłam, że Wojtek, ale to krzywo jest, jak taka zabawka na
baterie powtarzałam, że krzywo, krzywo jest, krzywo ten obrazek,
a wtedy Wojtek mówił, że uspokój się, kobieto, przecież on jeszcze nie

zaczął niczego wieszać, on tylko sięga po młotek, a ja mówiłam, że
wszystko spoko, ale jak już sięga po młotek, to niech jednocześnie zwróci
uwagę na to, że ten obrazek to jest krzywo i czy on mógłby go przesunąć
bardziej w lewo, w lewo, w lewo, W LEWO! Aha, nie, dobra, w to drugie
lewo.
A kiedy już udało nam się zawiesić prosto wszystkie obrazki,
rozpakować pudła i podrzeć pozew rozwodowy, to powiedziałam
Wojtkowi, że w nagrodę mogę z nim obejrzeć ten lm o kosmonaucie,
który od dawna bardzo chciał obejrzeć. I obejrzeliśmy, i słuchajcie, ten
kosmonauta robił jakieś totalnie niestworzone rzeczy: skakał po
meteorach, wirował w czarnej dziurze, przenosił się w czasie, a na końcu
oczywiście udało mu się uratować cały świat przed zagładą. Jezu –
pomyślałam – co za absurdalny lm.
Jezu, co za absurdalny lm – skomentował mój mąż, jakby czytał mi
w myślach – Niby jakim cudem to wszystko mu się udało... tak bez
pomocy żony?!
I właśnie tak to jest.
Poświęćmy zatem chwilę na re eksję nad wszystkimi kosmonautami
tego świata, którzy musieli sobie radzić bez pomocy (powiedzmy to sobie
– kluczowej) wszelkich życiowych klakierów tego świata. No dobrze,
zawsze znajdzie się jakiś fanatyk, który stwierdzi, że jeśli wysyłamy kogoś
w kosmos, to przecież to przedsięwzięcie ma poparcie w najnowszych
odkryciach nauki – inżynierii, robotyce i wielu innych trudnych
dyscyplinach, o których nie mamy zielonego pojęcia. Pytanie brzmi: czy
naukowcy, zupełnie jak żony, też się (nigdy!) nie mylą? Wszak, jak donosi
pewien użytkownik internetu, Ojciec_Mateusz53, którego kompetencje
i wiarygodność są dodatkowo wzmocnione przez całkowitą anonimowość:
„nauka nie jest nigdy niczym dobrym, bo wprowadza tylko zamieszanie,
a de facto jest bardzo ograniczona i ułomna, więc nie warto się nią
posługiwać”. No bo – wtóruje mu Marcin B. na LinkedInie: „w czasach,
gdy poziom zaufania do wszelkich badań, rankingów, sondaży jest niski,
komu należy ufać? Chyba tylko zdrowemu rozsądkowi”. Zresztą –
uzupełnia Lubie_maslo1234 – „po co dowody naukowe – wystarczy się po
znajomych rozejrzeć, w rodzinie popytać, po mieście pospacerować”. No
to rozejrzyjmy się, pospacerujmy po mieście, dokładniej rzecz ujmując: po
dziewiętnastowiecznym Wiedniu.

Czym urażono uczucia noworodków?
Ignaz Semmelweis był lekarzem położnikiem, który na początku
XIX wieku przybył do Wiednia, by podjąć pracę w głównym stołecznym
szpitalu. Nie zdążył nawet jednak porządnie się rozpakować, gdy
napotkał problem, i to bardzo poważny – dotyczył on śmiertelności
okołoporodowej matek. Okazało się mianowicie, że w latach 1841–1846
w owym szpitalu na każde 10 porodów przypadał jeden zgon matki (co
na szczęście obecnie jest statystyką, o której już dawno zapomnieliśmy).
W roku 1847 liczba ta się podwoiła. Ignaz Semmelweis zachował się
wtedy jak totalny hipis – przed wyciągnięciem jakichkolwiek wniosków
postanowił spojrzeć na dostępne dane (?!). Dokładniej rzecz ujmując, to
na dwa zestawy danych, bo w owym szpitalu były dwie sale porodowe.
Ponieważ Semmelweis znał się na medycynie, a nie na copywritingu, to
nazwał owe zestawy w sposób zupełnie przebojowy: sala porodowa 1
i sala porodowa 2.
Dane dotyczące liczby porodów i zgonów w obu salach wyglądały tak:

Jeśli spojrzymy na najbardziej interesującą nas liczbę, czyli procent
zgonów, to okaże się, że w sali porodowej 1 współczynnik zgonów od lat
był znacząco wyższy (9,9%) niż w sali porodowej 2 (5,9%). W tej sytuacji
Semmelweis zadał sobie jedyne słuszne pytanie: co te dwie sale różni?
Warunki sanitarne? Nie, te na obu oddziałach były takie same. Może
stan pacjentek – może do pierwszej sali porodowej kierowano znacznie
cięższe przypadki? To również nie była prawda, pacjentki przydzielano

bowiem całkowicie losowo. A może problem tkwił w personelu
pracującym w obu salach? Bingo! Rzeczywiście było tak, że w jednej sali
pracowali tylko lekarze, a w drugiej – tylko położne. Ale co ciekawe,
w sali, gdzie pracowali tylko lekarze, śmiertelność była wyższa. No to
myślmy dalej: kto był lekarzem w XIX wieku? Wyłącznie mężczyźni. I to
właśnie doprowadziło pierwszych badaczy do następujących wniosków,
które skrupulatnie zanotowali w dzienniczku badawczym: „Noworodki
były urażone koniecznością przyjścia na świat w obecności mężczyzn”
(oryg. Newborns were o ended by having been delivered in the presence of
men). Co podobno zwiększało ryzyko wszelkich powikłań u matek,
wiadomo, z takim wkurzonym noworodkiem to szalenie trudno
współpracować.
Z jakiegoś dziwnego powodu Ignaza Semmelweisa nie przekonało
jednak wyjaśnienie o urażonych noworodkach i kopał dalej. Nawet
całkiem dosłownie, bo w swoich poszukiwaniach dotarł aż do piwnicy,
gdzie znajdowało się prosektorium. Prosektorium, w którym zjawiali się
wszyscy lekarze przed dyżurem, by potrenować sekcje zwłok, a zaraz
potem udawali się na blok porodowy. Oczywiście nie myli po drodze rąk,
8
bo w tamtych czasach jakoś nikt nie zawracał sobie głowy bakteriami .
Gdy Ignaz Semmelweis wykminił, że winowajcy zwiększonej
śmiertelności rzeczywiście są niewielcy, chociaż znacznie mniejsi niż
podejrzewane wcześniej wkurzone noworodki (no bo są bakteriami), to
śmiertelność na obu oddziałach zmniejszyła się do 1%. Ten przykład
fajnie pokazuje, że w logice i trudnej sztuce wyciągania wniosków jest
coś znacznie ważniejszego od tych naszych tabelek i komórek Excela –
mianowicie nasze szare komórki. A najlepszą przyjaciółką tego zestawu
9
komórek jest kolejna słodka rodzynka w serniku nauki – metoda
naukowa.

Skąd wiemy, czy wielkość penisa wpływa na rozwój gospodarczy
kraju?
Metoda naukowa to sposób dotarcia do prawdy i sformułowania
prawdziwego opisu zjawiska. Innymi słowy – zespół zasad i reguł, które
pozwalają nam jak najrzetelniej odpowiedzieć na pytanie badawcze, które
nas trapi. Na przykład takie, które swego czasu dręczyło Fina Tatu
Westlinga (2011), to jest czy istnieje związek pomiędzy średnią

wielkością penisa w danym kraju a jego rozwojem gospodarczym? Żeby
znaleźć wiarygodną odpowiedź na to pytanie, musielibyśmy przejść przez
poszczególne składniki metody naukowej (zwane również etapami pracy
naukowej).

Etapy pracy naukowej
1. Przegląd literatury
To zupełnie nie jest tak, że jak taki Tatu Westling sobie wymyśli, że
zrewolucjonizuje
światową
gospodarkę
za
pomocą
męskiego
przyrodzenia, to wystarczy, że spakuje do walizki linijkę i dużo uroku
osobistego, a następnie ruszy na ulice prosić napotkanych mężczyzn, żeby
zmierzyli sobie penisa i jednak nie dzwonili po policję. To badanie, jak
każde inne, powinno zacząć się gdzie indziej – od przeglądu już
istniejącej literatury naukowej na interesujący nas temat. Dzięki temu
dowiemy się, jaki jest stan wiedzy w danej dziedzinie, jakimi teoriami
naukowymi wcześniej próbowano to zagadnienie wyjaśnić, a także czy
istnieją w tej kwestii jakieś punkty sporne i dyskusje między dyscyplinami
i naukowcami.
Bo to oczywiste, że naukowcy czasem się kłócą. To znaczy – najpierw
jeszcze udają, że nie, na początku to jest niby miło, niby dzień dobry i co
słychać u żony, a potem nagle następuje jakaś prowokacja, na przykład
ktoś pyta kogoś, czy może otworzyć okno, a to działa jak płachta na byka,
i stąd to już tylko rzut beretem do chaosu i festiwalu przemocy, chwilę
później już wszyscy są na komisariacie i ten jeden naukowiec tłumaczy
panu policjantowi, że owszem, uderzył kolegę łopatą10, ale tylko dlatego,
że ten powiedział, iż dyscyplina, którą tamten uprawia, nie jest
prawdziwą nauką, a generalnie to i tak cud, że tra ł, bo ten pierwszy
ochraniał się krzesłem topornym jak jego własna metodologia. No i był
jeszcze z nimi jeden kolega z wydziału, ale ten to akurat jest na oddziale
ratunkowym, bo zjadł doktorat tego pierwszego, by udowodnić mu, że do
niczego innego się ta praca nie nadaje.
Ale jak już naczytamy się literatury i wypuszczą nas z SOR-u, po
konsultacji z gastrologiem i być może psychiatrą, to możemy przejść do
drugiego etapu każdego badania naukowego.
2. Sformułowanie pytań badawczych

Pytanie badawcze to konkretne pytanie, na które badacz próbuje
odpowiedzieć w toku swojej pracy naukowej. W przypadku Tatu
Westlinga mogło ono brzmieć na przykład tak: jaki jest związek między
średnią wielkością penisa w danym kraju a jego rozwojem
gospodarczym? Matka Tatu Westlinga mogłaby z kolei sformułować je
w następujący sposób: co zrobiłam źle?!
3. Skonstruowanie hipotez badawczych
Hipoteza to naukowa propozycja odpowiedzi na pytanie badawcze. Takie
szczegółowe twierdzenie, które następnie będzie testowane w toku
badania. Hipotezy badawcze muszą więc być wery kowalne, co oznacza,
że musi istnieć jakiś sposób na sprawdzenie, czy są prawdziwe, czy
fałszywe. Technicznie rzecz ujmując, nawet stwierdzenie, że Księżyc jest
zrobiony z sera, jest hipotezą badawczą. Przynajmniej od czasu, kiedy
możemy na ów Księżyc polecieć, pobrać odpowiednie próbki gleby,
a następnie usiłować zrobić sobie z nimi grzanki.
4. Pobranie próby badawczej
To oznacza, że musimy zdecydować, w jaki sposób dobierzemy osoby,
które wezmą udział w naszym badaniu. Więcej o doborze próby piszę
w rozdziale Dlaczego koń i szop pracz nie dostały doktoratu?, na razie warto
wiedzieć, że to nie do końca jest tak, że jak sobie przygotujemy jakąś
ankietę, a później rozdamy ją mamie, sąsiadce i jej trzem szynszylom, to
już będzie się to liczyło jako wiarygodne badanie naukowe. Zwłaszcza że
szynszyle nie mają kciuków, więc mogą być dość sfrustrowane podczas
pisania, co z kolei sprawia, że mogłyby wypełnić ankietę na odwal się.
5. Zebranie danych
Tutaj możliwości jest mnóstwo! Czy Tatu Westling postanowił sam
dokonać pomiarów? Czy skorzystał z danych dostępnych w narodowych
statystykach medycznych (jeśli takowe istnieją)? Czy rozdał wszystkim
ankiety i pozwolił samemu wpisać wynik? Metoda, którą wybierze
badacz, powinna być ściśle związana z jego pytaniem badawczym, a także
możliwościami praktycznymi, nansowymi i czasowymi.
6. Analiza danych

Tylko uwaga – z tą analizą danych to jest trochę szkopuł, bo gdy piszę
o analizie danych, to nie mam na myśli tak popularnej w naszym kraju
metody analizy na czuja, ewentualnie równie popularnej metody na
szwagra („mój szwagier miał intuicję”).
Słuchajcie, Intuicja to dobre imię dla jamnika, ale niekoniecznie dobra
metoda wyciągania wniosków. Tym bardziej, że musicie wiedzieć, iż
metoda naukowa ma również rodzeństwo, dokładniej rzecz ujmując,
brata. I to takiego, którego niechętnie zaprasza się na wszelkiej maści
schadzki rodzinne.

Zły bliźniak metody naukowej
Zły brat bliźniak metody naukowej jest jak człowiek, który wchodzi do
świeżo posprzątanego salonu prosto po kąpieli w pobliskiej sadzawce, nie
zdjąwszy nawet kaloszy, a na urodzinach ojca podmienia wszystkie bezy
na takie wegańskie, robione z wody po cieciorce. Taki, który paraliżuje
wszystkie uroczystości rodzinne i zmusza matkę do chowania całej
biżuterii i kryształowej cukiernicy, bo wiadomo, że wyniesie pod kapotą,
sprzeda, a kasę przepuści na oranżadę i balony o ordynarnych kształtach.
Zły bliźniak metody naukowej to jest, proszę państwa, DOWÓD
ANEGDOTYCZNY.
To jest tak, że gdyby w końcu jakaś stacja zechciała kupić ode mnie
serial o ludziach-statystykach, to byłby to niewątpliwie najstraszniejszy
program w telewizji (oczywiście przerywany tymi przezabawnymi
momentami, kiedy to główny bohater opowiadałby brawurowe żarty
o tym, że przychodzi rozkład t-Studenta do lekarza, a lekarz mówi: „Ale
proszę mi się tutaj rozłożyć normalnie”, hi, hi). Byłby to serial
kryminalny i pierwszy odcinek wyglądałby tak, że siedzi sobie pan
policjant w chałupie, ogląda Ojca Mateusza, żeby się czegoś nauczyć
o rozwiązywaniu poważnych zagadek kryminalnych, a tu nagle dryń,
dryń, dzwoni telefon, więc on odbiera i głos w słuchawce mówi, żeby
przyjeżdżał jak najszybciej, bo było morderstwo, więc on ijo, ijo, jedzie
na miejsce zbrodni, patrzy, rzeczywiście – zwłoki. Są zwłoki i jest też
lekarz patolog, więc ten policjant go pyta ojojojoj, co tu się stało,
a patolog mówi, że statystyk umarł, a policjant pyta, czemu umarł,
a patolog mówi, że wie pan, z żalu umarł, bo podczas internetowej

dyskusji o faktach naukowych ktoś napisał: „To musi być prawda, u mnie
się sprawdziło”.

A wiecie, gdzie najczęściej można znaleźć takie zdanie? Na forach dla
matek i kobiet w ciąży, w dyskusji na temat przewidywania płci dziecka.
I tam zawsze znajdzie się jakiś post Heleny z Elbląga, która mówi, że
koleżanka listonosza kuzynki jej matki mówiła, że jeśli całą ciążę będzie
chodzić tyłem, to będzie mieć syna, czy to prawda? I tam pod tym postem
zawsze jest milion komentarzy, że „hej Helena, to prawda, ja całą ciążę
chodziłam tyłem i teraz mam chłopca, u mnie się sprawdziło”, „siema
Helena, ja w ciąży to tyłem nawet na Giewont weszłam, a teraz mam
dwóch synów, u mnie się sprawdziło”, „cześć, Helena, ja chodziłam
przodem, ale w ciążę to zaszłam tyłem i też będę mieć syna”.
I oczywiście zawsze znajdzie się jakiś psychopata, morderca wszelkich
uciech i radości życia, który stwierdzi, że prawdopodobieństwo
posiadania syna lub córki jest stałe dla wszystkich ciąż, nieważne, czy
kobieta będzie chodzić przodem, tyłem, czy bokiem. Niestety wszelkie
dowody anegdotyczne, dowody w postaci „historyjki o kuzynce szwagra”,
są dla nas szalenie atrakcyjne, a to dlatego, że dają uproszczone i szybkie
odpowiedzi na większość trapiących nas pytań.
Wszystkie wasze serniki były puchate niczym mały króliczek angora,
a ten jeden miał konsystencję cegłówki wymieszanej ze żwirem? Przecież
mama mówiła, by sernik mieszać tylko w jedną stronę, bo inaczej się
obrazi! Nigdy nie udawało wam się ugotować idealnego jajka na miękko,
ale od czasu, gdy robicie to w skarpetkach w kury, jeszcze nie ponieśliście
porażki? Od dawna nie jadacie drożdżówek z serem, bo kiedyś jedna

z nich zabiła sąsiadkę z parteru? To znaczy owa sąsiadka kupiła
drożdżówkę, a potem to zabił ją nadjeżdżający samochód. Ale niesmak
pozostał.
Gdy przydarza nam się coś nieoczekiwanego, lubimy szukać prostych
wyjaśnień takiego stanu rzeczy. Niemniej to, że coś przydarzyło się nam,
a nawet Helenie z Elbląga, nie wystarcza, by uznać to za regułę czy fakt.
To, że jedno zdarzenie następuje zaraz po drugim, wcale nie oznacza, że
zaszedł tutaj związek przyczynowo-skutkowy. No i wreszcie – czy
skarpetki w kury to na pewno JEDYNY czynnik, który uległ zmianie
podczas czynności gotowania jajka? A może zmieniliśmy czas gotowania,
garnek albo jajka są innej wielkości? Dopóki nie kontrolujemy wszystkich
zmiennych, które mogą wpłynąć na wynik naszego eksperymentu –
nieważne, czy chodzi o puchatość sernika, czy stopień ugotowania jajka –
dopóty musimy zachowywać niezwykłą ostrożność w wysnuwaniu
jakichkolwiek wniosków. Zresztą nauka również ma pewien rodzaj
poduszki bezpieczeństwa, która chroni ją przed roztrzaskaniem się
o Gubałówkę nierzetelnych badań i inne szczyty nieuczciwych
eksperymentów.

Dzień dobry, metodologiczna policja, dowodzik poproszę
Jeśli pisaliście kiedyś jakąkolwiek pracę dyplomową – czy to licencjat,
czy pracę magisterską, czy też krótkie sprawozdanie z badania, które
miało udowodnić waszym rodzicom, że mycie zębów zwiększa ryzyko
straszliwych chorób somatycznych, zespołu stresu pourazowego lub
nawet chęci studiowania pedagogiki11 – to wiecie, że musieliście bardzo
skrupulatnie opisać proces przeprowadzenia waszego badania. Zawrzeć
w rozdziale metodologicznym wszystko: kiedy i gdzie zostało
przeprowadzone badanie, jak liczna była próba, jakich metod
badawczych użyto, w jaki sposób zoperacjonalizowano wszelkie
koncepty, jakie de nicje przyjęto… oraz inne detale, które mogły mieć
wpływ na wynik badania. Wszystko należało opisać ze szczegółami, do
tego stopnia, że jeśli użyliście w swoim badaniu ankiety, to
kwestionariusz również powinien zostać dołączony do sprawozdania.
To wszystko robimy z trzech powodów: po pierwsze, dzięki temu
zwiększamy objętość naszej pracy magisterskiej w sposób inny niż za
pomocą fontu o rozmiarze 78 i możemy przestać tłumaczyć promotorowi,

że zaprawdę nie liczy się ilość, lecz jakość, i być może ta praca ma tylko
trzy strony, ale, proszę pana, jakże rzetelne!
Po drugie, taki szczegółowy opis jest nam potrzebny na wypadek,
gdyby miała zjawić się u nas metodologiczna policja i poprosić o dowód
na uzyskane wyniki i wyciągnięte na ich podstawie wnioski. Szczegółowy
rozdział metodologiczny jest niczym rodowód w przypadku najbardziej
rasowych kotów o płaskich twarzach – pozwala niezależnym sędziom
ocenić, czy badanie zostało przeprowadzone prawidłowo i czy można mu
ufać. W świecie naukowym takich sędziów używamy najczęściej
w procesie recenzowania naukowego (peer review), które polega na tym,
że z tekstem zapoznaje się, po czym ocenia go kilku specjalistów z danej
dziedziny. Nie jest to proces idealny – i to nie tylko z powodu tego, że nie
występują w nim koty12 – niemniej w pewien sposób pozwala nam
trzymać rękę na miłym pulsie rzetelnej nauki.
Chociaż z tymi kotami to nie jest do końca prawda. Wszak największą
zaletą pisania artykułów naukowych jest to, że pozwalają docenić
naszych współpracowników i najważniejsze osobistości naszego
naukowego życia. Na przykład w 1975 Jack Hetherington napisał artykuł,
w którym używał liczby mnogiej („my przeprowadziliśmy”, „my
policzyliśmy”, „my stwierdziliśmy”), mimo że był jego jedynym autorem,
o czym przypomniał sobie dopiero pod koniec pisania. Mógł po prostu
zmienić liczbę mnogą na pojedynczą w całym dokumencie, no ale bez
przesady. Wiecie, ile to roboty? Dlatego dodał drugiego autora. Do dziś
odwołujemy się więc do wspólnego artykułu Jacka Hetheringtona i F.D.C.
Willarda (to naprawdę bardzo ważny tekst dotyczący zachowań atomu).
Jest to jeszcze bardziej imponujące, jeżeli weźmie się pod uwagę, że
F.D.C. Willard miał siedem lat. I aha, był kotem. Ale jeśli myślicie, że to
jedyny zyk wśród zwierząt puchatych, to jesteście w błędzie. W 2001
roku A.K. Geim (późniejszy laureat Nagrody Nobla za współodkrycie
grafenu) opublikował artykuł wraz ze swoim kolegą podpisanym
H.A.M.S. ter Tisha. To jest – ze swoim kolegą chomikiem. Sami więc
widzicie, ile to daje możliwości. Jeśli pokończyłyvezenty urodzinowe dla
waszych zwierzaków (bo ileż można robić tort z kiełbasy przekładany
kremem z salcesonu), to śmiało, niech piszą z wami artykuły – może
ucieszą się z Nagrody Nobla13?

No i trzecia rzecz – taka szczegółowa instrukcja dotycząca tego, jak
zostało przeprowadzone badanie, umożliwia jego powtórzenie przez
innych naukowców, czyli REPLIKACJĘ. Ta zaś pozwala innym
naukowcom ponownie przeprowadzić dane badanie i sprawdzić, czy jego
wyniki są powtarzalne. Jedna publikacja nauki nie czyni, niemniej
replikacja danego badania zwiększa nasze zaufanie do wniosków, które
z niego płyną. A czasem pozwala również namierzyć nieuczciwych
naukowców, których w historii nauki nie brakuje. Na przykład takich,
którzy nadużyli zaufania nie tylko ludzi, lecz także myszy.

Oszukani ludzie, nadszarpnięte zaufanie myszy
We wczesnych latach 70. w prestiżowym Instytucie Sloan-Kettering
pracowano nad przeszczepem skóry z czarnej myszy na białą. Choć sam
koncept może wydawać się dość dziwny, to tak naprawdę owe próby
miały pomóc w rozwiązaniu problemów z odrzutami przeszczepów
u ludzi. Przez długi czas eksperymenty kończyły się askiem z powodu
różnic genetycznych pomiędzy różnofutrzastymi myszami. Ale do czasu!
W końcu pewien naukowiec z rzeczonego instytutu, William Summerlin,
ogłosił światu sukces transplantacji, pokazując na dowód całe pudełko
cętkowanych myszy. Problem był tylko jeden – pomimo wielu replikacji
nie udało się nigdy powtórzyć tego wyniku. Oczywiście nie możemy mieć
stuprocentowej
pewności,
istnieje
jednak
dość
duże
prawdopodobieństwo, że wszystkie te niepowodzenia wynikały z tego, że
czarno-białe myszy, będące dowodem na sukces transplantacji, zostały
przez owego naukowca pocętkowane za pomocą… markera. Świat nauki

nie był pod wrażeniem. Myszy zresztą też nie. Gdyby istniało jakieś
Stowarzyszenie Najgorszych Przestępców Wszechświata, to William
Summerlin prawdopodobnie dostałby od niego honorowy (aczkolwiek
niezbyt prestiżowy) tytuł i statuetkę markera wyrzeźbioną z masła.
Takie niechlubne przypadki rzeczywiście zdarzają się w nauce, choć
liczne replikacje i proces peer review pozwalają je dość szybko wykrywać.
Na przykład wtedy, gdy artykuł doktora Thorakkaiego Shamima
dotyczący walki z plagiatami musiał zostać usunięty z czasopisma „The
Indian Journal of Dermatologists”, ponieważ… okazał się plagiatem.
Czasem jednak nawet świat nauki traci czujność, co może mieć znacznie
poważniejsze konsekwencje niż to, że naukowiec usłyszy od mamy, że ją
rozczarował, a koledzy będą się z niego śmiali. Najsłynniejszy
i jednocześnie najtragiczniejszy przykład takiego oszustwa w nauce
dotyczy tematu, o którym – jeśli tylko nie żyliście przez ostatnie 50 lat
pod kamieniem – na pewno słyszeliście: związku między szczepieniami
a autyzmem.

Naukowiec, za którego wszyscy się wstydzimy
W 1998 roku Andrew Wake eld wraz z grupą naukowców opublikował
serię artykułów, w których zasugerował związek między trójskładnikową
szczepionką przeciwko odrze, śwince i różyczce a autyzmem i zapaleniem
jelit. Pierwsze doniesienie brzmiało rewelacyjnie, choć było to tylko
wstępne doniesienie z badań, które w ostateczności okazało się
fałszerstwem. Główny artykuł z tego cyklu nie spełniał żadnych norm
rzetelnego badania naukowego – badanie przeprowadzono jedynie na 12
dzieciach, nie kontrolowano pozostałych zmiennych, które mogły mieć
znaczenie dla rozwoju zaburzeń, a co najważniejsze – „wina” szczepionek
została udowodniona nie za pomocą metody eksperymentalnej czy
modelowania statystycznego, ale… opinii rodziców. To znaczy, wiecie,
przychodził taki człowiek do rodzica i pytał: czy myślisz, że przyczyną
złego stanu zdrowia twojego dziecka była szczepionka MMR? A ośmioro
na 12 rodziców odpowiadało: TAK. Ej, czytaliście kiedyś podręcznik do
zadawania sugerujących pytań ankietowych? Teraz już nie musicie, bo
ma tylko jedną stronę, na której przytoczono ten właśnie przykład.
Dalej było tylko gorzej – okazało się, że Wake eld skłamał w sprawie
otrzymania zgody komisji etyki na przeprowadzenie owego badania (na

dzieciach!), a także w kwestii doboru próby – okazał się on celowy, czyli
Wake eld zakwali kował do badania tylko te dzieci, które potwierdzały
postawioną przez autora tezę. A to jeszcze nie wszystko – następnie
okazało się, że tylko jedno dziecko z próby rzeczywiście cierpiało na
zaburzenia autystyczne (Wake eld pisał o dziewięciorgu dzieciach).
Nieprawdą okazało się też to, że żadne z dzieci nie przejawiało zaburzeń
przed szczepieniem (pięcioro z nich cierpiało na różnego rodzaju
zaburzenia rozwojowe).
A, no i jeszcze jedno: zaburzenia, które – według artykułu – wystąpiły
kilka dni po szczepieniu, tak naprawdę ujawniły się u dzieci wiele
miesięcy po otrzymaniu szczepionki. Wszystko zaś ułożyło się
w naprawdę sensowną całość, gdy okazało się, że Wake eld otrzymał za
publikację swojego artykułu 435 000 funtów od prawników, którzy
działali w imieniu rodziców domagających się odszkodowań za rzekome
szkody wywołane przez szczepionki. Niemniej z pewnym smutkiem
muszę odnotować, że to wszystko wiemy nie dzięki wybitnemu
zaangażowaniu naukowego świata, ale dzięki dziennikarskiemu śledztwu,
które przeprowadził Brian Deer z „The Sunday Times”.
W przypadku artykułu Wake elda środowisko naukowe początkowo
zawiodło i chociaż później ochoczo rzuciło się do naprawiania szkód
dzięki
nansowaniu kolejnych badań nad negatywnymi skutkami
szczepień oraz publikowaniu prostujących artykułów – było już trochę za
późno. W Wielkiej Brytanii, a potem na całym świecie zaczął spadać
odsetek szczepionych dzieci. Światowa Organizacja Zdrowia donosi, że
żeby przerwać transmisję wirusa odry w społeczeństwie i zapewnić
ochronę najbardziej zagrożonym grupom (na przykład niemowlętom lub
osobom, które z przyczyn zdrowotnych nie mogą zostać zaszczepione),
konieczne jest utrzymanie wyszczepialności populacji na poziomie 95%,
bo tylko ten poziom gwarantuje odporność zbiorową. Z danych z roku
2017 wynika, że w krajach Unii Europejskiej i Europejskiego Obszaru
Gospodarczego tylko cztery państwa spełniają to kryterium (OECD 2019).
Nie ma wśród nich Polski.
Sytuacji nie zmieniają nawet kolejne publikacje badań, które
potwierdzają bezpieczeństwo szczepionek (m.in. Hviid et al. 2019,
Farrington i Taylor 2001, Mrozek-Budzyn et al. 2010)14. Z pewną dozą
przyjemności piszę o tym, że wśród nich jest także jedno trwające sześć
lat badanie, które zostało przeprowadzone na zlecenie amerykańskiej

organizacji antyszczepionkowej SafeMinds. Wykazało ono… absolutny
brak związku między szczepieniami a autyzmem (Gadad et al. 2015).
Ups.
Jeśli oglądaliście kiedyś jakikolwiek lm katastro czny, to wiecie, że
one wszystkie przebiegają tak samo – gdzieś tam na początku pojawia się
jakiś naukowiec i ostrzega, że zaraz nadejdzie tornado, atak dinozaurów
lub atak tornada pełnego dinozaurów, ale absolutnie wszyscy go ignorują.
No, o ile tornada T-rexów zdarzają się stosunkowo rzadko, o tyle
ignorowanie dobiegającego ze świata nauki głosu rozsądku jest
powszechną praktyką.
Dlatego też rosnące statystyki odmowy szczepień mnie martwią, ale nie
dziwią – tam, gdzie w grę wchodzą emocje, pierwszym zakładnikiem
bardzo często stają się fakty. Wiele doniesień naukowych nie wymaga
zaawansowanej wiedzy matematycznej czy specjalistycznej. Zaryzykuję
nawet stwierdzenie, że w erze dostępu do bibliotek, wykładów otwartych
i internetu edukacja nie jest droga. Ale gdy jej brakuje, to mamy do
czynienia z sytuacją taką jak obecnie: w XXI wieku 29% zgonów dzieci do
lat pięciu jest wywołanych przez choroby, na które znamy szczepionki
(WHO 2014). I to nie tylko dlatego, że nie wszystkie kraje mają do nich
dostęp – również dlatego, że wiele lat temu ktoś posłał w świat fałszywą
informację, że szczepionki powodują autyzm, a potem sprawa wymknęła
się spod kontroli. Tak, edukacja nie jest droga, ale już ignorancja może
nas bardzo wiele kosztować.
Na szczęście skoro czytacie tę książkę, to znaczy, że już możecie
przymierzać czapkę prymusa, bo miło wyróżniacie się z tłumu ludzi,
którzy gorąco wierzą, że wysoka korelacja między spożyciem sera a liczbą
zgonów wskutek zaplątania się w pościeli oznacza, że goudę warto jeść
z daleka od wszelkich okolicznych kołder15. Ale zacznijmy od początku,
od pierwszej rzeczy, którą należy sprawdzić, gdy wery kujemy
jakiekolwiek doniesienie naukowe. Pomoże nam w tym kilka puchatych
stworzeń. Znacie ten typ: starały się z całych sił, a doktoratu i tak nie
zrobiły16. Nie, nie mówię o sobie, tylko o dwóch koniach i szopie praczu.

Dlaczego koń i szop pracz nie dostały doktoratu?

W 2017 roku 65 000 ludzi obejrzało, jak wyplatałam koszyk z kabanosów
w trakcie relacji na Facebooku, co jest jakby ostateczną odpowiedzią na
pytanie mojej mamy: „Janina, a co ty będziesz robić na tym doktoracie?”.
Nie jestem jednak szalona, nie mam żadnych wątpliwości, że nie wszyscy
naukowcy na świecie mogliby zostać bene cjentami splendoru o takim
kalibrze. Na przykład: szopy pracze. Po pierwsze dlatego, że rzadko kiedy
mają konto na Facebooku. Po drugie dlatego, że kabanosy mogłyby nie
dotrwać do końca nagrania. I po trzecie, bo szopy nie mają ukończonych
studiów doktoranckich. Choć przyznać trzeba, że w 1962 roku jeden
z nich był blisko otrzymania tego wyróżnienia.
Małżonkowie J.M. i Helen Warren przeprowadzili eksperyment
z dziedziny psychologii, w którym wery kowali teorię zdolności
poszczególnych gatunków do uczenia się odwróconego. Co ciekawe, już
wcześniej ustalono, że tę umiejętność posiadają szczury (Dufort, Guttman
i Kimble 1954) i koty (Cronholm, Warren i Hara 1960), a ryby niestety jej
nie mają (Warren i Warren 1962). Co oznacza, że jeśli znajdziesz jakiegoś
dorodnego karasia, dasz mu piątaka i powiesz, żeby nie wydał na głupoty,
to on wyda wszystko na głupoty, a potem jeszcze poprosi o więcej
i wiecie, co zrobi z kolejnym piątakiem? NO BYNAJMNIEJ NIE WPŁACI
GO NA KONTO OSZCZĘDNOŚCIOWE!
Państwo Warrenowie nie poprzestali na surowej ocenie rozrzutnego
karasia i postanowili zbadać zdolność uczenia się wśród kolejnych
gatunków zwierząt. W tym celu przygotowali krótkie zadania do
wykonania, a następnie zaprosili na badanie dwa konie, które nazywały
się odpowiednio Pancho i Rag Mop, i jednego szopa pracza. Niestety
imienia szopa pracza nie podano w oryginalnym artykule, niemniej
zawarto tam adnotację, że bardzo lubił jeść świńskie nerki. Serio. I niech
mi ktoś jeszcze powie, że nauka nie jest ciekawa!

Cała rodzina szopa była z niego bardzo dumna, jednak udział
w rzeczonym badaniu, a nawet publikacja jego wyników nie sprawiły, że
udało mu się wspiąć po szczeblach kariery naukowej. Nie zdobył
międzynarodowej sławy ani nawet głupiej szansy na Nobla. A jeśli
miałabym kiedyś wyjaśnić rodzinie rzeczonego pracza albo przyjaciołom
dwóch koni, dlaczego to badanie nie spotkało się ze znacznie większym
uznaniem środowiska naukowego, to musiałabym powiedzieć, że sama
metoda była w porządku, wybór puchatych badanych też dałoby się
uzasadnić. Niepokój budzi jednak ich liczba.
Bo to jest trochę tak, że gdy przeprowadzamy badanie, na jakikolwiek
temat, to musimy wybrać POPULACJĘ BADANĄ, czyli grupę osób (albo
zwierząt, krajów, instytucji itd.), która w tym naszym naukowym rendezvous weźmie udział. Wbrew powszechnej opinii populacja badania nie
oznacza „wszystkich ludzi na świecie” lub też – w przypadku zwierząt –
„wszystkich szopów na świecie i dwóch koni”. To od badacza (i od
pytania badawczego) zależy, jak sobie tę populację zde niuje.
Zastanówmy się nad tym na przykładzie ryb, no bo w sumie dlaczego nie?
Kenneth H. Mann (1965), biolog morski, postanowił zbadać związek
między tym, co ryby jedzą, a tym, jak rosną wszerz. Czyli trochę taki
eksperyment, jaki przeprowadzają na nas babcie przy okazji każdego
niedzielnego obiadu. W tym celu mógł oczywiście ważyć wszystkie ryby
na świecie, ale to by było skomplikowane – po pierwsze dlatego, że ryb
jest całkiem sporo, więc nikt nie ma czasu ani pieniędzy na to, żeby je
wszystkie zważyć, a po drugie, ponieważ takie ryby to się bardzo trudno
liczy. No bo człowiek zaczyna: jeden karaś, drugi karaś, sandacz i dwa

karpie, a za chwilę to już nie wie, czy ten łosoś to jakiś nowy, czy też
znowu daje pod prąd.
Na szczęście Mannowi z pomocą przyszła metodologia, bo to od niego
zależało, jak sobie ową populację ryb zde niował – mógł uznać, że są to
wszystkie ryby świata albo tylko ryby rzeczne, albo być bardziej
szczegółowym i skupić się tylko na jednym określonym gatunku, albo –
jak stało się w tym wypadku – na rybach zamieszkałych w konkretnej
rzece, tj. Tamizie. Z punktu widzenia metodologii wszystkie te opcje są
tak samo prawidłowe. Konsekwencją są jednak ograniczenia
w możliwości wysnuwania wniosków, to znaczy, że nie możemy
wysnuwać wniosków o szczupakach na podstawie badania karasi. Dobrze
jednak, żeby za takim wyborem de nicji danej populacji stało jakieś
uzasadnienie (teoretyczne lub praktyczne), a nie że wybrałem karasie, bo
nie wiem, jak się pisze szczupak.
Dla nas, naukowych świrów, oznacza to, że warto wyrobić w sobie
nawyk sprawdzania, na kim zostało przeprowadzone każde badanie, które
wpadło w nasze ręce – gazety lubią pewne kwestie upraszczać, piszą na
przykład, że „przebadano dzieci przedszkolne”, i wszyscy są zadowoleni,
a redaktor naczelny klaszcze, ale dla naszego rozumienia i interpretacji
wyników istotne jest, czy były to dzieci przedszkolne ze Szwecji,
z Warszawy17, czy może z grupy Tygrysków z jednego konkretnego
przedszkola.
No i jest jeszcze jeden problem – spróbujmy sobie wyobrazić, że
chcemy przebadać wszystkie warszawskie przedszkolaki albo wszystkie
karasie z polskich rzek. POWODZENIA. Przecież to zajmie wieki, zanim
człowiek dotrze z ankietą do każdego polskiego karasia,
a z przedszkolakami będzie jeszcze gorzej, bo trochę minie, nim nauczą
się czytać18. Najczęściej więc brakuje nam zasobów czasowych
i nansowych, by przebadać absolutnie każdego reprezentanta danej
populacji – wyjątkiem jest cenzus, czyli powszechny spis ludności,
podczas którego ankieterzy próbują dotrzeć z ankietą do absolutnie
każdego obywatela i rezydenta danego kraju. Warunki przeprowadzania
takiego cenzusu są różne w różnych krajach – w większości przeprowadza
się go co 10 lat, choć istnieją kraje, gdzie robi się to co pięć lat (na
przykład Australia, Irlandia, Filipiny czy Japonia).
Z ciekawszych rzeczy – w 2014 roku spektakularnie nie powiódł się
spis ludności w Indiach, w całym kraju zabrakło bowiem… ołówków do

wypełniania kwestionariusza. Stało się tak dlatego, że badacze nie
doszacowali mniej więcej 15% populacji (co – umówmy się – jeszcze
bardziej uzasadniało konieczność przeprowadzenia tego spisu
powszechnego). Równie problematyczny okazał się irlandzki spis
powszechny, w którym miałam okazję brać udział razem z mężem.

Anegdotka o irlandzkim spisie powszechnym
Bo wiecie, mój mąż, Wojciech, to chłopiec miły, grzeczny, ale jednak
z politechniki. A w życiu najbardziej ceni sobie precyzję. Pochylmy
wspólnie głowy, by uczcić tych bohaterów, którzy nigdy nie usłyszeli
zakończenia historii opowiadanych przez mojego męża, bo po drodze
umarli ze starości. Wojtuś wychodzi bowiem z założenia, że historie
należy opowiadać dokładnie, precyzyjnie, a im więcej po drodze można
wymienić szczegółów, tym lepiej. Wymienianie w jakiś dziwny sposób
uspokaja umysł mojego męża. Na przykład ostatnio byliśmy w kinie
i Wojtek opowiadał mi, w którym rzędzie nie mógłby siedzieć. Opowiadał
tak:
W rzędzie A mógłbym siedzieć, w rzędzie B mógłbym siedzieć,
w rzędzie C mógłbym siedzieć, w rzędzie D mógłbym siedzieć… (tu
pominę część tej historii, bo liczę, że załapaliście algorytm) w rzędzie J
mógłbym siedzieć – kontynuuje Wojtek – …w rzędzie K mógłbym
siedzieć, o! I w rzędzie L już nie mógłbym siedzieć.
Oczywiście niektórzy mogliby pomyśleć, że istniał jakiś prostszy sposób
przekazania mi tej informacji, ale to jacyś hipisi, anarchiści logicznego
porządku wszechrzeczy. No i właśnie tacy sami anarchiści stworzyli
irlandzki spis powszechny. Bo irlandzki cenzus ma tak jasno i logicznie
skonstruowane pytania, że już w połowie człowiek ma ochotę zapisać się
na jakieś zajęcia bardziej odpowiadające jego możliwościom
intelektualnym, na przykład naukę wrzucania jabłka do wiadra albo
robienia razem z szympansem Tadeuszem z pobliskiego zoo gryzaków
z kamienia i kawałka sznurka. Jak przystało na człowieka, który uczy
metodologii badań ankietowych, pomyliłam się tylko pięć razy, choć raz
to raczej z własnej winy, bo kiedy kazali nam wpisać, ile osób mieszka
u nas w mieszkaniu, to przychojraczyłam i postanowiłam policzyć
w pamięci. I w ten właśnie sposób, jak dodałam jednego Wojtka i jedną
Janinę, to mi wyszło trzy.

Serio, dobrze, że nie zarabiam na życie liczeniem, bo inaczej mogłoby
być słabo.
Więc mój logiczny i precyzyjny mąż wypełniał spis i cierpiał. Cierpiał,
bo pytania kwestionariusza w ogóle nie spełniały standardów dokładności
Wojtka, no bo jeśli go pytają, jak długo z reguły jedzie do pracy, to co
znaczy „z reguły”? Czy to znaczy, że wtedy, jak są korki, czy jak nie ma
korków, czy ma policzyć średnią z całego miesiąca, czy medianę, a co,
jeśli w ostatnim miesiącu przez trzy dni nie był w pracy, a raz pojechał
później, bo nabrał ochoty na pączka i zajechał po niego na stację
benzynową, ale w końcu go nie kupił, bo akurat nie było pączków, były
tylko te takie ciasteczka z dżemem, ale to Wojtek nie przepada, bo ten
dżem jakiś taki dziwny, więc nie kupił, no więc czy to się liczy do
„z reguły”, czy to też ma dodać, czy nie dodać, wliczyć dzień z pączkiem
czy nie wliczyć? Nic tu się nie układa w logiczną całość!
I im bardziej on ten cenzus wypełniał, tym bardziej ja miałam ochotę
zmienić własny formularz, dokładniej rzecz ujmując – to pytanie na temat
stanu cywilnego. No ale dobrze, Wojtek zaczął zmierzać do końca, i to
w porę, bo ja już powoli dostawałam niedotlenienia mózgu od ciągłego
powstrzymywania się od komentarzy, po chwili jednak mój mąż tra ł na
kolejną chłostę od życia. Ale co oni mnie tu pytają, jakimi językami
mówię na co dzień – denerwował się – przecież mi tu nie starczy kratek
na odpowiedź!
Skoro mu nie starczy kratek na odpowiedź, to iloma językami on mówi
na co dzień? Polskim, angielskim, ludzi i aniołów?
Noooo… – zaczął wymieniać – Python, Java, C++…
Sami widzicie, podczas przygotowywania takich spisów powszechnych
trzeba pomyśleć o szeregu istotnych rzeczy. Na przykład o ołówkach.
Albo o tym, żeby spis był dostosowany do potrzeb informatyków.

A co, jeśli nie mamy wystarczającej liczby ołówków?
Na szczęście nie wszyscy badacze muszą przeprowadzać spis powszechny
i ostrzyć ołówki dla całej swojej populacji. Mogą przeprowadzić badanie
na mniejszej grupie dzięki pobraniu PRÓBY BADANEJ. Tak się dzieje
najczęściej głównie z przyczyn praktycznych (ograniczone zasoby
czasowe, nansowe, ludzkie…). Próba badana ma dokładnie takie same
cechy jak populacja, to znaczy, że jeśli w naszej populacji mamy
wszystkie dzieci chodzące do przedszkola w Warszawie, to w naszej
próbie również będziemy mieć dzieci chodzące do przedszkola
w Warszawie, tylko trochę mniejszą ich liczbę. A jaką dokładnie?
Wróćmy na chwilę do kwestii naszych dwóch koni i szopa pracza
i zastanówmy się, ile tych koni i szopów musiałoby przebadać
małżeństwo Warrenów, żeby ich badanie miało trochę więcej sensu. No
mogliby na przykład skorzystać z wzoru na minimalną liczebność próby.
Dobre wiadomości są takie, że nie będziemy się takimi wzorami
zajmować, albowiem bardzo zależy mi na tym, byście dalej tę książkę
czytali, a nie zrobili z niej origami… To, co wy musicie zapamiętać,
zarówno jeśli chodzi o próbę badaną, jak i życie, to:

Czy wielkość ma znaczenie?
Wyobraźcie sobie, że chcecie poznać zwyczaje sportowe studentów
Uniwersytetu Warszawskiego i w tym celu stajecie sobie nonszalancko
nieopodal jakiejś studenckiej siłowni. Wiecie, jak gdyby nigdy nic, nikt

nie musi wiedzieć, że ostatnio biegaliście w 1995 roku, gdy rzucili
drożdżówki ze śliwką do szkolnego sklepiku. No i stoicie sobie obok tej
siłowni, a następnie pytacie każdą osobę, która z niej wychodzi, czy
uprawia sport i jak często. Łatwo się domyślić, że na podstawie waszej
ankiety okazałoby się, że nagle wszyscy są szalenie usportowieni, a liczba
studentów kalających się wysiłkiem zycznym sięga niemal stu procent
(nie licząc tych, którzy poszli na siłownię tylko dlatego, że jest tam
maszyna z batonikami19).
A co musielibyśmy zrobić, żeby uzyskać wynik bardziej odpowiadający
rzeczywistemu stanowi rzeczy? Postawić jednego człowieka przed
siłownią, a drugiego przed cukiernią? To wciąż nie rozwiązuje problemu.
Z metodologicznego punktu widzenia najbliższe naszemu sercu jest
rozwiązanie, w którym każda jednostka (w tym wypadku – student UW)
ma takie samo prawdopodobieństwo wzięcia udziału w badaniu. Taką
próbę
nazywamy
PRÓBĄ
REPREZENTATYWNĄ,
bo
dobrze
odzwierciedla całość populacji (wszystkich studentów UW). Taka próba
jest pobierana w sposób losowy prosty lub z wykorzystaniem złożonych
schematów losowego doboru próby. W przypadku naszego badania na
studentach UW moglibyśmy na przykład wziąć listę wszystkich studentów
rzeczonego uniwersytetu, wrzucić pozyskane nazwiska do pustego
akwarium i wylosować 1000 osób, które wezmą udział w badaniu. Na
uczelniach przeprowadza się takie losowanie raczej za pomocą
komputerowego generatora liczb losowych, a nie losowania z akwarium,
zwłaszcza że w naszym przypadku akwarium jest już zajęte przez karasie
z poprzedniego badania.
Badania przeprowadzane na ludziach, którzy akurat wychodzą
z siłowni albo mieszkają na tym samym piętrze lub też są naszymi
znajomymi na Fejsie, więc akurat im wyświetli się nasza ankieta, to
badania przeprowadzane na PRÓBIE NIEREPREZENTATYWNEJ (zwanej
DOBOREM CELOWYM). Czyli takiej, w której pewne jednostki znajdą
się w badaniu z większym prawdopodobieństwem niż inne. Wracając do
przykładu ankiety spod siłowni – dla studentów, którzy akurat tego dnia
udali się na trening, prawdopodobieństwo wzięcia udziału w badaniu
wynosi jeden, a dla tych, którzy akurat plotą sobie naszyjnik z pączków
w pobliskiej cukierni – zero. Łatwo się domyślić, dlaczego tak dobrana
próba jest niereprezentatywna, a pozyskane wyniki mogą wprowadzać
nas w błąd – ci, którzy znajdą się w naszym badaniu, mogą się

systematycznie różnić od reszty populacji. Taki błąd nazywamy BŁĘDEM
DOBORU PRÓBY (ang. sampling bias).
Załóżmy, że chciałabym się dowiedzieć, jak moi studenci radzą sobie
z materiałem, i w tym celu podczas piątkowego wykładu o 17.00 rozdaję
im krótki test. Jaki będzie efekt? No efekt będzie taki, że w przyszłym
tygodniu już nikt się na moim wykładzie nie pojawi. Oprócz mnie
oczywiście. Znaczy, ja też kiedyś próbowałam nie przyjść, ale szef
wyjaśnił mi, że nie można nie przychodzić na zajęcia, które się prowadzi.
No i jeszcze może być tak, że wyniki będą znacznie lepsze, niż byłyby dla
całej grupy, bo nie możemy wykluczyć, że studenci, którzy zjawiają się na
wykładzie w piątek o 17.00, są bardziej zmotywowani i pilniejsi od
pozostałych20. Podobny problem występuje w wypadku umieszczania
ankiet (na przykład do prac dyplomowych) na Facebooku – nasi znajomi
nie są w żaden sposób reprezentatywni. Wynik może być szczególnie
niemiarodajny, jeśli w owej ankiecie pytamy o kluczowe przekonania
i opinie. A to ze względu na coś, co nazywamy HOMOFILIĄ W SIECIACH
SPOŁECZNYCH. Co po ludzku oznacza tyle, że wykazujemy tendencję do
przyjaźnienia się z ludźmi, którzy mają podobne upodobania, poglądy
i opinie do naszych. Tak, to te słynne bańki, w których żyjemy.
Spektakularnym przykładem błędu doboru próby był sondaż dotyczący
wyborów prezydenckich w USA w 1936 roku. Przed tymi wyborami
„Literary Digest”, jedna z czołowych amerykańskich gazet, spytała ponad
2 miliony(!) Amerykanów o preferencje wyborcze i uzyskała wynik
wskazujący na wygraną A. Landona (57% głosów). George Gallup, czyli
absolutny psychofan sondaży, przepytał 50 000 osób i na podstawie
uzyskanych wyników uznał, że „Literary Digest” się myli, a wybory wygra
F.D. Roosevelt. Mimo CZTERDZIESTOKROTNIE mniejszej próby Gallup
miał rację – Roosevelt wygrał przewagą 63% głosów. To z kolei koronny
dowód na to, że ja w sumie też miałam rację, mówiąc, że wielkość
niekoniecznie ma aż tak duże znaczenie. Co innego jakość.
No, ale skąd aż taka pomyłka? Otóż gazeta przeprowadziła sondaż
głównie wśród swoich czytelników. W dodatku był to sondaż
telefoniczny. Pamiętajmy, że działo się to w latach 40., a więc telefon był
dobrem luksusowym, a gazety czytali ludzie o konkretnym statusie
społecznym. Krótko mówiąc: sondaż „Literary Digest” dotarł tylko do
najbogatszych. I oni rzeczywiście częściej głosowani na Landona, również
podczas prawdziwych wyborów. Niemniej ta próba totalnie wykluczyła

resztę populacji. Gallup lepiej przewidział wyniki wyborów, bo jego
próba była losowa, a więc reprezentatywna dla całego społeczeństwa, nie
zaś konkretnej grupy społecznej.
Zatem zawsze warto pamiętać o doborze próby – nieważne, czy
o badaniu tylko czytamy i wysnuwamy na jego podstawie wnioski, czy
też sami je przeprowadzamy. Bo wnioskowanie o populacji na podstawie
źle dobranej próby to jak wysnuwanie wniosków na temat pogody
w Polsce tylko na podstawie pomiaru temperatury w lipcu.

Co ma wspólnego foka z General Motors?
Istnieją takie badania, w których reprezentatywność próby nie ma
większego znaczenia – są to badania jakościowe, czyli na przykład
wywiady, badania terenowe czy obserwacja uczestnicząca. Niemniej
zawsze musimy liczyć się z tym, że takie badanie jest niereprezentatywne,
to znaczy, że nie możemy uogólniać jego wyników na całą populację.
A więc z naszych ankiet spod siłowni nie możemy wysnuć wniosku, że
większość studentów UW uprawia sport. Jedyne, co możemy powiedzieć
na ich podstawie, to że wśród osób badanych zdecydowana większość
podejmuje wysiłek zyczny. Chociaż nie wiadomo po co i dlaczego.
Ale
mimo
wszystko
obowiązkiem
każdego
badacza
jest
poinformowanie czytelników, w jaki sposób wybrał osoby do swojego
badania. A czytelnicy – jeśli chcą być prymusami w metodologicznym
przedszkolu – przy każdym badaniu opisywanym w gazecie, internecie
czy czasopiśmie naukowym powinni zwracać uwagę na to, KOGO
zbadano i ILE tego „kogoś” było.
Z tym że uwaga! Istnieje taki rodzaj badania, w którym liczba
badanych osób, instytucji czy grup jest zawsze niewielka. To STUDIUM
PRZYPADKU. Ta metoda badawcza polega na wykorzystywaniu wielu
różnorodnych metod (na przykład wywiadu, testu psychologicznego,
wywiadu z rodziną, obserwacji) po to, by jak najwięcej się dowiedzieć
o konkretnym przypadku. Bohaterem studium przypadku niekoniecznie
musi być człowiek. Tę metodę można wykorzystać również do opisu
kraju, zjawiska społecznego czy sprawy sądowej. Na przykład Abadie
i Gardeazabal (2003) chcieli zanalizować ekonomiczne koszty kon iktu
wewnętrznego w danym kraju. W tym celu na swoje studium przypadku
wybrali Kraj Basków, które od roku 1960 (z krótkim epizodem pokoju

w latach 1998–1999) zmaga się z aktami terroryzmu. Studia przypadków
na podobne tematy były przeprowadzane również w Irlandii Północnej
(na przykład Cairns i Darby 1998, Fielding 2003) czy na Cyprze (Strong
1999). Znane są również studia przypadku jednej konkretnej rmy, na
przykład Forda czy General Motors (Bayou i de Korvin 2008), albo
jednego konkretnego gatunku zwierzęcia, na przykład wybranego
gatunku foki (Hoelzel 1999).
Zapytacie: no ale jak to tak? Foka może być bohaterem studium
przypadku, a szop i dwa konie nie? No nie. Bo jeśli zastanowimy się nad
wspomnianym badaniem, to ten zwierzęcy gang w postaci dwóch koni
i szopa pracza… nie miał żadnego metodologicznego uzasadnienia.
Badacze chcieli przeprowadzić eksperyment, w którym uczyli zwierzęta
wykonywania określonych czynności. Wybrali takie, a nie inne
stworzenia, bo akurat takie żyły w okolicznej stajni. Dodatkowo ich liczba
w żaden sposób nie pozwalała na wysnucie jakichkolwiek sensownych
wniosków. Choćby nasze dwa konie w asyście jednego szopa poradziły
sobie w tym eksperymencie najlepiej na świecie, to i tak nie świadczyłoby
to w żaden sposób o możliwościach poznawczych tych gatunków. Wszak
kto wie, może akurat mieliśmy do czynienia z przedstawicielem szopiej
Mensy i dwójką najinteligentniejszych koni na świecie.
Obawiam się, że dla autorów tego badania nie ma żadnych
okoliczności łagodzących. Będziemy ich odwiedzać w metodologicznym
piekle, zupełnie tak samo jak ludzi, którzy opowiadają tę śmieszną
anegdotkę, mówiącą, że hi, hi, jak wyjdziesz z psem na spacer, to hue,
hue, hue, statystycznie macie po trzy nogi.
Ale to ogromna szkoda, bo osobiście uważam, że na uczelni mamy
zdecydowanie za mało szopów praczy, a wszyscy moglibyśmy skorzystać
z ich obecności. Na przykład w wypadku zepsucia się pralki
wystarczyłoby usiąść na wykładzie koło kolegi szopa i przy okazji
podsunąć mu miskę i kilka brudnych skarpet.
To, czy nasza próba musi być reprezentatywna, czy nie, jest ściśle
związane z metodą badawczą, którą wybierzemy. O czym dowiecie się
przy okazji odpowiedzi na pytanie, które zadawalibyście w licznych
listach do mnie, gdybyście tylko je pisali. A mianowicie: skąd wiemy, że
owca na ulicy rozpoznałaby prezydenta?

Skąd wiemy, że owca rozpoznałaby na ulicy
prezydenta?

Mam pewnego przyjaciela, którego zresztą będziecie mieli okazję poznać
w rozdziale Dlaczego ufamy szarlatanom?. Nazywa się Piotr Bucki i jest
chodzącą dyskietką – wiem, że niektórzy z was zastanawiają się teraz, co
to za śmieszne zwierzę „dyskietka” i gdzie je można spotkać21, więc już
śpieszę z wyjaśnieniem. Młodszym czytelnikom tłumaczę, że dyskietka to
taka bardzo stara wersja Dropboxa, z tym że lepsza, bo oprócz
przechowywania na niej plików można też było przez nią oglądać
zaćmienie słońca (a przez Dropboxa nie). Czyli mamy to – mój kolega jest
takim chodzącym miejscem na dysku, który gromadzi tylko wartościowe
informacje. Jeśli gdzieś przeprowadzono jakieś badanie naukowe, to on
najpewniej o nim słyszał, a na dowód tego to ja mam taką anegdotkę, że
kiedyś tra łam na badanie, które wykazało, że owce rozpoznają twarze
innych owiec (Peirce et al. 2001, Peirce et al. 2000, Kendrick et al 1995,
Kendrick et al. 1996).
W sensie, że jeśli taki owiec Henryk zapozna się na pastwisku z owcą
Barbarą, a trzy lata później znów się spotkają przy jakiejś koniczynie, to
totalnie będą pamiętać, że już kiedyś sobie ściskali raciczki na
przywitanie22. Strasznie mnie to podjarało. Byłam w najwyższej fazie
ekscytacji, kiedy zadzwonił do mnie Piotr, i pomyślałam, że to taki timing
w sam raz, więc mu mówię, że on nie uwierzy, czego ja się dzisiaj
dowiedziałam, takie badanie właśnie przeczytałam, które mnie szalenie
podjarało, albowiem okazało się, że owce totalnie rozpoznają twarze
innych owiec. No, tak mu powiedziałam. A Piotr skomentował tę
oszałamiającą anegdotkę w jedyny sensowny w takiej sytuacji sposób.
Powiedział: dziki też.
Ale to nie wszystko! Chwilę później tra łam na badanie, które
wykazywało, że owce potra ą rozpoznawać również ludzkie twarze. Tak
jest, jeśli taki Barack Obama zaprosi jakiegoś wełniastego przyjaciela na
przyjęcie sylwestrowe, to trzy miesiące później, gdy spotkają się
przypadkiem w supermarketowej alejce (miejmy nadzieję, że przy
warzywach, a nie baraninie, bo byłaby niezręczność), owca go rozpozna.

Mam nadzieję, że gdy to przeczytaliście, zareagowaliście dokładnie tak,
jak powinniście reagować na wszelkie inne doniesienia naukowe
i nagłówki gazet informujące o oszałamiających wnioskach naukowych
i statystykach, to jest: pomyśleliście sobie, że wszystko spoko, ale jak oni
(naukowcy) to właściwie sprawdzili?
No serio. Logiczne przecież, że nikt nie przeprowadził ankiety wśród
owiec, bo one mają takie nieporadne raciczki, że wieki całe by im zajęło
zaznaczenie ołówkiem choćby jednej odpowiedzi. Pytanie o to, w jaki
sposób badacz doszedł do określonych wniosków, jest szalenie istotne,
a w metodologii nauk nazywa się DOBOREM METODY I TECHNIKI
BADAWCZEJ. Metody badawcze w naukach społecznych to bardzo
ciekawe zagadnienie. To jest tak, że kiedy ktoś na uczelnianej kawie rzuci
luźne pytanie w stylu „Hej, co myślicie o badaniach etnogra cznych?”, to
chwilę później trzeba na tymże wydziale liczyć rannych i zabitych.

Kiedy literka poznaje cyferkę
ILOŚCIOWE METODY BADAWCZE to te umożliwiające nam znalezienie
odpowiedzi na pytanie, które bardzo często słyszymy w cukierni. Nie, nie
chodzi mi o: „Nie za dużo?!”, tylko o pytanie: „Ile?”. I nie, nie o liczbę
kupionych pączków, ale o wszelkie interesujące nas kwestie. Jaki procent
Polaków chodzi regularnie do kościoła? Ilu uczniów danej szkoły nie
zdało matury? W jakich rejonach Puszczy Białowieskiej najczęściej
występują gacki brunatne? Lub jeśli wciąż myślicie o pączkach z początku
rozdziału: w które dni sprzedaje się najwięcej pączków? Jaki dochód
przynoszą pączki?. Czyli rozumiecie, określamy tu parametry liczbowe
badanego zjawiska lub obiektu (pączka), a następnie je analizujemy –
najczęściej za pomocą analizy statystycznej lub modelowania
ekonometrycznego.
Metody ilościowe to na przykład wszelkie badania ankietowe, kiedy to
pytamy ludzi, czy zjedli kiedyś za dużo sernika, a potem liczymy, że 10%
ankietowanych odpowiedziało TAK, 15% – NIE, a reszta nie zrozumiała,
co to znaczy „za dużo sernika”. Wszelkie ankiety cieszą się dużą
popularnością, zwłaszcza w naukach społecznych, o czym wie każdy, kto
w najgorętszym okresie pisania prac dyplomowych (czyli jakieś dwa
tygodnie po tym, kiedy powinny zostać złożone) nieroztropnie wszedł na

Facebooka i został zaatakowany tysiącem linków do mniej lub bardziej
23
przemyślanych kwestionariuszy .
Tymczasem przeprowadzenie dobrego badania ankietowego jest
znacznie bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać.
Zaryzykowałabym
nawet
stwierdzenie,
że
znacznie
bardziej
skomplikowane niż zrobienie kołka w przód. W tym ostatnim to ja
jestem totalnym mistrzem – jak kiedyś potknęłam się na górce, to
turlałam się w dół niczym najdoskonalsza na świecie rura PCV. Do tematu
robienia ankiet tak pięknych, by wszystkie foki klaskały, a ludzie płakali
ze wzruszenia, wrócimy jeszcze w rozdziale Na imieniny lepiej kupić
czekoladki czy kokainę?.

Klasyczne badania eksperymentalne to również badania ilościowe. Na
przykład gdybyśmy chcieli wiedzieć, czy jedzenie kala ora jest dobre na
mózg (no bo kala or wygląda jak mózg), to moglibyśmy zaprojektować
następujący eksperyment: stworzyć dwie grupy – eksperymentalną
i kontrolną, i losowo przydzielić każdego z naszych uczestników do jednej
z nich. Następnie przeprowadzić test na inteligencję, by sprawdzić, jak
tam się ma IQ w obu grupach, a dalej to już z górki – zamykamy obie
grupy w dwóch osobnych pokojach, jedną karmimy kala orem, drugą –
wszystkim innym, tylko nie kala orem, a po określonym czasie ponownie
przeprowadzamy ten sam test IQ co na początku naszego eksperymentu.
Oczywiście po to, by sprawdzić, czy coś się zmieniło. Czy grupa, która
uporczywie jadła kala ora, naprawdę od tego zmądrzała i jest już
w połowie drogi na wyspę geniuszy. Ewentualnie, by przetłumaczyć to
wszystko z ludzkiego na naukowy, mogę powiedzieć, że eksperyment

polega na manipulacji zmienną niezależną, stanowiącą przedmiot
badania, aby sprawdzić, czy wpłynie to na zmienną zależną. I ja wiem, że
to brzmi super, ale mam złe wiadomości – w praktyce w naukach
społecznych rzadko kiedy mamy możliwość przeprowadzenia klasycznego
eksperymentu. To znaczy zakładam, że znaleźlibyśmy kilkoro rodziców,
którzy zgodziliby się zamknąć swoje dzieci na kilka dni gdzieś z dala od
24
cywilizacji, a przede wszystkim ich samych , ale jak niby
przekonalibyśmy dzieci do jedzenia kala ora?!
Bardzo często nie możemy przeprowadzić eksperymentu ze względów
praktycznych lub etycznych, a także w pełni kontrolować wszystkich
czynników, które mogą wpłynąć na jego wynik. Takie badanie, które nie
spełnia wszystkich założeń, nazywamy quasi-eksperymentem25.
Eksperymenty tego typu spotykamy bardzo często w badaniach
psychologicznych lub tych z dziedziny ekonomii behawioralnej. Jeśli
wciąż nie podjaraliście się tym tematem, to może zainteresuje was to, że
są i tacy, którzy za takie eksperymenty dostali Nagrodę Nobla26. A to
fajna nagroda, bo mama jest bardzo dumna.
Warto pamiętać o tym, że w ilościowej strategii badawczej lubimy
duże, reprezentatywne próby, które pozwalają nam uogólnić wnioski na
całą populację. Jednak ponownie podkreślę: istnieją dyscypliny takie jak
psychologia czy ekonomia behawioralna, które nie są aż tak bardzo
przywiązane do idei reprezentatywności próby, a my, rycerze błędu
doboru próby, musimy sobie z tym jakoś poradzić.
BADANIA JAKOŚCIOWE często są przeprowadzane na małych,
niereprezentatywnych grupach i to jest nawet OK. Bo też cel takich badań
jest zupełnie inny. Metody jakościowe to takie, w których próbujemy
dokonać jak najdokładniejszej, pogłębionej analizy interesującego nas
zjawiska. Czyli w sumie jest to ten moment, w którym nauki społeczne
czerpią z klasycznej antropologii. Nie skupiamy się tutaj na liczbach, ale
na doświadczeniach jednostek i grup, ich historiach, uczuciach
i przemyśleniach. Dane jakościowe mogą być zbierane poprzez wywiady,
analizę dokumentów (pamiętniki, e-maile, wideo, fotogra e) lub
obserwację uczestniczącą, kiedy to badacz staje się członkiem badanej
grupy i w ten sposób poznaje jej funkcjonowanie. W gruncie rzeczy
z badaniami jakościowymi jest podobnie jak z badaniami ankietowymi –
wydaje się, że to proste, bo przecież wszyscy potra ą zadać parę pytań
i wyciągnąć wnioski. Ale słuchajcie, gdyby tak było, to wszystkie babcie

uzyskiwałyby na wigilii tytuł doktora honoris causa wydziałów
antropologii z całego świata.
Przeprowadzenie dobrych i rzetelnych badań jakościowych to
wyzwanie. Czego nauczył nas swego czasu Bronisław Malinowski – który
może i był niesłychanie mądry, ale dziecka do chrztu bym mu nie dała
potrzymać.

Czemu Bronisław Malinowski nie powinien trzymać dziecka do
chrztu?
Musicie wiedzieć, że Bronisław Malinowski jest swego rodzaju legendą
antropologii, bo jako pierwszy na świecie wyprowadził tę naukę w teren.
To on przekonał wszystkich, że jeśli chcemy poznać jakąś kulturę, to
musimy jak najwięcej zobaczyć, porozmawiać z członkami społeczności
(w ich własnym języku!), uczestniczyć w ich życiu codziennym, a także
wszelkich obrzędach i uroczystościach. W 1914 roku udało mu się zdobyć
27
pieniądze na przeprowadzenie takich badań na Wyspach Trobrianda , co
jest godne podziwu, biorąc pod uwagę, że większość naukowców to od
1914 roku próbuje zdobyć pieniądze na jakiekolwiek badania, z czego
niektórzy są już na 130 stronie wniosków grantowych (co nie jest znów
aż takim złym wynikiem, dajcie spokój, to już prawie połowa!!!). To
w czasie tej i kolejnych podróży napisał swoje najsłynniejsze dzieła
Argonauci zachodniego Pacy ku oraz Życie seksualne dzikich. Do obranego
stylu badań terenowych podchodził na tyle poważnie, że po pewnym
czasie społeczność, w której życiu uczestniczył, uczyniła go wodzem
wioski. Czyli do tego momentu wszystko szło dobrze i Malinowski mógł
trzymać do chrztu nie wiadomo jak dużą liczbę dzieci. Gdyby oczywiście
takowy występował w badanych kulturach. To wszystko trwało jednak
tylko do 1967 roku.
Wtedy to opublikowano osobiste dzienniki Malinowskiego z jego
wypraw. Treść tych zapisków nie pozostawiała żadnych złudzeń. No
raczej nie zaprosilibyśmy go na herbatkę do własnej cioci (cudzej
w sumie też nie). Ten (jak dotychczas się wydawało) otwarty,
tolerancyjny badacz, zakochany w idei zrozumienia drugiego człowieka
i odmiennej kultury, okazał się megalomanem o skrajnie rasistowskich
poglądach. Co nie przekreśla jego dorobku naukowego i wkładu w rozwój
antropologii jako nauki, właściwie myślę, że jest wręcz odwrotnie –

Malinowski nauczył nas wiele zarówno o tym, co powinniśmy, jak
i o tym, czego nie powinniśmy robić w badaniach społecznych.
W zasadzie bez znaczenia, czy jakościowych, czy ilościowych.
Dobra, czyli mamy to – wiemy już, że strategie badawcze dzielą się na
dwie grupy, a te dwie grupy dzielą badaczy z taką precyzją, z jaką ja
rozkrajam ostatni kawałek pizzy pomiędzy wszystkich zgromadzonych.
80% dla mnie i niech się dzieje wola nieba.
No myślę sobie, że gdyby kiedyś zorganizować bitwę na balony z wodą,
to te dwie frakcje – zwolennicy metod jakościowych i metod ilościowych
– stanęłyby w szranki. Oczywiście gdyby nie to, że taka bitwa to jednak
trochę jakby sport, a jeśli chodzi o aktywność zyczną, to typowy
człowiek-akademik najczęściej myśli o kopaniu, a i to tylko w kalendarz
i tylko w momencie otrzymania uwag od recenzenta.

Co metodologia ma wspólnego z majonezem?
Wigilia z miłośnikiem badań ilościowych i psychofanem jakościowych po
przeciwnych stronach stołu byłaby koszmarem – ten pierwszy krzyczałby,
że co to za sztuka zadać trzy pytania na krzyż sąsiadce i jej dwóm
koleżankom, to przecież żadna nauka. Każdy psychofan badań
jakościowych odwdzięczyłby się zaś długim wywodem na temat tego, że
człowiek to nie ciasteczko wycinane od szklanki, wszyscy jesteśmy różni,
więc to świetnie, że chcecie nas zdegradować do rzędu uśrednionych
cyferek, ale to ma tyle sensu co prasowanie majtek – można, ale po co?
No i dajcie spokój, w takiej atmosferze to nie da się w spokoju
podyskutować o paradygmatach badawczych, nie mówiąc o jedzeniu
pierogów. Do bani taka wigilia.
Odwieczna wojna metod ilościowych i jakościowych o supremację
przypomina niekończący się spór nauk ścisłych i humanistycznych,
ewentualnie wojny miłośników majonezu o to, który jest smaczniejszy
i dlaczego Kielecki. Podobnie jak w przypadku majonezu przychodzę
z jedyną słuszną odpowiedzią: zarówno z dyscyplinami naukowymi, jak
i metodami badawczymi jest jak z dziećmi – wszystkie trzeba kochać
jednakowo28. Choć oczywiście trudno w to uwierzyć, skoro przekonanie
o antagonizmie nauk i wyższości jednej nad drugą panuje już od tylu lat.
Żeby być dokładnym – od kilkuset. Przekonał się o tym bardzo boleśnie
pewien brytyjski dziewiętnastowieczny poeta, Alfred Tennyson.

Pomiziany przez natchnienie, napisał w 1842 wiersz Wizja grzechu,
którego fragment brzmiał tak:
Fill the cup, and ll the can:
Have a rouse before the morn:
Every moment dies a man,
Every moment one is born (…)
Ten element poezji tra ł w ręce matematyka Charlesa Babbage’a, który
co prawda był szalenie mądrym człowiekiem (w końcu stworzył tablice
logarytmiczne), ale na lekcjach literatury to najpewniej stał w kolejce do
szkolnego sklepiku, albowiem po przeczytaniu Tennysonowskiego wiersza
wystosował do autora list, w którym tłumaczył mu, że wszystko spoko, on
wszystko rozumie, ale mieliśmy ostatnio wzrost populacji, więc ten
wiersz to powinien raczej lecieć tak:
Fill the cup, and ll the can:
Have a rouse before the morn:
Every moment dies a man,
Every moment ONE AND 1.167TH is born
Żeby jednak poeta nie odniósł wrażenia, że jest jakimś tłumokiem,
Babbage zapewnił go, że jest w pełni świadomy praw, którymi rządzi się
poezja, on oczywiście totalnie rozumie, że należy uszanować prawa
metrum, i dlatego jest w stanie również zaakceptować zaokrąglenie
w postaci:
Co chwila umiera człowiek
I jeden koma dwa się rodzi.
I wiecie co? W drugim wydaniu poematu Tennyson zupełnie
zignorował tę uwagę! Łączę się z nim w bólu, bo mnie, gdy
opowiedziałam na imprezie żart o tym, „Wiecie, którego zyka należy
zawsze zapraszać na wesela? Heisenberga, bo zawsze będzie się bawić
bombowo”, zignorowano dokładnie tak samo.

Osobiście jestem jednak daleka od myślenia, że matematycy całymi
dniami rujnują życie jakimś poetom. Podobnie jak przedstawiciele nauk
humanistycznych zajmują się w życiu czymś więcej niż tylko bieganiem
po łące w lnianym worku na ziemniaki przepasanym witkami trzciny
i rozmawianiem z motylami. Lubię przypominać, że wszystkie dyscypliny
naukowe są tak samo ważne, co kiedyś wspaniale podsumowała reklama
uniwersytetu w Utah, która głosiła: „Nauki przyrodnicze pozwolą Ci
sklonować dinozaura. Nauki humanistyczne powiedzą Ci, dlaczego to nie
najlepszy pomysł”.
Podobnie zresztą jest z technikami i metodami, którymi staramy się
zbadać dane zjawisko – nie jest prawdą, że jedne są lepsze od drugich.
W gruncie rzeczy wszyscy zapominają o tym, że to, jaką metodę
wybierzemy, jest ściśle związane z naszym pytaniem badawczym. No bo
dajmy na to te owce – jeśli chcemy wiedzieć, czy rozpoznają ludzkie
twarze, to moglibyśmy zorganizować przyjęcie, na którym zapoznamy
wszystkie owce z naszymi gośćmi, a po trzech miesiącach zorganizować
kolejne przyjęcie, na które zaprosimy te same osoby i te same owce,
i sprawdzić, czy owce wiedzą, z kim rozmawiają, czy przedstawiają się
wszystkim od nowa. No dobra. Niby można by tak zrobić, ale umówmy
się, że to nie byłoby najlepsze badanie na świecie, bo też dajcie spokój,
komu by się chciało robić tyle krokietów z trawą i stokrotkami. Więc
w przypadku owiec, ale też każdego innego badania, najpierw musimy się
zastanowić, jak to zrobić najlepiej. Rzecz, o której swego czasu zapomniał
pewien amerykański student.

Dzień dobry, czy chciałby pan porozmawiać o byciu gangsterem?
Sudhir Venkatesh był studentem socjologii na uniwersytecie w Chicago.
W ramach badań do swojej pracy doktorskiej postanowił zapuścić się
w miejsce, gdzie z reguły trudno spotkać studentów. Nie, nie do
biblioteki. Chodzi mi o pustostany, które służyły za siedzibę członkom
chicagowskich gangów. Sudhir był zdeterminowany, by poznać ich
zwyczaje, rytuały i sposób działania. W tym celu udał się do miejsca,
w którym urzędował gang The Black Kings. Niech nie zwiedzie was ta
urocza nazwa, mówimy o jednym z największych gangów narkotykowych
w Stanach Zjednoczonych. Kiedy Sudhir napotkał ludzi, którymi był
zainteresowany, wręczył im pieczołowicie stworzony przez siebie…

kwestionariusz ankiety. A wiecie, co zrobili ci mili członkowie gangu, gdy
otrzymali te kilka pytań zapisanych na kartce?
Oczywiście z ochotą na nie odpowiedzieli.
Albo i nie. Przywiązali go do krzesła i trzymali uwięzionego przez 24
godziny. Następnie zaś niejaki J.T., lider gangu The Black Kings, udzielił
Sudhirowi najważniejszej lekcji w życiu. Co ciekawe – dotyczyła ona
metodologii. Powiedział mu mianowicie, że ej, człowieku, jeśli chcesz
poznać i zrozumieć to, jak funkcjonujemy, to wyrzuć przez okno tę
ankietę i po prostu poobserwuj, jak żyjemy, pogadaj i pobądź z nami, na
własne oczy zobacz, jak to funkcjonuje. Technika badawcza, którą
zaproponowano Venkateshowi, nazywa się badaniem etnogra cznym.
Polega ona na jak najdłuższej obserwacji danej grupy w jej naturalnym
środowisku i uczestniczeniu w jej życiu. Co Sudhir zresztą zrobił. Przez
lata towarzyszył członkom gangu The Black Kings i zaprzyjaźnił się z jego
liderem, który nawet w pewnym momencie pozwolił mu przejąć na jeden
dzień swoje obowiązki w gangu. Z tych bardzo długich (siedmiu lat!)
i bardzo dziwnych badań terenowych29 powstał nie tylko doktorat, lecz
także książka Gang Leader for a day, w której Venkatesh opisał swoje
doświadczenia. Obecnie badacz jest profesorem socjologii na
Uniwersytecie Columbia. I prawdopodobnie najbardziej klawym
profesorem na świecie.
Oczywiście mamy w nauce również sytuacje odwrotne – kiedy to
obserwacja uczestnicząca (czy jakakolwiek inna strategia jakościowa) nie
jest najlepszym sposobem na rozwiązanie problemu. Na przykład w 1933
roku doktor Allan Walker Blair z uniwersytetu w Alabamie chciał zbadać,
jaki wpływ na organizm człowieka ma ugryzienie pająka zwanego czarną
wdową (dla biologicznych świrów podaję również łacińską nazwę –
Latrodectus mactans). W tamtym czasie niewiele było jednak przypadków
takiego pogryzienia, więc doktor Blair postanowił zrobić jedyną rzecz,
która w tej sytuacji wydawała się mieć sens – dać się ugryźć jadowitemu
pająkowi. Dajcie spokój, w gruncie rzeczy niewiele miał do stracenia, to
znaczy owszem, życie, ale jeśli udałoby mu się przezwyciężyć tę
niewielką trudność, to dalej czekałby już na niego tytuł superbohatera
nauk biologicznych, ewentualnie – jeśli możemy wyciągnąć jakiekolwiek
wnioski z lmów o Spider-Manie – po prostu superbohatera.
Trudno odmówić słuszności wynikom tych badań, choć konieczność
tego poświęcenia wydaje się wątpliwa, zwłaszcza gdy przeczytamy

oryginalny artykuł badacza, który tak podsumowuje wnioski z owego
eksperymentu: „Jad wstrzyknięty przez ukąszenie dorosłego pająka
30
Latrodectus mactans jest niebezpiecznie trujący dla człowieka” . Niemniej
łatwo sobie wyobrazić, że owa jednoosobowa obserwacja uczestnicząca –
nawet jeśli szalenie zaangażowana – nie mogłaby jeszcze stanowić
podstawy do tego, by wyciągnąć jakiekolwiek wnioski na temat wpływu
trucizny na człowieka i objawów, które powoduje. Zresztą drugie
ugryzienie nie mogło dać odpowiedzi na pytanie, czy wcześniejsze
zetknięcie z trucizną wpływa na późniejszą odporność na ugryzienia.
Przede wszystkim dlatego, że nigdy do niego nie doszło, bo Allana Blaira
za bardzo bolało to pierwsze i zmienił zdanie. Poza tym aby dojść do
takich wniosków (lub je sfalsy kować), i tak potrzebowalibyśmy szeregu
wielofazowych badań klinicznych na większej grupie pacjentów31.
A okazało się, że ludzi, którzy chcieliby zostać wielokrotnie ugryzieni
przez pająki w celach naukowych, jest – co dziwne – niewielu. Ale
ciekawe, czy ich liczba nie wzrosłaby, gdyby kandydatów zamknąć na 15
minut w pokoju, gdzie nie może wydarzyć się nic ciekawego, poza
ukąszeniem przez pająka oczywiście.
Widzicie, to właśnie pytanie badawcze powinno decydować o doborze
techniki badawczej. Byłabym ostrożna w badaniu niektórych grup
społecznych lub tematów metodami ilościowymi. Z kolei wywiady lub
grupy fokusowe nie pozwalają na wyciąganie wniosków na temat
związków przyczynowo-skutkowych czy na generalizację wyników badań.
Niemniej strategie badawcze można ze sobą mieszać po to, by zwiększać
rzetelność swoich wniosków; by dokładniej zrozumieć naturę oraz poznać
prawidłowości rządzące pewnym zjawiskiem. Na przykład moglibyśmy
przeprowadzić ustandaryzowane testy wśród licealistów, by sprawdzić,
jak sobie radzą ze stresem szkolnym i jaki jest ich stan psychiczny,
a potem z częścią z nich przeprowadzić dodatkowo wywiady pogłębione,
by dowiedzieć się więcej na temat ich osobistych doświadczeń, czyli tego,
jak radzą sobie w szkole i w domu, poznać lepiej ich przyjaciół, rodzinę
i grupę rówieśniczą. No chyba że naszą grupą badaną wcale nie będą
licealiści, tylko owce, wtedy taka strategia badawcza byłaby absurdalna,
bo wszyscy wiedzą, że jak owce są zestresowane, to po prostu liczą
swoich znajomych skaczących przez płot.

Kiedy Harry poznał Sally, a prezydent owcę

y

y

y

y

Czy zastanawialiście się kiedyś, jakie lmy owce wybierają na pierwsze
randki? No wiadomo, że komedie romantyczne, przecież nie ten okropny
lm z Anthonym Hopkinsem. Niemniej, o ile nie mamy żadnych
wątpliwości, gdzie pan owiec mógłby zapoznać panią owcę, o tyle wcale
nie j